Leki nasenne dla dzieci

Leki nasenne dla dzieci

Od dawna nosiłam się z zamiarem napisania tego tekstu. Nie jest moją intencją krytykowanie czy wyśmiewanie rodziców, którzy podawali swojemu dziecku preparaty “na sen”. Pracuję jako psycholożka wystarczająco długo, by mieć świadomość, że większość osób robi to albo z totalnej desperacji i bezradności, albo z braku wiedzy o ewentualnych negatywnych skutkach, albo z polecenia lekarza, któremu ufają. Na wstępie proszę więc o empatię w wypowiedziach i powstrzymanie się od oceniających komentarzy.

Wśród preparatów stosowanych w celu “poprawy snu” małych dzieci przyjrzałam się:

  • lekom;
  • ziołom, w tym herbatkom ziołowym;
  • suplementom diety, w tym melatoninie.
Leki nasenne dla dzieci?

Najczęściej stosowanymi lekami, które mają wpłynąć na sen dziecka, są leki przeciwhistaminowe I generacji (rzadziej II generacji). Leki te przeznaczone są  przede wszystkim do łagodzenia objawów alergii lub tzw. choroby lokomocyjnej. Czasem bywają stosowane doraźnie do łagodzenia lęku i w premedykacji (jako “głupi jaś” przed znieczuleniem). Nadmierna senność jest SKUTKIEM UBOCZNYM działania tych leków, a nie ich pierwotnym przeznaczeniem [1]. Każdy z tych leków może doprowadzić do działań niepożądanych ze strony ośrodkowego układu nerwowego i negatywnie wpływać na układ sercowo-naczyniowy, a w skrajnych przypadkach doprowadzić do zaburzeń rytmu serca, dlatego często dostępne są na receptę i POWINNY być stosowane na wyraźne zalecenie lekarza. 

Przestrzegam przed podawaniem dzieciom bez konsultacji z lekarzem jakichkolwiek leków nasennych – pochodnych benzodiazepiny i niebenzodiazepinowych leków nasennych – przeznaczonych dla dorosłych! Nawet jednorazowe ich zażycie może stanowić dla dziecka śmiertelne zagrożenie związane z zatrzymaniem oddychania. Leki nasenne nie powinny być też przechowywane w miejscu dostępnym dla dzieci i młodzieży, żeby zapobiec przypadkowym zatruciom [2].

Osobnym zagadnieniem są leki homeopatyczne – do przeczytania na temat ich procesu powstawania oraz (wątpliwej) skuteczności zapraszam na blog mgra farmacji Marcina Korczyka – Pana Tabletki (KLIK!). W skrócie – nie ma żadnych dowodów na to, że krople, syropy lub czopki homeopatyczne poprawiają sen.

Warto być świadomym, że w Polsce nie zarejestrowano dotychczas żadnego leku w leczeniu zaburzeń snu u dzieci.

Zioła na sen dla dziecka?

Wielu rodziców uważa preparaty ziołowe za bezpieczne. Warto jednak pamiętać, że zioła zawierają substancje czynne i przez lata były stosowane jako leki. Niestety, brakuje danych dotyczących bezpieczeństwa stosowania wielu ziół u dzieci [3], a skład preparatów sprzedawanych jako suplementy diety nie podlega żadnej kontroli (a przez to niebadana jest także ich skuteczność). Także u osób dorosłych cierpiących na bezsenność nie rekomenduje się obecnie stosowania preparatów ziołowych z uwagi na ich niską skuteczność oraz brak danych dotyczących bezpieczeństwa przy długotrwałym używaniu [4].

Z uwagi na brak danych dotyczących bezpieczeństwa nie zaleca się podawania herbat ziołowych niemowlętom, a należy zachować ostrożność przy podawaniu ich dzieciom po pierwszych urodzinach. Najlepiej podawać zioła na wyraźne zalecenie lekarza, okazjonalnie, w niewielkich ilościach oraz stosować pojedyncze zioła zamiast mieszanek kilku ziół. Więcej informacji na temat ziół i herbat w diecie dziecka przeczytasz na stronie mgr inż. Zuzanny Anteckiej, dietetyczki specjalizującej się w żywieniu dzieci (KLIK!).

Nie rekomenduje się podawania naparu z kopru włoskiego (i „herbatek wyciszających” zawierających ten składnik) dzieciom przed 4 rokiem życia, ze względu na zawartość rakotwórczego estragolu [5].

Totalnym nieporozumieniem jest opisywanie przez producentów żywności herbatek granulowanych jako “herbatek słodkich snów” i to dla niemowląt po 4 miesiącu. Do 6 miesiąca dzieci potrzebują tylko mleka mamy lub modyfikowanego – więcej na ten temat pisałam tutaj. Granulki składające się w 98% z cukru z niewielką domieszką ekstraktów ziołowych nie mogą w jakikolwiek sposób wpływać na sen. Mogą natomiast zwiększać ryzyko nadwagi, otyłości, cukrzycy typu II i próchnicy zębów. W zrównoważonej diecie nie ma miejsca na tego typu wynalazki.

Nie wolno małym dzieciom co najmniej do 6 roku życia podawać wyciągów ziołowych, nawet “meliski”, na bazie alkoholu etylowego. Dokładnie tak samo, jak nie podaje się wina, piwa czy wódki.

Suplementy dla dzieci na sen – czy można podawać melatoninę dzieciom?

Firmy farmaceutyczne prześcigają się w tworzeniu specyfików reklamowanych jako “syropki” czy spraye na sen dla dzieci. Podejrzliwość powinno wywołać już samo zarejestrowanie produktu jako suplement diety. Suplementy są środkami spożywczymi, które z definicji mają uzupełniać dietę, a nie leczniczymi. W związku z tym ich producenci nie muszą udowadniać skuteczności takiego preparatu, a kontrola jego faktycznego składu również jest ograniczona – firma może obiecać wszystko i niczego nie dostarczyć.

Sztandarowym przykładem jest melatonina, która w wersji dla dorosłych jest także sprzedawana jako lek, a w przypadku dzieci można kupić ją wyłącznie jako suplement diety.

Melatonina NIE JEST lekiem zarejestrowanym do leczenia bezsenności u zdrowych dzieci, młodzieży i osób dorosłych – bo po prostu w ten sposób nie działa (może być stosowana do krótkotrwałego leczenia pierwotnej bezsenności u chorych po 55. r.ż. przez maksymalnie 13 tygodni). Melatonina jest hormonem sterującym rytmem dobowym i leczy się nią zaburzenia rytmu dobowego np. u osób niewidomych lub po podróży ze zmianą stref czasowych (więcej o jet lagu pisałam TUTAJ).

W Polsce melatonina nie została zarejestrowana do stosowania w leczeniu dzieci. Jej długotrwałe przyjmowanie w populacji pediatrycznej nie zostało dotychczas uznane za całkowicie bezpieczne. Brakuje zgody, czy długotrwałe stosowanie u dzieci może mieć negatywny wpływ na ich układ hormonalny, zwłaszcza reprodukcyjny, i płodność [6]. 

Na rynku mamy także suplement dla dzieci powyżej 3 roku życia zawierający “koncentrat z czarnej porzeczki, wyciąg z kwiatostanu lipy, wyciąg z ziela melisy, wyciąg z koszyczków rumianku, wyciąg z kwiatów róży stulistnej, aromat malinowy, benzoesan sodu”. Czy zaszkodzi? Pewnie nie. Czy pomoże? Też raczej nie. Chyba że jako placebo – a musisz wiedzieć, że jego skuteczność w leczeniu bezsenności jest całkiem wysoka (nawet jeśli badani WIEDZĄ, że przyjmują placebo) [7, 8].

Dlaczego “syropom na sen dla dziecka” mówię NIE?

Poza brakiem danych o skuteczności i ewentualnych skutkach ubocznych, są dwa bardzo poważne problemy z podawaniem dzieciom leków, ziół czy suplementów w celu poprawy ich snu.

W pogoni za nowym, lepszym środkiem na poprawę snu dziecka, możemy przegapić problem zdrowotny, który zaburza jego sen. Nie wszystkie trudności z zasypianiem czy nocne wybudzenia mają podłoże somatyczne, ale należy to wykluczyć i leczyć właściwą chorobę, jeśli faktycznie to ona utrudnia dziecku nocny wypoczynek.

Drugi, niestety znacznie powszechniejszy problem, to tworzenie już od małego skojarzenia pt. nie czuję się najlepiej = biorę lekarstwo. Polacy są jednym z najbardziej nadużywających leków i suplementów diety narodów. Gdy mamy kłopot z nadwagą, szukamy tabletek na odchudzanie, gdy często chorujemy, kupujemy tabletki musujące “Na odporność”. Robią to nasi znajomi i rodzina, jesteśmy bombardowani tym przekazem w mediach tradycyjnych i Internecie. 

Warto pokazywać dzieciom od początku, że rozwiązaniem wielu trudności zdrowotnych jest zmiana diety, ćwiczenia fizyczne, ruch na świeżym powietrzu, wprowadzenie zasad higieny snu, praca psychologiczna nad swoimi przekonaniami i emocjami, a nie sięganie automatycznie po kolejną tabletkę. Zwłaszcza przy problemach ze snem.

