Książki o Rodzicielstwie Bliskości

Książki o Rodzicielstwie Bliskości

W trzecim odcinku podcastu, w którym opowiadam o mojej drodze do Rodzicielstwa Bliskości, zapytałam: czy chcecie poznać moją listę najlepszych książek o tym nurcie?

Wiele z Was napisało wówczas, że są ciekawe, od czego zacząć, co dla rodziców dwulatka, a co, jeśli dziecko chodzi już do szkoły?

Przygotowałam więc subiektywną listę książek o Rodzicielstwie Bliskości, którą z pełnym przekonaniem mogę polecić. Żeby artykuł był wygodniejszy do przeglądania, podzieliłam go na dwie części (druga za kilka dni), a w każdej z nich znajdziecie propozycje dostosowane do sytuacji i poziomu „zaawansowania” w temacie.

Dla jasności: wszystkie książki kupiłam samodzielnie i za własne pieniądze 😉

Zaczynamy od najmłodszych dzieci (od urodzenia do 3 roku życia):

JESTEM W CIĄŻY / MAM NIEMOWLĘ I NIC NIE WIEM O ROZWOJU MAŁYCH DZIECI

Księga Dziecka od narodzin do drugiego roku życia, William i Martha Sears, Zielona Sowa

W księgarniach od lat chyba nic nie detronizuje monumentalnego Pierwszego roku życia dziecka, ale nie jest to pozycja, którą mogłabym polecić. Jest co prawda rzetelna i szczegółowa w kwestiach medycznych, ale tematy związane z rozwojem emocjonalnym niemowlaka traktuje bardzo po macoszemu, a tu i ówdzie zawiera szkodliwe propozycje (typu wypłakiwanie przed zaśnięciem).

Twórcy pojęcia „Rodzicielstwo Bliskości”, William i Martha Searsowie napisali Księgę Dziecka – niemniej część ich propozycji, np. dotyczących zabaw ruchowych z niemowlakiem, przyprawia znanych mi fizjoterapeutów o ból głowy 😉

Czytam wszystko, co ukaże się na rynku z zakresu opieki nad niemowlakiem, i na ten moment z czystym sumieniem mogę polecić nowość z Wydawnictwa Agora:

Jest z nami dziecko. Poradnik początkujących rodziców, Joanna Szulc, wyd. Agora

Autorka jest doświadczoną dziennikarką, wieloletnią redaktorką naczelną miesięcznika Dziecko, dyplomowaną promotorką karmienia piersią, a także studiuje psychologię.

W poradniku analizuje dość szczegółowo wszystkie kwestie zajmujące rodziców w pierwszym roku życia ich maluchów: od niemowlęcej wyprawki, przez pierwsze dni po porodzie, żywienie po drobiazgowy przegląd kolejnych kwartałów życia (czego dziecko się uczy, jakie wyzwania czekają rodziców):

Podyskutowałabym o pojedynczych zagadnieniach, bo nie jestem przekonana, że niemowlaki potrzebują leżaczka 😉 – ale to są absolutne drobiazgi i zdecydowanie na tle innych pozycji z tej tematyki książka „Jest z nami dziecko” jest zdecydowanie najbardziej godna polecenia. Wreszcie coś mądrego o opiece nad niemowlakami, bliskościowego i jednocześnie osadzonego w polskich realiach!

Papierowa książka – kupisz TUTAJ

Ebook – kupisz TUTAJ

JESTEM W CIĄŻY / MAM NIEMOWLĘ I NIC NIE WIEM O RODZICIELSTWIE BLISKOŚCI

Księga Rodzicielstwa Bliskości, William Sears, Martha Sears, wyd. Mamania

Biblia Rodzicielstwa Bliskości dla opiekunów małych dzieci. Searsowie są dyskusyjni, jeśli chodzi o porady wychowawcze dla kilkulatków, ale jeśli chodzi o  opiekę nad niemowlętami to w naprawdę prosty sposób wyjaśniają  podstawy Rodzicielstwa Bliskości, z których możesz konstruować własną ścieżkę.

Książka ma układ typowego amerykańskiego poradnika – ramki z krótkimi tekstami, wypowiedzi „autentycznych rodziców”, podsumowania i wypunktowania 😉

Podsumowanie 7 filarów Rodzicielstwa Bliskości, przez nich stworzonych, możesz pobrać poniżej:

Lubię w Searsach to, że nie oceniają wyborów dokonywanych przez rodziców: pokazują, jak bliskościowo karmić i piersią, i butelką, jak budować więź przez współspanie, a jakie narzędzia wykorzystać, gdy musisz szybko wracać do pracy. Podkreślają mocno, jak ważne są potrzeby wszystkich członków rodziny, nie tylko dziecka, i jakimi sposobami można próbować je pogodzić. Nie udają, że znają odpowiedź na każde pytanie, ale zachęcają do zaufania samemu sobie i samodzielnego poszukania rozwiązań odpowiednich dla Twojej rodziny. Polecam szczególnie rodzicom mieszkającym w krajach, w których urlop macierzyński trwa tylko pół roku lub nawet mniej.

Papierowa książka – kupisz TUTAJ

Ebook – kupisz TUTAJ

ZNAM FILARY RODZICIELSTWA BLISKOŚCI, SZUKAM CZEGOŚ O POTRZEBACH I EMOCJACH MAŁEGO DZIECKA

Dziecko z bliska, Agnieszka Stein, wyd. Mamania

„Dziecko z bliska” to pierwsza polska książka o Rodzicielstwie Bliskości. Celowo piszę „książka”, a nie „poradnik”, bo „Dziecko…” nie ma w sobie tego sznytu. W skrócie: porad tutaj nie znajdziecie. Znajdziecie wyjaśnienie mechanizmów stojących za zachowaniami dziecka, a także dużo zagadnień do refleksji nad własnym rodzicielstwem. Bo tak naprawdę w RB znacząco więcej jest koncentracji na rodzicu, jego potrzebach, emocjach, zasobach, wsparciu niż na pracy „nad” dzieckiem.

Pozostałe książki Agnieszki Stein pokażę w drugiej części artykułu, ponieważ dotyczą starszych dzieci.

Papierowa książka – kupisz TUTAJ

Ebook – kupisz TUTAJ

SZUKAM CZEGOŚ Z ODNIESIENIAMI DO BADAŃ NAUKOWYCH, ALE NADAL LEKKIEGO DO CZYTANIA

Czwarty Trymestr, Magdalena Komsta, Wydawnictwo Wymagające

W tej kategorii zacznę od książki, której tak bardzo mi brakowało, że aż postanowiłam napisać ją sama. Jeśli jesteś w ciąży lub właśnie urodziłaś, koniecznie sięgnij po nią. To pięknie wydany, całościowy przewodnik po połogu oraz śnie, karmieniu i marudzeniu dziecka w pierwszych 12 tygodniach życia (zwanych brakującym, czwartym trymestrem ciąży). Choć tak naprawdę zawarta w książce wiedza przyda Ci się także później.

Początki rodzicielstwa kojarzą mi się z totalnym chaosem i poczuciem zagubienia. Pisząc tę książkę, chciałam wyciągnąć pomocną dłoń w kierunku świeżo upieczonych i przyszłych mam, żeby choć trochę ułatwić im ten czas. Krążą słuchy, że wyszło mi to nie najgorzej. 😉

Więź daje siłę, Evelin Kirkilionis, wyd. Mamania

Autorka jest doktorką biologii i w tej – kultowej już – książce krok po kroku, z odniesieniem do badań naukowych, wyjaśnia, jak tworzy się więź między dorosłym a malutkim dzieckiem i dlaczego tak ważne jest szybkie i adekwatne odpowiadanie na wysyłane przez niemowlę sygnały. Kirkilionis jest entuzjastką noszenia niemowląt i promuję koncepcję, że ludzki gatunek to „noszeniaki” (więcej na ten temat możecie przeczytać TUTAJ). Książka koncentruje się na porodzie i pierwszym roku życia dziecka, tylko delikatnie zahaczając o powrót do aktywności zawodowej.

Dla mnie „Więź daje siłę” jest niezwykle pomocna we wspieraniu wiary rodziców we własną intuicję. My naprawdę bardzo często dobrze wiemy, co robić w kontakcie z malutkim dzieckiem, tylko kultura próbuje nam wmówić, że to inne osoby są ekspertami od naszych maluchów!

Papierowa książka – kupisz TUTAJ

Ebook – kupisz TUTAJ

Mocno mnie przytul, Carlos Gonzalez, wyd. Mamania

Hiszpański pediatra pisze lekko i z humorem o rzeczach ważnych i poważnych – zarówno o noszeniu niemowląt, karmieniu, wspólnym spaniu, treningu czystości i wielu innych zagadnieniach, jak i ogólniej – o traktowaniu dzieci z szacunkiem i  miłością.

W oparciu o twarde dane naukowe polemizuje z wieloma metodami wychowawczymi i punkt po punkcie, w niepodrabialnym stylu, obnaża ignorancję popularnych trenerów dzieci. Jeśli w rodzinie lub wśród znajomych, ktoś Wam mędzi, że tego nauczyliście, że pożałujecie tamtego, a owo to już w ogóle zniszczy życie Waszemu dziecku i Wam, a chcecie z klasą na to reagować albo chociaż upewnić się we własnych, intuicyjnych decyzjach, to ta książka jest dla Was.

Sama bardzo często sięgam do tej książki, żeby odnaleźć jakieś badanie naukowe albo zasięgnąć z niewyczerpanej skarbnicy metafor i drobnych złośliwości, którymi Gonzalez szczodrze obdarza oponentów.

Dużo w tej książce odwołań do psychologii ewolucyjnej, co pozwala lepiej zrozumieć mechanizmy rządzące pozornie dziwacznymi zachowaniami małych dzieci typu „dlaczego nie chce spać we własnym, wygodnym łóżeczku” albo „dlaczego nie chce samo wracać, choć przed chwilą biegało po placu zabaw”.

Papierowa książka – kupisz TUTAJ

Niestety, książka nie występuje w wersji elektronicznej

KONKRETY, KOMSTA, KONKRETY

Wiem, że może masz jedną lub więcej powyższych książek za sobą, rozumiesz założenia, ale nadal brakuje Ci konkretnych narzędzi. Nic nie przychodzi Ci do głowy, jeśli chodzi o reagowanie na odmowę dziecka, masz pustkę w głowie, kiedy chciałabyś docenić jego wysiłek inaczej niż zdawkowym „brawo!”.

Dlatego jeszcze dwie propozycje:

Jak mówić, żeby maluchy nas słuchały, Joanna Faber, Julie King, wyd. Media Rodzina

To oparty o światowy bestseller „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały…” poradnik dla rodziców młodszych dzieci. Wypełniony konkretami aż po brzegi: jak pomagać w regulacji emocji, jak zachęcić do współpracy, jak mediować konflikty między rodzeństwem, jak wyrażać uznanie – wszystko z podsumowaniami, przykładami dialogów i obrazkami:

Mając podstawową wiedzę o Rodzicielstwie Bliskości (bo ja naprawdę wierzę w to, że skorzystasz z takiej książki bardziej, jeśli chociaż podstawową „teorię” będziesz miała za sobą), szybko poukłada Wam się w głowie „co można by powiedzieć” i „jak można by zareagować”, a za jakiś czas propozycje z książki będą wydawały Wam się oczywistymi oczywistościami. Gwarantuję.

