Akcja Adaptacja: Jak NIE przygotowywać dziecka do żłobka

Akcja Adaptacja: Jak NIE przygotowywać dziecka do żłobka

Już od dawna miałam w szkicach wpis o absurdalnych zaleceniach niektórych żłobków. Impulsem do opublikowania go było zdjęcie z jednej z wrocławskich placówek, która – o ironio, głosem dziecka – zalecała rodzicom:

To nie jest jedyna placówka,  która przekazuje rodzicom nieprawdziwe informacje dotyczące przygotowania dziecka do żłobka. Nie zależy mi na piętnowaniu konkretnych instytucji ani psycholożek (!!!), które pod takimi wskazówkami się podpisują, ale na pokazaniu najczęściej powtarzających się mitów. I uspokojeniu zdenerwowanych nimi rodziców. Wszystkie poniższe cytaty są autentyczne, pochodzą ze stron żłobków: (więcej…)

Dlaczego High Need Babies nie wyginęły (i dlaczego aktualnie trudno być matką)?

Dlaczego High Need Babies nie wyginęły (i dlaczego aktualnie trudno być matką)?

Kiedy uczestniczę w różnych dyskusjach na temat tego, dlaczego współczesne niemowlaki zachowują się, jakby nadal nie wyszły z jaskiń (czyli na przykład stan rozdzielenia od matki, gdy wyszła zrobić siku, traktują jako śmiertelne zagrożenia ze strony tygrysów szablozębnych i krzyczą wniebogłosy), często pojawia się bardzo rozsądne pytanie:

Dlaczego High Need Babies nie wyginęły?

Innymi słowy: jak to się stało, że przez tyle dziesiątek tysięcy lat dobór naturalny nie sprawił, że geny odpowiedzialne za bardziej wymagający temperament nie odeszły w niepamięć? Że hajnidy dożywały dorosłości i przekazywały swoje genetyczne wyposażenie dalej, kolejnym pokoleniom? Przecież to nie trzyma się kupy – niemowlak budzący się z płaczem w nocy niechybnie ściągnąłby na kark społeczności wrogie plemię lub drapieżniki. Swoim marudnym zachowaniem w ciągu dnia, koniecznością ciągłego zabawiania, rozpoczynaniem dnia o samiutkim świecie robiłby z rodziców chodzące zombi. Ludzie, ja nie mam czasu zjeść kanapki, jak miałabym samodzielnie znaleźć i przygotować pożywienie i wodę?  Jak to możliwe, że młodzi rodzice za czasów jaskiniowych nie zostawali zmuszeni do zostawienia takiego jęczybuły w pierwszych dniach po porodzie w pierwszych lepszych zaroślach, dla dobra własnego, starszych dzieci i reszty członków społeczności? Jak to to się uchowało, no?

Wywód brzmi baardzo logicznie, ale nie bierze pod uwagę jednej istotnej rzeczy: prawdopodobnie High Need Babies nawet zaledwie kilka wieków temu nie zachowywały się tak, jak współczesne HNB. Dlaczego?

Przez 99% czasu, od kiedy istnieje nasz gatunek, organizował się on w społeczeństwa łowiecko-zbierackie. To naturalna dla człowieka forma życia, do której jesteśmy biologicznie przystosowani.

W takich społecznościach na jedno dziecko przypada około czworo dorosłych. W niektórych tradycyjnych plemionach jednym niemowlęciem opiekuje się na zmianę siedmioro osób, w innych nawet czternaścioro (na przykład w plemieniu Efe) [1]. Ojcowie w społeczeństwach tradycyjnych więcej angażują się w opiekę niż zachodnioeuropejscy tatusiowie. Poza rodzicami, w opiece, zabawianiu i pocieszaniu malucha biorą na co dzień udział babcie dziecka, dziadkowie, ciotki i wujkowie, kuzynostwo bliższe i dalsze, a także starsze rodzeństwo malucha. To nie luksus, to biologiczna konieczność. Kobieta w ciąży lub karmiąca matka nie jest w stanie samodzielnie wykarmić siebie i dziecka i korzysta z pomocy innych członków społeczności (to samo tyczy się zresztą mężczyzn, którzy również dzielą się swoimi łupami, a w razie niepowodzenia otrzymują pożywienie od innych) [2]. Gdy jej dziecko podrasta, to ona pomaga swojej siostrze, kuzynce, a potem córce. Babcia ze strony matki jest kluczowym ogniwem w wielu społecznościach; jej obecność w niektórych warunkach środowiskowych zmniejsza ryzyko śmierci niemowlęcia aż o połowę [3].

