Najczęstsze problemy przy rodzinnym stole. Wywiad z mgr inż. Mają Lech-Fitowską

Najczęstsze problemy przy rodzinnym stole. Wywiad z mgr inż. Mają Lech-Fitowską

 

To już kolejny, czwarty wywiad z serii rozmów z ekspertami Parentflixa –  klubu online dla rodziców. A tym razem miałam przyjemność porozmawiać z Mają Lech-Fitowską na temat trudności, które mogą się pojawić przy rozszerzaniu diety dzieci.

Maja wraz z Marzeną Szpak i Darią Matyją prowadzi projekt Mamada. Dziewczyny to ekspertki Parentflixa z zakresu dietetyki dziecięcej oraz odżywiania się kobiet w ciąży i mam karmiących piersią. W klubie znajdziesz ich szkolenia i sesje Q&A.

Maja Lech-Fitowska jest dyplomowaną dietetyczką. Ukończyła studia magisterskie na kierunku Żywienie Człowieka i Dietetyka we Wrocławiu. W Mamada pracuje przede wszystkim w sposób niedyrektywny, opierając się na Rodzicielstwie Bliskości, skupiając na dokładnym zrozumieniu potrzeb i oczekiwań zarówno rodziców, jak i dzieci.

Zdradzę Wam również, że miałam przyjemność wraz z dietetyczkami z Mamada napisać wspólnie książkę na temat rozszerzania diety niemowląt. Ukaże się ona najprawdopodobniej w kwietniu, o czym z pewnością Was poinformuję.

 

A skoro już o rozszerzaniu diety mowa, zapraszam Was do rozmowy z Mają, bo właśnie od tego tematu ją rozpoczęłyśmy.

Magdalena Komsta: Czego najczęściej obawiają się rodzice podczas rozszerzania diety? Jakie są najczęstsze obawy i trudności?

Maja Lech-Fitowska: Obaw i wątpliwości jest bardzo dużo i pojawiają się one nie tylko w trakcie rozszerzania diety, ale już przed nim. Dotyczą np. takich podstaw merytorycznych: kiedy rozszerzać dietę?, jak dokładnie przez to przejść?, jak rozszerzyć dietę?, co podawać, a czego nie wolno podawać?, w jakiej formie przygotowywać posiłki?. Dużo wątpliwości budzi również sfera emocjonalna dziecka i rodzica, czyli właśnie psychika, która tak naprawdę ma ogromne znaczenie.

Sfera emocjonalna odgrywa kluczową rolę w tworzeniu się nawyków żywieniowych, ale także w tworzeniu prawidłowych relacji z jedzeniem. A często właśnie ta sfera jest trochę zaniedbana i pomijana. Generalnie rodzice skupiają się głównie na merytorycznej stronie i przygotowują się do tego, jak rozszerzać dietę właśnie pod tym kątem, mają całe zaplecze, znają wszystkie zalecenia, są na bieżąco, mają plan, co będą gotować, jak będą gotować, jakie metody zastosują, jakie zasady wprowadzą przy stole i w momencie, kiedy te wyobrażenia i oczekiwania wobec rozszerzania diety zaczynają mijać się z rzeczywistością, zderzają się realiami i tym, jak faktycznie rozszerzanie diety zaczyna przebiegać, to pojawia się bardzo wiele emocji, na które rodzice nie są do końca przygotowani. Pojawia się frustracja, złość, zniecierpliwienie, a także dużo lęku o dziecko. Rodzice zaczynają odczuwać bardzo dużą presję i w tym momencie pojawiają się trudności lub trudności się nawarstwiają. Ten moment, kiedy dziecko nie spełnia tych oczekiwań i rozszerzanie diety nie przebiega według nich, odgrywa bardzo ważną rolę i często nie wiadomo do końca, jak sobie z tymi emocjami radzić.

MK: Kiedy mówisz o oczekiwaniach, myślę sobie o presji, którą wywierają na nas producenci jedzenia w słoiczkach. Spotykam się czasem z takim przekonaniem rodziców, że jeżeli słoik ma określoną wielkość, to to oznacza, że to jest tyle, ile dziecko w tym wieku powinno zjeść, czyli np. słoiczek od czwartego miesiąca życia, że dziecko powinno właśnie tyle w czwartym miesiącu życia zjeść. A to przecież przeczy podstawowej zasadzie podziału odpowiedzialności (powiemy o niej za chwilę). Skąd jeszcze może płynąć presja taka nieuświadomiona, a związana z tym, jak i ile dziecko powinno jest?

MLF: Na pewno z reklam. Taka wizja uśmiechniętego, radosnego dziecka siedzącego przy stole, które spożywa taki słoiczek, otwiera buźkę i domaga się więcej. Rodzice generalnie mają takie wyobrażenie, że to rozszerzanie diety, to jest taka cudowna, wesoła przygoda (oczywiście tak to też może wyglądać), w większości momentów jest radosna, przede wszystkim dla dziecka, i wiąże się właśnie z taką przyjemnością. Wyobrażasz sobie to dziecko, które siedzi z nami przy stole uśmiechnięte i chętnie próbuje nowych produktów, sięga po warzywa, owoce, zjada wszystko, co tam mama przygotowuje, zjada konkretne porcje posiłków i w ogóle to już najchętniej nie jadłoby mleka, bo już przecież ma posiłki ciekawsze. I taka wizja gdzieś tam rodzicom się pojawia w głowie.

A okazuje się, że na początku rozszerzania diety dziecko np. może nie być gotowe na to rozszerzanie, może wcale nie chcieć tak chętnie siedzieć przy tym stole, może woleć siedzieć np. u rodziców na kolanach albo w ogóle nie być specjalnie zainteresowane posiłkami, albo z kolei jest bardzo zainteresowane, ale w tym sensie, że np. po prostu chce się bawić jedzeniem. Na przekór wszelkim normom społecznym dziecko zaczyna rozrzucać jedzenie, bawić się nim, wcierać w różne miejsca, a to jest przeciwne wyobrażeniom i oczekiwaniom rodzica. No i nagle pojawiają się pytania, że w takim razie coś jest nie tak. Że rodzice coś robią nie tak, jak trzeba.