Papierowa książka – kupisz TUTAJ

Ebook – kupisz TUTAJ

Próbowałam już wszystkiego, Isabelle Filliozat, wyd. Esprit

Brak popularności książek tej pani tłumaczę sobie okropnymi tytułami i okładkami (mam wszystkie jej przetłumaczone na nasz język poradniki i jestem nimi zauroczona).

Tymczasem autorka jest francuską psychoterapeutką i rewelacyjnie tłumaczy zachowania maluchów z dziecięcego na nasze. Pewnie mogłabym podyskutować o kilku miejscach i zaproponowanych rozwiązaniach, ale ogólnie uważam tę pozycję za wartą uwagi, nie tylko ze względu na zwięzłość, ale również odwoływanie się do funkcjonowania i rozwoju mózgu i długofalowych skutków konkretnych rozwiązań.

Papierowa książka – kupisz TUTAJ

Ebook – kupisz TUTAJ

Część druga listy dobrych książek o Rodzicielstwie Bliskości – dla starszych dzieci – znajdziesz TUTAJ!

Wpis zawiera linki afiliacyjne – jeśli z nich skorzystasz, kupując książki, nie zapłacisz więcej, a właściciel sklepu podzieli się ze mną drobną częścią swojego zysku. Będzie to dla mnie również znak, że ufasz moim rekomendacjom.

Szukasz wsparcia i wiedzy, które zapewnią Ci spokojny start w macierzyństwo? Zamów "Czwarty trymestr"!

Mamowskaz 003: Moja droga do Rodzicielstwa Bliskości

Mamowskaz 003: Moja droga do Rodzicielstwa Bliskości

Posłuchaj podcastu Mamowskaz
Chcesz posłuchać? Naciśnij na żółty trójkąt na odtwarzaczu powyżej 🙂

Chcesz poczytać? Transkrypcja poniżej.

Pobierz odcinek (mp3)

 

Posłuchaj podcastu Mamowskaz

Możesz posłuchać podcastu na stronie albo na Youtubie lub też przeczytać zamieszczoną transkrypcję.

Jeśli wybierzesz wideo, proszę, zasubskrybuj mój kanał na YouTube oraz zaznacz „dzwoneczek” – będziesz wówczas otrzymywać powiadomienie o wszystkich nowych materiałach.

Autorem muzyki do podcastu jest Rafał Odrobina.

Transkrypcja (do czytania)

[showhide type=”links” more_text=”Kliknij tu, żeby rozwinąć transkrypcję podcastu” less_text=”Ukryj transkrypcję”]

To jest trzeci odcinek podcastu MAMOWSKAZ: Magdalena Komsta o rozwoju małych dzieci. Dziś będzie bardziej prywatnie – opowiem o drodze, która doprowadziła mnie do Rodzicielstwa Bliskości. Zapraszam.

Witaj po dłuższej przerwie. Podcasty miały się ukazywać z żelazną konsekwencją co dwa tygodnie, ale – jak sama często mówię rodzicom – konsekwencja jest przereklamowana 😉 Uznałam, że nie warto przed urlopem nagrywać średniej jakości odcinka resztką sił i dałam sobie czas na odzyskanie energii. Jestem już po pierwszej turze wakacyjnych wyjazdów i wracam do regularnej działalności.

Dzisiaj chciałam opowiedzieć trochę o Rodzicielstwie Bliskości, czyli o nurcie, w którym jako psycholożka pracuję, ale także trochę opowiedzieć, jak wyglądała moja prywatna droga do niego.

Na pierwszym roku studiów musiałam napisać pracę roczną na dowolnie wybrany temat. Moje studia w ogóle były trochę inne niż tradycyjne, bo ja skończyłam Międzywydziałowe Indywidualne Studia Humanistyczne na Uniwersytecie Warszawskim. W dużym skrócie ta międzywydziałowość oznaczała, że mogłam jednocześnie uczyć się na kilku różnych kierunkach, miałam indywidualną opiekę naukową tutora z uczelni i dużo czasu na zdecydowanie się, w którym kierunku chcę iść i z czego napisać pracę licencjacką, a później magisterską.

Zaczęłam więc studiować pedagogikę oraz socjologię, z której po pół roku zrezygnowałam, a od drugiego roku rozpoczęłam jeszcze psychologię. Ponieważ moja opiekunka naukowa była psycholożką rozwojową, a ja byłam zafascynowana malutkimi dziećmi, które urodziły się u mnie w rodzinie, ustaliłyśmy, że praca roczna będzie dotyczyć rozwoju przywiązania we wczesnym dzieciństwie. W dużym skrócie: opisałam, jak to się dzieje, że malutkie dzieci nawiązują relację ze swoimi rodzicami lub opiekunami, od czego zależy kształt tej relacji, jak się w czasie zmieniały poglądy na temat pochodzenia związków emocjonalnych u niemowląt i małych dzieci i jaki to ma związek z dorosłym życiem człowieka. Tak naprawdę opisałam podstawy naukowe nurtu Rodzicielstwa Bliskości, o którym wówczas nie miałam zielonego pojęcia.Ta praca potem została wydrukowana w studenckim czasopiśmie naukowym i nadal można ją pobrać w internecie. Link podrzucam w notatkach do tego podcastu, czyli na stronie www.wymagajace.pl/003 jak numer tego odcinka. Nie uwierzysz, ale mimo że minęło tyle lat, dosłownie kilka tygodni temu dostałam mailowo pytanie o możliwość zacytowania mojej pracy w jakimś licencjacie, ba, sama przed chwilą wygooglowałam, że moja praca jest jako bibliografia obowiązkowa do jednego z przedmiotów na wydziale pedagogiki Uniwersytetu Zielonogórskiego 🙂

Później, w toku studiów, zafascynowałam się behawioryzmem i terapią poznawczo-behawioralną.  Ja jestem człowiekiem liczb i człowiekiem konkretu, więc koncentracja na widocznych objawach,  schematy, wzorce, ustalone reguły dotyczące terapii konkretnych zaburzeń bardzo do mnie trafiały. Cokolwiek by się o terapii poznawczo-behawioralnej nie mówiło, to ma ona najwyższą udokumentowaną skuteczność w leczeniu wielu zaburzeń psychicznych.

Zdaję sobie sprawę, że behawioryzm obrósł wieloma mitami i rodzice, którzy wychowują dzieci w ruchu Rodzicielstwa Bliskości czasem słyszą z różnych stron, że behawiorka to tresura i to jest kompletnie sprzeczne z szacunkiem wobec dziecka. Ja swego czasu napisałam na blogu tekst o 10 rzeczach, których – bez względu na Twój światopogląd wychowawczy – możesz się nauczyć od behawiorystów. Link do artykułu znajdziesz w notatkach.

Ale wracam do historii. Pracę magisterską z psychologii pisałam u profesor Katarzyny Schier, która jest praktykującą psychoanalityczką i zajmuje się psychosomatyką, czyli związkami między problemami zdrowotnymi a psychiką człowieka. Ja, jak już mówiłam, byłam nadal w mocnej fascynacji behawioryzmem i nurtem poznawczym, czego obecnie bardzo żałuję – bo podejrzewam, że gdybym była bardziej otwarta, to znacznie więcej mogłabym się od profesor Schier nauczyć w tym czasie.

Po ukończeniu studiów zrobiłam półroczny kurs terapii poznawczo-behawioralnej dzieci i młodzieży i zaczęłam pracę, konsultując nastolatków, rodziców z trudnościami wychowawczymi, prowadziłam też warsztaty dla kobiet. Wtedy chyba po raz pierwszy coś zaczęło mi zgrzytać, ponieważ reguły i schematy postępowań, które znałam, nie były dla mnie wystarczające. Miałam wrażenie, że ślizgam się gdzieś po powierzchni, nie docierając do sedna, że brakuje mi narzędzi do nawiązania bliższej relacji z dziećmi, które do mnie przychodzą i zrozumienia ich.

Kiedy zaszłam w ciążę, a niektóre moje koleżanki już miały malutkie dzieci, robotę zrobił algorytm Facebooka 😉 Otóż w propozycjach na Facebooku zaczęły mi się wyświetlać grupy, do których należały moje koleżanki z pedagogiki; była wśród nich grupa Rodzicielstwo Bliskości . Nie miałam pojęcia, co to oznacza, więc poszukałam tu i ówdzie i zamówiłam pierwszy poradnik Searsów pt. „Rodzicielstwo Bliskości” . Potem osadzoną w polskich realiach książkę Agnieszki Stein „Dziecko z bliska”  . Czytałam grupy na Facebooku. I wpadłam jak śliwka w kompot.

Historia zatoczyła koło. Wróciłam do tego, o czym czytałam na pierwszym roku studiów – o znaczeniu bliskiej i pełnej poczucia bezpieczeństwa relacji dla zdrowia psychicznego i fizycznego dziecka. O tym, że dotyk jest dla niemowlęcia równie ważny, jak pożywienie. Że pierwsze więzi z opiekunami mają związek z kolejnymi jego relacjami, w dorosłym życiu.

Pochłaniałam kolejne książki i szkolenia, pojechałam na konferencję do Łodzi, skończyłam kurs „Rodzicielstwo Bliskości dla profesjonalistów” u Agnieszki Stein. I tak to się dalej potoczyło.

Czym w ogóle jest Rodzicielstwo Bliskości? Ja mogę chyba powiedzieć o tym, czym jest dla mnie, bo nie ma jakiejś jednej jedynej słusznej definicji. W dużym skrócie chodzi o adekwatne odpowiadanie na potrzeby dziecka i poszanowanie jego indywidualności i granic. To jest taki nurt, w którym uznajemy, że dziecko rośnie i rozwija się poprzez bliską relację z drugim człowiekiem. Że to, co się dzieje między dorosłym a dzieckiem, więź pełna ufności, poczucia bezpieczeństwa, fizycznej bliskości, adekwatnego wrażliwego reagowania na komunikaty dziecka, jest podstawą do jego dobrego rozwoju. Kiedy myślę o RB, to myślę o podążaniu za dzieckiem, o towarzyszeniu mu w rozwoju zamiast przyspieszaniu go, czy wymuszaniu zmian, na które nie jest gotowe. I tak, jak behawioryzm koncentruje się na tym, co obserwowalne i jak to zmienić, tak Rodzicielstwo Bliskości raczej zastanawia się, co jest pod spodem, jakie potrzeby się za tym kryją, jak możemy poszukać wspólnie takiej strategii, która zaspokaja potrzebę dziecka i jest pełna szacunku, pozbawiona przemocy, a jednocześnie w zgodzie z moimi jako rodzica granicami fizycznymi i psychicznymi.

