W czym podawać picie niemowlakowi?

W czym podawać picie niemowlakowi?

Kiedy pod koniec 2015 roku rozpoczęłam podawanie mojej córce posiłków uzupełniających, nadal karmiłam ją piersią. Nie obawiałam się więc tego, że się odwodni. Zgłaszała się do karmienia na tyle często, że wypijała naprawdę spore ilości mleka. Z tego powodu podawanie wody podczas posiłków traktowałam jako tworzenie pozytywnych nawyków. Nie przejmowałam się, w czym tę wodę powinnam podawać.

Oferta specjalnych kubków do nauki picia była wówczas uboga. Na jednym z forów znalazłam informacje o kopniętym kubku, czyli o Doidy® Cup. W sklepach pojawiały się pierwsze kubki 360°. Specjaliści uważali wtedy jeszcze, że wspierają one dorosły sposób picia, którego dziecko uczy się właśnie na etapie rozszerzania diety.

Jednak najpopularniejszym kubkiem na rynku w 2015 roku był kubek-niekapek. Ja też go kupiłam. Niepotrzebnie. Ciebie zaś ostrzegam przed popełnieniem tego błędu.

Powinnam była darować sobie wszelkie fikuśne kubki: zarówno ten 360°, z którego moja córka zupełnie nie umiała się napić, jak i niekapek, o którym – jak się później dowiedziałam – logopedzi wypowiadają się wyłącznie źle. Dlaczego?

Otóż picie z kubka-niekapka jest niemal identyczne jak picie z butelki ze smoczkiem. Jest zbliżone do ssania i nie uczy dorosłego sposobu picia i połykania płynów. Niepotrzebnie przedłuża niemowlęcy sposób pobierania płynów. Korzystając z kubka-niekapka opóźniamy moment, w którym nasze dziecko będzie potrafiło – bez oblewania się i krztuszenia – korzystać ze zwykłego, otwartego kubka. Mogłam to zaobserwować na przykładzie mojej córki – nieco później niż jej rówieśnicy zaczęła dobrze sobie radzić z otwartym kubkiem. 

Z czego więc podawać wodę na etapie rozszerzania diety? Można korzystać ze zwykłego, otwartego kubka bez uszka, który dziecko będzie obejmować obiema dłońmi. Niektórzy rodzice chwalą sobie Doidy® Cup, czyli ten kopnięty kubek, specjalnie wyprofilowany do nauki picia. Na rynku można znaleźć także kubek Reflo™. W jego wnętrzu znajduje się wkładka, dzięki której płyn wylewa się z kubka wąskim strumieniem. Może to być pomocne dla dziecka, które chce pić z otwartego kubka, ale odczuwa frustrację, za każdym razem wylewając na siebie część płynu lub krztusząc się. 

Chcąc ułatwić dziecku naukę picia z otwartego kubka, można zacząć od podawania w nim gęstszych płynów, np. zup, musów czy koktajli. Takie gęste płyny wolniej wlewają się do buzi dziecka, ułatwiając mu tym samym kontrolę. Niektórym dzieciom na początku trudno też zaakceptować bezsmakową wodę. Podawanie smakowych, gęstszych płynów może być więc odpowiedzią na obie początkowe trudności.

Zamiast niekapka, na wyjścia zabierz ze sobą bidon z rurką. Prawidłowa kolejność jest następująca: najpierw nauka picia z kubeczka, potem z bidonu.

Pierwszy bidon nie powinien być zbyt duży, ponieważ pociągnięcie płynu będzie trudniejsze przy długiej rurce. Ta ostatnia powinna być umieszczona w ustach dziecka dość płytko – dziecko ma objąć ją ustami, a nie ssać. W celu wyeliminowania gryzienia rurki, zadbaj, by była dość twarda.

Większość dzieci uczy się pić z bidonu, obserwując innych. Możesz także kupić mały sok w kartoniku, przelać go do szklanki i wypić. Później wlej do kartonika wodę, włóż rurkę i umieść jej końcówkę w ustach dziecka. Gdy delikatnie naciśniesz kartonik, płyn dostanie się do ust malucha. Wiele dzieci w ten sposób zaczyna kojarzyć, że nie trzeba gryźć rurki, a wystarczy obejmować ją wargami i wciągać płyn.

Więcej porad i tricków dotyczących podawania napojów i pokarmów stałych znajdziesz w książce „Rozszerzanie diety niemowląt”, której jestem współautorką. Możesz kupić ją online na stronie rozszerzaniedietyniemowlat.pl. Jeśli jesteś przed rozpoczęciem przygody z rozszerzeniem diety i chcesz uniknąć moich błędów oraz potrzebujesz jednego miejsca, w którym znajdziesz wiedzę i praktyczne porady na ten temat, zapraszam Cię serdecznie do sięgnięcia po książkę. Napisałam ją z trzema dyplomowanymi dietetyczkami. 