Konsultacja merytoryczna tekstu – lek. mgr Lech Popiołek, lekarz w trakcie specjalizacji z psychiatrii dzieci i młodzieży oraz psycholog – dziękuję!

Potrzebujesz sprawdzonych informacji o powodach pobudek Twojego dziecka oraz poznać sposoby na zaopiekowanie się nimi? Sprawdź szkolenie „Dlaczego dzieci się budzą?”.

Czy można zasypiać “zbyt szybko”?

Czy można zasypiać “zbyt szybko”?

O bardzo długim zasypianiu, zmorze wielu rodziców, pisałam już na blogu (KLIK). A co, jeśli dziecko zasypia wieczorem, gdy tylko przyłoży głowę do poduszki, w mniej niż 5 minut?

To niekoniecznie jest powód do radości. 

Wiele osób wie, że zbyt długie zasypianie świadczy o bezsenności. Ale akurat w tym przypadku nie jest tak, że im szybciej tym lepiej. Przeciętnie zdrowy człowiek zasypia wieczorem w ciągu 15-30 minut od “zgaszenia światła” czyli podjęcia decyzji pt. idę spać. Nie ma więc nic złego w tym, że Twoje dziecko kręci się, mruczy, macha nogami i rękami przez prawie dwa kwadranse zanim wpadnie w objęcia Morfeusza (choć wiem z autopsji, że pół godziny siedzenia przy zasypiającym dziecku czasem wydaje się WIECZNOŚCIĄ).

Gdy dziecko stale zasypia w ciągu minuty czy dwóch od położenia się, może to świadczyć o deprywacji, czyli niedoborze snu. Presja snu (potrzeba snu) jest już tak ogromna, że organizm wykorzystuje każde kilka sekund w bezruchu w pozycji siedzącej czy leżącej, żeby wreszcie rozpocząć regenerację.

Zdarza się, że bardzo szybko zasypiają osoby, które śpią dobowo tyle, ile powinny, ale jakość ich snu jest niska. Najczęściej dzieje się tak przy występowaniu tzw. bezdechów sennych. Czerwonymi flagami, które powinny zwrócić naszą uwagę, jest oddychanie przez usta i chrapanie. Więcej na temat zaburzeń oddychania przez sen napisałam TUTAJ.

Zbyt szybkie zasypianie nie musi być problemem, jeśli zdarza się tylko raz na jakiś czas. Często przydarza się dzieciom po porządnym wysiłku fizycznym. Jest normą w tygodniach, w których dziecko zaczyna rezygnować z drzemki, ale dopiero przyzwyczaja się do spania jeden raz na dobę. Jeśli jednak “odpadanie” po dotknięciu poduszki powtarza się stale, warto spróbować układać dziecko do snu wcześniej niż dotychczas, budzić później (albo przygotować sypialnię w taki sposób, żeby nie rozbudzało się przedwcześnie – KLIK!) lub nie rezygnować jeszcze z drzemki. 

Dziecko z deficytem snu zasypia szybko i to mogłoby się wydawać fajne – ale, niestety, nie jest. Stale utrzymujący się niedobór snu u dzieci i młodzieży może zwiększać ryzyko problemów z uwagą, zachowaniem i uczeniem się, a także ryzyko urazów, nadciśnienia tętniczego, otyłości, cukrzycy i zaburzeń depresyjnych [1].

Problem polega też na tym, że gdy kładziemy spać takie mocno zmęczone dziecko, jego mózg szybciej i na dłużej wchodzi w fazę snu głębokiego. A to właśnie w tej fazie snu zdarzają się tzw. niepełne wybudzenia (totalnie niegroźne, choć zwykle wybudzające rodziców np. siadanie przez sen z brakiem kontaktu, choć bez pobudzenia ruchowego), lęki nocne (więcej na ten temat pisałam TUTAJ) i somnambulizm, czyli lunatykowanie.

Więcej na temat norm snu w populacji pediatrycznej przeczytasz w TYM artykule.

 

Masz dość wielogodzinnego usypiania dziecka? Mam dla Ciebie szkolenie „Rytuał wieczorny"!

Ile powinno spać dziecko?

Ile powinno spać dziecko?

W Internecie i poradnikach rodzicielskich można znaleźć setki różnych tabel i norm dotyczących czasu snu dziecka. Większość, niestety,  jest wyssana z brudnego palca. Czasem zastanawiam się, jak okropne dla wielu rodziców musi być rozczarowanie, że noworodek nie śpi po 20 godzin na dobę (większość nie śpi, serio).

Z drugiej strony nie jest też tak, że zupełnie nie istnieją rekomendacje dotyczące długości snu u dzieci. Mamy swoje tabelki, dokładnie tak, jak posługujemy się widełkami dotyczącymi rozwój umiejętności motorycznych, mowy itp. Tyle że normy, z których korzystają eksperci medycyny snu, są zwykle bardziej liberalne (a przez to uspokajające dla rodziców) niż anonimowe tabelki porozrzucane na portalach parentingowych, bez żadnych odnośników do źródeł danych.

W czerwcu 2016 roku Amerykańska Akademia Medycyny Snu opublikowała rekomendowaną długość snu dla dzieci i młodzieży. Nad powstawaniem dokumentu pracowało 13 ekspertów, którzy przez 10 miesięcy przeanalizowali 864 artykułów naukowych. Pod rekomendacjami podpisały się: Amerykańska Akademia Pediatrii, Towarzystwo Badań nad Snem oraz Amerykański Związek Technologów Snu, zrzeszający personel medyczny pracujący podczas badań snu.

 

Ile powinno spać dziecko?

4-12 miesięcy: 12-16 godzin na dobę (w tym drzemki)

1-2 lata: 11-14 godzin na dobę (w tym drzemki)

3-5 lat: 10-13 godzin na dobę (w tym drzemki)

6-12 lat: 9-12 godzin na dobę

13-18 lat: 8-10 godzin na dobę

Nie stworzono zaleceń dla dzieci młodszych niż czteromiesięczne ze względu na szeroki zakres normy w zakresie czasu trwania snu i niewystarczającą liczbę danych naukowych dot. skutków zdrowotnych [1].

Być może Twoją uwagę przykuło kilka ciekawych faktów.

Po pierwsze, naukowcy nie mieli podstaw do rozdzielania snu dziennego od nocnego. Dali w ten sposób jasno do zrozumienia – nie mamy mocnych dowodów na twierdzenie, ile drzemek w ciągu dnia, jakiej długości i do kiedy powinno mieć dziecko (więcej o drzemkach poczytasz tutaj).

Po drugie, szeroki zakres normy oraz brak odpowiednich danych naukowych związanych z ewentualnymi konsekwencjami zdrowotnymi nie pozwala na stworzenie zaleceń dla niemowląt młodszych niż czteromiesięczne.

W pierwszych trzech miesiącach życia dzieci śpią bardzo różnie, większość nich w zakresie szerokiej normy rozwojowej. W tym czasie niemowlaki są bardzo zmienne i trudno złapać u nich jakiś rytm.  Są karmione na żądanie, więc cała opieka odbywa się „na żądanie”. Może być tak, że dziecko w poniedziałek śpi świetnie, we wtorek w ogóle nie chce usnąć, w środę ma trzy drzemki, w czwartek ma pięć, a w sobotę ma dwie, bo przyszli goście i chciało się nimi nacieszyć. Nie ma więc potrzeby koncentrować się na liczbie przespanych godzin.

To, co jest istotniejsze w pierwszych trzech miesiącach życia dziecka to zwrócenie uwagi na skuteczność karmienia i tempo przyrostu masy ciała. W tym wieku zdecydowana większość problemów z zasypianiem czy długością snu wynika z problemów z karmieniem, w tym problemów laktacyjnych (nieprawidłowa technika karmienia, nieprawidłowości w budowie jamy ustnej dziecka jak skrócone wędzidełko języka, problemy ze ssaniem, infekcja). Rozwiązanie pierwotnego problemu pozytywnie wpłynie na wzorzec snu maluszka.

Pamiętam konsultacje z rodzicami, którzy zgłosili się do mnie w związku z trudnościami niemowlaka ze snem, mówiąc „Pani Magdo, nam się wydaje, że nasze dziecko tak kiepsko przybiera dlatego, że ono kiepsko śpi. Bo on jest niewyspany, nie za bardzo ma siłę jeść i nie ma apetytu”. To tak nie działa. Problemy ze snem nie wpływają negatywnie na apetyt dziecka. Wręcz odwrotnie – człowiek, który jest głodny, nie będzie mógł zasnąć, bo napęd do zaspokojenia potrzeby pożywienia będzie silniejszy (oczywiście, nieco inaczej wygląda to w trakcie infekcji, nasilonej żółtaczki lub przy znacznym niedożywieniu, kiedy niemowlaki zgłaszają się do karmienia rzadziej niż powinny).

Jeżeli dziecko słabo przybiera na masie to prawdopodobnie jest coś, co negatywnie wpływa na karmienie i sen – i maluch potrzebuje porządnej diagnozy (pediatry, doradczyni lub konsultantki laktacyjnej, logopedy, fizjoterapeuty, innych specjalistów), a nie nauki samodzielnego zasypiania. Więcej na temat niemowląt karmionych piersią, które nie przybierają tak, jak powinny, przeczytasz TUTAJ.

