Dlaczego tata w nocy jest “be”?

Dlaczego tata w nocy jest “be”?

„ONO WOLI DO CIEBIE!” – czy już to słyszałaś? Może się zastanawiasz, jak to jest jest, że dziecko uwielbia swojego tatę w ciągu dnia, a wieczorem albo w nocy absolutnie nie chce go widzieć na oczy (a wystarczy, że malucha na ręce weźmie mama i płacz milknie w ułamku sekundy)?

Czy to matki są biologicznie przystosowane do usypiania małych dziećmi, a ojcowie powinni wkraczać dopiero po odstawieniu od piersi / pierwszych urodzinach / trzech latach, no ewentualnie wcześniej, ale jeśli są uzbrojeni w butelkę z mlekiem?

W skrócie: nie.

Już niemowlę może być emocjonalnie przywiązane do kilku osób. Wyraźnie widać to w społecznościach żyjących w bardziej naturalny niż zachodnia cywilizacja sposób, bo jest to realną koniecznością zapewniającą dzieciom bezpieczeństwo (więcej pisałam o tym TUTAJ). Nie jest prawdą, że do trzeciego roku życia liczy się wyłącznie mama – choć rzeczywiście niemowlakowi na samym początku może być zdecydowanie najłatwiej nawiązać więź właśnie z matką. Po pierwsze, zna ją najdłużej. Jej głos słyszało jeszcze będąc w jej brzuchu. Po drugie, karmienie piersią (nawet jeśli to było choćby kilka dni) i wiele innych czynności opiekuńczych wymaga częstego i długiego kontaktu fizycznego, a to ułatwia tworzenie przywiązania.

Samo mleko ma tu natomiast znacznie mniejsze znaczenie. Nie jest więc tak, że jeśli mama karmi dziecko piersią, to ojciec jest automatycznie w gorszej pozycji. Nie musi karmić niemowlaka butelką, żeby nawiązać z nim relację ani żeby potrafić je uspokoić albo uśpić. Nie wszystkie dzieci chcą pić z butelki i to nie znaczy, że póki są karmione piersią, to nie przywiążą się do ojca.

Tu nie chodzi o mleko

Do lat 50. ubiegłego wieku zakładano, że zaspokajanie przez opiekuna potrzeb fizjologicznych, takich jak pożywienie i ciepło, prowadzi do skojarzenia przez dziecko konkretnej osoby z doznawaną gratyfikacją i przywiązania się do niej. Zależność miała być prosta: sprawiłaś, że mam pełny brzuch -> szukam u Ciebie wsparcia w trudnych chwilach. Poważnie zakwestionowały tę teorię odkrycia Konrad Lorenza dotyczące powstawania przywiązania u niektórych gatunków ptactwa bez udziału pożywienia czy innych nagród. Myślenie o tworzeniu więzi zmieniły jednak na zawsze eksperymenty na małpach przeprowadzone przez Harry’ego Harlowa.

Podczas pobytu małych rezusów w laboratorium zauważono, że są silnie przywiązane do materiału, którym nakrywano podłogę w klatce. Małpki przywierały do niego i wpadały we wściekłość, gdy zabierano go do prania. Zaobserwowano także, że małe rezusy wychowywane na niepokrytej materiałem drucianej podłodze klatki z trudem, jeżeli w ogóle, przeżywają pierwsze pięć dni życia. Zespół laboratorium był zdumiony hipotezą, że poza jedzeniem, kontakt fizyczny może być tak ważną zmienną w rozwoju zdrowych małpich niemowląt.

Harlow postanowił zbadać rozwój emocjonalny małpich niemowląt w sytuacji braku matki i przetestować hipotezę dotyczącą wpływu karmienia na tworzenie się przywiązania.

Zbudowano dwie matki zastępcze. Pierwsza była pokryta miękkim materiałem i emitowała ciepło z żarówki. W rezultacie powstała „miękka, ciepła i czuła matka o niewyczerpanej cierpliwości, matka dostępna dwadzieścia cztery godziny na dobę, która nigdy nie beszta swojego dziecka, nie bije go i nie gryzie w złości”. Druga matka zastępcza zbudowana była z siatki drucianej i różniła się od miękkiej matki przyjemnością kontaktu, który oferowała. 

W eksperymencie w dwóch klatkach umieszczone zostały obie matki – w pierwszej klatce czworgu małpkom pokarmu dostarczała futrzana matka, w drugiej pozostałe cztery małpiątka karmiła matka druciana. Czas spędzany na każdej z matek był automatycznie mierzony. Bez względu na to, czy butelka z jedzeniem była umieszczona na matce drucianej czy futrzanej, małpki spędzały znacznie więcej czasu na matce z miękkiego materiału. Stało się jasne, że komfortowy dotyk jest ogromnie ważną zmienną w rozwoju emocjonalnym, podczas gdy karmienie jest nieistotne. Tym samym zakwestionowano teorie zakładające oparcie związku z matką wyłącznie na redukcji głodu.

„Człowiek nie może żyć tylko mlekiem. Miłość nie musi być podawana butelką”, podsumował przedstawione dane Harlow. 

Zbadano także zachowanie małpek w sytuacjach zaskoczenia i niepokoju. Do klatki z drucianą i materiałową matką wkładano wywołujący strach bodziec, na przykład ruszającą się zabawkę. W sytuacji stresu małe rezusy wyraźniej preferowały schronienie u matki futrzanej. Karmienie okazało się być nieistotne – bez względu na to, gdzie była umieszczona butelka, małpki szukały pocieszenia u miękkiej atrapy. 

(dobrze, że obecnie nie prowadzi się już takich eksperymentów ze względów etycznych, prawda?)

Także obserwacje ludzkich niemowląt wskazują na niezależność tworzenia się przywiązania od zaspokajania potrzeb fizjologicznych. Badania Schaffera i Emersona potwierdziły, że co najmniej jedna piąta osób, do których przywiązane są niemowlęta, nie uczestniczy w ich pielęgnacji i karmieniu. Oznacza to, że wczesne więzi emocjonalne rozwijają się niezależnie od zaspokajania fizycznych potrzeb. Nie potrzeba więc butelki z mlekiem, żeby stać się dla malucha ważną osobą.

Na drabince

Sporo trudnych emocji, które narastają wokół tego, że dziecko preferuje jednego z rodziców, wynika z braku wiedzy o sposobie działania systemu przywiązania u dziecka.

Każde dziecko wychowywane w rodzinie może nawiązać bliską więź z kilkorgiem dorosłych. Jednocześnie istnieje dla niego hierarchia przywiązania. Można ją sobie wyobrazić w formie drabinki, na której szczeblach są poustawiani kolejni opiekunowie dziecka. Drabinka jest wąska, więc na każdym jej szczeblu może stać tylko jedna osoba. Na samym szczycie hierarchii jest opiekun numer jeden. Na kolejnych szczeblach są osoby numer dwa, numerem trzy i tak dalej.

Co to oznacza dla dziecka? System przywiązania aktywuje się w sytuacjach, które są trudne dla dziecka – kiedy się przestraszyło, uderzyło, jest głodne, senne lub zmęczone. Jeżeli więc jest mi bardzo trudno i źle, a ja mam do wyboru pięć dorosłych osób, zgłoszę po pomoc do mojego numeru jeden, do osoby z najwyższego szczebla drabinki. Ale jeżeli akurat  tego numeru jeden nie ma, a są opiekunowie numer dwa i trzy, to zgłoszę się do numeru dwa z prośbą o pomoc – zgodnie z hierarchią przywiązania. Być może nieco dłużej zajmie mi zaspokojenie moich potrzeb, czyli na przykład uspokojenie się lub zaśnięcie, niż miałoby to miejsce w towarzystwie numeru jeden, ale również będzie możliwe. 

Co decyduje o tym, kto jest w hierarchii przywiązania wyżej, a kto niżej? Nie jest to ani zaangażowanie opiekuna w karmienie, ani stopień pokrewieństwa. Niekoniecznie zawsze to mama będzie numerem jeden, tata będzie zawsze numerem dwa, a babcia numerem trzy. Dla ⅓ półtorarocznych dzieci mama nie jest numerem jeden – choć warto wspomnieć, że są to badania z krajów, gdzie urlop macierzyński trwa znacznie krócej niż w Polsce.  Bywają takie rodziny gdzie numerem jeden jest mama, numerem dwa jest babcia albo niania, a tata jest dopiero numerem trzy. 

To, gdzie dorosły znajduje się w hierarchii przywiązania (i jaka jest jego jakość), zależy od kilku czynników.

Pierwszym jest dostępność emocjonalna opiekuna, czyli szybkość adekwatnego odpowiadania na sygnały wysyłane przez dziecko. Niemowlak nawiązuje relację z dorosłymi, którzy reagują na jego komunikaty typu “nudzi mi się”, “pogadaj ze mną”, “przestraszyłam się”, “chcę jeść” – choć nie chodzi o to, że trzeba rzucać gorącą patelnią i biec kurcgalopkiem, gdy tylko dziecko jęknie, kiedy akurat nie możemy podejść. Zareagowanie słowne “Już, słyszę Cię Marysiu, za moment podejdę” jest wystarczająco dobre. Reakcją na sygnały głodu nie musi być samo karmienie, bo przy malutkim niemowlaku adekwatną reakcją ojca będzie choćby przyniesienie malucha do karmiącej piersią mamy.