U Efe czteroipółmiesięczne niemowlę aż 60% czasu spędza w ramionach osób innych niż matka, choć badacze zauważyli, że marudne dzieci są z matkami więcej niż te pogodne z natury [4]. Zajmowanie się niemowlakiem zdarza się nie tylko, kiedy jest on najedzony i zadowolony. W południowoafrykańskim plemieniu !Kung płaczące dziecko zaledwie w połowie przypadków jest pocieszane wyłącznie przez matkę. W 50% sytuacji to inna osoba sama lub razem z matką reaguje na płacz niemowlęcia [5]. Robi to szybko, zwykle w ciągu pierwszych 10 sekund marudzenia, a jeśli jej zabiegi nie dają efektu, oddaje malucha mamie.

Kto ma hajnida, ten wie, że bardzo często ten typ włącza tryb demo, gdy przychodzą goście. Prowokuje to wyrzuty odwiedzających: „Czego wy chcecie od tego dziecka? Wesołe, zadowolone, śpiewa, gada i zaczepia”. Małe dzieci między innymi dlatego najgorzej zachowują się przy matce (o czym pisałam tutaj), bo nadzwyczajnej nudzą się z tą samą, umęczoną twarzą w tych samych, opatrzonych już ścianach. W tradycyjnej wiosce, otoczone naturalną stymulacja społeczną składającą się z migających przed oczami coraz to innych, zagadujących przyjaźnie twarzy i różnorakich głosów oraz zapachów, dotykanie, noszone i gilgotane przez wiele osób, mogły być w tym trybie demo niemal nieustannie. Pisałam już o tym trochę w tekście Niemowlęta płaczą z nudów.

Maluchy kiedyś noszone były od urodzenia, nie tylko przez matkę i nie tylko w okresie „czwartego trymestru” (wówczas przez 90% czasu), ale także jeszcze długo po pierwszych urodzinach (w połowie drugiego roku życia dzieci z !Kung nadal przebywają w kontakcie fizycznym z innymi ludźmi przez 42% czasu na dobę) [5]. Niemowlęta amerykańskie tyle samo rozmawiają ze swoimi opiekunami co Buszmeni czy dzieci z Gwatemalii, ale znacznie rzadziej są przez nich dotykane i noszone [6].  Problem ze znienawidzonymi przez hajnidy wózkami, które odcinają dziecko od kontaktów społecznych, stymulacji zmysłu dotyku, równowagi i czucia głębokiego, nie istniał.

W żadnym zbadanym społeczeństwie tradycyjnym niemowlęta nie sypiają w osobnych pomieszczeniach, a tylko w 21% w osobnych łóżkach. Nikt też nie siedzi długo wieczorami scrollując Facebooka, a więc poranne pobudki latorośli przyjmowane są z większym spokojem. Zwykle aż do momentu odstawienia od piersi, który następuje około 3,5 roku lub później, dzieciaki są karmione na żądanie, także w nocy. Jeśli uważasz, że to Twoje niemowlę wisiało przy piersi, zważ, że w plemieniu !Kung dzieci w wieku od 3 miesięcy do 2,5 roku ssą pierś matki przeciętnie co 13 minut (tak, MINUT) [7]. U Efe normą jest pozwalanie na karmienie własnego niemowlaka przez inne kobiety, a nawet przystawianie dziecka do piersi przez kobiety, które już nie karmią albo jeszcze nigdy nie karmiły – w ramach bycia smoczkiem-uspokajaczem [8]. Dzięki temu nawet dziecko karmione wyłącznie piersią może być na dłuższą chwilę zostawione bez odciągniętego mleka mamy.

Wcale się nie dziwię, że nawet High Need Babies mogły być w takich okolicznościach przyrody całkiem znośne. A i matki, mając tyle rąk do pomocy i tylko jeden obowiązujący wzorzec rodzicielstwa, bardziej wyluzowane.

Powiecie, że niemowlęctwo to jeszcze da się zrozumieć – noszą, karmią i wspólnie śpią. Ale co ze starszymi dziećmi? Organizowaniem zabaw, wspieraniem rozwoju?