Istotne jest również to, że optymalny czas snu dla dzieci wieku 4-12 m.ż. jest dość szeroki. Zalecenia opracowane na podstawie badań są znacznie niższe niż „normy” podawane przez “trenerów snu”, według których niemowlęta między 4 a 12 m.ż. powinny spać 14-15 godzin na dobę (a w rekomendacjach mamy informacje o zakresie 12-16 godzin). Pytanie brzmi, co jest źródłem upierania się przy nierealistycznych / przestarzałych danych?

 

W jaki sposób liczyć czas snu dziecka?

Po pierwsze, w medycynie snu nigdy nie wyciąga się wniosków z jednej gorszej nocy. Najlepiej prowadzić obserwacje przez minimum dwa tygodnie. Po drugie, każdy człowiek wybudza się w nocy, dzieci też, i czas trwania wybudzeń nie musi być kłopotem i nie musi być odliczany z czasu snu, jeśli trwają stosunkowo krótko (typu “nakarmić, odbić, przewinąć i śpi”). Po trzecie, każda drzemka się liczy, ponieważ każda zmniejsza presję snu i ładuje akumulatory dziecka (a jeśli drzemka jest bardzo długa i / lub późna, kradnie nieco czas snu z nocy). Warto więc siadając do notatek, uwzględniać przy zapisie turbodrzemki przy karmieniu (które nie muszą być niczym złym – KLIK), w trakcie jazdy samochodem itp.

 

I co dalej?

Jeśli dziecko śpi krócej, niż mówią rekomendacje (choć ma czas na sen i adekwatnie przygotowane miejsce), ale mimo to prawidłowo się rozwija i dobrze funkcjonuje w ciągu dnia, to nie spełnia kryterium zaburzeń snu. Osoby posiadające niskie zapotrzebowanie na sen (które to jest uwarunkowane genetycznie) nazywa się “krótkospaczami” (short sleepers). W życiu dorosłym, przesypiając do 6 godzin na dobę, nie skarżą się oni na senność, złe samopoczucie czy jakiekolwiek inne problemy związane ze snem czy funkcjonowaniem w ciągu dnia (zazdroszczę). 

W przypadku, kiedy sen dziecka jest zbyt krótki i negatywnie wpływa to na jego funkcjonowanie, rozwój i zdrowie, rodzina potrzebuje przede wszystkim konsultacji pediatry i innych specjalistów, w zależności od podejrzewanego podłoża somatycznego zaburzeń snu. Chorób, niedoborów i zaburzeń rozwojowych negatywnie wpływających na sen jest ponad 20!

Część problemów ze snem będzie wynikało z nieprawidłowo przygotowanego środowiska snu (poczytaj TUTAJ) czy innych trudności w rodzinie, w tym emocjonalnych. Diagnozę psychologiczną warto powierzyć psychologowi po pięcioletnich studiach magisterskich, z uwagi na to, że sen jest jedynie wycinkiem funkcjonowania psychofizycznego dziecka – kursy online nie dają wystarczającej wiedzy i umiejętności diagnostycznych do określenia przyczyn trudności, tak medycznych, jak i wymagających pracy z rodziną.

 

Jeżeli chcesz wiedzieć jakie mogą być zdrowotne przyczyny pobudek – sprawdź szkolenie „Problemy zdrowotne a sen dziecka”!

Dlaczego tata w nocy jest “be”?

Dlaczego tata w nocy jest “be”?

„ONO WOLI DO CIEBIE!” – czy już to słyszałaś? Może się zastanawiasz, jak to jest jest, że dziecko uwielbia swojego tatę w ciągu dnia, a wieczorem albo w nocy absolutnie nie chce go widzieć na oczy (a wystarczy, że malucha na ręce weźmie mama i płacz milknie w ułamku sekundy)?

Czy to matki są biologicznie przystosowane do usypiania małych dziećmi, a ojcowie powinni wkraczać dopiero po odstawieniu od piersi / pierwszych urodzinach / trzech latach, no ewentualnie wcześniej, ale jeśli są uzbrojeni w butelkę z mlekiem?

W skrócie: nie.

Już niemowlę może być emocjonalnie przywiązane do kilku osób. Wyraźnie widać to w społecznościach żyjących w bardziej naturalny niż zachodnia cywilizacja sposób, bo jest to realną koniecznością zapewniającą dzieciom bezpieczeństwo (więcej pisałam o tym TUTAJ). Nie jest prawdą, że do trzeciego roku życia liczy się wyłącznie mama – choć rzeczywiście niemowlakowi na samym początku może być zdecydowanie najłatwiej nawiązać więź właśnie z matką. Po pierwsze, zna ją najdłużej. Jej głos słyszało jeszcze będąc w jej brzuchu. Po drugie, karmienie piersią (nawet jeśli to było choćby kilka dni) i wiele innych czynności opiekuńczych wymaga częstego i długiego kontaktu fizycznego, a to ułatwia tworzenie przywiązania.

Samo mleko ma tu natomiast znacznie mniejsze znaczenie. Nie jest więc tak, że jeśli mama karmi dziecko piersią, to ojciec jest automatycznie w gorszej pozycji. Nie musi karmić niemowlaka butelką, żeby nawiązać z nim relację ani żeby potrafić je uspokoić albo uśpić. Nie wszystkie dzieci chcą pić z butelki i to nie znaczy, że póki są karmione piersią, to nie przywiążą się do ojca.

Tu nie chodzi o mleko

Do lat 50. ubiegłego wieku zakładano, że zaspokajanie przez opiekuna potrzeb fizjologicznych, takich jak pożywienie i ciepło, prowadzi do skojarzenia przez dziecko konkretnej osoby z doznawaną gratyfikacją i przywiązania się do niej. Zależność miała być prosta: sprawiłaś, że mam pełny brzuch -> szukam u Ciebie wsparcia w trudnych chwilach. Poważnie zakwestionowały tę teorię odkrycia Konrad Lorenza dotyczące powstawania przywiązania u niektórych gatunków ptactwa bez udziału pożywienia czy innych nagród. Myślenie o tworzeniu więzi zmieniły jednak na zawsze eksperymenty na małpach przeprowadzone przez Harry’ego Harlowa.

Podczas pobytu małych rezusów w laboratorium zauważono, że są silnie przywiązane do materiału, którym nakrywano podłogę w klatce. Małpki przywierały do niego i wpadały we wściekłość, gdy zabierano go do prania. Zaobserwowano także, że małe rezusy wychowywane na niepokrytej materiałem drucianej podłodze klatki z trudem, jeżeli w ogóle, przeżywają pierwsze pięć dni życia. Zespół laboratorium był zdumiony hipotezą, że poza jedzeniem, kontakt fizyczny może być tak ważną zmienną w rozwoju zdrowych małpich niemowląt.

Harlow postanowił zbadać rozwój emocjonalny małpich niemowląt w sytuacji braku matki i przetestować hipotezę dotyczącą wpływu karmienia na tworzenie się przywiązania.

Zbudowano dwie matki zastępcze. Pierwsza była pokryta miękkim materiałem i emitowała ciepło z żarówki. W rezultacie powstała „miękka, ciepła i czuła matka o niewyczerpanej cierpliwości, matka dostępna dwadzieścia cztery godziny na dobę, która nigdy nie beszta swojego dziecka, nie bije go i nie gryzie w złości”. Druga matka zastępcza zbudowana była z siatki drucianej i różniła się od miękkiej matki przyjemnością kontaktu, który oferowała. 

W eksperymencie w dwóch klatkach umieszczone zostały obie matki – w pierwszej klatce czworgu małpkom pokarmu dostarczała futrzana matka, w drugiej pozostałe cztery małpiątka karmiła matka druciana. Czas spędzany na każdej z matek był automatycznie mierzony. Bez względu na to, czy butelka z jedzeniem była umieszczona na matce drucianej czy futrzanej, małpki spędzały znacznie więcej czasu na matce z miękkiego materiału. Stało się jasne, że komfortowy dotyk jest ogromnie ważną zmienną w rozwoju emocjonalnym, podczas gdy karmienie jest nieistotne. Tym samym zakwestionowano teorie zakładające oparcie związku z matką wyłącznie na redukcji głodu.

„Człowiek nie może żyć tylko mlekiem. Miłość nie musi być podawana butelką”, podsumował przedstawione dane Harlow. 

Zbadano także zachowanie małpek w sytuacjach zaskoczenia i niepokoju. Do klatki z drucianą i materiałową matką wkładano wywołujący strach bodziec, na przykład ruszającą się zabawkę. W sytuacji stresu małe rezusy wyraźniej preferowały schronienie u matki futrzanej. Karmienie okazało się być nieistotne – bez względu na to, gdzie była umieszczona butelka, małpki szukały pocieszenia u miękkiej atrapy. 

(dobrze, że obecnie nie prowadzi się już takich eksperymentów ze względów etycznych, prawda?)

Także obserwacje ludzkich niemowląt wskazują na niezależność tworzenia się przywiązania od zaspokajania potrzeb fizjologicznych. Badania Schaffera i Emersona potwierdziły, że co najmniej jedna piąta osób, do których przywiązane są niemowlęta, nie uczestniczy w ich pielęgnacji i karmieniu. Oznacza to, że wczesne więzi emocjonalne rozwijają się niezależnie od zaspokajania fizycznych potrzeb. Nie potrzeba więc butelki z mlekiem, żeby stać się dla malucha ważną osobą.