Siateczka do podawania owoców: HIT czy KIT?

Siateczka do podawania owoców: HIT czy KIT?

W jednym z poprzednich wpisów dotyczących rozszerzania diety opowiedziałam Ci, jak moja córka zadławiła się ryżowymi wafelkami (klik!). Nie dodałam wtedy, że bałam się zadławienia już wcześniej, ponieważ gdy rozpoczynałyśmy podawanie posiłków stałych, córka nie miała jeszcze żadnych zębów (a wtedy ich posiadanie wydawało mi się ważne w kontekście posiłków stałych). Dowiedziałam się jednak, że istnieje odpowiedni przedmiot dla matek, które boją się zadławienia. Była to siateczka do podawania owoców i warzyw.

Dla tych, którzy jeszcze nie widzieli tego gadżetu – jest to mała, miękka siateczka z plastikowym uchwytem, który może trzymać dziecko lub rodzic. Do środka wkłada się twarde owoce i warzywa, np. kawałek jabłka, które boimy się podać dziecku po prostu do rączki.

Źródło: https://www.sosrodzice.pl/siateczka-do-karmienia/

Taka siateczka może i wygląda fajnie, ale ma kilka poważnych wad i dlatego nie warto jej kupować. Po pierwsze, nie da się jej dobrze domyć, a nawet gdyby się dało, to zużycie wody przy okazji jest koszmarnie duże. Po drugie, dzieci w kontakcie z taką siateczką zaczynają ją ssać. A w rozszerzaniu diety nie chodzi nam o to, żeby dzieci nadal pobierały kalorie, ssąc. Jednym z celów rozszerzania diety jest nauka gryzienia i żucia. Tymczasem kiedy podajemy twardsze produkty, które mają służyć do tej nauki, ale w formie do ssania, opóźniamy naukę bardziej dorosłego sposobu na żywienie. Po trzecie, przez tę uroczą siatkę maluchy nie poznają jedzenia. Nie widzą jak naprawdę wygląda jabłko, a jak banan. Coś biorą do buzi, coś trafia do brzucha, ale nie uczą się, na czym naprawdę polegają posiłki uzupełniające. A właśnie w trakcie pierwszego pół roku rozszerzania jest to kosmicznie ważne. Dlaczego? Bo kiedy dziecko zacznie chodzić, często w okolicach roczku lub zaraz po, nie będzie mieć czasu na siedzenie, delektowanie się, poznawanie smaków, kształtów, faktur. Będzie chciało chodzić i biegać, zamiast kwadransami przesiadywać w krzesełku do karmienia. Dlatego tak ważne jest wykorzystanie tego pierwszego okresu mniejszej mobilności (czyli czasu między 6 a 12 miesiącem życia dziecka). Po czwarte, popełniłam błąd, niepotrzebnie kupując kolejny plastik, którego na naszej planecie jest już za dużo.

Siateczka do podawania owoców i warzyw to tylko przykład, bo generalnie mój błąd polegał na kupowaniu różnych, niepotrzebnych akcesoriów do rozszerzania diety. Łyżeczek z zakręconym trzonkiem czy plastikowych widelców, które można było zastąpić tym, co już miałam w domu.

Co więc w zamian? Jak Ty możesz nie popełniać mojego błędu? Podzielę się dwoma najważniejszymi wskazówkami.

Po pierwsze, zajrzyj do kuchennych szuflad oraz szafek i zobacz, co tam masz. To, co może się przydać przy rozszerzaniu diety, to małe łyżeczki do herbaty czy widelczyki do ciasta. Małym widelczykiem z wąskimi zębami łatwiej nabijać jedzenie, niż takim dziecięcym – dużym i grubym. Nie obawiaj się metalowych sztućców dla dziecka – sztućce aktualnie dostępne na rynku są zrobione ze stali nierdzewnej. Nie wchodzą w reakcję z pożywieniem i nie zmieniają jego smaku. Możesz bezpiecznie podawać jedzenie dziecku normalnymi sztućcami lub dać mu je do samodzielnego korzystania. Nie musisz kupować plastikowych łyżeczek czy widelczyków.