Czas, jaki opiekun spędza z dzieckiem, jest istotny. I choć jakość tego czasu ma znaczenie, daleka jestem od podpisania się pod promowanym przez niektórych specjalistów hasłem “nie liczy się ilość, liczy się tylko jakość”. To tak nie działa. Małe dzieci potrzebują wielokrotnie doświadczyć wsparcia opiekuna w trudnych sytuacjach, żeby mu zaufać. To, że starsze dzieci i nastolatkowie także potrzebują czasu, a nie tylko “jakości”, widać choćby po tym, że potrafią przez kwadrans rozmawiać o mało istotnych sprawach, żeby dotrzeć wreszcie, przed samym zaśnięciem, do ważnych tematów, wątpliwości, lęków. 

Kolejnym znaczącym czynnikiem wpływającym na miejsce opiekuna w hierarchii przywiązania jest jego zaangażowanie w inicjowanie interakcji z dzieckiem. Czyli chodzi nie tylko o to, żeby odpowiadać na wezwania niemowlaka, ale też samemu wchodzić z nim w kontakt.

Jeśli mama jest podczas urlopu macierzyńskiego w domu z dzieckiem i opiekuje się nim 24 godziny na dobę, a tata jest z maluchem pół godziny przed wyjściem do pracy (z czego kwadrans to tylko jednym okiem, bo ubiera się i pakuje) i dwie godziny wieczorem, to nierównowaga w ilości czasu jest znaczna. Ale z drugiej strony, jeśli mama choruje na depresję i ma trudność w dostępności emocjonalnej i rzadko inicjuje interakcje, to mimo tej nierównowagi czasowej może się okazać, że ojciec w hierarchii przywiązania będzie nieco wyżej. Jeśli dziecko jest w żłobku 8 godzin, to niekoniecznie jego opiekunka wskoczy na najwyższy szczebel. Jej dostępność emocjonalna i wchodzenie w interakcję jest mniejsze – opiekunka zajmuje się jednocześnie sześciorgiem dzieci, a Ty jednym, choć przez mniejszą liczbę godzin.

Jesteś jak all-inclusive

Mama i tata są równorzędnymi rodzicami, ale jeśli dziecko jest w kiepskim stanie (na przykład senne) i ma wybór, zwykle zwróci się do osoby, która jest wyżej w hierarchii. Zwłaszcza, jeśli przebywanie z nią dostarcza przyjemnych wrażeń sensorycznych, ułatwiających zasypianie.

Najłatwiej wyjaśnić to metaforą wyjazdu na wakacje. Dla bardzo wielu dzieci mama karmiąca piersią jest hotelem pięciogwiazdkowym. Nie dość, że (1) to mama – czyli osoba, która prawdopodobnie u większości dzieci jest numerem jeden na drabince – to jeszcze (2) bycie przytulonym do kogoś miękkiego i miłego (pamiętasz rezusy?), (3) ssanie, które wycisza i (4) ciepłe mleko zawierające substancje ułatwiające zasypianie oraz (5) powodujące wyrzut nasennych hormonów sytości. Używając metafor wyjazdowych – jest na all inclusive.

Dla niektórych dzieci tata w porównaniu do takiej mamy jest hotelem czterogwiazdkowym. Super, ale wyobraź sobie, gdyby ktoś Tobie zaproponował:

Masz do wyboru ekskluzywne dwutygodniowe wakacje za darmo. Śpisz albo w hotelu pięciogwiazdkowym z trzema posiłkami dziennie, albo w czterogwiazdkowym tylko ze śniadaniem.

Jaki hotel byś wybrała? Większość z nas nie zastanawia się długo… a dziwimy się dzieciom, że w sytuacji wyboru też proszą o all-inclusive.

Ale gdyby propozycja brzmiała raczej:

Masz do wyboru tamten hotel czterogwiazdkowy ze śniadaniami albo schronisko młodzieżowe: łóżko w pokoju ośmioosobowym bez łazienki, w gratisie dwóch współlokatorów chrapiących przez całą noc.

O, Panie, ten hotel czterogwiazdkowy wydaje się wtedy megawypasem, biere bez większego marudzenia! 

Dokładnie ten mechanizm działa wówczas, gdy mama wychodzi z domu na noc, zostawiając malucha z tatą lub babcią. Najczęściej w półśnie i na autopilocie dziecko jeszcze poszukuje mamy, ale kiedy uda się je wreszcie rozbudzić, zaśnięcie jest znacznie łatwiejsze niż wszyscy zakładali. Ba, czasem dzieciaki tej nocy bez mamy akurat wcale się nie budzą!  Oczywiście, w wyjątkowych sytuacjach, jeśli dziecko jest w bardzo dużym nasileniu lęku separacyjnego, ząbkujące, chore, mama niedawno wróciła do pracy, to może być trudniej. Ale często strach ma po prostu wielkie oczy.

Aha – jeśli klucz od pokoju w hotelu pięciogwiazdkowym jest na wyciągnięcie ręki w drugim pokoju, to dlaczego niby miałbym zgadzać się na ten trzygwiazdkowy?

Od czego jest tata?

Kiedy opowiadałam kiedyś o metaforze hotelowej, otrzymałam cudowny komentarz: tata jest hotelem czterogwiazdkowym, ale z animacjami dla dzieci. 

I tu bywa pies pogrzebany!

Zachęcam Cię do zadania sobie pytań:

  • Z kim mojemu dziecku kojarzy się zasypianie?
  • Kto uczestniczy w rytuale zasypiania?
  • Kto obsługuje nocne pobudki dziecka?

i wreszcie:

  • Od czego w naszej rodzinie jest tata?

Badania prowadzone w naszym kręgu kulturowym wskazują, że matki częściej zajmują się rolą opiekuńczą (są więc od karmienia, spania i przewijania), a ojcowie pełnią rolę towarzysza zabaw, dostarczającego atrakcji i rozrywek. 

Przy takim podziale nagłe oddanie ojcu wieczornego usypiania ma prawo się nie udać.

Wyobraź sobie więc, że jesteś rocznym maluchem. Przez 365 dni (czyli przez całe swoje życie) doświadczyłeś, że w usypianiu pomaga Ci mama, a inicjatorem superzabaw jest tata. Pewnej nocy budzisz się o 23.30, ale zamiast mamy przy łóżku pojawia się ojciec.

Hej, o co chodzi?! Idź stąd człowieku, jest środek nocy, ja nie chcę się bawić, ja chcę spać! Wołaj tę kobietę od spania! 

Jeśli więc tata ma przejąć od mamy rytuał wieczorny, to warto żeby dziecko nabywało doświadczenia, że tata też “umie w usypianie”. Bo skąd ma niby to wiedzieć, skoro nigdy tego nie doświadczył?

Czasem będzie potrzeba przez jakiś czas wykonywać cały rytuał wieczorny i obsługę pobudek we trójkę, żeby w bezpieczny i spokojny sposób przekazać nocną opiekę ojcu. To jest do zrobienia, nawet jeśli mama karmi piersią do zaśnięcia, nawet, jeśli tata nie jest obecny w domu codziennie, bo pracuje zmianowo lub wyjeżdża. Tylko wtedy może to po prostu zająć więcej czasu.

Wrzucając na luz

Przekazanie wieczornego usypiania ojcu może się nie udać, jeśli on jest przekonany, że się nie uda. Dzieci błyskawicznie zarażają się naszymi emocjami, przede wszystkim lękiem. Z tego też powodu niekiedy ojcu usypianie idzie znacznie szybciej niż zmęczonej i poddenerwowanej całym dniem opieki mamie. Więcej na ten temat pisałam TUTAJ.

Warto też pamiętać, że poszukiwanie numeru jeden z drabinki przywiązania jest najsilniejsze, gdy poziom dyskomfortu lub nasilenie emocji u dziecka jest najwyższe. Ojcu łatwiej więc będzie położyć do snu malucha, który jest mniej zmęczony, nawet jeśli finalnie samo usypianie potrwa dłużej.

Czy to konieczne, żeby dziecko było usypiane przez rodziców na zmianę? Nie.

Czy warto to robić? Tak, bo daje poczucie komfortu mamie, która może czasem wieczorem wyjść (lub nie stresuje się dodatkowo w wyjątkowych sytuacjach typu nieplanowany pobyt w szpitalu), a ojcu może wzmocnić poczucie rodzicielskich kompetencji.

 

Masz dość wielogodzinnego usypiania dziecka? Mam dla Ciebie szkolenie „Rytuał wieczorny"!

Czy wymagające dziecko trudniej odpieluchować?

Czy wymagające dziecko trudniej odpieluchować?

Od jakiegoś czasu pracuję z rodzicami wymagających dzieci, także starszymi niż niemowlaki. Ależ te historie bywają do siebie podobne! Jestem przekonana, że wielu zrobiłoby się znacznie lżej na duchu, gdyby usłyszeli, że inni też tak mają. Chciałam się podzielić garścią obserwacji i wiedzy naukowej – czy faktycznie odpieluchowanie hajnida to droga przez mękę i dlatego czasem może być trudniej, a czasem łatwiej niż u dzieci o innym typie układu nerwowego.

Temperament

Jeśli myślimy o wymagających dzieciach w kontekście ich temperamentu, nie możemy nie zahaczyć o Interakcyjną Teorię Temperamentu. Koncepcja ta powstała w latach 50. XX wieku jako wynik trwających 25 lat badań nowojorskich psychiatrów Alexandra Thomasa i Stelli Chess.  Poczynione obserwacje i przeprowadzone analizy statystyczne pozwoliły na wyodrębnienie wśród 3 konstelacji także temperamentu trudnego. O temperamencie trudnym – czyli byciu high need baby – mówimy w przypadku około 10% dzieci.