Dwuletnie i starsze dzieci „w naturze” biegają w zróżnicowanych wiekowo gromadach – dorośli nie muszą zapełniać im cały dzień pełny megaedukacyjnych zabaw neurorozwojowych. Uczą się poprzez swobodną obserwację i spontaniczne dołączanie do zajęć, którymi zajmują się starsi członkowie plemienia, niekoniecznie wyłącznie rodzice. Na biegające tu i tam maluchy zwracają uwagę nie tylko kilka lat starsze koleżanki i koledzy, ale wszyscy inni członkowie społeczności [9]. Wedle zasady Majki Jeżowskiej Wszystkie dzieci nasze są – skoro każdy członek plemienia jest ze mną bliżej lub dalej spokrewniony, na poziomie biologicznym chcę go ochraniać, aby przekazał cząstkę moich genów. Pokłosiem tego zjawiska jest irytujące nas do dziś zjawisko wtrącania się obcych ludzi pt. „a gdzie to dziecko ma czapeczkę”, o czym szerzej pisałam tutaj.

To, co jest dodatkowo wykańczające w opiece nad wymagającymi dziećmi, czyli niewielka różnica wieku między maluchami, nie występuje w pierwotnych społecznościach. Mimo braku nowoczesnej antykoncepcji, kolejne ciąże nie zdarzają się raczej rok po roku. Częste karmienie, o którym wspominałam, jest sposobem na znaczne opóźnienie powrotu płodności i odpowiada za stosunkowo długie odstępy między kolejnymi dziećmi. Młodszy braciszek lub siostrzyczka pojawia się, gdy starszak ma przeciętnie 3-4 lata [10].

Sytuacja, w której wiele z nas jest, czyli taka, że jedna osoba zajmuje się sama dzieckiem albo dziećmi przez niemal całą dobę NIE JEST sytuacją naturalną. Nic dziwnego, że bywa nam w niej bardzo trudno. Realna pomoc i wsparcie, w tym w opiece nad dzieckiem choćby na krótki czas codziennie (rodziny, sąsiadów, znajomych, niani, klubiku dziecięcego, dobrego żłobka), jest bardzo ważna dla zachowania zdrowia psychicznego matki, ojca i często również dobrze wpływa na wymagające dziecko.

High Need Babies nie wyginęły, bo opieka nad nimi, rozłożona na wiele osób (tzw. alloparenting), była znacznie mnie obciążająca niż obecnie. Inne były też wymagania wobec kobiet, matek, partnerek; nie bombardowano nas sprzecznymi wizjami rodzicielstwa, nie wymagano, abyśmy na wszystkim się znali i kwestionowali słowa ekspertów, sprawdzali: słoiczki czy gotowanie, chwalić czy nie chwalić, sadzać na nocniku czy czekać aż zacznie wołać (a to tylko pierwsze z listy niekończących się matczynych dylematów…).

W ciężkich chwilach spójrzcie proszę na siebie z wyrozumiałością. Miejcie z tyłu głowy, że nasze społeczeństwo jest bardzo niedostosowane do naszych potrzeb –  potrzeb ludzi, których ciała i umysły są nadal dziesiątki tysięcy lat przed naszą erą.

Korzystałam także z książek: Peter Gray „Wolne dzieci” Wydawnictwo MiND 2015 oraz Sarah Hrdy „Mothers and others” Harvard University Press 2011.

Potrzebujesz sprawdzonych informacji o high need babies? Sprawdź szkolenie „High need baby".

 

Potrzebujesz rad czy empatii?

Potrzebujesz rad czy empatii?

Za chwilę Święta. Czas, w którym spotykamy się z rodziną. Dla wielu sielanka, relaks, przyjemność, bliskość. A dla innych źródło napięcia, złości, lęku: Jak skomentują to, że ona – taka duża – nadal jest karmiona piersią? Co, jeśli przez cały dzień będzie chciał być tylko na moich rękach? Jak odwrócić uwagę ludzi przy stole od tego, że ona je tylko suchy makaron i rosół? Co zrobić, jeśli w nowym miejscu nie będzie chciał usnąć? Co odpowiedzieć na zarzuty, że to ja go przyzwyczaiłam do bujania, że wymusza, manipuluje?