Na drabince

Sporo trudnych emocji, które narastają wokół tego, że dziecko preferuje jednego z rodziców, wynika z braku wiedzy o sposobie działania systemu przywiązania u dziecka.

Każde dziecko wychowywane w rodzinie może nawiązać bliską więź z kilkorgiem dorosłych. Jednocześnie istnieje dla niego hierarchia przywiązania. Można ją sobie wyobrazić w formie drabinki, na której szczeblach są poustawiani kolejni opiekunowie dziecka. Drabinka jest wąska, więc na każdym jej szczeblu może stać tylko jedna osoba. Na samym szczycie hierarchii jest opiekun numer jeden. Na kolejnych szczeblach są osoby numer dwa, numerem trzy i tak dalej.

Co to oznacza dla dziecka? System przywiązania aktywuje się w sytuacjach, które są trudne dla dziecka – kiedy się przestraszyło, uderzyło, jest głodne, senne lub zmęczone. Jeżeli więc jest mi bardzo trudno i źle, a ja mam do wyboru pięć dorosłych osób, zgłoszę po pomoc do mojego numeru jeden, do osoby z najwyższego szczebla drabinki. Ale jeżeli akurat  tego numeru jeden nie ma, a są opiekunowie numer dwa i trzy, to zgłoszę się do numeru dwa z prośbą o pomoc – zgodnie z hierarchią przywiązania. Być może nieco dłużej zajmie mi zaspokojenie moich potrzeb, czyli na przykład uspokojenie się lub zaśnięcie, niż miałoby to miejsce w towarzystwie numeru jeden, ale również będzie możliwe. 

Co decyduje o tym, kto jest w hierarchii przywiązania wyżej, a kto niżej? Nie jest to ani zaangażowanie opiekuna w karmienie, ani stopień pokrewieństwa. Niekoniecznie zawsze to mama będzie numerem jeden, tata będzie zawsze numerem dwa, a babcia numerem trzy. Dla ⅓ półtorarocznych dzieci mama nie jest numerem jeden – choć warto wspomnieć, że są to badania z krajów, gdzie urlop macierzyński trwa znacznie krócej niż w Polsce.  Bywają takie rodziny gdzie numerem jeden jest mama, numerem dwa jest babcia albo niania, a tata jest dopiero numerem trzy. 

To, gdzie dorosły znajduje się w hierarchii przywiązania (i jaka jest jego jakość), zależy od kilku czynników.

Pierwszym jest dostępność emocjonalna opiekuna, czyli szybkość adekwatnego odpowiadania na sygnały wysyłane przez dziecko. Niemowlak nawiązuje relację z dorosłymi, którzy reagują na jego komunikaty typu “nudzi mi się”, “pogadaj ze mną”, “przestraszyłam się”, “chcę jeść” – choć nie chodzi o to, że trzeba rzucać gorącą patelnią i biec kurcgalopkiem, gdy tylko dziecko jęknie, kiedy akurat nie możemy podejść. Zareagowanie słowne “Już, słyszę Cię Marysiu, za moment podejdę” jest wystarczająco dobre. Reakcją na sygnały głodu nie musi być samo karmienie, bo przy malutkim niemowlaku adekwatną reakcją ojca będzie choćby przyniesienie malucha do karmiącej piersią mamy.

Czas, jaki opiekun spędza z dzieckiem, jest istotny. I choć jakość tego czasu ma znaczenie, daleka jestem od podpisania się pod promowanym przez niektórych specjalistów hasłem “nie liczy się ilość, liczy się tylko jakość”. To tak nie działa. Małe dzieci potrzebują wielokrotnie doświadczyć wsparcia opiekuna w trudnych sytuacjach, żeby mu zaufać. To, że starsze dzieci i nastolatkowie także potrzebują czasu, a nie tylko “jakości”, widać choćby po tym, że potrafią przez kwadrans rozmawiać o mało istotnych sprawach, żeby dotrzeć wreszcie, przed samym zaśnięciem, do ważnych tematów, wątpliwości, lęków. 

Kolejnym znaczącym czynnikiem wpływającym na miejsce opiekuna w hierarchii przywiązania jest jego zaangażowanie w inicjowanie interakcji z dzieckiem. Czyli chodzi nie tylko o to, żeby odpowiadać na wezwania niemowlaka, ale też samemu wchodzić z nim w kontakt.

Jeśli mama jest podczas urlopu macierzyńskiego w domu z dzieckiem i opiekuje się nim 24 godziny na dobę, a tata jest z maluchem pół godziny przed wyjściem do pracy (z czego kwadrans to tylko jednym okiem, bo ubiera się i pakuje) i dwie godziny wieczorem, to nierównowaga w ilości czasu jest znaczna. Ale z drugiej strony, jeśli mama choruje na depresję i ma trudność w dostępności emocjonalnej i rzadko inicjuje interakcje, to mimo tej nierównowagi czasowej może się okazać, że ojciec w hierarchii przywiązania będzie nieco wyżej. Jeśli dziecko jest w żłobku 8 godzin, to niekoniecznie jego opiekunka wskoczy na najwyższy szczebel. Jej dostępność emocjonalna i wchodzenie w interakcję jest mniejsze – opiekunka zajmuje się jednocześnie sześciorgiem dzieci, a Ty jednym, choć przez mniejszą liczbę godzin.

Jesteś jak all-inclusive

Mama i tata są równorzędnymi rodzicami, ale jeśli dziecko jest w kiepskim stanie (na przykład senne) i ma wybór, zwykle zwróci się do osoby, która jest wyżej w hierarchii. Zwłaszcza, jeśli przebywanie z nią dostarcza przyjemnych wrażeń sensorycznych, ułatwiających zasypianie.

Najłatwiej wyjaśnić to metaforą wyjazdu na wakacje. Dla bardzo wielu dzieci mama karmiąca piersią jest hotelem pięciogwiazdkowym. Nie dość, że (1) to mama – czyli osoba, która prawdopodobnie u większości dzieci jest numerem jeden na drabince – to jeszcze (2) bycie przytulonym do kogoś miękkiego i miłego (pamiętasz rezusy?), (3) ssanie, które wycisza i (4) ciepłe mleko zawierające substancje ułatwiające zasypianie oraz (5) powodujące wyrzut nasennych hormonów sytości. Używając metafor wyjazdowych – jest na all inclusive.

Dla niektórych dzieci tata w porównaniu do takiej mamy jest hotelem czterogwiazdkowym. Super, ale wyobraź sobie, gdyby ktoś Tobie zaproponował:

Masz do wyboru ekskluzywne dwutygodniowe wakacje za darmo. Śpisz albo w hotelu pięciogwiazdkowym z trzema posiłkami dziennie, albo w czterogwiazdkowym tylko ze śniadaniem.

Jaki hotel byś wybrała? Większość z nas nie zastanawia się długo… a dziwimy się dzieciom, że w sytuacji wyboru też proszą o all-inclusive.

Ale gdyby propozycja brzmiała raczej:

Masz do wyboru tamten hotel czterogwiazdkowy ze śniadaniami albo schronisko młodzieżowe: łóżko w pokoju ośmioosobowym bez łazienki, w gratisie dwóch współlokatorów chrapiących przez całą noc.

O, Panie, ten hotel czterogwiazdkowy wydaje się wtedy megawypasem, biere bez większego marudzenia! 

Dokładnie ten mechanizm działa wówczas, gdy mama wychodzi z domu na noc, zostawiając malucha z tatą lub babcią. Najczęściej w półśnie i na autopilocie dziecko jeszcze poszukuje mamy, ale kiedy uda się je wreszcie rozbudzić, zaśnięcie jest znacznie łatwiejsze niż wszyscy zakładali. Ba, czasem dzieciaki tej nocy bez mamy akurat wcale się nie budzą!  Oczywiście, w wyjątkowych sytuacjach, jeśli dziecko jest w bardzo dużym nasileniu lęku separacyjnego, ząbkujące, chore, mama niedawno wróciła do pracy, to może być trudniej. Ale często strach ma po prostu wielkie oczy.

Aha – jeśli klucz od pokoju w hotelu pięciogwiazdkowym jest na wyciągnięcie ręki w drugim pokoju, to dlaczego niby miałbym zgadzać się na ten trzygwiazdkowy?

Od czego jest tata?

Kiedy opowiadałam kiedyś o metaforze hotelowej, otrzymałam cudowny komentarz: tata jest hotelem czterogwiazdkowym, ale z animacjami dla dzieci. 

I tu bywa pies pogrzebany!

Zachęcam Cię do zadania sobie pytań:

  • Z kim mojemu dziecku kojarzy się zasypianie?
  • Kto uczestniczy w rytuale zasypiania?
  • Kto obsługuje nocne pobudki dziecka?

i wreszcie:

  • Od czego w naszej rodzinie jest tata?

Badania prowadzone w naszym kręgu kulturowym wskazują, że matki częściej zajmują się rolą opiekuńczą (są więc od karmienia, spania i przewijania), a ojcowie pełnią rolę towarzysza zabaw, dostarczającego atrakcji i rozrywek. 

Przy takim podziale nagłe oddanie ojcu wieczornego usypiania ma prawo się nie udać.