Jedną z charakterystycznych cech tego temperamentu to brak regularności funkcji biologicznych (więcej na ten temat tutaj). Oznacza to hajnidy mają nieregularny sen, karmienie i wydalanie. Trudno złapać u nich jakiś harmonogram. Jeśli słyszeliście o dzieciach, które od urodzenia z zegarkiem w ręku co trzy godziny zgłaszają się do karmienia, codziennie robią kupę o tej samej porze, codziennie zasypiają na drzemki o tej porze same… to nie są to hajnidy 😉

Czy nieregularność funkcji biologicznych może utrudniać odpieluchowanie? Oczywiście, że tak. Dziecko, które wydala w sposób regularny, na przykład codziennie rano po obudzeniu się, łatwiej zrozumieć zależność między uczuciem w dole brzucha a zrobieniem kupy. Łatwiej jest też rodzicom, którzy są w procesie odpieluchowania, złapać co trzeba do nocnika, jeśli wiemy kiedy się tego spodziewać.

Wrażliwość sensoryczna

Fizjoterapeuci często dostrzegają u wymagających dzieci niższą wrażliwość na bodźce płynące z receptorów zmysłów propriocepcji oraz interocepcji. Co to znaczy?

W dużym uproszczeniu propriocepcja to taki zmysł, który umożliwia nam orientację, gdzie znajduje się nasze ciało w przestrzeni. Nawet jeśli zamkniesz oczy, to Twój mózg wie, w jakiej pozycji są Twoje nogi, ręce czy głowa. Otrzymuje bowiem informacje z receptorów, które znajdują się w mięśniach, ścięgnach i stawach.

Bardzo dużo dzieci wymagających potrzebuje dużo ruchu i silnego docisku. Bardzo lubią dostymulowywać się bawiąc w przepychanie, ugniatanie, uderzanie, szczypanie.

Interocepcja to zmysł, który zbiera odczucia z organizmu, na przykład stan wypełnienia pęcherza czy jelit. Jego receptory znajdują się w powięziach.

Dzieci z podwrażliwą propriocepcją i interocepcją później wychwytują odczucia ze swojego ciała. Oznacza to, że ich mózg otrzymuje informacje o tym, że pęcherz jest pełny dopiero wówczas, gdy jest on naprawdę wypełniony… i kiedy jest już za późno, żeby zdążyć na nocnik lub do toalety.  Dlatego tak ważna jest pozytywna informacja zwrotna w razie wpadek: „Ojej, teraz nie zdążyłaś, spróbuj następnym razem wyczuć chwilę wcześniej, że potrzebujesz się wysisusiać”. Nauka odbioru wrażeń płynących z własnego ciała – zarówno wychwytywanie wczesnych oznak głodu, sytości, zmęczenia, senności, potrzeby wypróżnienia, ale też emocji typu złość – u takich dzieci będzie trwała dłużej niż u rówieśników.

Rozwojowe podpuchy i dojrzewanie mózgu

Dzieci, które na osiem miesięcy już chodzą, ale emocjonalnie są na poziomie czteromiesięcznych niemowląt (widziałam na własne oczy). Dzieci, które na rok mówią bardzo dużo i z sensem, ale ruchowo u nich powoli z mozołem, jakieś początki raczkowania dopiero (też widziałam). Albo na odwrót. Roczniak, który się wspina, wchodzi, schodzi, biega, sam się rozbiera, ale komunikacyjnie słabiuchno. Innymi słowy: dzieci, które nieharmonijnie się rozwijają.

Dlaczego to podpucha?

Jeżeli widzimy rocznego malucha, który rewelacyjnie rozwija się ruchowo, to może nam się wydawać, że wszystkie sfery jego rozwoju są na tym samym poziomie. A to niekoniecznie musi tak być. Świadoma kontrola nad zwieraczami jest zupełnie czymś innym niż świadoma kontrola nad mięśniami szkieletowymi obsługującymi chodzenie czy siadanie. Emocjonalna gotowość do odpieluchowania to co innego niż niespadanie z nocnika. Na temat gotowości do odpieluchowania przeczytasz więcej TUTAJ.

Dojrzewanie układu nerwowego wspomaga odpowiednia podaż DHA w diecie lub suplementacji (więcej na ten temat pisałam TUTAJ). Istotna jest również szybka diagnoza i leczenie anemii z niedoboru żelaza, która negatywnie wpływa na jakość komórek nerwowych w mózgu (mieliny).

Dzieci, które później osiągają kolejne kamienie milowe w rozwoju mogą również odpieluchowywać się później.

Autonomia

U wymagających dzieci potrzeba autonomii i samostanowienia o sobie jest silna, a one same są niezwykle wytrwałe w szukaniu możliwości jej zaspokojenia. Rzadko dają się wkręcić w pozorny wybór typu: „Chcesz siadać na białym nocniczku czy na różowym nocniczku?”. Odpowiadają po prostu “Nie chcę nigdzie siadać” albo dostają sztywności kolan. Ludzie (i o zgrozo – to czasem specjaliści), którzy upierają się, że można przecież malucha posadzić na nocniku i przytrzymać go tam siłowo, chyba niewiele mieli kontaktu z wymagającymi dziećmi.

Dwuletni hajnid potrzebuje sam dokonać decyzji (oczywiście nie mówię o sytuacjach bezpośrednio zagrażających bezpieczeństwu dziecka). Często robi się łatwiej, jeśli ma możliwość wyjścia z sytuacji z twarzą. Im bardziej namawiamy, tym na większy opór napotykamy. Czasem nie zdążysz nawet dokończyć pytania, a usłyszysz “NIEEE!”.

U wymagających dzieci sprawdza się rzucenie propozycji i umożliwienie dziecku zadecydowania. Jeżeli usilnie namawiasz dwulatka: „Ale usiądź, przecież widzę, że chce Ci się siusiu. Przestępujesz z nogi na nogę. Trzymasz się na brzuszek. Usiądź, zobacz jaki ładny nocnik” i jeszcze nad nim stoisz, to ma prawo się nie udać. Dziecko będzie zaprzeczać, że cokolwiek mu się chciało, po czym po pięciu minutach zsiusia się – gdy Ty odpuścisz i odejdziesz.

Dobra wiadomość na koniec

Odpieluchowanie nocne – tu rodzice wymagających dzieci oddychają z ulgą, ponieważ sprawa okazuje się tym prostsza, im łatwiejsza wybudzalność dziecka ze snu. Innymi słowy: dłużej moczą się w nocy te dzieciaki, które śpią mocnym i głębokim snem, a ich pełny pęcherz nie wybudza mózgu z prośbą o udanie się do toalety. 1:0 dla czujnych w nocy wymagających maluchów!

Czas odpieluchowania nocnego nie jest zależny ani od woli rodzica, ani od świadomości dziecka. Więcej o moczeniu nocnym przeczytasz TUTAJ.

 

Rzetelną wiedzę na temat odpieluchowania znajdziecie w moim kursie „Odpieluchowanie bez stresu”!

Jak sobie radzić z krytyką, gdy jesteś rodzicem?

Jak sobie radzić z krytyką, gdy jesteś rodzicem?

Gdy zostajemy rodzicami, często zaczynamy zderzać się z krytyką naszych decyzji. Okazuje się, że negatywnie ocenić można w rodzicielstwie absolutnie wszystko: krótkie karmienie piersią, długie karmienie piersią, spanie z dzieckiem w jednym łóżku, spanie dziecka w osobnym pokoju, używanie smoczka, nieużywanie smoczka, noszenie w chuście, karmienie papkami, rozszerzanie diety metodą BLW… i mogłabym tak jeszcze długo.

Im bardziej niepopularne od głównego nurtu rodzicielskiego są nasze decyzje, tym większe prawdopodobieństwo, że niektórym się to nie spodoba. W naszym społeczeństwie nadal pokutuje wiele mitów dotyczących potrzeb i zachowań małych dzieci. Zwykle łatwiej złapać dystans wobec krytyki wypowiadanej przez obcych. Ale gdy krytykujące osoby są nam bliskie, trudno nam poradzić sobie z ocenami, które słyszymy.

Ugruntuj się

Warto czytać  wiarygodne źródła informacji na rodzicielskie tematy: o chustonoszeniu, karmieniu piersią, żywieniu dzieci, wychowaniu bez kar i nagród itd. Im więcej wiesz na temat wspierania rozwoju dziecka, tym trudniej zasiać w Tobie ziarno niepewności.

Jeśli jesteś specjalistką na przykład z zakresu podatków, to nawet gdyby teściowa trzy razy dziennie mówiła Ci o tym, że źle prowadzisz księgę przychodów i rozchodów, nawet na moment nie zachwiałaby Twoją pewnością siebie w tym temacie. W końcu to Ty studiowałaś rachunkowość przez wiele lat, to Ty wypełniłaś już tysiące rubryczek w programach do rozliczeń podatkowych, to Ty jesteś doceniana przez pracodawców i w końcu to do Ciebie Urząd Skarbowy nie miał dotychczas zastrzeżeń.

Podobnie jest z rodzicielstwem: gdy rozumiemy pewne mechanizmy stojące za rozwojem dziecka, informacje jakoby noszenie niemowlaka na rękach je psuło wlatują nam jednym uchem, a wylatują drugim. Rozumiemy, że osobie, która wypowiada takie sądy, brakuje aktualnej wiedzy. Nie każdy zna się na podatkach i nie każdy zna na psychologii dziecięcej – choć domorosłych ekspertów w tej dziedzinie mamy zwykle wokół bez liku 😉

Jeśli słyszycie od przedstawiciela ochrony zdrowia komentarz niezgodny z aktualną wiedzą (np. o karmieniu piersią) lub wykraczający poza jego kompetencje (np. że nie powinniście spać z dwulatkiem w łóżku), warto zaprotestować. Odwołać się do zaleceń ze strony Ministra Zdrowia. Skierować rozmowę na temat, z którym przyszliśmy do gabinetu. Zgłosić skargę do kierownika przychodni lub szpitala, do izby lekarskiej, rzecznika praw pacjenta. Jeśli kładziemy uszy po sobie i nic z tym nie robimy, nic się nie zmienia. Pisałam już o tym kiedyś TUTAJ.