Wskazówka numer dwa: jeśli myślałaś o siatce na warzywa czy owoce, bo obawiałaś się zadławienia, zdobądź wiedzę. Dowiedz się, jak podawać twarde owoce i warzywa, żeby zminimalizować ryzyko zadławienia. Przykładowo, nie chodzi o  to, żeby zamiast dawać kawałek jabłka w siateczce do owoców, dać dziecku ćwiartkę jabłka do rączki. Jabłko należy bowiem do listy pokarmów, którymi najłatwiej się zadławić. Zamiast tego, obierz całe jabłko i daj je dziecku do rąk. Będzie je sobie skrobać pierwszymi ząbkami lub dziąsłami i oddzielać bardzo małe kawałeczki. Nie chodzi więc o to, by zupełnie odrzucić niektóre pokarmy, lecz by przygotować je w bezpiecznej formie. Poza tym warto nauczyć się zasad pierwszej pomocy przy zadławieniu. Warto, żeby każdy opiekunów wiedział, jak się zachować w takiej sytuacji.

 

Jedna rzecz o bilansowaniu

Jedna rzecz o bilansowaniu

Czy pamiętasz, jak dużo badań krwi robi się kobiecie, kiedy jest w ciąży? Ciągle powtarza się pobieranie krwi brrr! Robi się to między innymi po to, żeby wykonać tzw. morfologię – ginekolodzy chcą szybko wykryć, czy u ciężarnej nie pojawiła się anemia z niedoboru żelaza. Ma to sens, ponieważ nieleczona anemia może poważnie zaszkodzić i kobiecie, i dziecku.

Jednak czy potem, po porodzie, ktoś zwrócił Ci uwagę na żelazo? Nie tylko na to, jak ważne jest żelazo dla kobiety w połogu, ale też na to, jak istotny to składnik w trakcie rozszerzania diety niemowląt? Mnie niestety nie. Mówiono, jak ważne są warzywa, owoce, kasze czy nawyk picia wody… Nawet w oficjalnych zaleceniach żywieniowych znalazłam tylko jedno zdanie: Należy podawać pokarmy zawierające żelazo – i na tym skończyło się podkreślanie tego, jak istotny to składnik. A szkoda, bo każdy z dietetyków, którego później poznałam, zwracał mi uwagę na żelazo w posiłkach uzupełniających.

Błędem, który popełniłam podczas rozszerzania diety, był brak świadomości tego, że w całej zabawie związanej z bilansowaniem diety niemowląt zdecydowanie najważniejszą rzeczą jest podawanie produktów bogatych w żelazo.

Dzieci rodzą się z zapasami żelaza, które wystarczają im na mniej więcej pierwsze sto osiemdziesiąt dni życia – pod warunkiem, że zdołały te zapasy zgromadzić w życiu płodowym. Wśród grup ryzyka rozwoju anemii z niedoboru żelaza, czyli wśród dzieci, które rodzą się ze zbyt małymi zapasami żelaza, wymienia się:

  • dzieci urodzone przedwcześnie (ponieważ zapasy żelaza gromadzą się pod koniec ciąży);
  • dzieci z niską masą urodzeniową;
  • dzieci matek, które w czasie ciąży miały niedobór żelaza lub cukrzycę;
  • dzieci, którym zbyt szybko przecięto pępowinę po urodzeniu.

Dzieci z grup ryzyka mogą otrzymać od lekarza zalecenie suplementowania żelaza nawet od pierwszych dni życia. 

U dzieci, które nie należą do grup ryzyka, z dnia na dzień zapasy żelaza robią się coraz mniejsze. W okolicach sto osiemdziesiątego dnia życia my – rodzice – wkraczamy z rozszerzaniem diety, unikając w ten sposób anemii z niedoboru żelaza. Oczywiście pod warunkiem, że nie popełniamy mojego błędu.

Jedna z najważniejszych zasad, dotyczących bilansowania posiłków w trakcie rozszerzania diety, to: w każdym posiłku i każdej przekąsce powinno znajdować się źródło żelaza. W każdej, nie tylko dwa razy dziennie. W każdej. Dlaczego to ważne? Dlatego, że w żywieniu dzieci istnieje podział odpowiedzialności. Oznacza to, że to opiekun decyduje czy, co i w jakiej formie poda dziecku do jedzenia, a dziecko decyduje, czy i co z tego zje. Jeśli źródła żelaza znajdują się w każdym z trzech czy pięciu serwowanych dziennie posiłków, to jest duża szansa, że dziecko dostarczy sobie żelaza przy okazji któregoś z nich. Jeśli podajesz żelazo w ramach tylko jednego posiłku – np. podwieczorku – wzrasta ryzyko, że dziecko danego dnia nie dostarczy sobie żelaza, bo akurat nie będzie miało ochoty na podwieczorek.