Kwestia granic jest odpowiedzią na pytanie, czym się różni RB od wychowania bezstresowego. Nie wydaje mi się, żeby coś takiego jak wychowanie bezstresowe w ogóle istniało. To jest jakiś mityczny twór, coś, czym się obśmiewa sytuacje, w której ludzie protestują przeciw celowemu wywoływaniu u dziecka trudnych emocji czy stosowaniu przemocy psychicznej. Taki straszak na tych, którzy nie chcą wchodzić w wydzielanie nagród i kar. W Rodzicielstwie Bliskości nie chodzi o to, żeby robić wszystko, żeby dziecko zawsze było zadowolone i uśmiechnięte. Tak się przecież nie da. Nie chodzi też o to, żeby dziecku na wszystko pozwalać. Ważna jest intencja i sposób komunikowania się. Czyli, czy zabraniam, bo to faktycznie niebezpieczna sytuacja albo dlatego, że to mnie boli, czy zabraniam, bo tak, żeby wiedziało, kto rządzi w domu.

Rodzicielstwo Bliskości jako nurt opieki nad dzieckiem czy filozofia, bo tak lubię o tym myśleć, czerpie przede wszystkim z teorii przywiązania, psychologii ewolucyjnej, wiedzy o sposobie funkcjonowania ludzkiego mózgu, psychologii międzykulturowej oraz komunikacji bez przemocy (NVC) .

Myślę, że dużym nieporozumieniem, z którym się czasem spotykam, jest utożsamianie Rodzicielstwa Bliskości wyłącznie z karmieniem piersią, chustonoszeniem i wspólnym spaniem. Czasem ludzie myślą, że jeśli nie karmią piersią, to nie są „RB”. Tymczasem sami Searsowie, którzy piszą o 7 filarach Rodzicielstwa Bliskości, podkreślają „tools not rules” – czyli to, co proponują, to są narzędzia, sposoby, ułatwiacze, a nie zasady, których trzeba przestrzegać. Karmienie piersią, będę już się trzymać tego przykładu, może ułatwiać nawiązanie bliskiej relacji z dzieckiem, ze względu na wpływ hormonów laktacyjnych na matkę oraz ilość dotyku, który zarówno mama, jak i dziecko, otrzymują wzajemnie. Ale absolutnie nie oznacza to, że bezpieczna więź między matką a niemowlakiem nie powstanie, jeśli mama karmi butelką, albo że więź jest lepsza lub gorsza, bo mama karmi tak czy inaczej.

Podobnie ma się rzecz z naturalnym porodem, noszeniem w chuście czy wspólnym spaniem. Akurat moja córka nie była noszona w chuście, choć dużo czasu spędzała na rękach albo przy piersi. A jeśli chodzi o wspólne spanie, to przez pierwszych kilka miesięcy spała w swoim łóżeczku, potem spała ze mną, potem znów sama, potem ze mną i teraz już od długiego czasu śpi sama. To, co jest ważne w Rodzicielstwie Bliskości, to wybieranie takich strategii, sposobów, które aktualnie odpowiadają rodzinie. Można karmić piersią i spać z dzieckiem, a być dalekim od Rodzicielstwa Bliskości, a można karmić butelką, spać dalej od dziecka i w ogóle nie używać chusty czy nosideł i żyć w tym nurcie całkowicie.

Jeśli wcześniej nie słyszałaś zbyt dużo o Rodzicielstwie Bliskości i chciałabyś poczytać trochę o tych narzędziach nawiązywania relacji, czyli o 7 filarach Rodzicielstwa Bliskości, to w notatkach do tego odcinka możesz pobrać plik ze streszczeniem właśnie 7 filarów Rodzicielstwa Bliskości z poradnika Searsów.

Tak naprawdę z tego, co właśnie powiedziałam, wynika odpowiedź na pytanie, które nierzadko ludzie mi zadają: moje dziecko ma cztery miesiące, rok, trzy lata, dopiero dowiedziałam się o Rodzicielstwie Bliskości, czy mogę zacząć je stosować, czy to nie za późno? Jeśli myślimy o Rodzicielstwie Bliskości jako o pewnej filozofii, a nie o narzędziach, to oczywiście, że nie za późno. Nigdy nie jest za późno, żeby mocniej postawić na budowanie zaufania w relacji z dzieckiem, nie jest za późno, by zmienić sposób komunikacji z dzieckiem, być uważniejszym w odczytywaniu jego potrzeb i reagowaniu na nie. Nigdy nie jest za późno, żeby zrezygnować z kar i nagród, bo ta rezygnacja ma też spore znaczenie dla podejścia bliskościowego – choć pewnie im dziecko jest starsze, tym więcej czasu zajmie nam odzyskiwanie jego zaufania w pewnych kwestiach. Myślę tu na przykład o nastolatku, któremu oddajemy odpowiedzialność za rzeczy, nad którymi dotychczas sprawowaliśmy kontrolę. Albo trzylatkowi, który był często odsyłany na karnego jeżyka za okazywanie trudnych emocji, a teraz chcielibyśmy, żeby razem z nami nauczył się je regulować i wyrażać. To wszystko da się zrobić, choć czasem potrzeba trochę więcej czasu.

Jeśli masz dziecko przedszkolne lub starsze, albo więcej niż jedno dziecko i gdzieś kołacze Ci się po głowie, że „to wszystko to piękna teoria, ale kiedy ma się kilkoro dzieci, to nie ma czasu tak tylko rozmawiać”, to polecam zacząć przygodę z RB od książki Małgosi Musiał „Dobra relacja” , bo nie tylko autorka jest mamą trójki dzieci i zna temat od podszewki, ale też jej książka jest pełna praktycznych narzędzi i konkretnych pomysłów.

Tak teraz pomyślałam, że jeśli interesuje Cię, gdzie można poczytać o Rodzicielstwie Bliskości, jakie książki z tej tematyki polecam w zależności od Twojego poziomu – nazwijmy to – zaawansowania i wieku dziecka, to daj, proszę, znać w komentarzu. Mogę przygotować osobny artykuł na ten temat, pokazać, jak poszczególne książki wyglądają w środku, bo niektóre są z podpowiedziami “co można zrobić, gdy moje dziecko robi coś-tam”, inne są bardziej do przemyśleń, a jeszcze inne z obszerną bibliografią, dla tych, których ten aspekt naukowy interesuje bardziej. Czekam więc na Twoje zdanie, czy taki wpis na blogu by się przydał. No, bo w wersji do słuchania to raczej się nie uda 😉

I na koniec jeszcze jedna refleksja: czy jest łatwo iść taką drogą? I tak, i nie.

Z jednej strony, nie wyobrażam sobie w tej chwili innego podejścia do opieki nad własnym dzieckiem, innych fundamentów niż te, na których obecnie się opieram.

Z drugiej, w ogóle bycie rodzicem jest strasznie trudne moim zdaniem. To, że jestem psycholożką, nie sprawia, że mam niekończące się zapasy energii fizycznej i psychicznej i że zawsze się zachowuję tak, jakbym chciała. Pewnie w niektórych kwestiach jest mi łatwiej, bo wiem, jak funkcjonuje mózg dziecka i dorosłego, jakie są normy rozwojowe, jestem może nieco bardziej świadoma swoich stanów psychicznych. Ale mimo to zdarza mi się pojechać automatem z tego, co sama zwykle słyszałam, jak byłam dzieckiem i kiedy to usłyszę, to zastanawiam się “jak ja mogłam to powiedzieć?”.

Kolejna trudna rzecz polega na tym, że efektów nie widać od razu. W przeciwieństwie do zastosowania szantażu, groźby, wymierzenia kary, której efekty w zachowaniu są widoczne od razu, bliskościowe podejście jest bardziej jak rolnictwo albo ogrodnictwo. Działasz, wkładasz wysiłek i czekasz. O różnicy, między tym, co działa doraźnie, a tym co wspiera długofalowo, pisała fajnie Anita Janeczek-Romanowska z bloga Być Bliżej.

Jeśli masz jakieś pytania dotyczące Rodzicielstwa Bliskości, chciałabyś, żebym jeszcze kiedyś rozwinęła jakiś wątek szerzej, to jestem otwarta na propozycje.

Na ten moment to już wszystko. Dziękuję Ci za wysłuchanie tego odcinka. Pamiętaj, że w notatkach czeka na Ciebie do pobrania 7 filarów Rodzicielstwa Bliskości według Searsów. Ach! I bardzo dziękuję za każdą ocenę w iTunes oraz łapkę w górę na Youtube’ie. Podziękowania dla Pauli za komentarz pod ostatnim odcinkiem! Każde słowo od Słuchaczek i Czytelniczek daje mi energię do dalszych działań. Pozdrawiam bardzo serdecznie i do usłyszenia już za dwa tygodnie!

[/showhide]

W tym odcinku usłyszysz:
  • Dlaczego zrobiłam przerwę w nagrywaniu podcastów?
  • Jak wyglądały moje studia?
  • Jak zajmowałam się Rodzicielstwem Bliskości, nie wiedząc, że to robię?
  • O mojej fascynacji terapią poznawczo-behawioralną
  • Co robiłam zaraz po ukończeniu studiów?
  • Jak trafiłam na pojęcie Rodzicielstwo Bliskości?
  • Czym dla mnie jest Rodzicielstwo Bliskości?
  • Czy można być bliskościowym rodzicem, nie stosując wszystkich filarów RB?
  • Czy może być za późno na Rodzicielstwo Bliskości?
  • Czy da się opiekować bliskościowo więcej niż jednym dzieckiem?
  • Czy łatwo iść drogą Rodzicielstwa Bliskości?

Kliknij prawym przyciskiem albo przytrzymaj, aby ściągnąć podcast jako plik MP3.

Strony i miejsca wymienione w podcaście

 

 

 

Gdzie jest dostępny podcast?

Kolejne odcinki podcastu będą się ukazywały co 2 tygodnie i można ich posłuchać w kilku miejscach:      

 

 

 

  Jeśli podoba Ci się podcast, proszę, oceń go w iTunes – usłyszy dzięki temu o nim więcej świadomych rodziców 🙂 Oceń podcast MAMOWSKAZ Dziękuję i do usłyszenia!

Parentletter – newsletter dla świadomych rodziców. Zapisz się na listę i otrzymuj pełne wsparcia treści.

Jak dbać o zęby niemowlaka? Wywiad z dentystką-ortodontką

Jak dbać o zęby niemowlaka? Wywiad z dentystką-ortodontką

jak dbać o zęby niemowlaka

Z ogromną radością przepytałam lek. dent. Katarzynę Wojtas o zdrowie malutkich ząbków. Kasia tytuł specjalisty Master di Secondo Livello w ortodoncji zdobyła pracując w Klinice Uniwersyteckiej we włoskiej Sienie. Przez kilka pierwszych lat po studiach zajmowała się przede wszystkim leczeniem dzieci i do dzisiaj w swojej pracy koncentruje się głównie na małych pacjentach. Obecnie mieszka w Londynie. Prywatnie jest mamą prawie dwuletniej Poli.

Magdalena Komsta: Kiedy powinniśmy zacząć dbać o higienę jamy ustnej dziecka?

Katarzyna Wojtas: Dbałość o jamę ustną jest naturalnym elementem higieny i powinna się pojawić razem z dzieckiem, już od urodzenia. Zaczynamy od przecierania wałów dziąsłowych gazikiem zwilżonym wodą lub słabym roztworem rumianku.

MK: Jak często?

KS: Podobnie jak mycie zębów, czyli w idealnym scenariuszu dwa razy dziennie: po nocy, kiedy wydzielanie śliny jest mniejsze i po całym dniu, w ramach codziennej wieczornej higieny. Czyli od początku, od pierwszego dnia życia dziecka.