MK: Czasami myślę sobie o tym, że niektórym z nas może być trudno, kiedy dziecko się tak bawi jedzeniem. Pojawia się taka myśl, że to niekulturalne i że nigdy z tego nie wyrośnie, jak będzie miało 5 lat, to też będzie tak sobie wcierało pierogi ruskie we włosy i rzucało brokułami, gdy pójdziemy z nim do restauracji. A warto wiedzieć, że to jest taki etap, który mija. Z drugiej strony jesteśmy kulturowo nauczeni niemarnowania jedzenia i tego, żeby dziecko się jedzeniem nie bawiło, bo je marnuje. A co mogłabyś poradzić takim rodzicom, którzy nie czują się z tym dobrze?

MLF: Generalnie te ilości początkowe, które dajemy dziecku, są tak naprawdę bardzo niewielkie, więc jeżeli dziecko bawi się kawałkiem batata czy kawałkiem dyni, to raczej tutaj trudno mówić o takim faktycznie marnowanym jedzeniu.

MK: Słyszałam kiedyś o tym, że niektórzy kładą matę albo folię malarską pod krzesełko, żeby to, co spadnie, było czyste. Często jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że nakładamy sobie od razu duże porcje, żeby już nie wstawać i nie dokładać, ale dzieciom warto dawać na początku mało i dopiero, jak zjedzą, to dokładać, duża porcja też bardziej kusi do zabawy.

MLF: Rodzice zaczynają też odczuwać presję i ten stres przez to, że otoczenie też na nich naciska.

Jeżeli otoczenie zaczyna pytać: „No, ale czemu twoje dziecko nie je? Ale czemu zjada tak mało? Przecież w tym wieku powinno zjadać całą zupę. Dlaczego domaga się piersi czy butelki?”, to rodzice zaczynają odczuwać bardzo dużo wątpliwości i przestają ufać swojemu osądowi i zaczynają odczuwać presję, nacisk na to, że coś jest nie tak. Te pytania bardzo często dotyczą nie tyle 2–3 latków, ile nawet 7–8-miesięcznych dzieci, które dopiero się uczą jedzenia i które w różnym momencie mogą się jego. Jedno dziecko będzie zjadało więcej, mając osiem miesięcy, inne – mając dziesięć, a inne jeszcze dopiero po roku gdzieś zacznie faktycznie najadać posiłkami.

To pokazuje jaka ta presja jest ogromna. Ten brak przyzwolenia na zabawę jedzeniem, przekonanie, że jedzenie to nie jest zabawa, dziecko ma siedzieć przy stole i co to za odchodzenie od stołu, co to za wychodzenie z krzesełka, że tak to nie powinno wyglądać. Tych wątpliwości jest po prostu bardzo dużo. Rodzice są bombardowani z każdej strony trochę innymi radami. Do tego jeszcze dochodzi gdzieś tam lęk niedobory, o to, czy dziecko się rozwija prawidłowo i jest takie po prostu combo, które spada na głowę rodzica. A rodzice po prostu nie mogą się w tym wszystkim odnaleźć.

MK: Opowiedz o tym, co jest normalne? Powiedziałaś o bałaganie, o bawieniu się, o wstawaniu z krzesełka, odchodzeniu od stołu. Czy to już jest trudność? I w jakim wieku uznajemy, że to jest jeszcze normalne?

MLF: Na początku powiem, jakie trudności w ogóle mogą wystąpić w czasie rozszerzania diety, a które z nich mogą być spowodowane faktycznie problemami zdrowotnymi.

Bardzo często mogą się pojawić niedobory żelaza, za krótkie wędzidełko, również trudności sensoryczne, a także po prostu pewne problemy mogą wynikać z nieprawidłowego rozwoju dziecka. Faktycznie pewne zachowania mogą świadczyć o jakichś problemach. Na przykład: bardzo duża niechęć do jedzenia czy unikanie jedzenia, niechęć do siedzenia w krzesełku, do bycia przy stole, brak zainteresowania jedzeniem (ale nie tylko swoim jedzeniem na talerzu, tylko też ogólnie produktami stałymi, jedzeniem rodziców, tym, co oni mają na talerzach). Także niepokojące może być, jeżeli widzimy, że dziecko nie robi żadnych postępów w tym rozszerzaniu diety. Jeżeli widzimy, że cały czas ma ten sam problem z krztuszeniem się i to się nie poprawia albo cały czas w ten sam sposób chwyta czy dalej ma taki sam problem z przeżuwaniem, przełykaniem, gryzieniem. Jeżeli nie widzimy tutaj żadnych postępów, to faktycznie, to też może być niepokojące. Te wszystkie zachowania oczywiście mogą świadczyć o problemie, ale też nie muszą. To też może być jakiś etap, to może być kwestia wrażliwości dziecka i jego temperamentu.

Więc oczywiście te zachowania też mogą być właśnie takim etapem, który minie i będzie wszystko w porządku. Ale myślę, że warto jednak, jeżeli zauważamy jakieś takie zachowania, nawet dla spokoju czy potwierdzenia, że wszystko jest w porządku, skonsultować z innymi specjalistami, możemy to skonsultować z terapeutą SI czy neurologiem, neurologopedą, psychologiem dziecięcym, dietetykiem dziecięcym czy po prostu zaufanym pediatrą, który też pokieruje dalej w razie potrzeby na badania.

MK: Okej, jeśli wiemy, że to są przejściowe trudności, wiemy, że po prostu dzieci tak mają, że na początku uczą się tego jedzenia, że się bawią, lubią się brudzić, że czasem im coś smakuje, a czasem nie albo weźmiemy pod uwagę też taki fakt (którego mimo wszystko wiele osób nie zna), że czasami niektóre smaki są akceptowane dopiero po kilkunastu próbach podania, to co z naszych, czyli rodziców zachowań, będzie wspierało dobrą atmosferę przy stole, będzie sprawiało, że nie pojawią się jakieś kiepskie relacje dziecka z jedzeniem? Czyli, co robić albo też czego nie robić, aby ta atmosfera przy jedzeniu była w porządku?