Aby nie czuć się samotnym, warto brać udział w spotkaniach z ludźmi, którzy mają podobny światopogląd. Własna wioska, grupa wsparcia, krąg kobiet – nazwa nie jest istotna, ważni są ludzie. Na szczęście mamy internet i jeśli takich spotkań w okolicy nie ma, możemy uczestniczyć w dyskusjach w internetowych grupach (zapraszam DO SWOJEJ GRUPY). Można też założyć własną lokalną grupę wsparcia (wiem, bo sama to zrobiłam).

W psychologii mówi się o społecznym dowodzie słuszności. Jesteśmy jako gatunek tak skonstruowani, że w sytuacji braku pewności co do wyboru, za prawidłowe wyjście uznajemy to, co robi większość ludzi. Rozmowy z innymi rodzicami, którzy przeżywają podobne dylematy oraz radości co my, daje niesamowite poczucie wspólnoty i zabiera poczucie osamotnienia (a jeśli to tylko ja śpię z dzieckiem, karmię dwulatka, nie wypłakuję niemowlaka…?).

Przyjrzyj się, od kogo i dlaczego płynie krytyka

Po drugie, warto się przyjrzeć osobom, które komentują nasze decyzje. Czy ludzie, którzy krytykują Cię za spanie z dzieckiem, wychowanie w duchu RB, karmienie piersią itd. mają ochotę dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat? Może bezmyślnie powtarzają zalecenia sprzed 30 lat, bo nie wiedzą, że poziom wiedzy o opiece nad dzieckiem od tamtej pory NIECO się zmienił?

Niektórzy rodzice dzielą się więc z bliskimi swoją wiedzą lub podsuwają artykuły na temat rodzicielstwa, laktacji, żywienia, potrzeb dzieci, psychologii, zdrowia.

Niejednokrotnie warto wysłuchać komunikatu i zastanowić się, o jakich potrzebach tej osoby nam on mówi. Jaka potrzeba stoi za słowami, które słyszysz? Jakie emocje? Ktoś się martwi? A może potrzebuje być wziętym pod uwagę? 

„Słuchaj mamo, dziękuję Ci, że troszczysz się o nas. Wiem, że kiedy ty rodziłaś dzieci, to były takie zalecenia, żeby nie karmić dłużej niż pół roku, bo pokarm staje się niewartościowy i dziecku będzie lepiej w żłobku, jak będzie umiało pić z butelki. Ta wiedza się zmieniła. Teraz promuje się karmienie tak długo, jak dziecko i mama chcą, a Twój wnuk nie wygląda na zainteresowanego odstawieniem się”.

Są jednak osoby, czasem bardzo bliskie, które nie są zainteresowane poszerzaniem swojej wiedzy. Ich opinie bazują na ich własnych przekonaniach, że dzieci są takie, życie jest takie, trzeba XYZ, żeby wychować dziecko… Słyszysz krytykę i próby spokojnego wyjaśnienia powodów jakiejkolwiek Twojej decyzji rodzicielskiej spełzają na niczym.

Nie masz obowiązku tłumaczyć innym ludziom ze swoich wyborów. Z żadnych.

Warto wtedy chronić granice swoje oraz swojego dziecka. Nie pozwalać na drążenie tematu. Niektórzy używają sformułowań: “Och, pomyślę o tym”, albo zupełnie wprost:

“Dziękuję, radzimy sobie”

“Wiem, co robię”

“Decyzję podjęliśmy z lekarzem, jest świadoma, dzięki za zainteresowanie”

“Taką podjęłam decyzję”

“Dziękuję za zainteresowanie, ale to jest temat, którego ja już nie chcę rozwijać”.

Czasami metodą zdartej płyty. Czasami fizycznie kończąc spotkanie i wychodząc. W kółko, i w kółko, i jeszcze raz.

Wpadamy czasem w taką pułapkę myślenia, że jeśli wyłożymy wystarczająco przekonujące argumenty, odwołując się do badań naukowych, zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia i doniesień z zakresu neuropsychologii, to inni zrozumieją i przestaną nas krytykować. Tymczasem często to jest po prostu rozmowa z dwóch różnych poziomów – nazwijmy je „racjonalnym” i „emocjonalnym”. Dla osoby, która wypowiada się z pozycji swoich przeżyć i potrzeb, dostarczenie logicznych argumentów nie jest istotne. One nie wpływają na jej postrzeganie rzeczywistości.

Bywa, że jest to związane z jej własnymi doświadczeniami z dzieciństwa i tym, jak ją traktowano. Jeśli wychowywała się w jakimś konkretnym przekonaniu dotyczącym tego, jakie są dzieci i jakie mają potrzeby, jaka jest rola ojca, a jaka matki itd., to bez świadomej pracy trudno może być wyjść z tych myślowych kolein.

Czasem nasze macierzyństwo i ojcostwo uświadamia naszym rodzicom, że to, jak oni się nami opiekowali mogłoby wyglądać inaczej. Że ulegli sugestiom swojej rodziny czy personelu medycznego, mimo że w głębi duszy czuli, że to do nich nie pasuje. Że pewne ich plany nigdy się nie zrealizowały. Że na przykład Twoja mama chciała karmić dłużej, ale zepsuto jej laktację zanim jeszcze wyszła z porodówki – i do tej pory jakoś sobie tego nie poukładała. Widok Ciebie karmiącej bez problemów i na żądanie, może wywoływać w niej trudne emocje, których źródła po tych kilkudziesięciu latach może nie być łatwo odnaleźć. Napięcie znajduje ujście w komentarzu skierowanym do Ciebie – ale to nie jest o Tobie, tylko o niej. Nie jest łatwo poukładać sobie w głowie, że kiedyś robiliśmy najlepiej, jak mogliśmy, z tą wiedzą i wsparciem, które wówczas mieliśmy, jeśli teraz wiadomo, że praktyki z lat 80. XX wieku na przykład dotyczące odpieluchowania mają długofalowe negatywne skutki dla pokolenia 30- i 40-latek.

A jeśli krytykuje mnie mój partner lub partnerka?

Jeśli osobą, która Cię nie wspiera w Twoich rodzicielskich priorytetach, jest Twój partner lub partnerka, warto szczerze o tym porozmawiać.  Co jest w tej sytuacji dla niego/ dla niej trudne? Czego się obawia? Jakie ma oczekiwania, wyobrażenia, potrzeby w związku lub rodzinie? Czy na pewno chodzi o karmienie, noszenie, niewymierzanie kar?

Czasem jest jakaś presja ze strony rodziny naszego partnera, o której nam nie mówi, a trudno mu poradzić sobie z konfliktem lojalności. Czasem sam potrzebuje wsparcia, by poukładać sobie własną historię rodzinną, przekonania, które wyniósł z domu, które wówczas pomagały mu sobie radzić, a teraz są już niewspierające. Jeśli trudno dojść do porozumienia, można skorzystać z pomocy profesjonalisty, na przykład psychoterapeuty rodzinnego.

Wielu psychologów się ze mną nie zgodzi, ale uważam, że mówienie przez rodziców jednym głosem we wszystkich tematach jest przereklamowane. Nie jest możliwe, żeby – nawet z najlepiej dobraną do nas osobą – zgadzać się we wszystkich kwestiach w 100%. Jeśli udajemy przed dziećmi, że tak jest, w mig wyczuwają brak autentyczności. Nie musimy się we wszystkim ze sobą zgadzać, nawet jeśli dotyczy to naszych wspólnych dzieci.

Warto pamiętać, że to każdy sam odpowiada za to, jaką relację buduje z dzieckiem. To nie Ty jesteś odpowiedzialna/y za to, jaką relację z dzieckiem będzie miał drugi rodzic. Możesz podsuwać mądre lektury (tutaj znajdziesz inspiracje dotyczące książek o Rodzicielstwie Bliskości) i inspirować własnym przykładem. Ale nie masz realnej mocy zmieniania innych ludzi, nawet tych najbliższych. Szukanie wsparcia poza własnym domem, pokazywanie swoją postawą, że to, co robisz, ma sens oraz obrona siebie i dziecka przed raniącymi komunikatami – to rzeczy, na które masz wpływ i na których warto się skupić.

Trzymam mocno kciuki!

 

Jesteś na urlopie macierzyńskim? Zastanawiasz się, co dalej? Zamów książkę Karli Orban:

Jak przeżyć z High Need Baby?

Jak przeżyć z High Need Baby?