MK: Czyli dbamy o higienę jamy ustnej, nawet jeśli dziecko nie ma jeszcze zębów. Czy chodzi o to, żeby przyzwyczajać niemowlaka do tego, że manipulujemy czymś w środku buzi, żeby było mu łatwiej akceptować szczotkowanie, kiedy zęby faktycznie się pojawią?

KS: Otóż to, zdecydowanie chodzi o to, żeby oswajać i przyzwyczajać, ale jednocześnie też dbać o higienę. To też jest forma profilaktyki, która zapobiega powstawaniu chociażby pleśniawek.

MK: A kiedy czas na pierwszą szczoteczkę?

KS: Pierwsza szczoteczka powinna się pojawić jeszcze przed pierwszym ząbkiem, podajemy na przykład przy kąpieli do gryzienia, żucia, zabawy. Są szczoteczki będące połączeniem gryzaczka ze szczoteczką i mogą być one używane w etapie przejściowym między przecieraniem wałów dziąsłowych a właściwą szczoteczką.

MK: A co z takimi szczoteczkami z gumowymi wypustkami, zakładanymi na palec?

KS: To też jest świetna rzecz i one są szczególnie przydatne do masażu, w momencie kiedy ząbki zaczynają się wyrzynać , kiedy dziąsła są mocno rozpulchnione. Masaż dziąseł jest świetny, o ile oczywiście nasza pociecha go toleruje – bo nie wszystkie dzieci to lubią. Dzięki masażowi przy użyciu takiej szczoteczki przyspieszamy sam proces wyrzynania zębów i możemy nieznacznie skrócić ten trudny czas. Warto spróbować.

MK: Kiedy już się pojawia pierwszy ząbek, to zostajemy przy gumowej szczotce na palec czy kupujemy szczoteczkę z włosiem? A może warto zainwestować w szczoteczki soniczne lub elektryczne? Kiedy najwcześniej mogą się one pojawić?

KS: Zdecydowanie polecam szczoteczki z włosiem od samego początku – są one dokładniejsze i lepiej zbierają płytkę nazębną. Poza tym na taką szczoteczkę łatwiej jest nałożyć niewielką ilość pasty do zębów, którą również należy używać od samego początku.

Natomiast jeżeli chodzi o szczoteczki soniczne czy elektryczne, to tak naprawdę jest to  kwestia naszego wyboru – mogą one być używane od samego początku. Warto sugerować się preferencjami naszego dziecka. Niektóre dzieci nie tolerują, że coś brzęczy, świeci i wibruje. Wszystkie przedmioty dozwolone – może poza szczotkowaniem zębów czekoladą 😉 – żeby zęby były umyte. Szczoteczki elektryczne są nieco dokładniejsze niż manualne.

Ważne, żeby szczoteczka była dopasowana rozmiarem do dziecka. Początkowe szczoteczki mają bardzo małe główki, potem rosną razem z dzieckiem.

MK: Wspomniałaś, że używamy pasty już od pierwszego ząbka. Temat past do zębów bardzo często pojawia się na forach i grupach dla mam. Jest na przykład sporo negatywnych opinii na temat past do zębów z fluorem. Czy fluor i ksylitol to są składniki, które pełnią tę samą funkcję? Czy fluoru w pastach naprawdę należy się bać?

KS: Tak, to faktycznie gorący temat. Pytanie o to, czy wybrać pastę z fluorem, czy z ksylitolem jest niewłaściwie postawionym pytaniem, ponieważ te dwie substancje nie są sobie równoważne i nie mogą ze sobą konkurować. Działają w zupełnie inny sposób.

Postaram się wyjaśnić jak działa fluor, a jak działa ksylitol.

Fluor w odpowiedniej ilości w paście do zębów jest niezastąpiony. Jest najlepiej przebadaną, najlepiej udokumentowaną substancją działającą przeciwpróchnicowo. Działa on poprzez wzmacnianie szkliwa. Fluor wbudowuje się w strukturę szkliwa i powoduje, że jest ono wzmocnione. Działa ponadto na same bakterie próchnicotwórcze przez hamowanie ich metabolizmu. Bakterie nie są w stanie po zadziałaniu fluoru produkować kwasów i rozpuszczać tego wzmocnionego przez fluor szkliwa. Żadna inna znana substancja w ten sposób nie działa.

Natomiast sam ksylitol jest również fantastycznym składnikiem, który świetnie sprawdza się w pastach do zębów, ponieważ pobudza wydzielanie śliny. Ślina podnosi też pH w jamie ustnej, a w środowisku zasadowym bakterie próchnicowe nie funkcjonują.

Idealne byłoby więc połączenie obu tych substancji w paście, natomiast one nie są sobie równoważne.

Jeszcze jedno słowo o fluorze. Fluor nie bez powodu jest w pastach stosowany w odpowiednich dawkach. Najwłaściwsza i bezpieczna dawka fluoru w paście do zębów dla dzieci to jest 500 ppm. Druga rzecz – odpowiednia ilość pasty na szczoteczce. To znaczy, że szczyty włosia szczoteczki powinny być tylko dosłownie ubrudzone pastą. Ilość równa ziarenku ryżu. Ryżu, nie groszku! Naprawdę niewielka ilość pasty wystarczy do tego, żeby umyć pierwsze ząbki.

MK: I to, że dziecko jeszcze nie potrafi wypluwać pasty, to przy tak minimalnej ilości nie jest problemem?

KS: Nie, to nie jest szkodliwe. Jeśli mamy poczucie, że tej pasty było za dużo, że ona nam się gdzieś spieniła, to zawsze możemy nałożyć na palec gazik zwilżony wodą i przetrzeć jeszcze zęby po ich umyciu.

Każda substancja lecznicza w niewłaściwych stężeniach bywa szkodliwa i fluor też ma takie wartości. Natomiast ta ilość, która jest w pastach do zębów dla dzieci jest bezpieczna, zwłaszcza, że jest on stosowany egzogennie.

Warto się przyjrzeć jeszcze temu, czy woda w rejonie, gdzie mieszkamy, jest fluorowana, bo czasami to powoduje zbyt duże stężenie fluoru w naszym organizmie. Jeśli woda jest nim uzdatniana, a nam to nie odpowiada, to używamy zwykłego filtra węglowego o odwrotnej osmozie.

MK: Mamy szczoteczkę, mamy pastę, ale co z tymi dziećmi, które nie chcą myć zębów? Podzielisz się jakimś patentem?

KS: Niemalże wszelkie chwyty dozwolone. Zabawa, wspólne czytanie książeczek, opowiadanie o myciu zębów, wprowadzenie gryzaka czy szczoteczki, zanim jeszcze pojawi się pierwszy ząb. Dzieci uczą się przez naśladowanie, więc fajne jest wspólne mycie zębów razem z mamą, z tatą, z misiem czy lalą. Mycie zębów przed lusterkiem, czyli oglądanie tego, co się robi też jest dobre. Dobrze mieć dwie szczoteczki do wyboru tudzież zrobić ciekawe wydarzenie z wyprawy do sklepu po wybranie swojej własnej szczoteczki.

MK: Ja dodam, że są różne aplikacje na telefon, które odmierzają piosenkami czas mycia zębów.

KS: Jeżeli ktoś pozwala swojemu dziecku oglądać bajeczki czy piosenki, to dla mnie też jest ok, dopóki zęby na koniec dnia są umyte. Szkliwo zębów mlecznych jest cienkie i bardzo podatne na próchnicę. A kiedy proces próchnicowy się już zacznie, to bardzo trudno go zatrzymać. Więc lepiej zapobiegać niż leczyć.

MK: A jak długo to rodzic powinien szczotkować dziecku zęby?

KS: Co najmniej do szóstego roku życia, jak nie do ósmego! Wcześniej zdolności manualne naszych dzieci nie pozwalają na to, żeby samodzielnie porządnie umyły zęby.

MK: Jeśli jesteśmy przy profilaktyce: kiedy powinniśmy po raz pierwszy udać się na wizytę do stomatologa z dzieckiem?

KS: Podręcznikowo w 18 miesiącu życia, jeżeli nie widzimy jakichś niepokojących zmian. Mała podpowiedź: proces próchnicowy zaczyna się w formie kredowo-białej plamy. Jeżeli ona się pojawia, to warto się zgłosić do stomatologa i zapytać, warto z tym zrobić.

MK: Jak często trzeba kontrolować zęby mleczne, skoro –  tak jak powiedziałaś – próchnica u dzieci postępuje szybciej niż u dorosłych?

KS: Z dziećmi chodzimy do dentysty raz na trzy miesiące. Właśnie ze względu na to, że trzeba jak najszybciej wychwycić moment pojawienia się próchnicy i zacząć działać. Częste wycieczki do stomatologa pozwalają się też się dziecku oswoić z gabinetem i badaniem.

MK: Kiedy powinien pojawić się pierwszy ząb?

KS: Pierwszy ząb zwykle pojawia się między 5. a 10. miesiącem życia u zdrowych dzieci. Sytuacje, które wpływają na opóźnienie ząbkowania, to chociażby wcześniactwo, niska masa urodzeniowa, choroby przebyte we wczesnym dzieciństwie albo pochodzenie z ciąży mnogiej. Przy czym ta granica jest przesunięta między 6 a 11 miesiąc życia. Więc jeżeli nasze dziecko nie ma pierwszego ząbka na pierwsze urodziny, to powinniśmy się zgłosić do dentysty albo pediatry,aby dowiedzieć się, co się dzieje. Z reguły przyczyna braku pierwszego ząbka jest ogólnoustrojowa; może być to związane z zaburzeniami metabolicznymi lub hormonalnymi.

MK: Czy jako mama dziecka, które ząbkowało i jako specjalistka znasz patenty na uśmierzenie bólu związanego z wyrzynaniem się zębów?

KS: Na pewno masowanie i przeróżne gryzaki, zwłaszcza schłodzone w lodówce. Doskonałym patentem są lody z mleka mamy, czyli mrożenie własnego mleka w formie takich lizaczków do gryzienia.

Warto pamiętać o tym, że przy wyrzynaniu zębów odporność jest nieznacznie osłabiona i dzieci mają tendencję do infekcji. Maksymalna temperatura przy samym ząbkowaniu to jest stan podgorączkowy do 37,5 st. C. Jeżeli temperatura jest wyższa, to oznacza, że pojawiła się przy okazji jakaś infekcja i warto wtedy dokładnie sprawdzić co się dzieje. Obejrzeć uszy, gardło, sprawdzić, czy wszystko jest w porządku z układem moczowym.

MK: A co ze środkami przeciwbólowymi w formie syropów albo żeli do smarowania, czy sprayów na ból gardła?

KS: Żele w połączeniu na przykład z masażem silikonową szczoteczką są świetne. Ze środkami przeciwbólowymi, przeciwgorączkowymi ja bym się wstrzymywała do jakichś naprawdę podbramkowych sytuacji. Jeżeli gorączka jest wysoka, bo dziecko ma infekcję –  w porządku. Jeżeli mamy naprawdę bardzo trudną noc i widzimy, że po prostu boli to jasne, chcemy pomóc naszemu dziecku. Wtedy możemy podać paracetamol, ale ostrożnie i prawidłowo dawkując.