 MLF: Warto na początku zaznaczyć i o tym pamiętać, że naszym celem w rozszerzaniu diety nie jest to , żeby dziecko zjadało daną ilość produktu czy daną ilość posiłku w danym momencie. Naszym celem jest to, żeby dziecko się nauczyło jeść, żeby lubiło jeść, żeby w przyszłości miało zdrowe nawyki żywieniowe i relacje z jedzeniem, żeby nie miało lęków z tym związanych, żeby nie kojarzyło jedzenia z negatywnymi emocjami. To jest nasz cel, do tego dążymy i tak naprawdę to, czy dziecko w wieku ośmiu miesięcy zjada miskę zupy czy dopiero w wieku 14 miesięcy nie ma znaczenia w dalszej perspektywie. O tym musimy pamiętać i przede wszystkim warto pamiętać o podstawowej zasadzie: zaufać dziecku. Po prostu. Zaufać i w tym kontekście podzielić się tą odpowiedzialnością z dzieckiem – rodzic jest odpowiedzialny za to, co poda dziecku i kiedy, ale to dziecko jest odpowiedzialne za to, ile zje i czy w ogóle zje, czy w ogóle będzie tym zainteresowane. Właśnie to zaufanie jest najważniejsze, że nasze dziecko jest na tyle kompetentne, że faktycznie jest w stanie wziąć na siebie odpowiedzialność i że jest w stanie to skontrolować i po prostu zdecydować o sobie i o tym przebiegu rozszerzania diety.

Oczywiście to zaufanie w tym kontekście, żeby pamiętać, że to tak naprawdę dziecko wie najlepiej, jak się ze sobą w danym momencie czuje i z jakiego powodu rezygnuje np. z posiłku. Czy nie czuje się wygodnie, czy czuje się źle, czy boli je brzuch, czy jest np. czymś rozproszone, czy potrzebuje się przytulić, czy jest za dużo bodźców wokół niego itd. To wszystko może stać np. za odmawianiem posiłku. Nasza rola jest taka, żeby zastanowić się, dlaczego tak może być, jak możemy dziecku pomóc, jak wyeliminować np. jakiś stresor, który mu w tym przeszkadza, a niekoniecznie osądzać dziecko, stresować czy zmuszać. Nie możemy oceniać, że to jest niejadek albo mówić, że znowu marudzić. To jest taka najprostsza droga, po prostu nazwać dziecko, że jest niejadkiem bez zastanowienia się, zamiast po prostu przyjrzeć się sytuacji i zaufać, że dziecko wysyła nam jakieś sygnały. Myślę, że też tutaj ważna jest obserwacja dziecka, to też jest powiązane z tym, żeby gdzieś tam cały czas obserwować postępy dziecka, żeby nie tyle się wtrącać i komentować, nie oceniać tego, jak dziecko je, tylko po prostu się przyglądać temu, jak wygląda rozszerzanie diety, jak dziecku idzie, co mu sprawia przyjemność, a co sprawia trudność, zastanowić się, jak można pomóc. To jest towarzyszenie dziecku.

Tak samo cierpliwość jest bardzo ważna. I o tym warto pamiętać, bo właśnie każdemu dziecku ten okres nauki jedzenia zajmie inną ilość czasu. Jedno dziecko chętniej zacznie próbować nowych produktów w ciągu dwóch tygodni, inne dziecko będzie potrzebowało trzech miesięcy, więc też jest bardzo ważne to, żeby pamiętać o tym czasie i wyzbyć się takiego poczucia zniecierpliwienia czy wyczekiwania, kiedy to dziecko w końcu zje dany posiłek. Często rodzice mają takie poczucie zmarnowanego czasu, bo siedzą przy dziecku, które już kolejny tydzień z rzędu nie zjada tego posiłku. A przecież oni wcale tego czasu nie zmarnowali, bo każdy posiłek przybliża dziecko do jedzenia i to nie jest stracony czas.

MK: Ja też zawsze mówię rodzicom o tym, że dziecko musi mieć szansę, czyli musi mieć podawane posiłki, żeby się w końcu przełamało. Wiem, jakie to jest frustrujące, kiedy człowiek się „narobił”, a kolejny dzień nic się specjalnie nie dzieje i znowu mleko i mleko. Natomiast nie warto się poddawać dlatego że to dziecko jest jeszcze za małe, żeby poszło do lodówki i wzięło sobie samo. To od nas w stu procentach zależy to, że posiłek podamy. Natomiast, jeśli chodzi o akceptację nowych smaków u niektórych dzieci potrzeba nawet kilkunastu prób zanim zechcą wziąć coś do buzi. Inna sprawa jest też taka, że są dzieci z trudnościami sensorycznymi, które się np. brzydzą, boją wziąć jedzenie do buzi czy nawet do rączki. I one też muszą się przyzwyczaić do tego nowego bodźca. Często wspominam o tym, co zawarłyśmy też w książce, że z tego powodu nie jestem fanką gotowania specjalnie oddzielnie dla dziecka. Wyobraźmy taką sytuację, że ktoś specjalnie dla dziecka gotował osobny obiad, osobną zupę, osobną kolację i któryś dzień z rzędu to dziecko nic nie zjadło. No to faktycznie możemy mieć poczucie, że to zmarnowany czas. Dlatego my w swojej książce bardzo mocno podkreślałyśmy to, że poza pewnymi wyjątkami dziecko może jeść od samego początku prawie to samo, co osoba dorosła. Dostosowujemy konsystencję, dostosowujemy pewne składniki, nie dajemy małemu dziecku np. grzybów leśnych czy soli, czy miodu, ale to nie oznacza, że my musimy gotować specjalne przepisy. Jest nam trochę łatwiej, jeżeli ugotowałyśmy zupę pod siebie i dziecko nie zje, to ja sobie to doprawię solą, pieprzem i zostało więcej dla mnie.

Natomiast faktycznie, jeśli gotujemy specjalnie dla dziecka, mamy jeszcze te wszystkie blendery, miksery, które trzeba pozmywać itd., to warto pamiętać o tym, że sami sobie dodatkowo narzucamy tę presję, że ma być coś specjalnie pod dziecko i później trudniej nam z tą frustracją, kiedy dziecko to odrzuci. Ale jest jeszcze taka droga, aby jednak wprowadzać dziecko do rodzinnego stołu, do tej rodzinnej kuchni, a nie dostosowywać swoją kuchnię pod dziecko.