Kiedy rozmawiam z rodzicami wymagających dzieci wielu z nich mówi, że to nie brak snu jest najgorszy. Że już się przyzwyczaili do picia zimnej kawy, krojenia chleba z dzieckiem na ręku, przymusowego leżenia obok podczas drzemek.

Dla wielu najtrudniejszy jest brak zrozumienia i wsparcia ze strony najbliższych.

Myślę, że to nie tylko doświadczenie rodziców High Need Babies. Wydaje mi się, że matki i ojcowie dzieci innych niż przeciętne (pod różnym kątem innych) oraz ci, którzy wychowują inaczej niż statystycznie mogliby pokiwać głową ze zrozumieniem. Tak, jakby wybór innej, nie-mainstreamowej drogi sprawiał, że nie mamy prawa mówić o swoich trudnościach.

Mama, która powie o tym, że bywa już zmęczona tymi nocnymi karmieniami dwulatki, usłyszy „To odstaw”. Ojciec trzyletniego chłopca jedzącego siedem potraw na krzyż zostanie zasypany pomysłami na zmianę tej sytuacji. Może kolorowe kanapki? Może proponuj kilkanaście razy? A może jak zgłodnieje to wreszcie zje?

Tymczasem ludzie naprawdę rzadko potrzebują naszych rad – wiem, śmiesznie to brzmi z ust osoby, która pisze wypełnionego różnej maści poradami bloga. Zwykle, jeśli faktycznie potrzebują nowej strategii na rozwiązanie jakiegoś problemu lub zaspokojenie potrzeby, mówią o tym wprost: jak odsmoczkowałaś dziecko? Znasz jakieś sposoby, by zmniejszyć liczbę karmień? Jak wprowadza się warzywa do diety niemowlaków? Jak wyprowadziliście Antka z Waszej sypialni przed roczkiem?

Jeśli ktoś ma trzyletnie dziecko z dużymi problemami z jedzeniem, to, uwierz mi, wypróbował już prawdopodobnie 1001 sposobów na zmianę tego stanu rzeczy. Mówiąc o tym,  że wkurza go niemożność normalnego zjedzenia obiadu na mieście i noszenie ze sobą rosołu i suchej bułki krojonej w kwadraty nie oczekuje od Ciebie rad.

On potrzebuje empatii. Bycia wysłuchanym i zrozumianym. Potrzebuje uznania własnych uczuć bez ich lekceważenia.

Jeśli ktoś ma roczniaka spędzającego całą rodzinną uroczystość  na rękach rodziców, to otwierając usta nie liczy na dogłębną analizę swoich błędów wychowawczych, drobiazgowe roztrząsanie, kto kim manipuluje i kto dał sobie wejść na głowę ani porad odnośnie rozwojowego wpływu płaczu na jakość płuc małoletnich.

On potrzebuje empatii i prostego komunikatu: „Słyszę, że jest Ci trudno”.

Dawanie rad daje nam złudne poczucie bycia ważnym i potrzebnym. Przyjemnie łechce nasze ego, stawiając nas w pozycji ekspertów, tych, którzy wiedzą, którzy potrafią, którzy zrobiliby inaczej, lepiej. Odgradza nas od bliskich, utrudnia prawdziwy kontakt, z którego moglibyśmy czerpać siłę.

Podarowanie empatii wymaga schowania swojego „ja”, otwarcia na drugiego człowieka, powstrzymania się od ocen, krytyki, pouczania. Tego, czego na co dzień mamy jako rodzice aż zanadto. Nie jest proste.

Jest jeszcze trzecia droga: zaoferowanie pomocy. Dla wielu łatwiejsza niż wejście w empatyczny kontakt, a dla napotykających różne trudności rodziców znacznie bardziej wartościowa niż rady, nawet te dawane w dobrych intencjach.

A Ty czego potrzebujesz teraz najbardziej: rad czy empatii? A może realnej pomocy? Życzę Ci, byś w ten świąteczny czas otrzymała właśnie to, na czym najbardziej Ci zależy i dała innym to, czego oni naprawdę potrzebują.

 

Parentletter – newsletter dla świadomych rodziców. Zapisz się na listę i otrzymuj pełne wsparcia treści.