 

Ustalmy sobie na początku jedną rzecz: z bycia high need się nie wyrasta. Ponieważ poświęciłam temu zagadnieniu osobny artykuł (tutaj), to wyjaśnię tylko w skrócie: traktujemy bycie hajnidem jako określenie na pewien zbiór cech temperamentu. Temperament to najbardziej stabilna część naszej osobowości, uwarunkowana przede wszystkim czynnikami wrodzonymi i mało podatna na zmiany. Oczywiście przejawy bycia wymagającym, czyli same zachowania, się zmieniają. To nie jest tak, że czterolatka nadal trzeba nosić na rączkach, a siedmiolatek budzi się dziesięć razy w nocy i sprawdza, czy jesteśmy obok (ufff). Mimo wszystko warto patrzeć realistycznie: z bycia wymagającym dzieckiem się nie wyrasta, a wymagające dzieci wyrastają na wymagających dorosłych, czego przykładem jestem ja sama 🙂

Zanim jednak do tego dojdziecie, postanowiłam przygotować zbiór moich luźnych porad pt. “Jak przeżyć z wymagającym dzieckiem?”, w którym opieram się nie tylko na wiedzy psychologicznej, ale na własnych doświadczeniach jako mamy High Need Córki. Skupiam się na perspektywie pierwszego roku życia dziecka, ponieważ jest on zwykle bardzo trudny: nowa sytuacja, bez dostatecznie dobrego wsparcia, dochodzi zmęczenie wstawaniem do dziecka w nocy, wyzwania związane z karmieniem niemowlaka itd. Słowem: podzielę się tym, co pomogło mi przetrwać w miarę dobrym zdrowiu fizycznym i psychicznym ten pierwszy rok po porodzie 🙂

I skoro już jesteśmy w temacie zdrowia – ważna informacja. Zanim stwierdzisz, że ten typ tak ma, to po prostu temperament i czas skoncentrować się na szukaniu strategii, które pomogą rodzinie, najpierw wartosprawdzić, czy nasze dziecko to na pewno high need baby, czy może ma jednak jakieś problemy natury medycznej.

Duża część maluchów uznawanych za dzieci wymagające, ma pierwotnie łatwy temperament, ale jest niestety niezdiagnozowana. W pierwszej trójce problemów zdrowotnych, które mogą powodować niepokój niemowlaka są: alergie, choroba refluksowa i trudności z karmieniem. Krótki artykuł na temat diagnoz, które warto wziąć pod uwagę, znajdziesz TUTAJ.

Po drugie – nie porównuj! Nie porównuj swojego dziecka do innych dzieci. Nie porównuj siebie do innych matek. Ogromnie dużo energii, którą mogłybyśmy przeznaczyć na codzienne funkcjonowanie i cieszenie się macierzyństwem, wysysa z nas porównywanie swojej rodziny z innymi. Często wystarczy jedno przypadkowe spotkanie z rodzicem dziecka, które ma dużo spokojniejszy temperament, żeby mocno i na długo zepsuć nam humor – chociaż na co dzień całkiem nieźle sobie radzimy i już zaakceptowałyśmy sytuację.

To oczywista oczywistość, ale: dzieci są różne. Psychika ludzka działa w ten sposób, że dość łatwo przypisujemy sobie zasługi, nawet jeżeli obiektywnie rzecz ujmując nie mieliśmy na coś zbyt dużego wpływu. Słyszałaś o tym, że sukces ma wielu ojców? Często uważamy, że jeżeli nasze dziecko w jakiś sposób się zachowuje, to wynika z naszej ciężkiej pracy. A to guzik prawda 🙂 Niby XXI wiek, a nadal nie doceniamy roli genów i czynników wrodzonych.

Warto porozmawiać z ludźmi, którzy mają minimum troje dzieci. Oni zwykle już mają w sobie dużo pokory i nie przeceniają swojego wpływu na zachowanie potomków. Bardzo często słyszę od tych rodziców: „Ja z moją całą trójką robiłam dokładnie to samo: wszyscy mieli taki sam rytm dnia, ten sam rytuał wieczorny, o tej samej porze. I jedno przesypiało od urodzenia całe noce, a drugi ma 2,5 roku i nadal się budzi 3 razy”.

Kiedy porównujemy się z innymi, często nie znamy historii tej osoby: jej zasobów, wsparcia, które ma na co dzień, priorytetów, poglądów, a wreszcie kosztów, jakie ponosi. Może zastanawiałaś się kiedyś, jak to jest, że inni mają niemowlaka i mają posprzątane, ugotowane (i to obiad dwudaniowy z deserem), zrobione paznokcie i jeszcze rozwijają swój biznes? To proste: mają inną sytuację (ok, albo posiadają sprzęt do wydłużania doby, ale wtedy poproszę o namiary na tych ludzi, bo chętnie skorzystam). Jeżeli ktoś ma dziecko, przy którym opieka jest dużo mniej obciążająca, bo jest w stanie więcej się samo sobą zająć, ma długie samotne drzemki i śpi w nocy bez wybudzeń, a poza tym pomoc babci lub niani na kilkadziesiąt godzin w tygodniu, to wiadomo, że taka osoba będzie miała inne zasoby energetyczne i czasowe niż Ty. Mimo bycia mistrzynią produktywności nie rozwinę firmy pracując 3 godziny późnymi wieczorami, zmęczona po całym dniu, tak jak mama, która ma dziecko na 8 godzin w przedszkolu, prawda? Czysta arytmetyka.

Nie chodzi o to, żeby odciąć się od osób, które dobrze sobie radzą i ogarniają. Czasami gdy zapytasz: A jak ty to robisz, że…?, ktoś Ci sprzeda jakiś patent, na który Ty nie wpadłaś. Ale jeśli obserwowanie takich ludzi czy spotykanie z nimi nie robi Ci dobrze, może lepiej będzie, jeśli czasowo to ograniczysz?

Żyj tu i teraz. Czasem robimy sobie mocno pod górkę, bo wydaje nam się, że przygotowujemy dziecko i siebie do przyszłych trudności albo w ogóle do “ciężkiego życia”. Na przykładzie snu: są matki, które pięć razy w nocy wstają do niemowlaka, wyciągają go z łóżeczka, karmią i próbują przez kolejne pół godziny odłożyć go tam z powrotem, bo maluch budzi się przy dotknięciu prześcieradła. Jednocześnie zapierają się rękami i nogami, żeby zabrać to dziecko do swojego przygotowanego według zasad bezpieczeństwa łóżka, bo boją się, że za rok  trudno im będzie je odzwyczaić. A wcale nie musi tak być. Może za rok nie będzie Ci przeszkadzało, że śpisz razem z dzieckiem. Może ono nie będzie już chciało z Tobą spać. A może wyprowadzenie go nie będzie takie trudne, jak Ci się to jawi teraz, a przynajmniej od dziś zaczniesz się wysypiać? Często martwimy się na zapas o rzeczy, które potem w ogóle się nie wydarzają. Zastanów się, co pasuje dziecku i co jest w zgodzie z Tobą na dziś, a nie co to będzie za trzy lata.

W ruchu Anonimowych Alkoholików panuje zasada, żeby myśleć tylko i wyłącznie o dzisiejszym dniu. Jeżeli jesteś uzależniony, to Twoim celem jest dzisiaj się nie napić. Jeżeli dzisiaj się nie napiłeś, świetna robota! A jutro zaczynasz od początku. I dokładnie tak samo jest w rodzicielstwie. Jeżeli masz małe wymagające dziecko, to Twoim celem jest dożyć dzisiaj do wieczora. Wszyscy coś zjedli, było przytulane, dożyłaś do wieczora? Super, zjedz coś smacznego. Nie wyszło Ci? Nakrzyczałaś na dziecko, nieposkładane pranie z rezygnacji nad Twoim zorganizowaniem samo weszło do szafy, masz wrażenie, że jesteś najgorszą matką świata? Dzisiejszy dzień odkreśl grubą linią. Jutro startujesz ze wszystkim od początku.

W wymagającym rodzicielstwie bardzo ważne jest bycie elastycznym. Każdy, kto mieszka z hajnidem, prawdopodobnie wie, że to, co się sprawdza dzisiaj, za trzy dni już nie działa. Życie z dzieckiem wymagającym polega na tym, że trzeba mieć bardzo dużo pomysłów, być kreatywnym i otwartym na zmiany. Macierzyństwo leczy z nadmiernego kontrolowania. Jeśli ktoś funkcjonował według zegarka i rozpisanej godzinowo listy zadań, to po urodzeniu dziecka może przeżyć mocny szok. Wymagający maluch rozsypuje nasze plany i harmonogramy w pył.

Im więcej masz wymyślonych i wypróbowanych strategii na swoje dziecko, tym lepiej. Wtedy łatwiej z dzieckiem spędzać czas w różnorodny sposób i w różnych miejscach. Kiedy słyszę ekspertów, którzy rekomendują kładzenie dziecka na drzemki wyłącznie w swoim łóżeczku, mam ogromne wątpliwości. To z pozoru brzmi całkiem kusząco: dwie drzemki po dwie godziny w łóżeczku; Ty w tym czasie sobie sprzątasz, gotujesz, pierzesz, czytasz książkę, oglądasz serial. Z drugiej strony, jesteś zmuszona na każdą taką drzemkę wracać do domu. Gorzej, jeśli staniecie w korku wracając do domu, ktoś proponuje wyjście na kawę, macie do porozwożenia starsze dzieci. Na myśl o urlopie jesteś już spocona, bo przecież tam będzie inaczej, inny plan dnia…

Nie patrz na zegarek, a patrz na własne dziecko i na potrzeby swojej rodziny. Nie działają rzeczy, które działały tydzień temu? Wchodzisz do mnie na grupę na Facebooku i pytasz: co u Was działa? Jak sobie z tym radzicie?

Kiedy słyszę o tym, że masz dziesięciomiesięczne dziecko i od porodu nie byłaś na wizycie kontrolnej u ginekologa… Jeśli mówisz, że trzeci rok z rzędu nie byłaś na cytologii albo u stomatologa, bo masz wymagające dziecko… to mam ochotę wyć do księżyca. Wymagające dzieci potrzebują ZDROWYCH rodziców. Wiem, że podróżowanie do lekarza z zanoszącym się w samochodzie maluchem, z nienawiścią do fotelików, to żadna atrakcja. Wiem, że proszenie kogoś dorosłego, żeby zajął się dzieckiem, którym zajmować się niełatwo, to skomplikowana operacja. Ale to gra warta świeczki.