MLF: Często rodzice widzą, że dziecko nie je i dają np. mleko. I w pewnym momencie rezygnują po prostu z zaproponowania tych posiłków: „no bo moje dziecko i tak nie je, więc je butelką albo po prostu dostaje pierś”. No i jakby poddają się. Więc to też jest bardzo ważne, żeby proponować i włączać dziecko właśnie do tych posiłków wspólnych.

MK: Mówiłyśmy o presji, o atmosferze wokół jedzenia. Chciałabym, żebyśmy porozmawiały trochę o zabawianiu i odwracaniu uwagi dziecka w trakcie posiłku. Widuje się dzieci, które jedzą przy bajce, przy książeczce, przy samochodzikach. Jak się do tego odnosisz jako dietetyczka dziecięca?

MLF: Myślę, że generalnie zamysł rodziców jest taki: po prostu po iluś tam próbach faktycznie gdzieś ta presja narasta i rodzice zaczynają szukać jakiś sposobów, żeby to dziecko jednak zjadło. Rodzice są zestresowani i nie chcą, żeby dziecko miało np. jakieś niedobory. Boją się o zdrowie dziecka, więc zaczynają szukać sposobów, żeby zjadło jednak chociaż parę łyżek. Więc włączają bajeczkę czy czytają dziecku, odwracają jego uwagę, żeby gdzieś tam po kryjomu „samolot z zupą wleciał do buzi”. Generalnie to nie ma nic wspólnego z nauką jedzenia i to nie przybliża dziecka do tego, żeby ono samodzielnie, świadomie i chętniej jadło i spożywało posiłki.

Ono jest zagadywane, ono do końca nieświadomie uczestniczy w tym posiłku, ono nie wie, co zjadło, ile zjadło, kiedy zjadło, tak naprawdę tego nie rejestruje, jeżeli jest zafascynowane bajką, to nawet nie wie, że otwiera buzię i coś tam przełyka, to jest zupełnie nieświadome. To tak naprawdę jest tylko takie zaspokojenie naszego sumienia, że dziecko ma pełny brzuch i nasze zadanie zostało wykonane. A dziecku w żaden sposób to nie pomaga. I te trudności będą i tak w przyszłości wychodziły, bo dziecko się nie nauczyło jeść i te trudności będą się nawarstwiać, nie dadzą o sobie zapomnieć. To, że dziecko po prostu zjadało gdzieś tam ukradkiem, przy okazji, nieświadomie.

I tak samo jest z tym namawianiem do jedzenia czy straszeniem dziecka: „Jak nie zjesz, nie odejdziesz od stołu”, „Jak nie zjesz, to babci będzie smutno” czy „Jak nie zjesz, to czegoś tam nie dostaniesz”. Tak samo jest z nagrodami: „Jak zjesz, to pójdziemy na lody, to dostaniesz deser”. To wszystko powoduje, że te emocje związane z jedzeniem nie są do końca prawidłowe i te relacje z nim nie kształtują się w odpowiedni sposób. Dziecko wiąże wówczas z tym jedzeniem bardzo wiele emocji, widzi też, ile tych emocji to kosztuje rodziców, więc też zaczyna przypisywać temu jedzeniu dużo większą wagę niż powinno. To może też przyczyniać się do przejadania się w przyszłości. Dzieci też mogą stracić zaufanie do swojej oceny i swoich kompetencji. Jeżeli dziecko czuje, że jest najedzone, ale słyszy, że powinno jeszcze zjeść więcej „jeszcze łyżkę”, „łyżeczkę za babcię, łyżeczkę za dziadka”, „ale jeszcze więcej, jeszcze trochę”, „jeszcze gryza”, to w tym momencie przestaje ufać sobie. Skoro rodzic każe mu zjeść więcej, to widocznie musi zjeść więcej. Widocznie jego odczucia nie są na tyle ważne czy wartościowe, czy odpowiednie, żeby zaufać sobie. To odczuwanie sytości i głodu jest zaburzone. I to dziecku ma później skłonność do otyłości i zaburzeń odżywiania.

MK: Właśnie chciałam o tym powiedzieć, że z tego sobie wiele osób nie zdaje sprawy (a są już badania na ten temat), że bardzo często „niejadki” wyrastają na dorosłych z nadwagą i otyłością. Właśnie dlatego, że mają zaburzony mechanizm regulacji głodu i sytości i nie wiedzą, czy już zjadły tyle, że starczy, czy są głodne itp. To wszystko na bardzo wczesnym etapie zostało zaburzone i później jako osoby dorosłe mają często skłonność do przejadania się lub też podejście do jedzenia emocjonalne, czyli do kojarzenie emocji z jedzeniem. Gdy prowadzi się taką interwencję czy terapię osób z nadwagą lub z otyłością, to jedną z pierwszych technik jest nauka świadomego jedzenia, właśnie zwracanie uwagi na sygnały głodu, sygnały sytości, na każdy kęs, na to, jak smakuje, jak pachnie, czy jest ciepły czy jest zimny itd., bo właśnie wiele osób, które mają trudności z nadmierną masą ciała, to są osoby, które nawet nie wiedzą, ile jedzą, kiedy jedzą. Każdy z nas ma pewnie takie doświadczenie, że wziął popcorn, zaczął oglądać film i nawet nie zauważył, kiedy miska zrobiła się pusta.

Tak podsumowując – warto myśleć długofalowo i długoterminowo. Po pierwsze, o tym, jakie emocje z jedzeniem dziecko będzie łączyć, a po drugie, jak bardzo odrywamy koncentrację dziecka na jedzeniu czy świadomość jedzenia, uciekając się do różnych sztuczek związanych z karmieniem dziecka. Myślę, że wielu z nas ma w rodzinie lub wśród znajomych osoby, które kiedyś w dzieciństwie były uznane za niejadki. To jest bardzo pouczające porozmawiać z takimi osobami i posłuchać ich historii albo przypomnieć sobie własną. Jeśli byliście nazywani niejadkami, przyjrzyjcie się temu, jakie tam są emocje. Często wiele z tych osób do tej pory, do dorosłości włącznie, pamięta, co tam się działo i jak różnymi dziwnymi sposobami były namawiane i zmuszane do jedzenia, czasem straszone. Wiele z tych osób ma nadal nieprawidłową relację z jedzeniem.