Trudne emocje po odstawieniu dziecka od piersi

Trudne emocje po odstawieniu dziecka od piersi

Mam wrażenie, że emocje przeżywane przez matki, które odstawiły dziecko od piersi, to zbyt rzadko poruszany temat. Zwykle skupiamy się na metodach, JAK zakończyć karmienie szybko i łagodnie. Znacznie rzadziej pojawiają się artykuły, które zachęcają do refleksji, CZY w ogóle kończyć drogę mleczną (bo na przykład moment adaptacji do żłobka lub powrotu mamy do pracy nie musi być z automatu wiązany z odstawieniem od piersi), a już zupełnym wyjątkiem są teksty skupiające się na tym, CO dzieje się z ciałem i psychiką odstawiającej mamy. A dzieje się całkiem sporo.
Intuicyjnie czujemy, że zaprzestanie karmienia w pierwszych tygodniach po porodzie może być trudnym doświadczeniem, zwłaszcza jeśli kobieta chciała karmić niemowlę piersią, a obiektywne przeszkody lub brak odpowiedniego wsparcia uniemożliwiły jej realizację laktacyjnych planów. Warto pamiętać, że takie mamy są w grupie ryzyka depresji poporodowej i otoczenie powinno objąć je szczególną opieką.

Matki, które karmiły dziecko dłużej, czasem bardzo długo, zwykle oczekują, że zakończenie drogi mlecznej przyjmą z ulgą i radością – w końcu były już zmęczone, niewyspane, potrzebowały zmian. Czasem okazuje się, że emocje, które się pojawiają, są zgoła inne.

Po odstawieniu od piersi, mimo zaplanowania i bez względu na wiek dziecka, mogą się pojawić u mamy: smutek, żal, poczucie straty, braku, winy, tęsknota, złość, szybkie zmiany nastroju, płaczliwość, poirytowanie, problemy z zasypianiem. Kobiety, u których powrócił już cykl menstruacyjny, czasem zauważają, że miesiączki mogą stać się bardziej bolesne, a PMS bardziej dokuczliwy. Pojawiają się myśli: „jestem bezwartościowa”, „dziecko już mnie nie potrzebuje”, „już jest takie duże”, „popełniłam błąd”. Czasem emocje, których doznają są sprzeczne: z jednej strony cieszą się, że już po wszystkim, z drugiej strony odczuwają smutek i obwiniają się o podjętą decyzję.

Zresztą, posłuchajcie matek, które zgodziły się anonimowo opowiedzieć o tym, jak to wyglądało:

Córka odstawiła się po 3 latach i 3 miesiącach. Po prostu wieczorem do snu powiedziała, że ona nie chce mleczka, tylko chce się przytulić. Nooo myślałam zawsze, że się ucieszę, jak w końcu się odstawi, a tu myślałam, że mi serce pęknie. Było mi przykro, trochę smutno, nawet łezka mi się w oku zakręciła, że tak nagle nie chce, a z drugiej strony, że to już taka duża dziewczynka jest.

Kiedy synek pierwszy raz zasnął bez piersi rozpłakałam się…Chciałam go już odstawić, wiedziałam, że będzie za tym tęsknił, ale nie spodziewałam się, jak bardzo ja będę tęsknić… Najgorsze były wyrzuty, że przecież mogłabym go jeszcze karmić, dawać mu to co najlepsze, przecież tak szybko rośnie…

Odstawiłam córkę, bo już miałam dość ciągania, drapania, szczypania, po prostu ciężko mi już było psychicznie. Chodziłam wściekła, każde karmienie było dla mnie udręką po pewnym czasie. Bardzo chciałam już mieć to za sobą i byłam tego pewna. Mała miała 18 miesięcy. Odstawiła się bez żadnego problemu, bo ona zwyczajnie się bawiła, a nie jadła. Zasypiała bez problemu, odstawienie trwało krótko. Tak jak się martwiłam, że ona nie da rady, tak to ja nie dawałam. Czułam się niepotrzebna, załamana, czułam się złą mamą, że z własnego widzimisię odbieram córce wszystko co najlepsze. Płakałam po nocach. To co przeżywałam było okropne. Ciężki to był czas dla mnie, całe szczęście, że nie dla mojego dziecka.

Moja córka odstawiła się sama, gdy byłam w połowie drugiej ciąży – pewnie mleka było mało czy też zmienił się smak. Dla niej było to kompletnie bezbolesne, choć to ogromna przylepa i cycoholik 😉 Ja miałam poczucie, że to zdecydowanie za wcześnie, choć karmienie w ciąży sprawiało mi ból, nie chciałam jej odstawiać i marzył mi się tandem. Choć z perspektywy czasu myślę, że dobrze się wszystko złożyło, wtedy mi było smutno i musiałam tak w sobie dokonać pewnego rodzaju zamknięcia, przemyśleć wszystko i przepracować, no i cóż, popłakać w nocy w tajemnicy w kuchni.