Bardzo ważne dla każdego dziecka jest to, żeby mieć więcej bliskich opiekunów, z którymi czuje się bezpiecznie. Nie jest prawdą, że dla hajnida liczy się tylko mama, a reszta osób dopiero po czwartym roku życia będzie mieć znaczenie. Im więcej dziecko ma dorosłych, z którymi może zostać w domu, pójść na spacer, do których możemy je zawieźć na dwie godziny, tym lepiej. Od pierwszych miesięcy można rozszerzać “wioskę”, której rośnie dziecko (bo to, że “do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska”, pewnie słyszałaś?). Na początku faktycznie siedzimy we trójkę i nie mamy realnego pożytku z innego dorosłego, bo gdy tylko zmierzamy do kuchni, maluch płacze, dopóki nie wrócimy albo pełza za nami. Z czasem dziecko uzna tę osobę za zaufaną i będzie mogło z nią zostawać na dłużej. Dlaczego to ważne? Żebyś mogła odpocząć, zadbać o siebie, swoje zdrowie, chociażby wypić ciepłą kawę.

Coraz więcej mówi się o wypaleniu zawodowym, które dotyka przede wszystkim osób z angażującą emocjonalnie pracą wśród ludzi, jak lekarze, pielęgniarki, nauczyciele czy psychologowie. Można poczuć coś na kształt wypalenia, będąc rodzicem 24/7. Szczepionką na wypalanie się jest regularne spotykanie się z innymi dorosłymi ludźmi i bycie choć przez dziesięć minut dziennie samej ze sobą. Czasem wystarczy samotny spacer do Biedronki (pamiętam swój pierwszy po porodzie, ależ to była cudowna rozrywka!!! Jak Disneyland po prostu!). A zadbanie o siebie często jest możliwe tylko wtedy, kiedy nasze dziecko ma innych zaangażowanych emocjonalnie opiekunów, z którymi czuje się bezpiecznie.

Searsowie w swojej książce o wymagających dzieciach piszą:

„Nikt nie zrozumie rodzica wymagającego dziecka tak, jak drugi rodzic wymagającego dziecka”

Jeśli tam nie byłeś, jak tego nie przeżyłeś, to może być Ci trudno zrozumieć, o co właściwie chodzi. Czy Ty też zauważyłaś, że gdy opowiadasz o swoich doświadczeniach, inni patrzą czasem podejrzliwie? Z takim chyba-troszkę-przesadzasz-przecież-wszystkie-dzieci-są-wymagające w oczach? Szukaj więc wsparcia emocjonalnego u ludzi, którzy też tam byli. Zapraszam serdecznie do mojej grupy na Facebooku. Może w Twoim mieście mamy spotykają się przy kawie, a jeśli nie, może zaczniesz organizować takie spotkania (ja zaczęłam!)?

Temat na osobny artykuł, bo to sprawa związana z bardzo podstawowymi przekonaniami o ludziach i świecie: proś o pomoc. Nie umiesz? Naucz się czym prędzej.

Jeśli masz odpowiednie środki finansowe, pewne rzeczy można załatwić za pieniądze. Można sobie zamówić dietę pudełkową, korzystać z dowożonych obiadów. Można zapłacić za sprzątanie mieszkania, za opiekunkę/opiekuna do dziecka. O gadżetach, z których korzystają rodzice HNB pisałam tutaj, a patenty kulinarne zebrałam w tym artykule.

Warto mówić bliskim wprost: “nie radzę sobie, potrzebuję pomocy”. Czasem to polega na tym, że mama, teściowa, przyjaciółka przywiezie Ci porcję pierogów czy gar rosołu albo pojeździ za Ciebie na mopie, jeśli z ząbkującym niemowlakiem wydeptujesz aktualnie ścieżki w dywanie. Bywa, że proszenie o pomoc to otwarta komunikacja z partnerem: „Wiem, że miałeś zaplanowany wyjazd na ryby w sobotę, ale bardzo potrzebuję odespać rano dwie godziny”. Urlop macierzyński nie oznacza, że tylko matka ma się opiekować dzieckiem 24 godziny na dobę. Niewiele jest zawodów, w których trzeba być ciągle czujnym i ciągle ma się na sobie brzemię odpowiedzialności za czyjeś życie. Uwierz mi, ja w pracy zawodowej odpoczywam, choć jest przecież emocjonalnie obciążająca.

Proszenie o pomoc to również szukanie specjalistycznego wsparcia, jeżeli jest ono potrzebne. Badania pokazują, że matki dzieci z trudniejszym temperamentem są bardziej narażone na depresję poporodową [1]. Jeśli czujesz, że nie radzisz sobie, że potrzebujesz z kimś porozmawiać, masz problemy z zasypianiem, apetytem, emocjami, w tym lękiem, jesteś przygaszona, ciągle smutna albo o wszystko się wściekasz, poszukaj psychiatry, psychologa lub psychoterapeuty. Dalsze informacje na temat depresji poporodowej i kontakty znajdziesz w tym artykule.

Pierwszy rok z hajnidem? Ja też tam byłam! Przeżyłam. Będzie lepiej, obiecuję!

Podpisano: Magdalena Komsta – matka urodzonej w 2015 roku High Need Córki i psycholożka w jednym

 

Potrzebujesz sprawdzonych informacji o high need babies? Sprawdź szkolenie „High need baby".

 

Gdy mama karmiąca choruje

Gdy mama karmiąca choruje

Skarżycie się czasem, że jakiś lekarz lub farmaceuta bezradnie rozkłożył ręce, mówiąc, że podczas karmienia piersią nie można stosować żadnych leków. Że zostają Wam tylko okadzenia, miód, czosnek i modlitwy o zdrowie. A to nieprawda – na szczęście! I ta wiedza coraz bardziej się upowszechnia, a ja zachęcam do upowszechniania jej wśród personelu medycznego jeszcze bardziej (warte polecenia źródła dla Twojego lekarza znajdziesz poniżej).

Kiedy nie można karmić piersią?

Lista stałych przeciwwskazań do karmienia dziecka piersią w Polsce jest bardzo krótka, bo zawiera tylko dwie pozycje [1]:

  • zakażenie matki wirusem HIV;
  • zakażenie matki wirusem HTLV.
(Celowo piszę o Polsce, ponieważ na przykład w niektórych krajach afrykańskich rekomenduje się wyłączne karmienie piersią przez 6 miesięcy matkom zakażonym wirusem HIV i przyjmującym leki, ponieważ ryzyko śmierci niemowlęcia z powodu zanieczyszczenia mieszanki mlecznej jest wyższe niż ryzyko transmisji wirusa przez pokarm).

Czasowo, do momentu wdrożenia leczenia lub poprawy stanu klinicznego matki, nie należy karmić piersią, chorując na:

  • inwazyjną postać zakażenia (bakteriemia, sepsa, zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, septyczne zapalenie kości, stawów);
  • brucelozę;
  • kiłę;
  • rzeżączkę;
  • narkomanię oraz alkoholizm.

Jeśli matka jest w bardzo ciężkim stanie klinicznym, np. z powodu sepsy, i niemożliwe jest odciąganie pokarmu, może powrócić do karmienia, gdy tylko jej stan się poprawi.

Nie powinno się czasowo karmić dziecka bezpośrednio z piersi, ale można podawać odciągnięte mleko, jeśli mama choruje na:

  • gruźlicę (dotychczas nieleczoną);
  • ospę wietrzną lub półpasiec (tylko, jeśli objawy pojawiły się u matki 5 dni przed porodem lub do 2 dni po porodzie; w innym przypadku można karmić);
  • odrę;
  • ma zmiany chorobowe na piersi wskutek zakażenia wirusem opryszczki, ospy wietrznej, półpaśca, gruźlicy, liszajca zakaźnego (jeśli druga pierś jest zdrowa, można nią karmić).

Przy powszechnych infekcjach wirusowych i bakteryjnych, w trakcie przeziębienia, przy biegunkach rotawirusowych, zatruciach pokarmowych, w czasie grypy można, a nawet trzeba karmić dziecko piersią.

Jeżeli masz infekcję wirusową, to przekazujesz ją dalej domownikom, zanim zaobserwujesz jej pierwsze objawy. Odstawianie dziecka od piersi, aby ochronić je przed zakażeniem, jest nie tylko spóźnione (dziecko i tak zetknęło się już najprawdopodobniej z tymi samymi patogenami, co Ty).  Tak naprawdę odstawienie dziecka od piersi podczas infekcji u mamy, to jeden z gorszych pomysłów. W mleku produkowanym przez mamę karmiącą znajdują się przeciwciała przeciw patogenom, które spowodowały infekcję. Jeśli więc karmisz nadal dziecko, to zmniejszasz ryzyko, że zarazi się ono od Ciebie, a  jeśli mimo wszystko się zarazi, to przebieg infekcji będzie łagodniejszy niż byłby bez Twojego mleka.

Jeżeli więc mama ma infekcję wirusową czy bakteryjną (spoza powyższej listy przeciwwskazań), a jej stan nie jest na tyle poważny, żeby była nieprzytomna, to może karmić dziecko. Przeciwciała, które znajdują się w pokarmie kobiecym, nie zagrażają zdrowiu malucha – wręcz są dla niego korzystne. 

Gorączka nie sprawia, że mleko mamy się przepala, kwaśnieje albo się psuje (nawet jeśli twierdzi tak Twoja ukochana Babcia 😉 ).  Dopóki gorączka nie powoduje utraty przytomności, można w trakcie niej karmić dziecko.