MLF: Podejrzewam, że w ogóle dużo z nas, osób, które są teraz dorosłe, ma takie doświadczenia, że gdzieś tam te techniki były stosowane w domach. Właśnie to zmuszanie, nagradzanie, bicie brawa za każdego kęsa, ocenianie takie: „grzecznie jesz”, „ładnie jesz” etc. To wszystko budzi bardzo dużo emocji u dziecka. Te emocje się gromadzą i właśnie w różny sposób w przyszłości będą po prostu wychodzić. U jednego dziecka będzie to właśnie skłonność do otyłości, u innego pojawi się jakieś inne zaburzenia odżywiania, jakiś brak pewności siebie, brak zaufania do swojego osądu, to może się bardzo nawarstwić. Myślę, że to ma bardzo duże konsekwencje i takie niepozorne ocenianie przychodzi często automatycznie, bo mamy zakodowane z własnych doświadczeń, żeby oceniać dziecko, czy ładnie zjadło zupę, czy nie zjadło, takie porównywanie do innych dzieci, że w tym wieku czyjeś dziecko zjadało już tyle, a moje dziecko zjada cały czas mało. Pamiętajmy, że nawet jeżeli dziecko zacznie zjadać więcej w wieku 16 miesięcy, ale będzie cały czas w tej dobrej atmosferze i będzie cieszyć się z bliskości, zrozumienia, wsparcia, to ono ostatecznie więcej wyniesie z tego korzyści niż dziecko, które zostało przymuszone do jedzenia i już np. w wieku 9 miesięcy zjadało dużo. Ostatecznie lepiej wyjdzie na tym ten starszy, który później zaczął jeść.

MK: Rodzice zdają sobie z tego wszystkiego sprawę i nie chcą zmuszać, nie chcą szantażować, krytykować, oceniać, ale co zrobić, jeśli na przykład pojawiają się dziadkowie, którzy mają inne podejście do jedzenia, do karmienia dzieci? Jak zadbać o granice swoje i o granice dziecka, kiedy oni wychodzą ze swoimi pomysłami, ze swymi komentarzami na temat tego, jak dziecko je? Myślę, że wiele z nas ma doświadczenia z komentarzami na temat żywienia naszego dziecka. Jak sobie z tym radzić?

MLF: Myślę, że właśnie najważniejsze jest to, żeby pamiętać, że tylko my możemy zadbać w tym momencie o granice dziecka. My jesteśmy rodzicami, więc w tym momencie bezpieczeństwo psychiczne naszego dziecka jest w naszych rękach. Ono jeszcze nie powie babci, żeby dała mu spokój, jeszcze nic nie odpowie, więc ono wchłonie trochę jak gąbka różne komentarze i wyczuje tę presję i emocje wokół siebie i wokół tego jedzenia. Dlatego warto za nie zadbać o to. I na pewno ważne jest to, żeby przedstawić jasne granice i jasne zasady, jakie panują w naszym domu. Że nie stosujemy kar i nagród w kontekście jedzenia, że nie oceniamy dziecka, które je, nie namawiamy, nie zagadujemy, nie zabawiamy, że nie czytamy książeczek podczas posiłku i trzeba bardzo wyraźnie zaznaczyć granice, te zasady z prośbą o to, żeby każdy je uszanował i żeby dostosował się do tego. A jeżeli ktoś tego nie rozumie, nie chce i nie zgadza się z tym, to może po prostu nie uczestniczyć w tym posiłku, może nie przebywać z dzieckiem w czasie, kiedy ono je albo może siedzieć na końcu stołu np. podczas wigilii, jak najdalej od dziecka. Ale generalnie po prostu zaznaczyć to, jak u nas jest i nie zapominać o tych naszych zasadach, mimo że jesteśmy gdzieś u kogoś w gościach. Zasady są nasze i nasze jest dziecko i to my jesteśmy odpowiedzialni za psychikę naszego dziecka. To jest bardzo ważne. Warto skupić się na dziecku, dać mu takie poczucie, że nawet jeżeli babcia coś tam sobie mówi, ocenia czy komentuje, to ono nie musi się martwić, bo mama jest z nim, jest bezpieczne, może sobie zjeść, ile chce i te komentarze nie powodują, że nagle np. mama też zmienia zdanie. Albo nagle mama, nie zwracając uwagi, pozwala gdzieś tam na komentarze, dziecko musi czuć, że ta mama jest i pilnuje (mama czy inna bliska osoba).

MK: Warto też mówić na głos: „Nie, to nieprawda dostaniesz deser tak czy inaczej”, nie przejmować się, jak ktoś dorosły się obrazi czy zawstydzi, może się wstydzić za swoje podejście i swoje komentarze. Tak, jak mówisz. Dzieci są od nas zależne i to my do pewnego wieku tak naprawdę raz, że chronimy ich granice, a dwa – pokazujemy im jednocześnie, w jaki sposób to robić. Myślę sobie tylko, że znów wracamy do takiego kawałka, że to często my mamy nieprzepracowane jedzenie.

Warto przemyśleć swoje relacje z rodziną w trakcie jedzenia, przy tym stole ze swoimi rodzicami, teściami. Oni też nas tak przy tym stole czasem traktują nadal jakbyśmy byli dziećmi i trudno nam stanąć w obronie naszego dziecka, bo chcielibyśmy, żeby to za nami ktoś się wstawił. Generalnie rodzicielstwo w dużym stopniu wydaje mi się pracą nad swoją asertywnością i wyznaczeniem swoich granic, przy jedzeniu zwłaszcza wiemy, jakie są te konsekwencje negatywne i one nie są wydumane, one są już zbadane, opisane, znamy mechanizmy związane z tą niefajną atmosferą przy stole i jak później to wpływa na dorosłe życie. 

Jakie są i czy są w ogóle jakieś dobre sposoby na to, żeby zachęcać dziecko do jedzenia, żeby spróbowało jednak ten brokuł, ale bez wywierania presji?