Wyobraź sobie więc, że jesteś rocznym maluchem. Przez 365 dni (czyli przez całe swoje życie) doświadczyłeś, że w usypianiu pomaga Ci mama, a inicjatorem superzabaw jest tata. Pewnej nocy budzisz się o 23.30, ale zamiast mamy przy łóżku pojawia się ojciec.

Hej, o co chodzi?! Idź stąd człowieku, jest środek nocy, ja nie chcę się bawić, ja chcę spać! Wołaj tę kobietę od spania! 

Jeśli więc tata ma przejąć od mamy rytuał wieczorny, to warto żeby dziecko nabywało doświadczenia, że tata też “umie w usypianie”. Bo skąd ma niby to wiedzieć, skoro nigdy tego nie doświadczył?

Czasem będzie potrzeba przez jakiś czas wykonywać cały rytuał wieczorny i obsługę pobudek we trójkę, żeby w bezpieczny i spokojny sposób przekazać nocną opiekę ojcu. To jest do zrobienia, nawet jeśli mama karmi piersią do zaśnięcia, nawet, jeśli tata nie jest obecny w domu codziennie, bo pracuje zmianowo lub wyjeżdża. Tylko wtedy może to po prostu zająć więcej czasu.

Wrzucając na luz

Przekazanie wieczornego usypiania ojcu może się nie udać, jeśli on jest przekonany, że się nie uda. Dzieci błyskawicznie zarażają się naszymi emocjami, przede wszystkim lękiem. Z tego też powodu niekiedy ojcu usypianie idzie znacznie szybciej niż zmęczonej i poddenerwowanej całym dniem opieki mamie. Więcej na ten temat pisałam TUTAJ.

Warto też pamiętać, że poszukiwanie numeru jeden z drabinki przywiązania jest najsilniejsze, gdy poziom dyskomfortu lub nasilenie emocji u dziecka jest najwyższe. Ojcu łatwiej więc będzie położyć do snu malucha, który jest mniej zmęczony, nawet jeśli finalnie samo usypianie potrwa dłużej.

Czy to konieczne, żeby dziecko było usypiane przez rodziców na zmianę? Nie.

Czy warto to robić? Tak, bo daje poczucie komfortu mamie, która może czasem wieczorem wyjść (lub nie stresuje się dodatkowo w wyjątkowych sytuacjach typu nieplanowany pobyt w szpitalu), a ojcu może wzmocnić poczucie rodzicielskich kompetencji.

 

Masz dość wielogodzinnego usypiania dziecka? Mam dla Ciebie szkolenie „Rytuał wieczorny"!

Co może pić niemowlę?

Co może pić niemowlę?

Pracuję z rodzicami małych dzieci od kilku lat i niewiele rzeczy może mnie już zaskoczyć. Lidlowi się to udało.

Ale od początku.

Odpowiedź na zadane w tytule pytanie zajęłaby mi tylko jedno zdanie. Pozwólcie jednak, że rozwinę nieco ten wątek.

Niemowlęta do 6 miesiąca życia (pierwsze 180 dni) powinny otrzymywać wyłącznie pokarm kobiecy lub mleko modyfikowane oraz suplementy (w Polsce to witamina D3) i ewentualnie leki [1, 2]. Koniec, kropka. 

W pierwszych sześciu miesiącach nawet w upalne dni i nawet niemowlaki karmione mlekiem modyfikowanym nie potrzebują wody, roztworu glukozy, soków ani herbatek, w tym ziołowych. 

Dlaczego tylko mleko?

Niemowlęta mają małe żołądki i duże potrzeby kaloryczne. Mózg noworodka zużywa nawet 80% przyjmowanej energii [3] i w ciągu pierwszych 3 miesięcy życia powiększa się o 64% [4]! Maluchy potrzebują dobrej jakości tłuszczów, białka i węglowodanów z mleka mamy lub modyfikowanego.

Jeśli do malutkiego żołądka wlejesz wodę lub herbatkę, oszukasz głód, ale nie dostarczysz dziecku niezbędnych składników odżywczych. To prosta droga do spadku przyrostów, niedożywienia, czasem nawet groźnych zaburzeń elektrolitowych.

W przypadku karmienia piersią to także duża szansa na obniżenie poziomu produkcji pokarmu. Mechanizm jest prosty: po pierwsze, zdarza się, że jednorazowe podanie butelki ze smoczkiem może u niektórych niemowlaków spowodować trudności w uchwyceniu piersi (są oczywiście i takie, które nie mają z tym problemów i mogą być karmione na zmianę bezpośrednio z piersi i z butelki – tyle, że nie jesteś w stanie z góry przewidzieć, w której grupie będzie Twoje dziecko). Po drugie, niemowlę, którego głód oszukaliśmy wodą lub herbatką będzie mieć dłuższą przerwę w zgłaszaniu się do karmienia. Dłuższa przerwa w karmieniu piersią -> przepełnianie się piersi -> przepełnione piersi obniżają produkcję mleka (skoro nikt nie chce pić, to organizm nie produkuje bez sensu, po co się męczyć?). Tak, dopajanie niemowląt przed 6 miesiącem życia może się zakończyć przedwczesnym zakończeniem karmienia piersią.

Dzieciom do 4 roku życia nie podaje się herbaty z kopru włoskiego – nawet niemowlakom z kolką – ponieważ zawiera on rakotwórczy estragol [5].

Co po 6 miesiącu życia?

Według najnowszych zaleceń zarówno niemowlętom karmionym mlekiem kobiecym, jak i tym karmionym mlekiem modyfikowanym rozszerzamy dietę po 6 miesiącu życia. W bardzo rzadkich, medycznie uzasadnionych przypadkach, na wyraźne zalecenie lekarza, pokarmy uzupełniające są wprowadzane wcześniej (ale nie przed 17 tygodniem życia).

Między 6 a 12 miesiącem życia nadal głównym napojem niemowląt jest mleko matki lub mleko modyfikowane.

Do roczku nie podajemy zwykłego mleka krowiego jako głównego napoju, ponieważ zwiększa ono ryzyko anemii z niedoboru żelaza, może być przyczyną mikrokrwawień z przewodu pokarmowego, przeciążenia nerek składnikami mineralnymi oraz sprzyja alergizacji [2].

Zaczynamy podawać wodę – źródlaną lub naturalną wodę mineralną – niskozmineralizowaną (ogólna zawartość soli mineralnych <500 mg/1 litr), niskosodową i niskosiarczanową. Wodę podajemy z kubka otwartego  – to wymaga nauki! Ideałem jest sytuacja, w której po pierwszych urodzinach dziecko nie pije już niczego z butelki ze smoczkiem (to się nie zawsze uda, ale warto próbować – do tematu butelki wrócimy jeszcze za moment).

A może posłodzić?

Dodawanie cukru do pokarmów i napojów w pierwszym roku życia jest wysoce niewskazane. Niemowlęta kochają słodki smak – słodki jest i płyn owodniowy (wody płodowe), i mleko matki, i modyfikowane. 

Wyzwaniem, przed którym stajemy w okresie rozszerzania diety, jest zapoznanie dziecka z mnogością innych smaków. W tym tych trudnych, np. gorzkiego smaku zielonych warzyw. Słodki smak już zna i lubi, koncentrujemy się więc na zaprezentowaniu wszystkich innych. Czasami kilkanaście razy, zanim dziecko tego brokuła włoży do ust.

Podawanie niemowlętom słodzonych pokarmów i napojów nie tylko kształtuje nieprawidłowe preferencje żywieniowe, ale także zwiększa ryzyko próchnicy zębów oraz otyłości.

To może soczek albo herbatka?

Polscy eksperci zalecają ograniczenie podawania soków owocowych niemowlętom między 6 a 12 miesiącem życia do 150 ml dziennie [2]. Amerykanie, w swoich nowych rekomendacjach z 2017 roku, idą jeszcze dalej i proponują “całkowicie unikać podawania soków owocowych dzieciom poniżej 1 roku życia” [6]. Niemowlęta nie potrzebują soków, ponieważ są one wyłącznie źródłem cukrów prostych, a ponieważ zawierają niewielkie (jeśli w ogóle) ilości błonnika, dużo zdrowszym wyborem jest po prostu świeży owoc.

Podawanie dzieciom herbat z suszu owocowego będzie utrudniać przyswojenie nawyku picia wody do posiłków. Herbatki owocowe mają niskie pH, a z tego powodu zwiększają ryzyko próchnicy zębów! 

Herbata czarna lub zielona utrudnia przyswajanie żelaza z pożywienia [7].

Herbaty granulowane są produktem wysoce przetworzonym i mocno dosładzanym i nie powinny się znajdować w menu żadnego człowieka, zwłaszcza małego dziecka.

Co może być w butelce?

Karmienie piersią jest naturalnym i najzdrowszym sposobem żywienia niemowląt. Dlatego stanowi wzorzec, do którego jest porównywane karmienie mlekiem modyfikowanym. Skład mleka modyfikowanego nie zależy od widzimisię producenta, ale jest określony rozporządzeniem Ministra Zdrowia i dyrektywami unijnymi. Wszystko po to, by jak najbardziej zbliżył do składu mleka kobiecego. Ma to na celu sytuację, w której „tempo wzrostu i  wskaźniki przemiany materii u niemowląt karmionych sztucznie było maksymalnie zbliżone do obserwowanych u niemowląt karmionych wyłącznie piersią” [2].