Planowałam karmić córkę rok. Córka pewnego wieczoru podziękowała za pierś i już więcej nie chciała. Z jednej strony radość, a z drugiej… Przepłakałam pół nocy, później wcale lepiej nie było… Było mi źle, nie mogłam się odnaleźć, czegoś mi strasznie brakowało, zrobiłam się emocjonalnym wrakiem człowieka. Było mi smutno, nic nie sprawiało mi radości.

Jestem właśnie trzecią dobę po ostatnim karmieniu. Mieszanka zupełnie ambiwalentnych emocji – póki co jest wybuchowa. Zadowolenie? Tak, tak poniekąd czuję się jakbym odzyskała część wolności… To miesza się z poczuciem pustki, straty. Jest mi przykro, że bezpowrotnie straciłam kawałek więzi z synkiem. Staję przed lustrem, patrzę na siebie i łzy same lecą wąską stróżką po twarzy. Czuję się niezrozumiana przez rodzinę, w szczególności męża. Dla nich to takie naturalne, normalne, że kobieta odstawia dziecko. A ja czuję, że ta sytuacja „ryje mi beret”.

Jeśli widzisz w powyższych opisach cząstkę swoich przeżyć, to być może właśnie się uspokoiłaś. Nie zwariowałaś, wiele kobiet to przeżywa. Matki często obwiniają się, że to efekt ich nadopiekuńczości, że mają „zbyt bliską” więź z dzieckiem, ale mechanizm stojący za spadkiem nastroju jest uniwersalny bez względu na cechy osobowościowe matki i ma podłoże hormonalne.

Zakończenie laktacji wiąże się ze spadkiem poziomu prolaktyny i oksytocyny – dwóch hormonów, które nie tylko wpływają na karmienie piersią, ale także  na funkcjonowanie mózgu. Prolaktyna, która odpowiada za produkcję pokarmu, ma działanie relaksujące i uspokajające, a oksytocyna, odpowiadająca za wypływ mleka z piersi, ułatwia tworzenie więzi i poprawia nastrój. Nie powinno więc dziwić, że odstawienie karmień, skutkujące obniżeniem się poziomów tych dwóch hormonów, wiąże się czasem z przeżywaniem silnych i trudnych emocji [1].

Ile to może potrwać? Zwykle od kilku dni do około dwóch tygodni. Jeśli objawy trwają dłużej niż dwa tygodnie, ich natężenie nie zmniejsza się, uniemożliwiają normalne funkcjonowanie, dobrze jest porozmawiać z lekarzem, aby wykluczyć istnienie depresji, zwłaszcza jeśli mama miała w przeszłości epizody depresyjne [2].

Im wolniejsze odstawianie od piersi, tym większa szansa, że przebiegnie ono łagodniej dla dziecka oraz dla matki, zarówno w sferze emocjonalnej, jak i fizycznej. Nagłe zaprzestanie karmień może skutkować  przepełnieniem piersi, obrzękiem, zastojami. W razie bolesności należy odciągać ręcznie lub laktatorem niewielkie ilości mleka, tylko do odczucia ulgi. Niektóre mamy wspomagają się piciem naparu z szałwii lub mięty. Po jakimś czasie pokarm będzie się produkować coraz wolniej (choć nadal na przykład na dźwięk płaczu obcego dziecka może wypływać z piersi). Mleko nie znika z gruczołów z dnia na dzień – nieduże ilości pokarmu mogą być obecne w piersi nawet kilka miesięcy po odstawieniu karmień.

Co mogę zrobić, by się lepiej poczuć?

Przede wszystkim daj sobie przyzwolenie na przeżywanie trudnych emocji. Poszukaj osoby, która wysłucha Cię z empatią, której możesz szczerze powiedzieć o tym, co odczuwasz, jakie masz wątpliwości. Czasem dopiero otwarcie się przed innymi matkami, która również karmiły swoje dzieci, uświadamia nam, jak powszechne są te odczucia, mimo że nie mówi się o nich publicznie. Jeśli nie znasz nikogo takiego, pomocne może być zapisywanie swoich przeżyć i przemyśleń.