Oczywiście nie jest tak, że jeśli nasze dziecko przez tydzień nie będzie otrzymywało produktów bogatych w żelazo, to wystąpi u niego anemia. Na szczęście niedobory nie pojawiają się tak szybko. Sprawa jest jednak istotna, ponieważ anemia z niedoboru żelaza jest nie tylko zaburzeniem hematologicznym. Jej skutki są znacznie rozleglejsze i sięgają sfery poznawczej, społeczno-emocjonalnej i ruchowej, a także wpływają na regulację snu i czuwania. Dzieci z anemią z niedoboru żelaza śpią płycej i częściej się wybudzają. Więcej przeczytasz w tym artykule.

Gdzie znajdziemy żelazo? W produktach pochodzenia zwierzęcego występuje żelazo hemowe, które jest najlepiej przyswajane. Mowa głównie o mięsie, podrobach, rybach, w mniejszym stopniu – o jajach. W produktach roślinnych znajduje się żelazo niehemowe, które przyswaja się nieco gorzej. Nie oznacza to, że dziecko niejedzące mięsa (któremu mięso nie smakuje lub pochodzące z wegetariańskiej rodziny) będzie wymagało suplementacji żelaza. Zbilansowana dieta bezmięsna może zaspokajać zapotrzebowanie na żelazo. Pomocne jest podawanie produktów takich jak warzywa strączkowe, zielone warzywa, amarantus czy nasiona sezamu. Bardzo ważne jest podawanie źródeł żelaza w odpowiednim towarzystwie. Są bowiem substancje, które utrudniają jego wchłanianie i takie, które mu sprzyjają – jak np. witamina C. 

 

10 trosk, które możesz powierzyć Parentflixowi

10 trosk, które możesz powierzyć Parentflixowi

Dobra, powiedzmy sobie szczerze, rodzicielstwo wcale nie jest prostą sprawą. Okej, każdy to jakoś przeżyje i dzieci bez wątpienia też wyjdą z tego cało, ale po drodze czeka na nas naprawdę sporo stresu i rozterek. Małe dzieci – mały kłopot? Mam wrażenie, że mówi się tak dlatego, że ludzki mózg nie do końca pamięta, co martwiło go parę lat wcześniej i koncentruje się na bieżących problemach, idealizując przeszłość. 

 

Na szczęście szukanie wsparcia jest dozwolone, a nawet wskazane. Jest też spora szansa, że Twoimi aktualnymi problemami już zaopiekowali się eksperci Parentflixa. Oto lista rodzicielskich bolączek, które Parentflix bierze na klatę.

 

1. Słaby sen dziecka

Temat numer jeden wszystkich młodych rodziców: jak śpi maluch i dlaczego tak mało. 😉 Poza tym, wielu chciałoby wiedzieć, jak ułatwić zasypianie, wprowadzić skuteczny rytuał, co jest w porządku, a co należy potraktować jako niepokojący objaw, jak wyprowadzić malucha z łóżka rodziców… Serio, sen dziecka to temat rzeka. I ta rzeka często trochę wypłukuje nasze zasoby, bo kiedy dziecko nie śpi – my także nie odpoczywamy i jesteśmy wiecznie zmęczeni.

W Parentflixie masz na starcie kompletną bazę moich szkoleń o śnie dzieci (i dorosłych!). Do tego co miesiąc widzimy się na dedykowanej sennym tematom sesji Q&A.

 

2. Pieluchowe epopeje

Presja odpieluchowania jako źródło napięcia w relacjach międzypokoleniowych – chyba ktoś powinien napisać jakiś naukowy tekst na ten temat. A tymczasem to rzeczywistość wielu mam, które regularnie słyszą pytania o nocniczek i zapewnienia, że kiedyś to było lepiej, inaczej i mądrzej. Jak się w tym odnaleźć?

Kurs o odpieluchowaniu to absolutny bestseller Wymagajace.pl. Parentflixianie nie muszą za niego płacić. Mają go w pakiecie. Do tego swoje trzy grosze dorzuciła Karla Orban, która jak na tacy pokazuje, jak rozmawiać z wywierającą presję teściową i wprowadza w temat zaparć nawykowych.

 

3. Poczucie winy

Która się obwinia od czasu do czasu, że jest złą matką – palec pod budkę! Trochę wstyd nam się przyznać, ale wszystkie tak mamy (nomen omen).
Zadbaj o to, zadbaj o tamto, to musisz wiedzieć, tamto musisz zrobić…
Ale skąd brać na to energię? Czy nieogarnianie oznacza bycie złą mamą?
Chodź, przytulimy Cię!