Innymi słowy: chodzi o to, żeby karmienie butelką jak najbardziej przypominało karmienie dziecka piersią.

I tu wchodzi Lidl, cały na biało.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Delikatne bio biszkopciki dla Twojego maleństwa to zdrowa przekąska uzupełniająca codzienne zapotrzebowania głodomorów. 🙂 #baby #bio #biszkopt #lidlPolska

Post udostępniony przez Lidl Polska (@lidlpolska)

EDYCJA: po opublikowaniu tekstu Lidl usunął zdjęcia produktu ze swoich mediów społecznościowych.

Wyglądały tak:

Byłam przekonana, że minęły już czasy, w których rodzice byli przekonywani przez babcię „daj mu butlę z kaszką, to prześpi Ci całą noc”.

Jak widać, nie minęły. Jest gorzej: jeden z największych producentów i dystrybutorów żywności bez żadnej żenady wprowadza na rynek TRAGICZNY produkt rekomendowany po 6 miesiącu życia.

Zerknijmy na BARDZO ZŁY skład, który w żołnierskich słowach podsumowała Doktor Ania:

(swoją drogą te ciasteczka to idealny przykład, że certyfikowany ekologiczny bio produkt może być zły)

Co tam rekomendacje dotyczące żywienia niemowląt [2]!

„Według obecnych zaleceń należy w diecie niemowlęcia unikać soli kuchennej (prawdopodobnie wpływa na ryzyko występowania nadciśnienia w późniejszym wieku)…”

Lidl: Oj tam, oj tam, trochę soli, bez przesady.

„… oraz cukru (ryzyko próchnicy, kształtowania się nieprawidłowych preferencji żywieniowych)”.

Lidl: Ale nasz cukier jest z rolnictwa ekologicznego!

I mój absolutny faworyt – zdjęcie butelki i informacja, że biszkopty można rozpuszczać w mleku, herbacie lub innych napojach i podawać butelką.

Przyjrzyjcie się jeszcze raz:

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Delikatne bio biszkopciki dla Twojego maleństwa to zdrowa przekąska uzupełniająca codzienne zapotrzebowania głodomorów. 🙂 #baby #bio #biszkopt #lidlPolska

Post udostępniony przez Lidl Polska (@lidlpolska)

LIDL, SERIO?

Pamiętacie, co pisałam o tym, że karmienie butelką ma jak najbardziej przypominać karmienie piersią?

Czy po 6 miesiącu życia z kobiecych piersi zaczyna lecieć mleko z ciasteczkami? Albo z kaszką? A z kleikiem?

NIE! To skąd pomysł, że takie posiłki są dobre dla dzieci???

Produkty uzupełniające od początku rozszerzania diety powinny być podawane na łyżeczce (metoda klasyczna) lub do samodzielnego jedzenia (do rączki – metoda BLW).  Nie wolno podawać posiłków stałych przy pomocy butelki! Jeśli dziecko nie jest gotowe do spożywania posiłków z łyżeczki lub samodzielnie, należy poczekać, a nie miksować je z mlekiem i podawać butelką.

Dlaczego kaszka lub ciasteczka w butelce to naprawdę zły pomysł [8, 9, 10]?
  • Podawanie kaszek, kleików, ciasteczek, biszkoptów w mleku lub zmiksowanej zupy w butelce zwiększa ryzyko nadmiernej podaży kalorii, a przez to nadwagi i otyłości!
  • Zaburza odczuwanie głodu i sytości (z butelki dzieci jedzą szybciej, a przez to więcej niż potrzebują i niż by zjadły z łyżeczki)!
  • Zwiększa ryzyko zakrztuszenia lub aspiracji „posiłku” do dróg oddechowych!
  • Zwiększa ryzyko próchnicy – zwłaszcza, jeśli mleko z kaszką, biszkopcikami lub kleikiem jest podawane przed snem lub w nocy!
  • Sabotuje główne powody rozszerzania diety – uniemożliwia naukę gryzienia i żucia oraz poznawanie nowych smaków, zapachów i konsystencji

NIE RÓBCIE TEGO!

(a jeśli poleca Wam to Wasz pediatra, to pójdźcie do innego, po drugą opinię. Poszukajcie osoby, która zechce pochylić się nad problemem pt.”niemowlę nie przybiera na masie” albo „niemowlę budzi się co pół godziny”, a nie wciśnie Wam kaszkę lub biszkopty do butelki. To nie jest rozwiązanie! Rozszerzanie diety, w tym wprowadzanie kaszek zbożowych, przed szóstym miesiącem życia nie wpływa na sen dzieci. Więcej na ten temat pisałam TUTAJ)

Mleko z substancjami zagęszczającymi stosuje się WYŁĄCZNIE  u niemowląt z chorobą refluksową, które ulewają tak dużo, że przestają odpowiednio rosnąć i przybierać na masie. Nie podaje się zagęstników tzw. szczęśliwym ulewaczom, czyli dzieciom, które ulewają z uśmiechem na ustach, prawidłowo rozwijają się i rosną. Chore niemowlęta otrzymują zagęstniki z mączki z ziaren chlebowca świętojańskiego, skrobi ryżowej, ziemniaczanej, kukurydzianej oraz gumy skrobiowej z nasion fasoli [2]. Nie z biszkopcików z cukrem!

W rozszerzaniu diety naprawdę nie chodzi o to, żeby dziecko zjadło cokolwiek i jakkolwiek, choćby z butelki, choćby z solą i cukrem!

Lidl deklaruje: „przyjęliśmy zobowiązanie o redukcji zawartości soli oraz cukru w produktach marek własnych Lidla o 20% do 2025 r. Mając świadomość problemu, przyjmujemy długoterminowe zobowiązanie, które łączy się z wytężonym pracą nad produktami naszych marek własnych. Z uwagi na to, że edukacja żywieniowa rozpoczyna się już w wieku dziecięcym, strategię redukcji dodanej soli oraz cukru rozpoczynamy od produktów chętnie i często jedzonych przez dzieci”.

I wiecie co? Tu nie trzeba redukować. Powtórzę: według WSZYSTKICH rekomendacji WSZYSTKICH towarzystw naukowych zajmujących się zdrowiem małych dzieci w gotowych posiłkach dla niemowląt nie ma prawa być cukru i soli. Ten produkt trzeba po prostu zaorać, bo problemem nie jest wyłącznie cukier i sól w składzie. Problemem jest ta ogromna butelka i napis na etykiecie, który promuje SZKODLIWE nawyki żywieniowe rodem z PRLu.

Nie każdy rodzic musi być ekspertem w zakresie żywienia niemowląt, nie każdy musi mieć czas na czytanie składu. Moim zdaniem to na marce powinna spoczywać odpowiedzialność za takie przygotowanie i oznaczenie produktu, żeby nie było wątpliwości, w jaki sposób powinien być spożywany. Oprócz tego, że ten nie powinien być.

Lidl, robicie to źle.

Udostępnij ten wpis, jeśli uważasz, że może być przydatny dla innych rodziców!

AKTUALIZACJA:

Lidl Polska odpowiedział na moje zarzuty:

 

 

Hajnid rozszerza dietę – wywiad z dietetyczką

Hajnid rozszerza dietę – wywiad z dietetyczką


Czy wymagające dzieci rozszerzają dietę gorzej niż maluchy o innym temperamencie? Co może im ułatwiać, a co utrudniać poznawanie nowych smaków? Jak sobie poradzić z najczęściej pojawiającymi się trudnościami, w tym dużą potrzebą ruchu, która koliduje z siedzeniem w krzesełku do karmienia?

Postanowiłam zapytać o to ekspertkę od żywienia dzieci – Zuzannę Wędołowską. Zuzia jest dietetyczką i psycholożką, mamą głodnego (miłości, zabawy i jedzenia) Szpinakożercy. Jest autorką bloga SzpinakRobiBleee.pl – będącego jednym z najrzetelniejszych polskojęzycznych źródeł wiedzy o żywieniu dzieci (i matek).

Magdalena Komsta: Czy rodziny z wymagającymi dziećmi częściej zgłaszają się do dietetyków dziecięcych?

Zuzanna Wędołowska: Nie mam chyba takich dokładnych statystyk. Mam poczucie, że temat wymagających dzieci pojawia się podczas konsultacji, bo pewne cechy temperamentalne sprzyjają naszym relacjom z jedzeniem i ewentualnymi trudnościami na tym tle. Najłatwiej będzie mi chyba odwołać się do własnego doświadczenia. Mój syn jest hajnidem i widzę, jak mocno ten jego temperament przekłada się na sposób, w jaki je. Ale dużo też zależy od tego, jak my jako rodzice reagujemy na przejawy temperamentu naszego dziecka. Zdaję sobie sprawę z tego, że Szpinakożerca mógłby być „niejadkiem”. Ma pewne cechy, które mu utrudniają jedzenie. I gdybym ja nie miała wiedzy, a przez to też oceanu spokoju dotyczącego jedzenia, to mogłoby być znacznie trudniej. I domyślam się, że wielu rodziców tego oceanu spokoju nie ma. 

MK: Które z cech wymagającego dziecka uważasz za utrudniające rozszerzanie diety?