MLF: Najważniejsze jest to, żeby dawać dobry przykład. Jeżeli my jemy dobrze, jeżeli mamy zdrowe nawyki, jeżeli jemy dużo warzyw, owoców, jeżeli te nasze posiłki są zbilansowane, zwracamy uwagę na to, to koniec końców nasze dziecko też będzie się uczyło. Jeżeli my będziemy jedli codziennie frytki i burgery, to nie możemy oczekiwać tego, żeby dziecko wybrało brokuł. Musimy być takim przykładem dla dziecka, żeby ono też po prostu widziało, co jest na tym stole, żeby miało styczność z tymi warzywami i owocami, z tym, co jest zdrowe. Dziecko już się uczy nawet od patrzenia, od obserwowania tego, co jedzą rodzice, i chętniej też wtedy próbuje, widząc, że ma to samo na talerzu. Ważne jest to, żeby dziecko włączać do tych wspólnych posiłków i żeby te posiłki były podobne. Jeżeli my jemy jakiś swój posiłek, np. kotlet z ziemniakami i surówką, a dziecku dajemy słoiczek, to może być tak, że po prostu ono nie będzie chciało tego zjeść, bo będzie bardziej ciekawe tym, co jest u rodzica. Tak to działa i warto zadbać o to, żeby na tych talerzach były po prostu zdrowe produkty. Super sposobem jest włączanie dziecka do wspólnego gotowania. To działa cuda i to jest po prostu super. Buduje się też więź. To jest bardzo fajne spędzanie czasu razem. Bardzo przełamuje też jakieś takie obawy i lęki dziecka związane właśnie z jedzeniem, daje dziecku poczucie takiej sprawczości. Jeżeli ono jest włączone na równych zasadach do przygotowywania posiłku (oczywiście będzie robić coś, co jest w stanie zrobić np. wrzuca coś do miski czy kroi sobie banana tępym nożem), to ono ma poczucie, że uczestniczy w tym życiu również jedzeniowym, a przy okazji chętnie np. spróbuje takiego banana czy skubnie płatków owsianych w czasie robienia koktajlu, spróbuje ogórka do położenia na kanapkę. To też zwiększa szanse, że po prostu dziecko się bardziej zainteresuje jedzeniem, że pokona jakieś swoje wątpliwości i odważy się do spróbowania czegoś.

No i najważniejsze: zaufanie dziecku, żeby dawać mu wybór, pozwalać mu na podjęcie decyzji. Oczywiście to my jesteśmy odpowiedzialni za to, w czym dziecko będzie wybierać. Jeżeli damy wybór między czekoladką a brokułem, to możemy liczyć się z tym, że wybierze czekoladę. Ale jeżeli my mu dajemy wybór między zdrowymi produktami, to to jest nasza odpowiedzialność, a dziecko już sobie z tego wybierze. Takie sposoby na pewno działają. Myślę, że bardzo ważne jest to, żeby pozwolić dziecku na to, żeby to ono decydowało, kiedy jest koniec jego posiłku, o tym, kiedy się najadło. Należy odejść od karmienia łyżeczką, namawiania, bo według nas dziecko za mało zjadło i pozwolić dziecku, żeby po prostu mogło samo samodzielnie podjąć decyzję, czy już odejdzie od stołu, czy jest najedzone itp.

MK: Myślę, że wielu rodziców jest zachwyconych tym, że dziecko jest chętne do spróbowania nowych smaków i zaciekawione, a repertuar rzeczy, które zjada jest dosyć szeroki. A później pojawia się taki moment, kiedy dziecko po kolei odrzuca kolejne produkty i zostaje przy jakichś pięciu podstawowych, bazowych. I bez żadnych owoców. Myślę, że też warto o tym pamiętać, że to nie jest niestety tak, że jak wprowadzimy świetne nawyki od samego początku, ta atmosfera będzie dobra, to to sprawi, że ominiemy pewien etap rozwojowy, który nazywa się neofobią żywieniową i przez który przechodzi kilkadziesiąt procent dzieci. Warto być spokojnym, to też jest normalny etap u wielu dzieci, że one odchodzą od większości produktów i zostają przy takiej bazie, przy której czują się bezpiecznie. To znowu nie sprawia, tak jak powiedziałam, że my możemy przestać próbować, proponować, czyli nawet, jak nasze dziecko kiedyś jadło brukselki i pełnoziarnisty, a teraz to tylko biała buła i makaron z sosem pomidorowym (ale osobno 🙂 ), to znaczy, że my coś źle zrobiliśmy i że to jest koniec. To tylko początek. Dziecko cały czas kształtuje nawyki żywieniowe. Tak naprawdę tylko właśnie poprzez pozytywną atmosferę i proponowanie możemy z tego etapu wyjść.

MLF: Taka trudności może się pojawić i kiedy rodzice zaczną się tym stresować i naciskać na dziecko, to ta trudność się pogłębi, a nie pomożemy dziecku z tego wyjść, bo ten etap minie. I bardzo ważne jest to, żeby właśnie po prostu towarzyszyć dziecku, obserwować czy proponować. Proponujemy zdrowe posiłki i mamy zdrowe nawyki żywieniowe, ale to nie znaczy, że dziecko kiedyś nie będzie lubiło frytek czy parówek, a może właśnie wybierze sam suchy makaron. To nadal jest indywidualny człowiek, który ma swoje wybory, więc też musimy to uszanować i towarzyszyć dziecku, pomagać, proponować, uczyć tego jedzenia czy właśnie włączać we wspólne przygotowywanie posiłków. Ale bez tej presji, bez nacisku, bez zmuszania, porównywania, to jest bardzo ważne. Te nawyki żywieniowe i tak zaprocentują w przyszłości. I nawet jeżeli ten etap będzie trwał trochę dłużej, to i tak ostatecznie dziecko jako już dorosły człowiek będzie dużo zdrowsze psychicznie i na pewno będzie miało właśnie fajne nawyki żywieniowe i dobre relacje z jedzeniem. Więc do tego ostatecznie dążymy i to jest najważniejsze.

MK: Warto zdjąć z siebie taką presję, że to wszystko od nas zależy, bo jednak dziecko rodzi się jako konkretny człowiek, ma jakiś temperament, pulę genów itd. My możemy po prostu postarać się o to, żeby zrobić wszystko, jak najlepiej możemy, natomiast pewnych rzeczy się nie da przeskoczyć. Nawet jeśli dziecko nie ma żadnych trudności rozwojowych, to może np. być supersmakoszem, czyli może mieć więcej kubków smakowych niż przeciętna osoba, więc bardziej wyczuwa smak gorzki i przez to odrzuca pewne produkty.