Nie chcę tworzyć dodatkowej presji. Chcę wspomóc mamy, którym już i tak jest wystarczająco trudno. Po to powstała nowa ścieżka wiedzowa: „Trudne emocje mamy” autorstwa Joanny Frejus. Plasterek dla Twojego umysłu.

 

4. Planowanie posiłków

Niby wiadomo, że zaplanowane to niezmarnowane, że planowanie posiłków to bardziej świadome zakupy i lepsza dieta itp. itd., tylko jak się za to zabrać? Więcej: co warto trzymać w spiżarni na czarną godzinę i na jakiego gotowca warto sobie pozwolić? Nikt nie ma czasu robić studiów z dietetyki przed wyjściem do biedry… Ktoś pomoże?

Tak – Ala Golonka. Jej ścieżka wiedzowa – dostępna w całości od momentu Twojego dołączenia – poprowadzi Cię za rękę. Nawet pudełko do przechowywania warzyw Ci wybierze. 😉

5. Bilansowanie diety niejadka

Dobra, dobra, planowanie swoją drogą, a moje dziecko i tak nic nie zje. No dobra, bułkę zje. I banana. Wiem. Jedzenie z niejadkiem na pokładzie to wcale nie jest prosta sprawa. Pewnie stajesz na rzęsach, próbując zachęcić go/ją do jedzenia (oczywiście uważając, żeby nie stworzyć presji przy stole). Akrobatyka na poziomie olimpijskim.

Wiesz co, Magdalena Ciężkowska Ci pomoże. Zna się na wybiórczości pokarmowej jak mało kto. Jest dietetyczką i terapeutką karmienia. Przygotowała całą ścieżkę o wspieraniu niejadków – w tym o bilansowaniu ich diety. 

 

6. Powszednie, niegroźne problemy zdrowotne

…które jednak wyprowadzają z równowagi. Bo jak nie gorączka, to katar, jak nie biegunka, to wysypka. W większości przypadków to na szczęście nic poważnego, ale przecież nie da się obok tego wszystkiego przejść obojętnie. No właśnie… a tak w ogóle, jak można się zabezpieczyć przed kleszczami?

Nie pójdziemy za Ciebie do lekarza, ale zaopatrzymy Cię w podstawową wiedzę, która pozwoli spokojniej dotrwać do konsultacji i uzupełni to, czego lekarz nie zdążył Ci powiedzieć w ciągu 10 minut, które miał dla Was w swoim grafiku. Mamy to w najlepszym wydaniu!

 

7. Małe ranki i wielki płacz

Nagłe (nawet nieduże) wypadki to osobny temat. Wielu rodziców martwi się, że nie umiałoby szybko zainterweniować. Mało kto pamięta, co mówili w szkole nauki jazdy i na PO. Zresztą niektóre standardy zdążyły się już zmienić!

Dlatego w Parentflixie mamy też minikurs pierwszej pomocy przygotowany przez ratowników medycznych z ekipy Twój Ratownik w jakości HD. Wiesz, co robić w pierwszej kolejności i trzymasz rękę na pulsie. 

 

8. Nieromantyczne wieczory

A teraz bez ściemy i bez cenzury. Seks po dziecku często się psuje. Nie jest już tak, jak było dawniej. W ogóle cała relacja z partnerem jest już zupełnie inna i nie zawsze łatwo się w niej odnaleźć. Nowa rzeczywistość – mówią. Okej, tylko dlaczego taka… chłodna…?

Wiadomo, że świat nie kończy się na dzieciach i trzeba też czasem zająć się sprawami dorosłych. Wyzwanie przyjęte! Stronę merytoryczną ogarnęła niezastąpiona Karla Orban. Wskakujesz do Parentflixa i masz całą ścieżkę „Bliskie relacje w rodzinie” (tak, jest o związku i o seksie). 

 

9. Ekraaaanyyy!

Z jednej strony straszą po nocach, a z drugiej – kuszą, bo przecież powstają wartościowe treści wideo dla dzieci. I co z wideorozmową z ukochaną babcią? Czy można na to pozwolić?

Zanim posadzisz dziecko przed telefonem, sama skorzystaj ze ścieżki „Dziecko w świecie mediów, technologii i Internetu” przygotowanej przez dr Joannę Kołak i daj dziecku bezpieczeństwo, opierając się na dowodach naukowych. Treści już na Ciebie czekają.