ZW: Po pierwsze, mamie hajnida rozszerzanie diety może utrudniać jego potężna potrzeba autonomii i samostanowienia o sobie. Te dzieci bardzo mocno pokazują, gdzie są ich granice. Wyobraźmy sobie, że mamy pokusę podania jeszcze jednej łyżeczki albo wciśnięcia do spróbowania produktu, którego dziecko ewidentnie nie ma ochoty wkładać do ust. Dziecko o łatwym temperamencie możemy w ten sposób namówić. Rodzice mówią, że często, gdy dziecku uda się jakoś podać tą pierwszą łyżeczkę, to ono później je. Jeżeli my hajnidowi spróbujemy tę pierwszą łyżeczkę wepchnąć, to on często nie tylko nie zje tego, co naszykowaliśmy, ale i następnego posiłku i przez kolejne dni może mieć problemy z jedzeniem. Wymagające dziecko jest bardzo wrażliwe na rodzicielską presję, nawet tę wyrażoną w samych gestach i spojrzeniu. I przejawy presji na jedzenie mogą znacząco utrudniać dziecku jedzenie i poznawanie jedzenia. 

MK: To jest trochę tak, jak z usypianiem wieczornym. Dzieci czują to, że chcemy je szybko uśpić, bo akurat dziś jest nowy odcinek serialu albo chcemy wyjść. I w naszej mowie ciała, w tonie głosu, w tempie poruszania się wyczuwają, że my spieszymy i wtedy zwykle szybkie usypianie nie wychodzi. Im bardziej my chcemy, tym bardziej nam nie wychodzi. Myślę, że podobnie jest właśnie z rozszerzaniem diety. Ja sama mam takie doświadczenie, że jak przestałam w końcu patrzeć na dziecko, czy je, czy raczej się bawi, odwróciłam się bokiem i zaczęłam przygotowywać swoje rzeczy, to okazało się, że jak odpuściłam, to zaczynało jeść. 

ZW: Tak, to są momenty przełomowe. Kiedy dziecko znajduje na podłodze kawałek z obiadu i go zjada. Bo to nie jest czas posiłku, więc dziecko totalnie nie czuje presji. Ta minimalna presja u nas to jest często tylko spojrzenie. Jeśli ja bym chciała, żeby mój syn spróbował smalcu z fasoli, to wiem, że on tego nie spróbuje.

MK: Myślę, że to wynika z tego, że wymagające dzieci są bardzo wrażliwe na sygnały społeczne. Jakakolwiek interaktywna zabawka zajmuje takie dziecko na nie dłużej niż pięć minut w okresie niemowlęcym. Ono generalnie jest skoncentrowane na ludziach i nastawione na kontakt z drugim człowiekiem. Może być więc tak, że w okresie rozszerzania diety, czyli po tym szóstym miesiącu, dziecko już czyta z rodziców jak z nut, z mimiki, tonu głosu, mowy ciała. 

Co poza silną potrzebą autonomii może utrudniać hajnidowi rozszerzanie diety?

ZW: Warto powiedzieć o dużej aktywności i potrzebie ruchu. Czasem wręcz graniczącej z  trudnością ze skupieniem uwagi. To może, ale nie musi, utrudnić dziecku rozszerzanie diety. Jedzenie może hajnida mocno satysfakcjonować, jeśli jest poszukiwaczem wrażeń sensorycznych. Dla takiego dziecka posiłki mogą być megaatrakcyjne – pod warunkiem, że my sprawimy, że jedzenie rzeczywiście będzie ciekawe. Bo jeżeli my poszukiwaczowi wrażeń będziemy serwować przez dłuższy czas to samo, te same mdłe papki, te same słoiczki, to dziecko szybko się znudzi. Trochę tu przeskoczyłam do kolejnej cechy, z aktywności do otwartości na nowości. To, że dziecko poszukuje nowych doznań, może być naszym sprzymierzeńcem przy rozszerzaniu diety. Jedzenie może dostarczyć masy doznań pod względem tekstury, zapachów, widoków, smaków. I dla wielu dzieci pokarmy stałe mogą być fascynującym doświadczeniem. 

Ale jeżeli to nasze dziecko ma oprócz otwartości na nowości także nadwrażliwość w obrębie jamie ustnej czy dłoni, to przy rozszerzaniu diety zaczyna zbierać niezbyt przyjemne doświadczenia. Jako poszukiwacz wrażeń chętnie wkłada do ust jedzenie, ale na przykład się nim krztusi, bo nie potrafi sobie z nim poradzić. Doświadcza nieprzyjemności z związku z jedzeniem. To może utrudniać rozszerzanie diety.

Czasami wymagające dzieci są bardziej ostrożne. Mogą mieć wtedy trudności z akceptacją nowych smaków. I jeśli przeciętnemu dziecku musimy dać pokarm 5 do 15 razy, żeby go spróbowało, to wrażliwcowi będziemy podawali ten sam pokarm na przykład 30-40 razy. Albo wielokrotnie będzie musiał zobaczyć ten pokarm u mamy na talerzu i wziąć go stamtąd, mimo że na jego miseczce leży dokładnie to samo.

MK: Chciałabym powrócić na chwilę do dużej potrzeby ruchu u hajnidów. Często pojawia się pytanie: Moje dziecko nie chce usiedzieć w krzesełku. Co zrobić?

ZW: Po pierwsze, trzeba sprawdzić, czy krzesełko jest wygodne dla naszego dziecka. Czy nie jest za twarde albo za ciasne. Bardzo ważne jest to, żeby dziecko miało gdzie postawić stopy. To jest istotne zwłaszcza u dziecka, które ciągle ucieka z krzesełka. Rodzice myślą, że skoro dziecko wstaje z krzesełka, to nie będę mu dawać podparcia pod stopy, bo od razu będzie uciekać. A paradoksalnie, dzieci w krzesełku do karmienia denerwują się często dlatego, że nie czują się w nim pewnie, bo luźno zwisają mu nogi. Podparcie pod stopy daje nie tylko poczucie bezpieczeństwa, ale także wpływa na technikę karmienia, umożliwia prawidłowe gryzienie i połykanie.

Podnóżek do krzesełka Ikea Antilop można kupić TUTAJ

Jeśli przy rozszerzaniu diety dziecko nie ma ochoty siedzieć, spróbujmy kilku rzeczy. Miejscem, w którym dziecko czuje się najbezpieczniej, są kolana rodzica. I czasem tam będzie im wygodniej i łatwiej niż w krzesełku. Po drugie, starsze dziecko może chcieć zrobić sobie przerwę i pochodzić, zanim wróci do jedzenia. To nie musi nas niepokoić, choć warto pilnować, by takie posiłki się nie przedłużały. Ważne jest też to, jak wygląda otoczenie przy rozszerzaniu diety. Są dzieci, które się łatwo rozpraszają, które wszystko interesuje i wszystkiego chcą dotknąć. Warto więc popatrzeć, na co skierowane jest krzesełko dziecka, co widać i co słychać. 

Z drugiej strony, dzieci czasem uciekają z krzesełka, gdy jedzenie jest nudne. Jeżeli maluch nudzi się przy jedzeniu, to należy pokazać mu, że jedzenie jest fajne. Nie rozpraszać jego uwagi zabawkami czy bajkami, tylko udowodnić, że samo jedzenie jest ciekawe. 

MK: Powiedziałaś o tym, żeby jedzenie nie było nudne, żeby nie było papkami o brejowatej konsystencji i szarym kolorze. Nasuwa mi się więc pytanie, czy metoda BLW jest najlepszą metodą rozszerzania diety dla wymagającego dziecka?

ZW: Według mnie tak. Oczywiście, nigdy nie możemy powiedzieć, że u każdego hajnida się sprawdzi, bo dziecko, które ma na przykład nadwrażliwość sensoryczną, nie będzie chciało dotykać pokarmów dłonią i chętniej zaakceptuje karmienie łyżeczką. Ale dla hajnidów, które wszystko wkładają do buzi i wszystkiego dotykają, BLW jest świetnym rozwiązaniem. Maksymalnie ułatwia samodzielne podejmowanie decyzji przez dziecko. Generuje mniej presji. I rzeczywiście badania pokazują, że rodzice, którzy stosują BLW, rzadziej mówią o swoich dzieciach, że są niejadkami. Bardzo ważnym elementem BLW, który jest istotny dla wszystkich matek high need baby jest to, że możesz jeść przy dziecku.

MK: Właśnie miałam zapytać o korzyści z BLW dla matek.

ZW: Wreszcie nie musisz być głodna w trakcie karmienia, matko. 

MK: Naszą rozmowę o metodzie BLW Czytelniczki znajdą na blogu (KLIK KLIK!). A co z eksperymentami z konsystencją jedzenia? Każde dziecko w jakimś etapie swojego życia sprawdza, jak działa siła grawitacji, zrzucając jedzenie na podłogę. Albo wciera sobie we włosy. Takie sytuacje bywają trudne dla rodziców, zwłaszcza dla tych, którzy bardzo cenią sobie porządek. Czy dzieci wymagające częściej w ten sposób eksperymentują?