MK: Chyba wszyscy rodzice wiedzą, że spożywanie słodyczy zwiększa ryzyko rozwoju próchnicy. Czy są jakieś inne produkty spożywcze, może mniej oczywiste niż czekoladki, na które jednak trzeba uważać?

KS: Po pierwsze: musy owocowe w tubkach. Ja nie jestem przeciwniczką owoców. To jest świetna przekąska, szczególnie jeżeli owoc jest podany w całości, w tym z błonnikiem. Chodzi mi o konstrukcję tubki, ponieważ musy są tak zapakowane, że zachęcają do tego, żeby je wysysać bezpośrednio z saszetek. I to jest bardzo niedobre dla zębów, bo dziubek tubki znajduje się idealnie w okolicy przednich zębów i mus obmywa i okleja zęby. Idealne środowisko dla namnażania się bakterii próchnicowych! Jeśli lubimy takie musy, to w ograniczonej ilości i zdecydowanie łyżeczką.

Soki to kolejna rzecz, za którą nie przepadam. Do picia służy woda! Jeśli od samego początku podajemy wodę i dziecko nie  zna alternatyw, to soczku nie wybierze. Miałam wielu pacjentów, którzy mieli próchnicę z powodu picia soczków.

MK: Ja mam taki patent od jednej z mam, że jeśli ktoś już poszedł w soki i chciałby z tych soków zrezygnować u swojego dziecka, to można to robić poprzez rozcieńczanie soku wodą. Minimalnie, poprzez malutkie zmiany: coraz mniej soku, a coraz więcej wody. Myślę, że my generalnie nie jesteśmy pokoleniem, które piło wodę. Nas raczej pojono kompocikami, soczkami przecierowymi, herbatkami słodzonym. Więc my bardzo często się dopiero uczymy sami picia wody.

KS: Wracając do produktów spożywczych, które mogą sprzyjać próchnicy, to chrupki i herbatniki, które oklejają zęby. Uwaga na słodzone jogurty i serki. Są reklamowane jako źródło wapnia, ale z uwagi na ilość dodanego cukru absolutnie nie polecam.

MK: Jesteś ortodontką, więc chciałabym też zapytać o prawidłowy zgryz. Z czego powinny pić dzieci w momencie rozszerzania diety?

KS: Przy rozszerzaniu diety zaczynamy podawać kubeczek otwarty. Kubki niekapki są takim etapem przejściowym. bo pije się z nich tak jak z butelki. Natomiast słomki i bidony ze słomka są też w porządku. Najlepsza kolejność wprowadzania to słomka dopiero po nauczeniu się przez dziecko picia z kubeczka otwartego.

MK: Do kiedy – ze względu na zgryz – butelka ze smoczkiem czy niekapek powinny być wyeliminowane?

KS: Ja wiem, że to jest bardzo trudny temat dla mam… zwłaszcza nocne karmienia butelką. Idealnie byłoby w okolicy pierwszego roku życia eliminować już butelkę. Jako ortodonci oczekujemy, że mniej więcej do 18 miesiąca życia odzwyczajamy dziecko od butelki i napoje są pite z kubka otwartego.

I jeszcze ważna rzecz. Przy karmieniu butelką ważna jest technika. Bardzo jest ważne, żeby nie opierać butelki o brodę. Przy karmieniu piersią bardzo łatwo wyrównuje się tak zwane fizjologiczne tyłożuchwie. Dziecko rodzi się z bródką nieco cofniętą a wysuwając brodę podczas ssania piersi, łatwo sobie to tyłożuchwie wyrównuje w pierwszych miesiącach życia. Natomiast z butelką trzeba zwrócić uwagę na to, żeby dziecko miało możliwość pracowania brodą i rzeczywiście ssania. Kupujemy smoczki o niskim przepływie i stosujemy technikę paced-bottlefeeding.

[Paced-bottlefeeding to takie karmienie dziecka butelką, które przypomina karmienie piersią. Czyli robienie pauz między karmieniami, taka możliwie najbardziej pozioma pozycja butelki, tak żeby karmienie trwało dłużej (więcej na temat techniki oraz film znajdziesz TUTAJ)].

MK: Czy rodzice mogą coś zrobić, żeby zmniejszyć prawdopodobieństwo problemów ze zgryzem u dzieci?

KS: Mnóstwo rzeczy możemy zrobić, choć oczywiście nie wszystko, bo jest szereg czynników na które nie mamy wpływu, np. związanych z genetyką. Natomiast możemy prowadzić profilaktykę przeciwko wadom zgryzu już od samego początku, od pierwszego dnia. Począwszy od właściwego układania dziecka w łóżeczku. Musimy pamiętać o tym, żeby materacyk był odpowiednio sztywny, twardy, żeby nie miał żadnych zagłębień. Główka nie powinna być zbyt odchylona do tyłu ani pochylona do przodu jeśli dziecko jest układane na pleckach. Podobnie odradzam używanie poduszek dla niemowląt, bo to również sprzyja tworzeniu wad. Dbajmy o symetrię. Jeśli układamy dziecko na boczku, to pamiętamy o zmianie stron  – to samo przy karmieniu.

Przy karmieniu butelką zwróćmy uwagę na odpowiedni smoczek o niskim przepływie, który stymuluje wysuwanie żuchwy i pracę mięśni. Uczymy dzieci pić z otwartych kubków, raczej unikamy kubków niekapków. Jako profilaktykę wad zgryzu również uważa się suplementację witaminy D3, która zapobiega tworzeniu się krzywicy.

Ogromnie ważne jest zapobieganie próchnicy, ponieważ bardzo poważne wady zgryzu tworzą się również w momencie, kiedy dziecko zbyt wcześnie traci ząbki. Natura nie lubi pustych przestrzeni, więc od razu sąsiednie zęby zaczynają się przesuwać w miejsce tego, który wypadł i nagle okazuje się że brak miejsca do wyjścia dla zęba stałego i potrzebne jest leczenie ortodontyczne. A dodatkowo jeśli zbyt wcześnie utracimy ząb mleczny, to jego nieobecność może spowodować, że rozwój łuku zębowego nie będzie przebiegał prawidłowo: kość nie będzie rosła prawidłowo albo wystąpi asymetria we wzroście kości. Profilaktyka próchnicy jest jednocześnie profilaktyką wad zgryzu.

MK: A jakie jest Twoje podejście do smoczków-uspokajaczy?

KS: Ja jestem ortodontą, więc nie lubię smoczków. Ale jestem też mamą, więc rozumiem, że niekiedy smoczki bywają potrzebne. Ze względu na to, że utrzymanie karmienia naturalnego jest istotne dla nas w profilaktyce, rekomenduje się, żeby wprowadzić smoczek najwcześniej między czwartym a szóstym tygodniem po urodzeniu dziecka. Tak, żeby laktacja zdążyła się ustabilizować.

Smoczek przede wszystkim używamy jak najrzadziej, tylko w razie potrzeby. Jeżeli dziecko jest szczęśliwe, zadowolone, to nie wkładamy smoczka do buzi. Jeżeli używamy smoczka do zasypiania to powinien on być dopasowany do dziecka, taki ze ściętym końcem lub okrągłą główką tak jak żarówka. Nie wkładamy z powrotem smoczka, który wypadł z jamy ustnej podczas snu. Staramy się pozbyć smoczka  w okolicach pierwszych urodzin. Kilka razy się spotkałam z taką sytuacją, że zmiana smoczka na twardszy powodowała łatwiejsze odstawienie smoczka przez dziecko.

MK: Dziękuję Ci bardzo za wyczerpujące odpowiedzi!

Szukasz sprawdzonych informacji o nocnych karmieniach? Sprawdź szkolenie „ABC nocnych karmień"!

Gadżety do snu dla niemowlaka

Gadżety do snu dla niemowlaka

Przygotowując ten artykuł, przejrzałam ofertę wielu sklepów internetowych, sprzedających gadżety dla niemowląt.

Do tej pory nie mogę wyjść z szoku, jak ogromny jest to biznes… Mam wrażenie, że kiedy ja przygotowałam wyprawkę dla mojej córki (urodzonej w kwietniu 2015 roku), asortymentu, z którego nazwaniem miałbym problem, było znacznie mniej.

Z roku na rok są tworzone nowe gadżety, których rodzice rzekomo koniecznie potrzebują. Marketingowcy uderzają w nasze rodzicielskie czułe punkty. Straszą i grożą. Potrafią nas wpędzać w poczucie winy, że czegoś nie kupiliśmy czegoś, co pozytywnie wpływa na rozwój i bezpieczeństwo naszego dziecka.

Z drugiej strony doceniam kreatywność producentów. Przedmioty, które są niebezpieczne dla małych dzieci, potrafią przedstawić jako zapobiegające śmierci łóżeczkowej, jako konieczne do współspania, jako przypominające warunki z życia płodowego. Rodzicowi, który nie jest specjalistą, może być bardzo trudno oddzielić ziarno od plew.

Kompletując wyprawkę, warto pamiętać, że jest to ogromny biznes i stoi za nim machina marketingowa, która często ma niewiele wspólnego z prawdziwymi potrzebami dziecka. Możliwe, że jeżeli jesteś teraz na etapie szykowania wyprawki, to Twój portfel po tym artykule odetchnie z ulgą 😉 Moją listę wyprawkową znajdziesz TUTAJ.

Gdybym jednym zdjęciem miała podsumować optymalne miejsce do snu niemowlaka, jeśli planujemy, że będzie ono spało we własnym łóżeczku, to byłoby ono takie:

 

Czyli brzydkie, nudne i… bezpieczne.

Najzwyklejsze szczebelkowe łóżeczko, nowy materac i prześcieradło na gumce może trochę godzić w nasze poczucie estetyki. Wchodząc do sklepu z akcesoriami dziecięcymi, najczęściej widzimy takie pięknie wystrojone łóżeczka z dopasowaną kolorystycznie pościelą:

A ja tu proponuję takie biedne wizualnie rozwiązanie.

Niestety, wszyscy poważni eksperci zajmujący się snem małych dzieci są co do tego zgodni: te najnudniejsze łóżeczka są jednocześnie łóżeczkami najbezpieczniejszymi [1].

Absolutnie nie mam na celu tu krytykowanie kogokolwiek, kto na przykład takiego zestawu pościeli używał przy swoim dziecku. Zwykle to nam się po prostu podoba, a skoro tak to wygląda w sklepie z artykułami dziecięcymi, to wydaje nam się, że tak powinno wyglądać łóżeczko dla niemowlaka.

Zależy mi wyłącznie na tym, żebyście podejmowali kolejne decyzje o używaniu lub nieużywaniu różnych akcesoriów świadomie, a nie tylko pod wpływem własnego gustu, reklamy lub sugestii sprzedawców.

 

Pościel

Wystarczy kupić najzwyklejsze bawełniane prześcieradło, najlepiej z gumką; czyli takie które się nie ściąga. Ma to znaczenie dla wygody dziecka, ale również dla jego bezpieczeństwa: nie ma wówczas możliwości, żeby luźny materiał przykrył główkę dziecka.