Czasem wysoka gorączka, biegunka lub wymioty powodują odwodnienie, co może czasowo obniżyć produkcję pokarmu. Dlatego istotne jest odpowiednie nawadnianie się i uzupełnianie elektrolitów według wskazań lekarza.

Warto pamiętać o zachowywaniu zasad higieny: częste mycie rąk, niecałowanie dziecka, nieoblizywanie smoczka, częste wietrzenie pomieszczeń. Zmiany na skórze, na przykład opryszczkowe, należy zakryć / zakleić. Warto stosować maseczkę na twarz, zwłaszcza przy grypie lub krztuścu (tylko często ją zmieniamy!) [2].

Czy można przyjmować leki?

Ogromne nieporozumienie, które narosło przez lata wokół stosowania leków w czasie karmienia piersią, wynika z traktowania okresu ciąży i laktacji jako takich samych zjawisk. Niektórym wydaje się, że jeśli jakiegoś leku nie wolno stosować u ciężarnych, to tak samo będzie przy karmieniu piersią. A to niekoniecznie prawda! Ciąża i laktacja to dwa różne stany fizjologiczne. Transport substancji czynnych przez łożysko do płodu i przez mleko matki do karmionego dziecka to dwa inne mechanizmy.

Zdecydowaną większość leków można stosować w trakcie karmienia piersią, ale…

Po pierwsze: nigdy nie na własną rękę! Matka karmiąca nie powinna przyjmować żadnych leków bez konsultacji z lekarzem, farmaceutą lub doradczynią laktacyjną, nawet tych dostępnych bez recepty. Możliwość przyjmowania leku oraz dawkowanie zależy od wieku, stanu zdrowia i masy ciała dziecka. Im młodsze, mniej dojrzałe i mniejsze dziecko, tym większa ostrożność w stosowaniu leków. Unikamy leków o wzmocnionym lub przedłużonym działaniu. Ogromne znaczenie ma też forma podania leku – jeśli jest wybór, lepsze są preparaty działające miejscowo, maści, środki wziewne, czopki. Znaczenie ma też długość kuracji (kilka dni czy kilka miesięcy) oraz częstotliwość karmienia – inaczej podchodzi się do noworodka karmionego na żądanie, a inaczej do półtoraroczniaka pijącego mleko mamy 3 razy na dobę o stałych porach. Ogólnie za bezpieczne w laktacji uznaje się leki, które są również podawane niemowlętom i małym dzieciom [3].

Przy podejmowaniu decyzji dotyczących podawania leków, nie należy kierować się informacjami z ulotek. Firmy farmaceutyczne zachowawczo zabraniają przyjmowania większości bezpiecznych substancji, tak „na wszelki wypadek”, żeby nie brać odpowiedzialności.

Jest na szczęście kilka rzetelnych źródeł, w których lekarz lub farmaceuta może sprawdzić, czy konkretny lek może być przyjmowany przez kobietę karmiącą:

  • podręcznik dla profesjonalistów „Medications and Mothers’ Milk„autorstwa Hale’a – dostępny u większości doradczyń i konsultantek laktacyjnych, które mogą wydać pisemną informację dotyczącą stosowania danego leku dla lekarza prowadzącego;
  • internetowy Laktacyjny Leksyków Leków (klik!) (oparty o ww. podręcznik);
  • anglo- i hiszpańskojęzyczna internetowa wyszukiwarka E-lactancia (klik!);
  • anglojęzyczna wyszukiwarka z odnośnikami do artykułów naukowych LactMed (klik!);
  • zestawienie chorób wraz z najczęściej proponowanymi substancjami leczniczymi, w oparciu o podręcznik Hale’a, niestety tylko po angielsku (klik!).

W każdym z tych miejsc wyszukujemy leki, wpisując substancję czynną (np. ibuprofen), a nie nazwę handlową leku (czyli Ibum).

Informacje o bezpieczeństwie niektórych substancji czynnych znajdziesz również u dr Magdaleny Stolarczyk (klik!). Opinie o możliwości stosowania leku w trakcie laktacji wydaje także mgr farm. Karolina Morze Laktaceuta.pl, która dodatkowo wolontaryjnie prowadzi dyżur farmaceutyczny w Fundacji Promocji Karmienia Piersią.

Co na przeziębienie, grypę i zakażenie rotawirusami (grypę żołądkową)?
  • Na gorączkę można bezpiecznie stosować paracetamol [4] i ibuprofen [5].
  • Można stosować syropy wykrztuśne (bez kodeiny), inhalacje i krople do nosa.
  • Przyjmowanie elektrolitów i leków przeciwbiegunkowych jest bezpieczne dla matki i dziecka.

Uwaga na wieloskładnikowe tabletki na przeziębienie i grypę oraz na doustne leki na katar i zapalenie zatok – wiele z nich zawiera pseudoefedrynę, która może czasowo zmniejszać produkcję mleka [6].

  • W przypadku infekcji bakteryjnych, większość antybiotyków jest kompatybilna z karmieniem piersią. Konkretną substancję czynną należy sprawdzić w ww. źródłach.

Bardzo rzadko zdarzają się sytuacje, w których mama jest zmuszona odstawić dziecko od piersi z powodu swojej choroby. Piszę ten artykuł w październiku 2018 roku i dotychczas jako promotorka karmienia piersią tylko dwukrotnie wspierałam mamy, które z powodu leczenia musiały zakończyć karmienie piersią. Były to kobiety w terapii nowotworowej – leki wówczas podawane nie są kompatybilne z karmieniem (przy wszystkich lekach, które są oznaczone symbolem L5, przerwanie karmienia jest konieczne).

Skupiłam się w artykule na jesiennych infekcjach, ale ta pora roku sprzyja również zaburzeniom afektywnym – a bez względu na pogodę nawet 15% matek w pierwszym roku po porodzie doświadcza depresji poporodowej [7].

Nie jest prawdą, że mama karmiąca piersią nie może farmakologicznie leczyć zaburzeń nastroju. Pewne leki przeciwdepresyjne są bezpieczne przy karmieniu piersią i aktualnie nie rekomenduje się odstawiania dziecka od piersi od razu przy diagnozie depresji poporodowej. Lekarz psychiatra może dobrać takie leki, przy których mama będzie mogła nadal karmić. Ma to znaczenie, ponieważ udane karmienie piersią  łagodzi objawy depresji poporodowej. Nagłe odstawienie dziecka od piersi prowadzi do gwałtownego obniżenia poziomu prolaktyny i oksytocyny, co negatywnie wpływa na nastrój i aktywność (pisałam o tym więcej tutaj).

Więcej informacji na temat diagnozy i leczenia depresji poporodowej znajdziesz tutaj.  Lista psychiatrów wspierających mamy karmiące piersią umieszczona jest na stronie Mlekiem Mamy (klik!). Możesz też o nich pytać na mojej grupie dla rodziców Wymagajace.pl (klik!).

Film, w którym omawiam bezpieczeństwo badań diagnostycznych w trakcie karmienia piersią, obejrzysz tutaj.

Konsultacja merytoryczna: dr n. med. Kacper Toczyłowski

 

Parentletter – newsletter dla świadomych rodziców. Zapisz się na listę i otrzymuj pełne wsparcia treści.

Dlaczego dzieci najgorzej zachowują się z mamą?

Dlaczego dzieci najgorzej zachowują się z mamą?

 

Zna to wiele matek, ja też często uśmiecham się w tych sytuacjach przez łzy. Moje dziecko najgorzej zachowuje się, kiedy jest ze mną. Zwykle wtedy, gdy jesteśmy sam na sam albo wracam do domu, a w tle są inni dorośli, którzy opiekowali się córką podczas mojej nieobecności.

Kojarzysz te sytuacje? Wracasz z pracy. Dziecko, które do tej pory było dzieckiem idealnym i bezproblemowym, pokazuje swoją drugą twarz, kiedy tylko stajesz w drzwiach. A taki był grzeczny bez Ciebie…”. Albo zwierzasz się, że jest Ci trudno z dzieckiem, które sporo marudzi, jęczy, wymaga stuprocentowej uwagi. Gdy przychodzą znajomi albo rodzina, maluchowi włącza mu się tak zwana wersja demo. Słyszysz „Chyba trochę przesadzasz, matka!”? Młodzież jękoliła: ni to śpiąca, ni znudzona, a gdy w przedpokoju przekazujesz ją wprost w ręce wracającego z pracy ojca, bobas doznaje iluminacji: wracają w niego siły życiowe i świetny humor. Znasz to?

Czy coś z nami jest nie tak? Nie radzimy sobie? Może jesteśmy złymi matkami, skoro to akurat my wyzwalamy u naszych dzieci trudne zachowania, których nie prezentują w towarzystwie innych dorosłych?

Na szczęście – nie. Zwykle świadczy to o tym, że robimy dobrą robotę, choć pewnie wydaje się to nieintuicyjne.

Wiedza, skąd biorą się te pozornie dziwaczne zachowania dzieci, bardzo dużo zmienia w ich odbiorze – odejmuje mamom sporo napięcia, poczucia winy, zagubienia i złości. Warto więc popatrzeć na zjawisko „Dlaczego dzieci najgorzej zachowują się z mamą?” z kilku perspektyw, bo w  zależności od wieku i temperamentu dziecka, osobowości mamy oraz specyficznej sytuacji rodzinnej różne czynniki mogą wysuwać się na pierwszy plan:

1.Autentycznie zachowujesz się z ludźmi, z którymi czujesz się najbezpieczniej

Nikt z nas nie traktuje wszystkich ludzi na świecie w ten sam sposób. Z niektórymi osobami jesteśmy bliżej związani emocjonalnie, ufamy im i autentycznie się przy nich zachowujemy. Jesteśmy bardziej wyluzowani i bardziej „sobą”. Z innymi czujemy się mniej bezpiecznie i mniej ujawniamy im siebie: nie mówimy wprost o swoich trudnościach, dylematach czy lękach. Bardziej restrykcyjnie trzymamy się zasad savoir-vivre i tak dalej.