Ja np., jeśli porozmawiałabym z kimś ze Wschodu, to on powiedziałby, że w poprzednim wcieleniu byłam psem myśliwskim, ponieważ mam bardzo dobry węch i w związku z tym u mnie część produktów odpada ze względu na zapach, chociaż w smaku mogłoby być całkiem niezłe, co też pewnie utrudnia i jakoś się zawęża moje wybory. Na szczęście akurat jestem z takiej rodziny, w której nigdy nie byłam do jedzenia zmuszana, namawiana na cokolwiek, więc wydaje mi się, że mam stosunkowo dobrą relację z jedzeniem, dla mnie jedzenie jest po prostu jedzeniem, nie przywiązuję do niego specjalnie dużo emocji ani pozytywnych, ani negatywnych.

To często wynika z takich uwarunkowań typowo biologicznych. Nie jest to związane ani z jakimiś propozycjami rozwojowymi czy jakimś zaburzeniem po prostu niektórzy tak mają. Myślę sobie, że warto dać taką bazę, by dać to, co możemy. A to, co możemy dać, to obniżenie presji, zbudowanie dobrej atmosfery, proponowanie i zaufanie, pamiętanie, że dziecko jest całością. To zaprocentuje.

MLF: Bardzo zależy nam na tym, np. żeby dziecko jadło warzywa, ale jeśli one nie pojawiają się przy posiłkach, nikt ich nie proponuje dziecku, tylko mówi, że ono i tak tego nie zje, to już z założenia wykluczamy możliwość spróbowania ich przez dziecko. Jeżeli ono nie dostanie tego na talerzu, to tylko się utwierdza w tym przekonaniu, że faktycznie ma tych warzyw nie jeść. Jednak jeżeli te warzywa są, przewijają się gdzieś tam w kuchni na talerzach, ma do nich dostęp, to dziecko ma zupełnie inne podejście do tych warzyw, są one obecne w jego życiu i nawet jeżeli na jakiś czas np. z nich zrezygnuje, to gdzieś tam będzie do nich wracać i będzie miało to przekonanie, że warzywa w jadłospisie powinny występować, że są nieodłącznym elementem.

Tu też znów wracamy do tego zaufania, że dziecko jest po prostu w pełni kompetentnym człowiekiem i jest w stanie podejmować swoje decyzje, dokonywać wyborów i tak naprawdę to jest właśnie bardzo ważne, by o tym pamiętać.

MK: A jak jest nam bardzo trudno to powinniśmy szukać wsparcia u dietetyków dziecięcych albo psychologów, neurologopedów, terapeutów wczesnej interwencji, terapeutów karmienia, terapeutów integracji sensorycznej, a nawet fizjoterapeutów, bo czasami problemy z wysiedzeniem w krzesełku przy stole mają dzieci, które mają jakieś trudności z napięciem mięśniowym, zawsze warto szukać, jeśli coś nas niepokoi, choćby po to, żeby się uspokoić.

Powinniśmy gotować pod siebie i ewentualnie wykluczać produkty, których dziecko jeść nie powinno. Warto również zająć się pracą nad własnymi przekonaniami dotyczącymi jedzenia, przyjrzeć się własnym doświadczeniom z dzieciństwa, presji wokół jedzenia – warto to przemyśleć, poukładać i dopiero potem wrócić do tematu żywienia własnego dziecka, już z taką głową pozbawioną tych przesądów własnych, trudnych doświadczeń i pogodzenia się z przeszłością.

 

Jak mówić do dziecka, żeby ono mówiło? Wywiad z mgr Ulą Petrycką

Jak mówić do dziecka, żeby ono mówiło? Wywiad z mgr Ulą Petrycką

 

Dzisiaj będziecie mieli okazję zapoznać się z wywiadem, który miałam przyjemność przeprowadzić z ekspertką Parentflixa – klubu online dla rodziców. Moim gościem była Ula Petrycka.

Ula jest ekspertką w Parentflixie, czyli moim klubie online dla rodziców. 

Ula jest logopedką i neurologopedką. Ukończyła filologię polską i od ośmiu lat pracuje z dziećmi nad rozwojem ich komunikacji, mowy i wymowy, prowadząc zajęcia zarówno indywidualne, jak i grupowe. Ula organizuje również konsultacje dla rodziców. Jest autorką gier logopedycznych „Taki sam”. Możecie ją znać z bloga oraz mediów społecznościowych Kiedy do logopedy.

Magdalena Komsta: Spotkałyśmy się, żeby porozmawiać o tym, jak mówić do dziecka, żeby ono zaczęło mówić do nas. Zacznijmy od pewnego bardzo popularnego przekonania. Czy to prawda, że należy do dziecka mówić dużo, żeby ono też zaczęło dużo i szybko mówić?

Ula Petrycka: Wiele osób tak sądzi, ale niestety nie jest to aż tak prosta zależność. Oczywiście to nie jest tak, że lepiej jest do dziecka nie mówić. Gdy mówimy do dziecka bardzo dużo, rozwijamy jego słownik bierny. Słownik bierny to zasób słów, które dziecko usłyszało, poznało i zrozumiało, ale  – jak sama nazwa wskazuje – jest on bierny, to znaczy, że dziecko się tymi słowami nie posługuje. Żeby jakieś słowo ze słownictwa biernego przeszło do słownictwa czynnego, to musi się zadziać o wiele więcej, niż tylko to, że rodzic będzie mówił, mówił, mówił. Gdybym miała tu wskazać jakąś prostą zależność, to raczej powiedziałabym, że im więcej rodzic do dziecka mówi, tym więcej dziecko rozumie. Ale jednocześnie nie do końca będzie tak, że im więcej rodzic mówi, tym więcej mówi dziecko. Jest takie określenie związane z rozwojem mowy dziecka: zanurzanie w kąpieli słownej. Ja tego pojęcia bardzo nie lubię, bo często rodzice rozumieją je dosłownie, że trzeba cały czas bombardować dziecko mówieniem. Kiedy otwiera się okno rozwojowe dla produkcji, czyli dla mówienia – a otwiera się ono już w okolicy 8. miesiąca życia dziecka, wtedy już się możemy spodziewać pierwszych słów, zazwyczaj to jest bliżej roku, ale niektóre dzieci już w 8. miesiącu życia zaczynają wypowiadać pierwsze słowa – to nam w tym momencie zależy na tym, żeby zostawić dziecku przestrzeń do jego samodzielnych produkcji.