 

10. Jeszcze nie mówi

Rozwój mowy. Logopedzi się na nim znają, ale przeciętny śmiertelnik widzi go jako mętny, niezrozumiały i nieco magiczny proces, który znacznie szybciej zachodzi u cudzych dzieci niż u własnych. Stare porzekadła o tym, że się rozgada i że (przykładowo) chłopcy tak mają, wydają się nieszczególnie wiarygodne…

Spokojnie, nie taki diabeł straszny, jak go malują. Wszystko mamy szczegółowo omówione przez aż troje znakomitych logopedów! Jest też zakątek dla dwujęzycznych – cała ścieżka Ani Demirel!

 


O ile lżej, gdy nie trzeba się z tym wszystkim mierzyć w pojedynkę! Daj naszym ekspertom wykonać za Ciebie połowę roboty. Dołącz do Parentflixa i bądź spokojniejsza. Tylko musisz się pospieszyć, bo to już ostatnia prosta. Jesteśmy na finiszu –  w środę, 13 kwietnia, o północy zamykamy klub na pół roku!

 

Parentletter – newsletter dla świadomych rodziców. Zapisz się na listę i otrzymuj pełne wsparcia treści.

Zakrztuszenie i zadławienie – jak bezpiecznie rozszerzać dietę?

Zakrztuszenie i zadławienie – jak bezpiecznie rozszerzać dietę?

 

Mimo porządnego przygotowania, przy rozszerzaniu diety mojej córce, które to rozpoczęłam w 2015 roku, popełniłam mnóstwo błędów. Można by powiedzieć, że zrobiłam to, żebyś Ty nie musiała ich już popełniać. Dzielę się z Tobą nimi oraz wnioskami, które z tych błędów wyciągnęłam.

Być może już słyszałaś, że nie trzeba czekać aż dziecku wyrosną pierwsze zęby, żeby rozpocząć rozszerzanie diety. Pierwsze zęby, które  dzieciom, czyli siekacze (jedynki, dwójki), służą do chwytania i odgryzania/ odcinania pożywienia. Zęby, które de facto służą do żucia, czyli zęby trzonowe (czwórki, piątki), wyrastają najpóźniej. Innymi słowy na liście oznak gotowości do rozszerzania diety nie ma posiadania zębów. Wynika to z tego, że niemowlaki całkiem dobrze radzą sobie z pokarmami stałymi i żuciem dzięki posiadaniu twardych dziąseł. Jeśli kiedykolwiek włożyłaś palec do buzi niemowlaka, to pewnie wiesz, że te dziąsła potrafią nieźle ukąsić. Jednak to, że nie musimy czekać na pojawienie się zębów nie oznacza, że możemy podać niemowlakowi jakikolwiek twardy pokarm i on na pewno sobie z tym pokarmem poradzi.

Czas na błąd, który popełniłam.

Otóż nie sprawdziłam czy przekąska, którą podaję mojej córce, ma odpowiednią dla niej konsystencję.

Kupiłam specjalne wafelki ryżowe dla niemowlaków. Wafelki były oznaczone jako zalecane dzieciom od 8 miesiąca życia. Moja córka miała już 10 miesięcy, więc myślałam, że są dostosowane do dzieci w tym wieku – również dla dzieci, które nie mają zbyt dużo zębów. Moja córka była wtedy posiadaczką zaledwie dwóch zębów.

Mój błąd polegał na tym, że nie spróbowałam tych wafelków, zanim podałam je córce… A ona już pierwszym włożonym do buzi wafelkiem zadławiła się! Dobrze, że znałam zasady pierwszej pomocy i potrafiłam jej udzielić, bo mogłoby się skończyć różnie…

 

Jaka jest różnica między zakrztuszeniem a zadławieniem?
  • Często reagujemy panicznie i gwałtownie na zakrztuszenie, które jest głośnym zjawiskiem. Zakrztuszenie to jest taka sytuacja, w której kawałek jedzenia znalazł się gdzieś z tyłu gardła. Dziecko otwiera buzię, wysuwa język i próbuje go odkrztusić. Maluch kaszle, pluje, robi się czerwony. Czasami kończy się to nawet na wymiotach. I dopóki dziecko się krztusi, i słyszysz, że próbuje sobie poradzić z tym pokarmem, to nie należy mu pomagać. Nie trzeba dziecku kazać podnosić rąk do góry, nie należy go nagle wyciągać z krzesełka, klepać po plecach i robić innych, gwałtownych ruchów. Siedzimy, patrzymy, pozwalamy dziecku odkrztusić ten kawałek pokarmu samodzielnie.
  • Natomiast przy zadławieniu dziecko potrzebuje pomocy. Cały problem polega na tym, że dzieci dławią się cicho. Zadławienie polega na tym, że kawałek pokarmu znalazł się tak głęboko w jamie ustnej dziecka, że dziecko może nie być w stanie kasłać, nie jest w stanie odkrztuszać, nie wydaje żadnych dźwięków. Dziecko robi się blade, a po chwili wręcz sine. To jest moment, w którym dziecko potrzebuje naszej pomocy.