Niektórzy nazywają czas po odstawieniu dziecka „żałobą”, bo kończy się jakiś etap w życiu, etap bycia mamą karmiącą i tak jak w żałobie po kimś bliskim, warto dać sobie czas na przeżycie tej straty. Coś się kończy, coś się zaczyna – po doświadczeniu karmienia nadchodzi kolejny etap, wcale nie gorszy, po prostu inny. Taki, w którym bliskość będzie można wyrażać i umacniać w inny niż przystawianie do piersi sposób.

Bądź dla siebie dobra – nie planuj zbyt wielu zmian na raz, odmawiaj wobec zobowiązań, które mogą poczekać, odpuść tyle, ile możesz. Warto dać sobie chwilę na oswojenie z nową sytuacją, bez presji, aby teraz-zaraz wszystko było „tak jak wcześniej”. Jeśli odstawienie było dość szybkim procesem, to zarówno dziecko, jak i Ty uczycie się siebie w tej nowej sytuacji i to wymaga czasu. Wielu kobietom w przeżyciu i zaakceptowaniu własnych uczuć pomaga kontakt z własnym ciałem: rozpoczęcie ćwiczeń fizycznych, pójście na masaż, taniec, joga, bieganie, treningi relaksacji. Czasami wiele ułatwia rozmowa ze specjalistą, który pomoże uporządkować myśli i emocje.

Bez względu na to, kiedy i w jaki sposób odstawiłaś lub planujesz odstawić dziecko od piersi, pamiętaj o jednym: podejmujemy najlepszą decyzję, jaką w danej chwili możemy podjąć. Ani długość karmienia, ani sposób jego zakończenia, ani emocje temu towarzyszące nie definiują Cię jako matki. Przesyłam Ci serdeczne pozdrowienia, trzymaj się ciepło, Mamo!

Korzystałam także z książki: „Healing breastfeeding grief” Hilary Jacobson, Rosalind Press 2016.

 

Kituś-bajduś, czyli jak rodzice kłamią na temat snu swoich dzieci

Kituś-bajduś, czyli jak rodzice kłamią na temat snu swoich dzieci

Pisałam już kiedyś o tym, że nasza pamięć jest niedoskonała i niejednokrotnie z pełnym przekonaniem opowiadamy innym o zdarzeniach, które nie wyglądały dokładnie tak, jak to przedstawiamy. Złośliwi mówią, że to domena teściowych, których dzieci „same spały, wszystko jadły i sikały na nocnik grubo przed pierwszymi urodzinami”. Kto nie wie, dlaczego kiedyś młodzież była lepsza, czyta tutaj. Powszechne mijanie się z prawdą na temat zachowania swoich maluchów nie wynika jednak tylko z właściwości ludzkiej pamięci.

Podczas przygotowywania warsztatów na temat High Need Babies szukałam danych dotyczących tego, jak duży odsetek rodziców okłamuje otoczenie odnośnie snu ich dziecka. Jak myślisz, (1) ilu rodziców nie przyznaje się pracownikom ochrony zdrowia, że śpi w jednym łóżku z dzieckiem? oraz (2) ilu oszukuje znajomych, że ich niemowlę już przesypia całą noc?

Z ankiety przeprowadzonej na ponad 600 brytyjskich rodzicach wynika, że 46% osób śpiących z dzieckiem w jednym łóżku okłamuje lekarzy, pielęgniarki i inne osoby sprawujące opiekę nad niemowlęciem, że sypia ono we własnym łóżeczku [1].

Dlaczego tak się dzieje? W krajach anglosaskich z ust ekspertów medycznych i szeregowych pracowników przychodni płynie silny przekaz, że współspanie z niemowlęciem jest dla niego niebezpieczne (o tym, dlaczego to nie jest prawdą, pisałam już tu i tu). Rodzice boją się reakcji służb medycznych i bycia oskarżonym o brak odpowiedzialności i szafowanie życiem własnego dziecka. Zamiast uzyskać rzetelne informacje na temat bezpiecznego dzielenia łóżka z maluchem, rodzice ukrywają ten fakt przed osobami, które mogłyby służyć wiedzą opartą o dowody naukowe. Na szczęście ten temat niedawno podjął brytyjski oddział UNICEFU, uczulając profesjonalistów na to, że straszenie zamiast dostarczania wiedzy o dobrych praktykach w rzeczywistości bardziej naraża życie niemowląt [2].