Wyobraź sobie, że spodziewałaś się w pracy awansu, poza kulisami zapewniano Cię, że masz go już w kieszeni. Właściwie w myślach wydałaś już dodatkowe pieniądze, które z tej okazji miałaś otrzymać. Na zebraniu zespołu okazuje się, że awans otrzymała Twoja mniej zasłużona koleżanka z biurka obok. Prawdopodobnie przełkniesz gulę w gardle i pogratulujesz jej sukcesu. Dopóki nie dotrzesz do domu, będziesz trzymać fason. Nie będziesz może superradosna, ale raczej nie wypłaczesz się w ramię pani w warzywniaku podczas kupowania pomidorów. Dopiero, gdy przyjdziesz do domu, tama puszcza. Kumulowane przez cały dzień napięcie, uczucie żalu, smutku, złości, rozczarowania, krzywdy wyleje się po przekroczeniu drzwi lub usłyszeniu pytania „Jak się masz?”. To w domu, w którym czujemy się bezpiecznie i w otoczeniu osób, które są nam najbliższe, pokażemy swoje autentyczne ja, przeżycia, które są w nas silne, emocje, których ujawniania w przestrzeni publicznej społeczeństwo nie akceptuje.

Dlatego dzieci bardzo często w żłobku, przedszkolu, podczas terapii zachowują się inaczej, lepiej. Słuchają opiekuna, czekają bez szemrania na swoją kolej. Kiedy są z babcią lub dziadkiem, często wykonują polecenia bez dyskusji. Wydaje się, że wszystko jest ok.  Czasem dlatego, że w przedszkolu z powodu bezpieczeństwa należy coś robić w konkretny, ustalony sposób. Czasem babcia szybko daje do zrozumienia, że nie należy się złościć, bo dziewczynki się nie złoszczą, albo babci serduszko wtedy pęka.

Dostosowanie się do reguł, choćby organizacyjnych (kiedy jemy, kiedy się kładziemy na drzemkę itd.), panujących w danym środowisku kosztuje jednak organizm sporo energii. Napięcia, które się z tym wiążą, nie ulatują w powietrze – gromadzą się w ciele. I kiedy dziecko wraca do domu albo widzi matkę – ostoję bezpieczeństwa – wchodzącą do mieszkania, zalewa ją gromadzonymi przez cały dzień napięciami i emocjami. Wreszcie można się z kimś podzielić tym, co trudne! Muszę, inaczej się uduszę! Dlaczego matki? Bo bardzo często to z nimi dzieci czują się najbezpieczniej: wiedzą, że mogą nam zaufać, że weźmiemy to na klatę, nie odwrócimy się na pięcie, nie obrazimy, nie nakrzyczymy.

2.Wiesz, na co u kogo można liczyć

Ten fragment mocno łączy się z poprzednim. Dzieci są świetnymi obserwatorami i szybko uczą się, na jaki poziom wsparcia, opieki – czy szerzej mówiąc: emocjonalnej dostępności – można liczyć u którego z opiekunów. Że ludzie się między sobą różnią i że z każdym z dorosłych ta sama czynność może wyglądać trochę inaczej.

Weźmy na przykład usypianie na drzemkę. Czasem dzieci mają jakiś rytuał. Mama karmi, podaje smoczek, kocyk, nosi na rękach. Wszystko w odpowiedniej kolejności. Okazuje się jednak, że gdy przychodzi babcia i daje do zrozumienia, że nie może nosić na rękach, bo ma chory kręgosłup, to dziecko przytula się i zasypia. Oczywiście, nie zawsze się tak udaje. Często to zależy od tego, jakie potrzeby zaspokajały elementy rytuału. Ale wiele razy słyszałam, że inny opiekun usypia inaczej bez większej afery, choćby w żłobku (pisałam o tym tutaj).

Opiekunka w żłobku czy dziadek to nie zaklinacze dzieciTo nie jest kwestia tego, że mama jest niewydolna wychowawczo, że sobie nie radzi z dzieckiem. Po prostu dziecko szybko dostosowuje się do innych granic innego opiekuna. Nawiasem mówiąc, pytanie brzmi, czy my, matki, nie przekraczamy własnych granic? Czy nie zaciskamy zębów, częściej niż inni opiekunowie (o tym też kiedyś pisałam)?

3.Matki są nudne

W naszym społeczeństwie mama zwykle w co najmniej pierwszym roku życia przebywa przez większość czasu z dzieckiem (lub dziećmi) w domu samotnie. Nawet, jeśli czasami gdzieś wychodzą (sklep, kawiarnia, zajęcia), to matka jest jedynym opiekunem niemowlaka lub małego dziecka przez większą część doby.

I to nie jest naturalna sytuacja.

W społecznościach tradycyjnych, takich, w których nasz gatunek powstał i przez setki tysięcy lat funkcjonował, na jedno dziecko przypada około czworo dorosłych. W niektórych tradycyjnych plemionach jednym niemowlęciem opiekuje się na zmianę siedmioro osób, w innych nawet czternaścioro (na przykład w plemieniu Efe) [1].

Dzieci wychowywane w naszej kulturze w obecności ciągle jednej i tej samej dorosłej osoby, mają prawo być nią znudzone. Niemowlęta i małe dzieci nie są biologicznie przystosowane do patrzenia w kółko na jedną twarz, słuchania jednego głosu i przebywania w tych samych opatrzonych ze wszystkich stron ścianach. Często marudzą, bo za mało się dzieje.

Dlatego, zwłaszcza przy wymagających dzieciach, wystarczą odwiedziny innego dorosłego lub choćby powrót ojca z pracy, by młodzież nabrała wigoru i była czarującym maleństwem, zbierającym zachwyty gości lub tatusia. Przyszła świeża, nowa krew, która inaczej mówi, inaczej pachnie, inaczej się bawi. Nareszcie! Nasze mózgi są zaprogramowane na szukanie nowości. Nowy, nieznany bodziec od razu zwraca naszą uwagę, sprawia, że wytrącamy się z dotychczasowego stanu.

Jeśli teraz potakujesz ze zrozumieniem głową, zacznij budować własną wioskę wokół dziecka. Wychodź z nim lub zapraszaj znajomych. Spotykaj się z innymi matkami. Organizuj spotkania lokalnych rodziców w kawiarni lub bibliotece. Poszukaj wraz z dzieckiem takiego poziomu stymulacji sensorycznej, która zaspokoi jego głodny wrażeń mózg.

4.(Trudne) emocje są zaraźliwe

I ostatnia refleksja: dzieci często najgorzej zachowują się przy matce, gdy mama jest najbardziej zmęczona ze wszystkich opiekunów.

Już malutkie niemowlęta mają świetne umiejętności w czytaniu mowy ciała. Nie rozumieją słów, ale świetnie wychwytują nasze emocje z tonu głosu, rytmu kroków, postawy ciała, zakresu ruchów itd. Kiedy próbujesz godzić zaspokajanie potrzeb dziecka lub dzieci, innych domowników, pracę zawodową, ogarnianie domu, obiadu i (tu wstaw dowolne aktywności, które próbujesz wcisnąć w dobę), jesteś wykończona. Często niewsypana, czasem zezłoszczona, sfrustrowana, smutna. Ponieważ warunkiem przeżycia małego dziecka jest bycie czujnym na sygnały wysyłane przez opiekuna, maluchy w mgnieniu oka zarażają się naszym nastrojem. Na przykładzie wieczornego usypiania wyjaśniałam to tutaj

Kiedy do dziecka przychodzą inni dorośli, zwykle są w lepszej kondycji psychofizycznej niż matka. Babcia jest wyspana, bo nikt jej nie budził w nocy płaczem. Jest najedzona, ba, nawet pija ciepłą kawę! Regularnie spotyka się z koleżankami, jest na bieżąco z „M jak miłość” i nawet na krzyżówki ma czas. Przychodząc na kilka godzin, wnosi energię, której mama nie była w stanie wykrzesać, bo z pustego i Salomon nie naleje!

Im nam jest trudniej, tym zwykle trudniej zachowuje się nasze dziecko. Powstaje błędne koło, które może przerwać tylko zajęcie się swoimi dorosłymi potrzebami i zaopiekowanie się sobą, podczas gdy swojemu dziecku zapewniamy opiekę innego dorosłego. Zostaw dziecko z wypoczętą babcią albo bardziej-niż-Ty, mimo pracy zawodowej, wypoczętym tatą, puść mimo uszu komentarz „Nie wiem na co narzekasz, w ogóle nie ma z tym dzieckiem żadnego problemu” i zajmij się sobą. Nie jeździj na mopie, chyba, że to dla Ciebie forma relaksu (podobno są tacy ludzie). Prześpij się, idź na samotny spacer (choćby do Biedronki, polecam!), spotkaj się z innymi dorosłymi BEZ DZIECI. Tak, żeby zarażać malucha pozytywną energią i mieć miejsce na przyjęcie trudnych uczuć dziecka.

Dbanie o siebie nie jest egoizmem, jest dbaniem o dziecko i całą rodzinę. 

Napracowałam się nad tym tekstem. Jeśli uznasz wpis za przydatny, proszę, polub mój fanpage i  udostępnij ten artykuł dla swoich znajomych. Dziękuję!

Parentletter – newsletter dla świadomych rodziców. Zapisz się na listę i otrzymuj pełne wsparcia treści.