Dlatego zasada numer jeden przy rozszerzaniu diety, ale również później – nie zostawiamy dzieci samych sobie, bez opieki dorosłego wtedy, kiedy jedzą. Dzieci dławią się w ciszy. Powinniśmy obserwować dziecko, które je. Mieć z nim kontakt wzrokowy, żeby wiedzieć, czy to jest ten moment, w którym należy mu pomóc, czy ono po prostu w ciszy spokojnie je.

Ważna rzecz, której nie zrobiłam, a którą Ty możesz zrobić, żeby ustrzec się tego błędu, to trzymanie się zasady – gdy podajesz niemowlakowi jakikolwiek stały produkt, to sama go najpierw spróbuj. Sprawdź, czy konsystencja jest odpowiednia dla dziecka. Ja tego nie sprawdziłam. Okazało się, że wafelki ryżowe, mimo że są reklamowane jako produkt dla niemowląt, są bardzo twarde, ale jednocześnie kruche. Zbyt duży kawałek tego wafelka ułamał się i wpadł głęboko do gardła. Nie rozpuścił się w buzi pod wpływem śliny, mimo że ja myślałam, że tak właśnie będzie.

Jak sprawdzić, czy produkt ma odpowiednią konsystencję? Włóż sobie kawałek brokułu, marchewki, wafelka czy innego pokarmu do buzi i sprawdź, czy Ty jesteś w stanie rozgnieść ten pokarm językiem o podniebienie. Jeśli tak, to znaczy, że to jest odpowiednia konsystencja dla malucha i on poradzi sobie z tym bez zębów trzonowych, samymi dziąsłami Jeśli nie rozgnieciesz pokarmu, to znaczy, że jest zbyt twardy i należy go albo pogotować dłużej, albo w ogóle nie podawać dziecku (np. orzechy w całości).

Kolejny wniosek z mojego błędu jest taki, że niestety nie można mieć 100% zaufania do gotowej żywności dla niemowląt. Mimo że wydawałoby się przecież, że jest przetestowana, bezpieczna, pewna, dobrze zbilansowana pod kątem potrzeb niemowlaków – trzeba wszystko sprawdzać samodzielnie.

Czwarty wniosek – warto jeszcze w ciąży, a już na pewno przed szóstym miesiącem życia dziecka, bo wtedy rozpoczynamy rozszerzanie diety, wziąć udział w kursie pierwszej pomocy dla niemowląt. Albo przynajmniej obejrzeć filmy związane chociażby z zadławieniem.

Kurs pierwszej pomocy dla dzieci i niemowlaków znajdziesz też w klubie dla rodziców Parentflix.

 

Czy przy rozszerzaniu diety potrzebujesz specjalnych PRZEPISÓW?

Czy przy rozszerzaniu diety potrzebujesz specjalnych PRZEPISÓW?

Cytując klasyka: Kiedy pytają mnie, gdzie znajdę listę, w jakiej kolejności należy proponować dziecku warzywa i owoce, odpowiadam: NIGDZIE. I to nie dlatego, że jestem złośliwa. Tylko dlatego, że takiej listy nie ma i nie będzie. Oczywiście listy z produktami, które można podawać w czasie rozszerzania diety, mogą być przydatne. Same umieściłyśmy taką listę w naszej książce „Rozszerzanie diety niemowląt”. Ale ta lista jest alfabetyczna i nie ma na niej żadnej ustalonej kolejności. Zachęcam Cię, żebyś zapomniała o takiej liście (i specjalnej kolejności) i zadała sobie pytanie: DLA KOGO GOTUJESZ?

Jednym z błędów, które popełniłam na samym początku rozszerzania diety, było gotowanie pod dziecko, a nie pod siebie. Dla dziecka, a nie dla rodziny. Na szczęście dość szybko się ogarnęłam – a Ty w ogóle nie musisz nawet wchodzić w tę ślepą uliczkę. Już wyjaśniam, dlaczego nie warto.