Poduszka nie jest polecana przynajmniej do ukończenia pierwszego roku życia. Po pierwsze, nie chcemy, żeby małe niemowlę zasłoniło sobie drogi oddechowe ani się przegrzało (zwiększa to ryzyko tzw. śmierci łóżeczkowej). Po drugie, poduszka wcale nie ogranicza ryzyka spłaszczenia główki w okolicach potylicy ani nie poprawia komfortu dziecka. Więcej na ten temat przeczytacie w rewelacyjnym artykule Mamy Fizjoterapeutki (klik!). 

Jeśli dziecko już ma problem ze spłaszczoną główką, wówczas postępowanie ustala lekarz prowadzący, szukając jednocześnie przyczyny takiego stanu rzeczy.

Kołdry i koce nie są zalecane w pierwszym roku życia, ze względu na to, że jeśli maluszek przykryje sobie luźnym materiałem główkę, to czasem może mieć problem z odplątaniem się spod luźnego materiału. Z tego powodu aktualnie rekomenduje się rodzicom dobrane do pory roku śpiworki (na ich temat więcej pisałam już TUTAJ).

Ochraniacze na szczebelki nie są potrzebne noworodkom, ponieważ zwykle nie przemieszczają się one zbyt mocno po swoim łóżeczku. W niektórych krajach sprzedaż tych artykułów jest zabroniona ze względu na rzadkie przypadki uduszenia się przez niemowlę, które włożyło buzię w ochraniacz i nie potrafiło zmienić pozycji albo zaplątało się w sznureczki. Przy starszych niemowlakach, które już się pionizują w łóżeczku, czasem zaczynają służyć jako drabinka do wspinaczki. I trzeci argument na “nie” – ochraniacze, podobnie jak baldachimy, ograniczają swobodny przepływ powietrza. U niektórych, wrażliwych niemowląt, zwiększona zawartość dwutlenku węgla wokół twarzy może zwiększać ryzyko śmierci łóżeczkowej [2]. Nie do końca wiadomo, dlaczego tak się dzieje, ponieważ u zdrowych ludzi nadmiar CO2 powoduje częstsze wybudzenia – tak czy inaczej żadna z tych sytuacji nie jest przecież u rodziców pożądaną.

Z punktu widzenia praktycznego – im mniej pościeli, tym mniej prania i prasowania (przy wymagającym dziecku bardzo to doceniałam).

 

Gniazdka / kokony

Gniazdko niemowlęce to zwykle kocyk właśnie z grubym wysokim rantem, który ma imitować noworodkowi ciasnotę macicy i bliskość rodzica. Niektórzy próbują reklamować te gadżety jako idealne do spania z dzieckiem w jednym łóżku.

Podobnie, jak z ochraniaczami na szczebelki, gniazdka i kokony to mocno kontrowersyjne gadżety. Wszystko, co utrudnia dziecku swobodny ruch albo jest miękkie i znajduje się blisko jego główki, może stanowić dla malucha niebezpieczeństwo. Pewnie sporo zależy od tego, w jakim celu zamierzamy używać gniazdka – czy pod naszym okiem, w czasie drzemek, czy na całą noc, kiedy nie mamy kontaktu wzrokowego z dzieckiem i nie widzimy jak ono się tak zachowuje?

Kokon nie jest zalecany do współspania – można bezpiecznie spać z niemowlęciem w jednym łóżku bez żadnych specjalistycznych przedmiotów, wystarczy przestrzegać kilku zasad, o których pisałam TUTAJ

 

Otulacze

Moją wiedzę o otulaczach przelałam już kiedyś w artykuł TUTAJ. W skrócie – nie jest to niezbędny gadżet i, jeśli chcemy z niego korzystać, trzeba robić to poprawnie i przestać w odpowiednim momencie.

 

Smoczek

Jedyne niemowlęta, u których bezwzględnie warto wprowadzić smoczek do usypiania, to maluchy karmione mlekiem modyfikowanym – ponieważ smoczek zmniejsza ryzyko śmierci łóżeczkowej, nawet, gdy wypadnie z buzi po zaśnięciu [1].

W przypadku dzieci karmionych piersią, dobrze jest odczekać pierwsze 4 tygodnie po urodzeniu zanim zaproponujemy dziecku uspokajacz. Chodzi o to, żeby pozwolić noworodkowi odpowiednio rozkręcić laktację u matki i nauczyć się prawidłowo chwytać pierś.

Dzieci urodzone przedwcześnie czy poddawane zabiegom medycznym, odseparowane od mamy, często otrzymują smoczek od urodzenia.

Trzeba wiedzieć, że – wbrew powszechnej opinii – smoczek nie jest gadżetem, który poprawia wzorzec snu dzieci czy zmniejsza liczbę pobudek [2]. 

 

Szumiące zabawki

Ten temat też już omówiłam w oddzielnym artykule, TUTAJ. W skrócie: dźwięk wydawany przez te urządzenia jest daleki od faktycznych odgłosów z brzucha mamy i stosowany w nadmiarze lub zbyt głośno, może stanowić pewne zagrożenie. Jak zwykle, zdrowy rozsądek górą.

 

Lampki i projektorki

Włączenie rzucającego na ścianę gwiazdki projektorka, często z muzyczką, może być elementem rytuału zasypiania. Warto jednak zwrócić uwagę na kilka rzeczy:

  1. żadna lampka nocna nie powinna świecić w sypialni przez całą noc (więcej na ten temat w TYM artykule);
  2. wieczorem im cieplej i im ciemniej, tym lepiej – nie świecimy więc maluchom po oczach;
  3. jeśli szukacie lampki do włączania przy okazji przewijania lub przygotowywania butelki w środku nocy, pamiętajcie o tym by światło było możliwie jak najcieplejsze i najsłabsze. Moim faworytem są lampki ciemniowe i solne.

 

Szukasz wsparcia i wiedzy, które zapewnią Ci spokojny start w macierzyństwo? Zamów "Czwarty trymestr"!

Mamowskaz 002: Ranne ptaszki, nocne marki

Mamowskaz 002: Ranne ptaszki, nocne marki

Posłuchaj podcastu Mamowskaz
Chcesz posłuchać? Naciśnij na żółty trójkąt na odtwarzaczu powyżej 🙂

Pobierz odcinek (mp3)

Ten temat chodził mi po głowie już od dawna! Wielu rodziców pytało, czy to normalne, że małe dzieci tak bardzo wcześnie wstają, a potem nie sposób dobudzić je do szkoły, kiedy zaczynają podstawówkę. Albo czy można coś zrobić z totalnym brakiem wolnego wieczoru, jeśli nasz potomek czy potomkini udopobali sobie życie nocnego marka.

Pora więc na garść wiedzy o chronotypach:

Posłuchaj podcastu Mamowskaz

Możesz posłuchać podcastu na stronie albo na Youtubie lub też przeczytać zamieszczoną transkrypcję.

Jeśli wybierzesz wideo, proszę, zasubskrybuj mój kanał na YouTube oraz zaznacz „dzwoneczek” – będziesz wówczas otrzymywać powiadomienie o wszystkich nowych materiałach.
https://www.youtube.com/watch?v=DfewcSOeTAI

Autorem muzyki do podcastu jest Rafał Odrobina.

Transkrypcja (do czytania)

[showhide type=”links” more_text=”Kliknij tu, żeby rozwinąć transkrypcję podcastu” less_text=”Ukryj transkrypcję”]

To jest drugi odcinek podcastu MAMOWSKAZ – Magdalena Komsta o rozwoju małych dzieci. W tym odcinku przyjrzymy się rannym ptaszkom i nocnym markom, czyli opowiem trochę o chronotypach: czym są, jak zmieniają się w toku życia, po co ludzie różnią się chronotypami i czy można na nie wpłynąć. Zapraszam do słuchania.

Dzień dobry – witam Cię bardzo serdecznie już w drugim odcinku mojego podcastu. Na początku bardzo dziękuję wszystkim, którzy wysłuchali mojego podcastowego debiutu – otrzymałam wiele pozytywnych komentarzy i wiadomości, że odcinek o spaniu z dzieckiem był dla Was przydatny i ciekawy.

Dziękuję Basi za pozostawienie pięciogwiazdkowej recenzji w iTunes oraz Oldze za bardzo pozytywny komentarz w aplikacji Spreaker. Jeśli Ty też chciałabyś ocenić podcast to informacje o tym, jak to zrobić, znajdziesz w notatkach do tego odcinka na stronie www.wymagajace.pl/002/ – tak jak numer tego odcinka.

Jeśli słuchasz podcastu na bieżąco, zaraz po premierze, to zanim przejdę do meritum, chciałam Ci powiedzieć, że ruszyła sprzedaż V edycji mojego kursu online “Dbanie o dobre spanie niemowląt”. Jest to kurs dla rodziców dzieci od urodzenia do 12 miesiąca życia oraz osób spodziewających się dziecka. Powstał, ponieważ wiele osób, które nie może wziąć udziału w moich warsztatach, prosiło mnie o stworzenie wersji internetowej tego szkolenia. Kurs zawiera 13 filmów oraz dodatkowe checklisty, grafiki i artykuły na specjalnej platformie. Dostęp do kursu otrzymujesz na zawsze, możesz go oglądać, ile tylko razy zechcesz, kiedy chcesz i gdzie chcesz – byle byś miała dostęp do Internetu!

Sprzedaż kursu trwa do 12 lipca i z kodem MAMOWSKAZ otrzymasz 10% rabat. To taki mój ukłon w stronę słuchaczy podcastu (i czytających transkrypcję 😉 ). Link do kursu znajdziesz w notatkach do tego podcastu.

Dziś chciałam Ci po krótce opowiedzieć o chronotypach. Chronotypy to – w dużym skrócie – kategorie preferencji dotyczących aktywności i snu. Każdy z nas posiada w mózgu grupę komórek zawiadującą naszym zegarem biologicznym, czyli rytmem dobowym [1]. Niektórzy – gdyby mieli pełną dowolność – woleliby wcześnie wstawać, być najbardziej aktywni i produktywni rano, a wieczorem kłaść się spać wcześniej niż przeciętny człowiek. Inni do południa snują się bez energii, ale efektywnie pracują do późnych godzin nocnych.

Zwykle mówi się o rannych ptaszkach, czyli chronotypie porannym i nocnych markach, czyli chronotypie wieczornym i osobach które znajdują się gdzieś pomiędzy ekstremami [2]. Ale są eksperci z dziedziny snu, na przykład dr Michael Breus, którzy w swoich kwestionariuszach ujmują 4 chronotypy. Jeśli interesuje Cię, czy jesteś delfinem, niedźwiedziem, wilkiem czy lwem i w związku z tym, kiedy jest dobry czas na sen, seks, pracę twórczą czy ćwiczenia fizyczne, to polecam książkę “Potęga kiedy” – link do niej znajdziesz w notatkach do podcastu.

To, jaki Ty lub Twoje dziecko macie chronotyp, zależy przede wszystkim od Waszych genów [3] . I choć warunki środowiskowe – zwłaszcza światło i aktywność – mają wpływ na Twoją regulację snu i czuwania, to trzeba pamiętać, że dziedzictwo genetyczne gra tutaj przeważającą rolę.