ZW: High need baby generalnie wszystko robi mocniej i może częściej rozrzucać. Ale kawałki wprowadzamy w każdej metodzie rozszerzania diety i niemal wszystkie dzieci nimi rzucają. Nie ma możliwości, żeby bez etapu bawienia i brudzenia się dziecko magicznie nauczyło się jeść widelcem i nożem. Etap zabawy posiłkami, poznawania i dotykania jedzenia zawsze się pojawia. I bardziej społecznie akceptowane jest to, że siedmiomiesięczne dziecko wciera sobie we włosy brokuła niż że robi to dziecko półtoraroczne. Co możemy zrobić, żeby przeżyć rozszerzanie diety i nie musieć kupować nowego mieszkania? Możemy kłaść małe porcje jedzenia na talerz czy tackę. Jedna różyczka brokuła, jedna pałeczka marchewki, jedna kuleczka z kaszy. Jak dziecko to zje albo rzuci, albo wykazuje chęć zjedzenia więcej, to wtedy dopiero dokładamy. Jeżeli dziecko zaczyna rozrzucać, możemy próbować skierować jego uwagę znowu na jedzenie. Czyli na przykład powiedzieć Zobacz, ta marchewka jest pomarańczowa albo wziąć na przykład do buzi tego brokuła i powiedzieć Mmm, zobacz jakie fajne drzewko. W ten sposób nie odwracamy uwagi dziecka od jedzenia, tylko nakierowujemy z powrotem uwagę dziecka na jedzenie. I jeżeli maluch jest głodny, to wróci do jedzenia. Ale jeśli to nie wychodzi, to prawdopodobnie dziecko się już znudziło i już nie ma ochoty nic jeść. 

MK: Chciałabym jeszcze zapytać o trudności w czasie rozszerzania diety, a mianowicie o odmowę próbowania stałych pokarmów i żywienie się wyłącznie mlekiem. Czy jest jakiś moment graniczny kiedy powinniśmy się martwić tym, że proponujemy, a jednak nic do buzi poza mlekiem nie trafia?

ZW: Do końca pierwszego roku życia mleko jest podstawą wyżywienia dziecka. Czyli jeśli siedmio-, ośmio-, dziesięciomiesięczne dziecko praktycznie w ogóle nie je pokarmów stałych, niekoniecznie musi nas niepokoić. Ale jest kilka rzeczy, które mimo wszystko warto sprawdzić. Po pierwsze, czy proponujesz pokarmy stałe wystarczająco często? Bo kiedy dziecko nie chce jeść to czasami rezygnujemy i za rzadko proponujemy posiłki uzupełniające. A te 2-3, a później 3-4 posiłki, choćby dziecko ich nie jadło – jeśli są różnorodne, ciekawe,  jedzone wspólnie, w dobrej atmosferze – to jest podstawa do tego, żeby dziecko zaczęło poznawać jedzenie i zaczęło się interesować jedzeniem.

Rozszerzanie diety to jest proces. Dziecko musi się uczyć. A dziecko uczy się w praktyce. Dziecko nie jest w stanie nauczyć się gryźć, nie jest w stanie nauczyć się połykać, kiedy nie dostaje jedzenia. Albo dostaje jeden stały posiłek do dziewiątego miesiąca życia. To bardzo mało. Musimy stwarzać dziecku okazje do wchodzenia w interakcje z jedzeniem. Nawet to, że dziecko dotyka jedzenia, że  widzi je na talerzu, że widzi jedzących rodziców, to też jest wartościowe. Ale ważne jest też to, czy widzimy, że nasze dziecko je technicznie coraz lepiej. Ilość jedzenia może się zbytnio nie zmieniać, ale dziecko powinno po prostu lepiej jeść. 

Druga rzecz, którą można sprawdzić, to sensoryka. Czy dziecko akceptuje pokarmy stałe w buzi? Czy ono je w ogóle wkłada? Czy jest w stanie wziąć pokarm do ręki i włożyć go do buzi? Czy dziecko na przykład nie chce dotykać, brzydzi się. Albo przeszkadza mu jakaś konsystencja i krztusi się lub ciągle dławi. To jest dla nas sygnał, że może to dziecko potrzebuje wsparcia, diagnozy ewentualnych trudności w jamie ustnej. Wówczas naszym kierunkiem pierwszym jest neurologopeda, a później ewentualnie konsultacja terapeuty integracji sensorycznej. 

Po trzecie, kiedy widzimy, że nasze dziecko żywi się tylko mlekiem i na inne pokarmy raczej reaguje niezbyt chętnie, warto porozmawiać z lekarzem o diagnozie w kierunku anemii z niedoboru żelaza. O tym rozmawiałyśmy poprzednio (KLIK!).

Kiedy mamy sprawdzone tematy zdrowotne, naszym zadaniem jest proponować, proponować, proponować i dbać o dobrą atmosferę. Możemy wyjść z domu  i zostawić dziecko z innym opiekunem. Zobaczyć, co się dzieje, jak ktoś inny zaproponuje pokarmy stałe. 

MK: Powiedziałaś trochę o trudnościach. A kim są supersmakosze? I czy hajnidy są supersmakoszami?

ZW: Bycie supersmakoszem nie ma związku z temperamentem. Supersmakosz to osoba, która odczuwa smaki intensywniej, ponieważ ma więcej kubków smakowych na języku. Takie dzieci bardzo często nie lubią zielonych warzyw, które mają w sobie nutę gorzkości. Z pozytywnych informacji: szefowie kuchni często są supersmakoszami, a jako dzieci rzeczywiście byli niejadkami. Mieli problem z akceptacją wielu smaków, które były zbyt przytłaczające. Są też dzieci z drugiego bieguna, dzieci, które poszukują nowości i nudzą się mdłym jedzeniem. Mogą lubić cytrynę, ogórki kiszone, oliwki, pikantnie przyprawione potrawy. I to nie jest nic złego, nie bójmy się podawania takich dziwnych smaków. 

MK: To ważne, żeby wiedzieć, że niektóre dzieci mają większe potrzeby stymulacji jamy ustnej. U dzieci, które powyżej półtora roku czy dwóch lat nadal badają świat jamą ustną i wszystko wkładają do buzi, często zaleca się większą różnorodność smaków. Tak, żeby dziecko otrzymywało pokarmy zimne, pikantne, kwaśne, ale też twarde i chrupiące. Lepiej funkcjonują, gdy dostarczają wystarczająco dużo różnorodnych silnych bodźców do jamy ustnej.

Zuziu, powiedz jeszcze dwa słowa o gadżetach do picia. Dlatego, że jest wiele dzieci wymagających karmionych piersią, które nie tolerują butelki ze smoczkiem. I rodzice często martwią się, z czego dziecko będzie piło wodę w czasie rozszerzania diety.

ZW: Jeżeli dziecko nie pije z butelki ze smoczkiem, to w ogóle pomińmy ten etap. W ogóle jej nie proponujmy dziecku. Nawet jeżeli dziecko pije mleko z tej butelki ze smoczkiem, to rekomendowałabym, żeby woda do posiłków stałych była podawana z czegoś innego. I od początku rozszerzania diety możemy dziecko spokojnie uczyć picia ze zwykłego otwartego kubka. Rodzic oczywiście na początku pomaga dziecku z niego pić. Czasami dzieci nie chcą z niego pić wody, krztuszą się, bo woda jest bardzo trudnym sensorycznie płynem. Łatwiej uczyć na przykład na mleku, na jogurcie, na jakiejś takiej rzadkiej kaszce, zupie czy koktajlu, ponieważ są gęstsze. Ale mamy też inne akcesoria. Mamy bidony ze słomką i kubki treningowe jak Reflo Cup, które utrudniają dziecku wylanie wszystkiego na siebie. Na poziomie nauki picia technika pobierania płynu z niekapka jest taka sama jak z butelki ze smoczkiem. I jeżeli da się go uniknąć, to świetnie. Jeżeli nasze dziecko nie chce z niczego pić, możemy wprowadzić niekapek, traktując go jako etap przejściowy, i jednocześnie uczyć korzystania z kubka otwartego. Przy rozszerzaniu diety mleko jest podstawowym źródłem płynów. Dziecko naprawdę nie musi wypijać bardzo dużo. Ono ma się uczyć pić.

Na sam koniec, chciałabym podkreślić, że wymagające dziecko nie jest skazane na trudności w rozszerzaniu diety i bycie niejadkiem. Ja często porównuję dzieci do nasionek. Warto się tym naszym nasionkiem zaopiekować i dostarczyć mu odpowiednie warunki do rozwoju. Kiedy jesteś rodzicem hajnida i wiesz, co może się pojawić, jesteś w stanie odpowiednio na to reagować. Wykazać się oceanem cierpliwości. Obdarzyć dziecko zaufaniem, że ono wie w którym kierunku iść. Pozwolić mu decydować o jedzeniu. Diagnozować ewentualne trudności. Jeżeli my odpowiednio zareagujemy na potrzeby dziecka przy rozszerzaniu diety, to możemy wychować dziecko, które jest otwarte na nowe smaki, lubi jeść, będzie lubiło z nami wychodzić do restauracji, pomagać przy gotowaniu i rozmawiać o jedzeniu.

MK: O, to jak moja wymagająca córka zupełnie nie ma problemów z jedzeniem – je chętnie i dużo, lubi jeść, gotować i ciągle mówi o jedzeniu. Nie na wszystko miałam wpływ, myślę, że ona już się taka urodziła, ale ja miałam na jedzenie totalny luz i nie zepsułam tego.

Dziękuję Ci bardzo za rozmowę!