Dietę rozszerza się niemowlakowi z co najmniej kilku powodów. Po pierwsze, uzupełniamy dietę dziecka o energię, składniki mineralne i witaminy, bo jego potrzeby żywieniowe rosną i samo mleko ich nie zaspokoi. Nie dlatego, że z mlekiem dzieje się coś złego, tylko dlatego, że dziecko rośnie, rozwija się i te potrzeby rosną. Po drugie, dziecko ma się nauczyć żuć i gryźć. Po trzecie, ma poznać nowe smaki. A po czwarte – i tu przechodzimy do mojego błędu – niemowlę w trakcie rozszerzania diety ma rozpocząć włączanie się w rodzinną kuchnię. Ma poznawać smaki swojego domu i uczestniczyć w posiłkach z rodziną.

Co to oznacza w praktyce? To znaczy, że od samego początku rozszerzania diety możesz podawać maluchowi posiłki, które Ty jesz. Powinny być oczywiście dostosowane do umiejętności malucha i nie zawierać produktów, które są zakazane w diecie małych dzieci. Dla przykładu: odkładasz porcję zupy przed jej posoleniem albo porcję farszu do pierogów przed dodaniem do niego leśnych grzybów. Gotując jajka, wyjmujesz swoje chwilę wcześniej, bo lubisz jajko na miękko. Ale to dla dziecka gotujesz na twardo, żeby żółtko było ścięte. Nie dajesz całej surowej marchewki, ale ścierasz ją na tarce. Chodzi mi o tego typu drobne zmiany. Gotujesz dla Was, dostosowując posiłki, dokonując niewielkich zmian. Ale nie gotujesz osobno dla dziecka, a osobno dla siebie.

Dlaczego to takie ważne?

Ano dlatego, że nawet dla człowieka zaawansowanego kulinarnie codzienne przyrządzanie dwóch śniadań, dwóch drugich śniadań, dwóch obiadów, dwóch podwieczorków i dwóch kolacji jest wykańczające. Trwa długo i jest męczące na dłuższą metę. Co więcej, jeśli dziecko tego specjalnie przygotowanego dla niego  posiłku nie zje, możesz odczuwać ogromną frustrację: Jak to? Ja się tyle nastałam przy garach, a on nie je?! Kiedy jecie taki sam obiad, myślisz sobie: Trudno, więcej zostanie dla mnie 😉 Po trzecie, dziecko, któremu specjalnie się gotuje, nie uczy się smaków rodzinnych. A przecież kiedyś chyba przestaniesz gotować dwa obiady, prawda? Dlaczego by nie zrobić tego raczej wcześniej niż później? A po czwarte, niemowlęta mają wbudowany przez ewolucję program z talerza rodzica smakuje mi bardziej. Serio, matka natura urządziła to tak, żeby małe dzieci były dość ostrożne w jedzeniu rzeczy, których nie znają. Przecież mogłyby się nimi otruć. W związku z tym nierzadko sytuacja wygląda tak, że dziecko ma na talerzu coś specjalnego, ale sięga po jedzenie z talerza mamy lub taty. Bo skoro rodzic już je, to chyba wie co robi i jest pewny, że to nie jest trujące. Dlatego warto mieć na talerzu potrawy, po które dziecko może sięgnąć.

Jeszcze kilka lat temu nawet oficjalne zalecenia dotyczące rozszerzania diety opisane były w bardzo skomplikowany sposób. Można było nabrać przekonania, że rzeczywiście rozszerzanie diety to praca na cały etat. Teraz, zgodnie ze standardami żywienia z 2021 roku, wiemy już, że chodzi bardziej o podawanie produktów lokalnych i dostępnych sezonowo oraz wprowadzanie dziecka w nasze smaki i nasze zwyczaje, niż o gotowanie specjalnie dla dziecka. Nie musisz codziennie gotować zupy, którą wylewasz, bo Ty nie lubisz zup, ale słyszałaś, że dzieci muszą jeść zupy. Nie, nie muszą. Serio. Możesz im podać warzywa w inny sposób niż w zupie. Konsystencja owsianki Cię obrzydza? Nie rób jej. Podawaj dziecku na co dzień inne zboża. Owsianki spróbuje, gdy drugi rodzic akurat będzie ją robił sobie.

I tu jeszcze jedna uwaga. Rozszerzanie diety bywa baaardzo dobrą okazją do tego, by przyjrzeć się temu, co Ty jesz. Jak masz przekonać dziecko, że warto jeść warzywa, jeśli niemal nie ma ich w Waszym domu? Nie, frytki się nie liczą. Jeśli słuchasz mnie i myślisz sobie: Hej, jakie wprowadzanie do domowych smaków? Moim smakiem jest kebab i zamawiany chińczyk. A z warzyw to frytki i keczup (przecież to też pomidory)!, to przy okazji rozszerzania diety, możesz małymi krokami to zmieniać. Twoje zdrowie Ci za to podziękuje.