Kiedy noworodek przychodzi na świat, jest kompletnie rozregulowany. Śpi i jest aktywny na zmianę, przez całą dobę. W momencie przecięcia pępowiny dziecko przestaje otrzymywać od mamy informacje hormonalne regulujące jego aktywność dobową, a jeszcze nie produkuje własnych. Rozróżnianie dnia od nocy rozpoczyna się u dzieci zwykle nie wcześniej niż w okolicach 8 tygodnia życia [4] . Dlatego wiele maluchów w pierwszych dwóch miesiącach zasypia “na noc” dopiero między 23.00 a 1.00 w nocy, mimo tego, że rodzice o 19 przygotowują im relaksującą kąpiel i prowadzą cały wieczorny rytuał. Bez obaw młoda mamo – to się zmieni 🙂

Najwcześniej po 9 tygodniu życia możemy zaobserwować, jaki chronotyp ma nasze maleństwo. Ale uwaga – nawet jeśli dziecko jest typem wyraźnie porannym, to będzie się to zmieniało z czasem. Jednym z objawów rozpoczęcia okresu dojrzewania jest zmiana chronotypu nastolatka na typowo wieczorny. Niektórzy naukowcy, zajmujący się rytmami biologicznymi, apelują, aby uwzględnić naturalne zmiany zegarów okołodobowych młodzieży w ustalaniu planów lekcji. W Anglii jedna ze szkół średnich, która przystąpiła do eksperymentu i przesunęła początek lekcji na godzinę 10.00, zauważyła wzrost wyników egzaminów o 19% [5]  . Tylko i wyłącznie na skutek dopasowania harmonogramu do biologicznych skłonności młodzieży!

W okolicach 25 roku życia chronotyp znów trochę się uporannia, a wraz ze starzeniem coraz bardziej przesuwa w kierunku porannego. Pewnie kojarzysz w swoim otoczeniu starszych ludzi, którzy o 5.00 są już umyci, ubrani, po śniadaniu i w rewelacyjnym humorze.

I pewnie można by się zastanawiać, po co właściwie się tak jako ludzie od siebie różnimy? Czy nie byłoby rozsądniej i wygodniej, gdyby wszystkim pasowało działać i spać w mniej więcej tych samych porach?

Otóż różnice chronotypowe mają znaczenie ewolucyjne. W 2017 roku zespół naukowców przeprowadził badanie w plemieniu Hadza w Tanzanii [6]  Wszyscy członkowie plemienia, będący w różnym wieku, otrzymali tzw. aktigrafy, czyli opaski na rękę rejestrujące momenty przebudzenia lub płytkiego snu w trakcie nocy. Okazało się, że w ciągu w sumie 20 nocy tylko przez 18 minut wszyscy członkowie plemienia spali. Jeszcze raz – bierzesz łącznie czas 20 nocy czyli prawie 10 000 minut i z tych 10 000 minut tylko w czasie 18 minut wszyscy spali jednocześnie. Przez pozostałe ponad 9 tysięcy zawsze ktoś albo jeszcze nie położył się spać, albo już zdążył wstać, albo właśnie się przebudził.

Cykliczna natura snu, przerywanego krótkimi wybudzeniami oraz zmienność chronotypowa chroniła nas, kiedy, jak Hadza, żyliśmy w społecznościach łowiecko-zbierackich i musieliśmy być w nocy czujni. Chodziło o to, żeby ktoś zawsze usłyszał ewentualne niebezpieczeństwo, na przykład drapieżniki. I ja tak sobie myślę, że młode matki, które czujnie śpią oraz wymagające dzieci, które są podatne na wybudzenia, mogły być bardzo cennymi członkami takich społeczności! Ale to mój wniosek, nie znajdziecie tego w artykule naukowym 😉

Przybij piątkę, jeśli Twój chronotyp jest inny od chronotypu Twojego dziecka. Też tak mam. Jestem typem wybitnie wieczornym, który najlepiej funkcjonuje intelektualnie i emocjonalnie po godzinie 20.00, kiedy moja córka już od godziny śpi. Ona natomiast jak ryba w wodzie czuje się już o 6.00, a kiedy była młodsza to nawet w okolicach 5.00 rano, kiedy ja nie mogłam rozkleić powiek. Nigdy nie zapomnę, jak w środku zimy nad ranem schodziłam z łóżka na podłogę z Młodą i zabawkami, zawijałam się na tej podłodze w kołdrę i drzemałam, zbierając siły na cały dzień. Teraz jest znacznie lepiej, ponieważ trzylatka, która budzi się o 6, sama bawi się i ogląda książki do czasu, aż rodzice dojdą do stanu używalności 😉

Takie rodzinne niedopasowanie chronotypów jest trudne i męczące, i nie będę Cię oszukiwać, że dużo łatwiej i skuteczniej to dorosły może dopasować się do dziecka, niż dziecko do dorosłego. W moim przypadku było to odsypianie z córką na drzemkach, nawet kosztem porządku w domu czy wymyślnych obiadów. Warto się naprawdę z tego rozgrzeszyć, jeśli ma się komfort bycia rodzicem jedynaka. Po drugie, stopniowo przesuwałam swoją porę rytuału wieczornego na coraz wcześniejszą. Kluczem jest tu unikanie elektronicznych ekranów, czyli komputera, telefonu, tabletu, telewizora na minimum godzinę przed zaśnięciem.

Jeśli Twoje dziecko, jak moja córka, wcześnie chodzi spać i wcześnie wstaje, warto zastanowić się nad dwoma rzeczami: czy okna w sypialni są całkowicie zaciemnione i maluch nie jest budzony przez wstające słońce? I po drugie: jak wygląda aktywność dziecka, zwłaszcza popołudniami i wieczorem?

A co jeśli sytuacja wygląda zgoła inaczej – dziecko snuje się po mieszkaniu do późnych godzin wieczornych?

Zacznijmy od tego, że twierdzenie, jakoby wszystkie dzieci powinny chodzić spać o 19.00, jest wyssane z palca. Jak już wiesz, my ludzie różnimy się chronotypami i spora grupa dzieci zwyczajnie nie jest jeszcze śpiąca o tej porze. Przeciętny trzylatek zasypia o 20:43! [7]  Jeśli więc zastanawiasz się, jak przestawić dziecko na wcześniejsze zasypianie, to warto zapytać samą siebie: dlaczego mi na tym zależy? Czy faktycznie nasza rodzina ma trudności organizacyjne w związku z tymi późnym zasypianiem, czy dziecko jest niewyspane, bo rano jest budzone na przykład do przedszkola, czy tylko ktoś nam ciągle miauczy nad uchem, że to skandal, że dzieci do 21.00 biegają po mieszkaniu? Czy jest możliwość, że dziecko kładzie się później, żeby na przykład pobyć jeszcze z tatą, który dopiero po 18:30 wraca z pracy? A może to, że odsypiacie wszyscy do 9.00 wszystkim domownikom po prostu odpowiada?

Jeśli straszono Cię, że hormon wzrostu jest wydzielany wyłącznie do północy i dzieci, które późno chodzą spać, będą miały z tego powodu różne zaburzenia, to odsyłam Cię do artykułu na moim blogu, w którym rozprawiam się z tym mitem. Bo to jest mit!

Trzeba też mieć realistyczne oczekiwania – potrzeby snu nie da się rozciągać w nieskończoność. Jeśli dziecko chodzi spać wcześniej, zwykle zaczyna też nieco wcześniej wstawać, bo zwyczajnie jest już wyspane. Byłoby cudownie, gdybyśmy kładli spać maluchy o 19, przesypiałyby całą noc bez pobudek, wstawały o 9 i miały jeszcze ze dwie półtoragodzinne drzemki w ciągu dnia. Tyle, że jak to policzymy to jest 17 godzin snu na dobę, czyli więcej niż norma dla niemowląt 😉 To se ne da, i tyle. Jeśli więc pora wstawania Twojego dziecka jest dla Ciebie odpowiednia, bo nie wyobrażasz sobie rozpoczynania dnia o 5:30, przemyśl raz jeszcze wszystkie “za” i “przeciw” planowanym zmianom.

Czasami to, co wygląda na bycie nocnym markiem, wynika na przykład z nieoptymalnego rytuału wieczornego, między innymi z nieodpowiedniego zarządzania światłem w jego czasie. Zwłaszcza, jeśli dziecko słania się na nogach i marudzi, ale ma problem z zaśnięciem. Wskazówki na ten temat znajdziesz w pliku do pobrania, który dla Ciebie przygotowałam – w notatkach do tego odcinka.

Pamiętaj też, że każda, nawet najkrótsza drzemka, zmniejsza presję snu. Jeśli trzylatek śpi dwie godziny w środku dnia, zwykle nie jest śpiący o tej samej porze, o której zasypia dziecko niedrzemkujące.

Poranki resetują nasz rytm dobowy. Dlatego w przypadku wieczornych chronotypów równie mocno co na wieczorach, koncentrujemy się na tym, jak wyglądają poranki. Wiemy z badań, że na przesunięcie chronotypu na bardziej poranny wpływa – uwaga, uwaga – to, co jemy na śniadanie. Wiem, że brzmi to nieintuicyjnie, ale Japończycy dowiedli w serii badań, że pokarmy bogate w tryptofan i witaminę B6 w połączeniu z ekspozycją na światło słoneczne, wiążą się nie tylko z wcześniejszym kładzeniem się spać i łatwiejszym porannym wstawaniem, ale i lepszą jakością snu [8, 9]

Jeśli interesuje Cię ten temat, to więcej informacji na temat śniadań znajdziesz w moim artykule na blogu, który podlinkuję w notatkach. Możesz też pobrać mojego darmowego ebooka dotyczącego związku diety ze snem. Są bowiem produkty, których spożywania nie zaleca się wieczorem właśnie dlatego, że utrudniają zasypianie.

W przypadku dorosłych ze skrajnie wieczornymi lub porannymi chronotypami, czasami stosuje się wsparcie farmakologiczne, ale bardzo rzadko korzysta się z niego w przypadku dzieci. Wyjątek stanowią dzieci z zaburzeniami rozwojowymi, na przykład ze spektrum autyzmu, w których wydzielanie hormonów i neuropeptydów regulujących sen i czuwanie bywa zaburzone.

Powoli zbliżam się do końca. Jeśli interesuje Cię temat układania strategii delikatnego przesuwania pór wstawania i kładzenia się dziecka, to zapraszam na kurs online “Dbanie o dobre spanie niemowląt”, w którym jeszcze szerzej to omawiam. Szczegóły znajdziesz w notatkach do tego podcastu.

Pamiętaj, że są tam też dodatkowe PDFy do pobrania, o których w międzyczasie wspominałam.

Dziękuję Ci za wysłuchanie tego odcinka i zapraszam na kolejny już za dwa tygodnie. Temat snu planuję odłożyć na chwilę na bok, a przybliżyć Ci nieco moją filozofię pracy i opieki nad moją córką, czyli Rodzicielstwo Bliskości. Daj znać, co myślisz o dzisiejszym odcinku, daj znać, czy masz jakieś pytania o Rodzicielstwo Bliskości, jeśli o nim słyszałaś i do usłyszenia niebawem, papa!