A co z rodzicami, których dzieci budzą się, jak na dzieci przystało, a oni wciskają znajomym kit, że „moje to już przesypia całe nocki, zasypia o 19, a wstaje po ósmej„? Według najostrożniejszych badań takich zawodników oszukujących znajomych odnośnie wzorca snu swoich dzieci jest co najmniej jedna trzecia [3].

Sądzę, że liczba przesypiających noc dzieci jest i tak zawyżona, ponieważ wiele kobiet, zwłaszcza karmiących piersią i śpiących z niemowlęciem w jednym łóżku, nie rejestruje liczby pobudek i nie ocenia snu swojego dziecka jako problematycznego. Niedawno jedna z mam powiedziała mi:

– Moja półroczna córka pasuje do opisu High Need Baby poza jednym punktem: dobrze śpi.
– Co to znaczy? Nie budzi się już w nocy?- drążyłam.
– Nie no, budzi się co godzinę -półtorej na karmienie, je na leżąco i zasypia.

Ta mama miała po prostu tolerancyjną definicję dobrego snu, z którą wielu by się nie zgodziło 😉

Żyjemy w czasach, w których wielu ludzi wstydzi się powiedzieć, że ich potomstwo nie przesypia nocy i że są z tego powodu wykończeni. Z jakichś powodów zachodnie społeczeństwo zaczęło uważać, że to czy Twoje dziecko samodzielnie zasypia we własnym łóżeczku i czy nie potrzebuje nocnych karmień lub innej pomocy dorosłego podczas pobudek, świadczy o jakości Twojego rodzicielstwa. Że dobra matka jest skuteczna we wpływaniu na wzorzec snu swojego malucha. Że jeśli roczne dziecko budzi się kilkukrotnie w nocy, nie jest zainteresowane własnym łóżkiem, jeśli potrzebuje nocnych karmień albo bujania na rękach, to jest to wina rodzica. Że nie zrobił „czegoś” (a tym „czymś” są zwykle mniej lub bardziej przemocowe propozycje wymuszania samodzielności, treningi zasypiania itp.), żeby jego dziecko wreszcie spało „jak trzeba” (a to „jak trzeba” oznacza zwykle we własnym pokoju, bez kontaktu fizycznego z rodzicem podczas zasypiania oraz w czasie nocnych pobudek).

Ignoruje się przy tym wszystkim fakt, że badania nad bliźniętami wyraźnie pokazują, że na długość snu nocnego oraz jego konsolidację (czyli brak pobudek) mają wpływ przede wszystkim czynniki genetyczne [4]. Rodzice do pewnego stopnia mogą wspomóc dziecko w utrzymaniu prawidłowego rytmu okołodobowego (wskazówki np. tu, tu i tu), eksperymentować z pidżamą (klik), zadbać o dietę (klik), rozważyć suplementację DHA (klik), wprowadzić aromaterapię (klik) itd., ale nie przeskoczą wewnętrznego programu, według którego rozwija się ich maluch.

Wnioski? Po pierwsze, warto dzielić przez trzy opowieści rodziny i znajomych o dzieciach przesypiających noce od urodzenia. Po drugie, nie daj się wkręcić w to, że za słabo się starasz, że popełniasz błąd, że wzorzec snu Twojego dziecka jest całkowicie pod Twoją kontrolą i potrzebujesz tylko konsekwencji. To, jak często maluch się budzi i w jaki sposób zasypia w żaden sposób nie świadczy o Twoim rodzicielstwie. Mówmy głośno o tym, że dzieci mają prawo budzić się w nocy, że to zdrowe i normalne. Mówmy o tym, że matki potrzebują wsparcia innych dorosłych, że opieka nad maluchem bywa wyczerpująca – wyjdźmy wreszcie poza nierealistyczny obraz rodzicielstwa, który króluje w mediach i który nie pozwala kobietom szczerze rozmawiać ze swoimi znajomymi i szukać pomocy. Zapewniam – wiele kobiet nam za to podziękuje, mówiąc: „lepiej mi, bo myślałam, że tylko ja tak mam…”

 

Masz dość słuchania sprzecznych rad dotyczących snu dzieci? Sprawdź szkolenie „Fakty i mity o śnie dziecka".