[/showhide]

W tym odcinku usłyszysz:
  • Podziękowania za recenzje podcastu
  • Informację o rozpoczęciu sprzedaży V edycji kursu „Dbanie o dobre spanie niemowląt”
  • Czym są chronotypy?
  • Jakie są rodzaje chronotypów?
  • Kiedy dzieci zaczynają rozróżniać dzień od nocy?
  • Jak zmieniają się chronotypy w cyklu życia?
  • Dlaczego ludzie różnią się chronotypami?
  • Jaki chronotyp mam ja, a jaki moja córka?
  • O której dzieci powinny chodzić spać?
  • Jak sobie poradzić z rannym ptaszkiem?
    Jak wpłynąć na nocnego marka?
  • Czy późna godzina zasypiania na pewno wynika z tego, że Twoje dziecko jest nocnym markiem?
  • Jak dieta oraz zarządzanie światłem wpływa na porę kładzenia się spać?

Kliknij prawym przyciskiem albo przytrzymaj, aby ściągnąć podcast jako plik MP3.

Strony i miejsca wymienione w podcaście:

 

Badania, o których opowiadam w odcinku:

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdzie jest dostępny podcast? Kolejne odcinki podcastu będą się ukazywały co 2 tygodnie i można ich posłuchać w kilku miejscach:

 

 

Jeśli podoba Ci się podcast, proszę, oceń go w iTunes – usłyszy dzięki temu o nim więcej świadomych rodziców 🙂 Oceń podcast MAMOWSKAZ Dziękuję i do usłyszenia!

 

Masz dość słuchania sprzecznych rad dotyczących snu dzieci? Sprawdź szkolenie „Fakty i mity o śnie dziecka".

Kaszki na dobranoc – świetna kolacja czy marketingowa ściema?

Kaszki na dobranoc – świetna kolacja czy marketingowa ściema?

Pytana wielokrotnie przez rodziców o to, czy oferowane w sklepach specjalne „kaszki na dobranoc” posiadają magiczne usypiające właściwości, postanowiłam zapoznać się z ich składem i przygotować dla Was moją opinię.

Na początku muszę podkreślić bardzo istotny fakt: w badaniach nie zaobserwowano różnic w długości snu dzieci z rozszerzoną dietą [1] lub jedzących kaszkę ryżową na kolację [2] w porównaniu z niemowlętami karmionymi wyłącznie mlekiem. Przedwczesne (czyli przed ukończonym 6. m.ż.) rozszerzenie diety bez wskazań medycznych paradoksalnie może u bardziej wrażliwych dzieci pogarszać jakość snu dziecka i zwiększać liczbę pobudek, jeśli jest związane z przejściowymi zaburzeniami pracy układu pokarmowego jak wzdęcia, bóle brzucha, problemy z wypróżnieniem. Niemowlę, które w ciągu dnia zjada kilka stałych posiłków, może też nadrabiać ich niską gęstość energetyczną (dynia ma ok. 25 kalorii w 100 gramach, pokarm kobiecy i mieszanka 60-70 kalorii), budząc się częściej w nocy na mleko.

Może wydaje Ci się, że Twoje cztero- lub pięciomiesięczne dziecko budzi się częściej w nocy, bo jest głodne. Przed rozszerzaniem diety zerknij jednak na mój artykuł o „regresie snu” w tym wieku, aby zrozumieć, skąd może brać się nasilenie pobudek. A potem sięgnij po książkę, którą napisałam razem z trzema dyplomowanymi dietetyczkami.

 

Czy w składzie kaszek na dobranoc jest coś, co ułatwia zasypianie i/lub przesypianie nocy?

W skrócie: nie.

Producenci sprzedają kaszki „na dobranoc”, ponieważ rodzice je kupują, przekonani o zbawiennym wpływie zbóż na sen. I choć teoretycznie możliwe byłoby wykorzystanie wiedzy z zakresu chronodietetyki do produkcji żywności dla niemowląt, w tym mleka modyfikowanego, to póki co żadna komercyjna firma nie zdecydowała się na taki krok.

Kaszki  na dobranoc nie różnią się absolutnie niczym od innych kaszek. Porównajcie, proszę, skład kaszki mleczno-ryżowej Jabłko Dobranoc  i kaszki mleczno-ryżowej Malina (na dzień, wnioskując po szacie graficznej), obie od firmy Nestle (kliknij, żeby powiększyć):

Nieco większa zawartość mąki ryżowej w kaszce „na dzień” (po prawo) wynika z niższej zawartości owoców w tej wersji. Cukier i maltodekstryna zamieniły się miejscami. I tyle różnic. Żadnych dodatkowych składników, żadnych magicznych zmian, zero pełnoziarnistych zbóż czy aminokwasów ułatwiających zasypianie. Nie tylko w tej kaszce – we wszystkich innych również.

Do jednej z kaszek (Nestle, Kaszka 5 zbóż z lipą Na dobranoc) producent dodaje ekstrakt kwiatu lipy w proszku w oszałamiającej wartości 0,5%. I choć kwiat lipy ma m.in. działanie uspokajające i nasenne, tak niewielka zawartość nie ma najprawdopodobniej żadnego realnego znaczenia dla procesu zasypiania (o czym chyba zdaje sobie sprawę sam producent, przedstawiając na opakowaniu ten składnik w funkcji aromatu: „nadaje kaszce delikatny smak”).

Co ciekawe, w kaszce Babydream znajdziemy niewielki dodatek kakao – a akurat kakao ze względu na zawartość kofeiny nie jest składnikiem polecanym na wieczór.

Chyba widzicie same, że hasła „Gwarantuje przespaną całą noc Twojemu dziecku” (serio, tak deklaruje na swoim opakowaniu jeden z producentów) to nic więcej jak marketingowa ściema?

Jakie składniki kaszek na dobranoc budzą moje największe zastrzeżenia?

Zarówno kaszki błyskawiczne, jak i gotowe kaszki w słoiczkach, są produktem wysoko przetworzonym i stosunkowo drogim w porównaniu do klasycznych „dorosłych” kasz lub płatków, które niemowlęta mogą bezpiecznie spożywać.

Ogromny sprzeciw budzi we mnie tendencja producentów do dosypywania do owocowych kaszek dodatkowego cukru w różnych postaciach (cukier biały, glukoza, fruktoza, syrop glukozowy, a nawet pokruszone słodzone cukrem herbatniki i ciasteczka!). Przykładowo słoiczek (określany przez producenta jako 1 porcja) Kaszki na dobranoc z herbatnikami Bebiprima  zawiera 3 łyżeczki cukru (14,3 g)!

fot. Zuzanna Wędołowska

Pozornie zdrowsze słodzidła typu maltodekstryna  niespecjalnie zmieniają sytuację: nadal za pomocą takich kaszek eksponujemy dzieciom smak słodki, kształtując nieprawidłowe preferencje żywieniowe. Maltodekstryna ma też wysoki indeks glikemiczny, co w połączeniu z kaszami niepełnoziarnistymi używanymi przez większość producentów, może powodować gwałtowny skok glukozy we krwi i szybsze pojawianie się uczucia głodu w niedługim okresie po spożyciu posiłku.

Warto też zwrócić uwagę na faktyczną zawartość i postać owoców dodawanych do kaszek – w przypadku kaszek błyskawicznych są to płatki lub proszek owocowy albo zagęszczony sok. Takie owoce pod kątem zawartości witamin, minerałów czy błonnika (sok!) mają niewiele wspólnego ze swoimi świeżymi odpowiednikami.

W niektórych kaszkach pojawiają się też kompletnie zbędne od strony odżywczej zagęstniki oraz aromaty.

Wszystkie przeanalizowane przeze mnie kaszki na dobranoc w słoiczkach jako główny (lub drugi, po wodzie) składnik mają mleko krowie niemodyfikowane – jego zawartość to między 38 a 45%. Pytanie brzmi, czy nie jest to przypadkiem niezgodne z aktualnymi rekomendacjami dotyczącymi żywienia niemowląt? Nie jest to mleko jako napój, ale jeśli niemal połowa słoiczka to jednak mleko pełne? Oddajmy głos ekspertom: „nie należy stosować mleka krowiego jako głównego napoju przed ukończeniem 12. m.ż.(…) Mleko krowie zawiera małe stężenie żelaza, tak więc opóźnione jego wprowadzanie chroni przed wystąpieniem niedokrwistości z niedoboru żelaza. Ponadto wyniki badań dowodzą, że wczesne wprowadzanie mleka krowiego może być przyczyną mikrokrwawień z przewodu pokarmowego. Podawanie mleka niemodyfikowanego prowadzić może również do nadmiernego obciążenia ustroju białkiem i produktami jego przemiany oraz solami mineralnymi i w konsekwencji do przeciążenia osmotycznego nerek oraz niewłaściwej, zarówno pod względem ilościowym, jak i jakościowym, podaży węglowodanów i tłuszczów. Stosowanie niemodyfikowanego mleka krowiego może także sprzyjać alergizacji” [3].

TUTAJ znajdziesz tabelę z porównywanymi przeze mnie kaszkami, z informacjami na temat rodzaju używanego mleka, dodatku cukru oraz owoców i innymi uwagami.

Warto wiedzieć, że niemowlęta karmione piersią nie potrzebują kaszek mlecznych – mogą jeść normalne kasze albo kaszki błyskawiczne bezmleczne przygotowywane na wodzie. Mleko krowie, w ilości nie większej niż 500 ml dziennie, może być składnikiem kaszek po pierwszym roku życia [3]

Podsumowując:
  1. Kaszki „na dobranoc” nie różnią się składem od innych kaszek i nie zawierają składników, które mogłyby realnie przełożyć się na łatwiejsze zasypianie czy dłuższy sen dziecka.
  2. Niektóre z kaszek na dobranoc są dosładzane – unikanie słodzonej żywności dla niemowląt ma znaczenie nie tylko ze względu na długofalowe skutki dla zdrowia dzieci, ale także kształtowanie się preferencji smakowych [3].
  3. Wszystkie przeanalizowane przeze mnie kaszki na dobranoc w słoiczkach jako główny lub drugi, po wodzie, składnik mają mleko krowie niemodyfikowane, co budzi kontrowersje w obliczu aktualnych rekomendacji dotyczących żywienia niemowląt [3].
  4. Niektórzy producenci kaszek wykorzystują brak implementacji Kodeksu Marketingu Produktów Zastępujących Mleko Kobiece WHO [4] i na opakowaniach umieszczają informacje „po czwartym miesiącu” lub „po piątym miesiącu”, podczas gdy Światowa Organizacja Zdrowia rekomenduje, aby wprowadzanie pokarmów uzupełniających do diety dziecka rozpoczynało się po skończonym 6 miesiącu życia [5]. Nie ma korzyści dla snu czy jakiegokolwiek innego aspektu rozwoju z wprowadzania kaszek przed osiągnięciem dojrzałości do rozszerzania diety, która pojawia się w okolicach ukończonego 6 miesiąca życia (chyba że na wyraźne wskazanie lekarskie w bardzo wyjątkowych sytuacjach).

Jeśli chcesz się dowiedzieć, jakie produkty mają potwierdzony naukowo korzystny wpływ na sen, zapisz się do mojego newslettera i pobierz darmowy ebook:

 

Konsultacja merytoryczna artykułu: mgr inż. Zuzanna Wędołowska – dietetyk i autorka bloga SzpinakRobiBleee.pl

Napracowałam się nad tym tekstem. Jeśli uznasz wpis za przydatny, proszę, polub mój fanpage i podziel się tym artykułem ze swoimi znajomymi. Dziękuję!