Czyli paradoksalnie, żeby dziecko się rozgadało, to ważniejsza jest cisza, żebyśmy jako dorośli umieli zostawić maluchowi przestrzeń do jego samodzielnych wypowiedzi. Zostawienie takiej ciszy działa bardzo skutecznie na rozwój mowy i to jest dużo lepsze niż np. proszenie dziecka: „No powiedz”, mówienie mu: „Powtórz” czy zadawanie miliona pytań. Czasem naprawdę wystarczy zostawić taką ciszę, choć jest to trudne. Jeżeli jesteśmy przyzwyczajeni do tego, żeby do malucha cały czas mówić, mówić, mówić, to jest nam później trudno przejść w taki tryb dialogowania, a to jest właśnie to, do czego zachęcam – żeby nie tyle do dziecka mówić, co bardziej z dzieckiem rozmawiać. Ciekawe jest to, że możemy rozmawiać już z bardzo małymi dziećmi, z niemowlętami. Już z kilkutygodniowym dzieckiem możemy prowadzić taki podstawowy dialog.

MK: Jak zatem rozmawia się z dzieckiem, które jeszcze nie wypowiada nawet pierwszych słów?

UP: Taki maluszek, który nie wypowiada jeszcze pierwszych słów, również prezentuje wiele zdolności komunikacyjnych. Pierwszym objawem komunikacji jest kontakt wzrokowy. Dziecko, które ma zaledwie kilka dni, może już na chwilę łapać z nami kontakt wzrokowy i to już jest jeden z elementów komunikacji, bardzo zresztą ważny. On się przydaje na długo, więc warto wyrobić w sobie taki nawyk kontaktu wzrokowego z dzieckiem, inicjowania go i podtrzymywania, ale też obserwowania, w którym momencie to maluch go inicjuje. To jest też pierwsza rzecz, którą robię, gdy chcę wejść w komunikację z dzieckiem. Po prostu schodzę do jego poziomu – kucam, siadam na podłodze tak, żebyśmy mogli z łatwością mieć utrzymany kontakt wzrokowy.

Później pojawia się u maluszka uśmiech społeczny, czyli już nie ten błogi i nieświadomy, który dziecko ma w pierwszych dniach życia, tylko właśnie taki pełniący funkcję komunikacyjną. Bardzo ważne jest, żebyśmy jako dorośli odpowiadali na ten uśmiech, również go inicjowali. Powinniśmy wdrożyć się w umiejętność naprzemiennego komunikowania, czyli my coś dajemy, na przykład uśmiech, i czekamy na reakcję dziecka. Dziecko coś daje np. uśmiech czy kontakt wzrokowy, czy głużenie lub gaworzenie i my oddajemy tak, jakbyśmy właśnie ze sobą rozmawiali. W myśl zasady naprzemienności.

MK: Gdybyś jeszcze rozwinęła, czym jest głużenie i czym różni się ono od gaworzenia.

UP: Głużenie jest charakterystyczne dla pierwszego półrocza życia dziecka. Jest ono wydawaniem dźwięków w sposób nie do końca uświadomiony. I tu ciekawostka: głużą również dzieci niesłyszące. To dźwięki w stylu ghhh, khhh. Natomiast gaworzenie przybiera formy ciągów sylabowych i ono jest już bardziej świadome, może też mieć charakter samonaśladowczy. Dzieje się tak wtedy, gdy maluch słyszy swoje realizacje i samonaśladuje, próbuje sam po sobie powtarzać. Pamiętajcie też o tym, że nie zawsze to przybiera takie formy jak w reklamach i nie zawsze to musi być koniecznie „da da da”. Mogą to być też inne ciągi sylabowe. Ważne jest, żeby w tym drugim półroczu życia dziecko wokalizowało. Tutaj też zwracamy uwagę na to, czy maluch w drugim półroczu swojego życia coraz chętniej będzie chciał nas zaczepiać w tej komunikacji. Czyli to już nie będzie takie wydawanie dźwięków w eter, tylko maluch już będzie starał się coś osiągnąć. Nawet jeśli to nie są jeszcze świadome słowa, to będzie to np. forma jakiejś zaczepki w kierunku rodzica. I tutaj też warto pamiętać o tym, żeby zastosować tę naprzemienność. Gdy dziecko wypowiada ciągi sylabowe, dorosły może je po dziecku powtórzyć albo może sam zainicjować jakiś ciąg sylabowy, najlepiej taki, który już wcześniej u dziecka słyszał, bo wtedy ma pewność, że to jest skrojone na miarę możliwości tego malucha, i może oczekiwać tego, że dziecko po nim powtórzy.

MK: Czyli to, do czego dążymy, to naprzemienność i wytrzymanie tej chwili ciszy, kiedy dziecko zbiera się do odpowiedzi. Powinni o tym pamiętać zwłaszcza rodzice najmłodszych dzieci, dzieciom chwilę zajmuje przetworzenie tego komunikatu i wyprodukowanie własnego. Nawet jeśli chodzi o te pierwsze uśmiechy. Mówisz „nie” takiej kąpieli słownej rozumianej jako ciągłe zalewanie dziecka własnymi monologami bardzo różnej treści. A czego jeszcze trzeba unikać, rozmawiając z małym dzieckiem?

UT: To, czego trzeba unikać, to seplenienie i mówienie niepoprawnie. Jeżeli chodzi o seplenienie, to czasami tak jest, że nam się wydaje, że to będzie fajne i miłe, że mówiąc w taki dziecięcy sposób się do dziecka dopasujemy i że to po prostu jest coś, co nas zbliża komunikacyjnie do malucha, ale trzeba mieć świadomość, że dziecko nabędzie mowę w taki sposób, w jaki ją słyszy. Nabędzie takie słowa, które słyszy od opiekunów, od osób, z którymi najczęściej przebywa. Więc jeżeli my np. mówimy „cio się śtało maluśku”, to dziecko nabierze przekonania, że w słowie „stało” jest głoska „ś”, w słowie „maluszek” również jest głoska „ś”. I mimo tego, że dziecko przed trzecim rokiem życia zazwyczaj zmiękcza i wypowiada „s” jako „ś”, to wcale nie oznacza, że dziecko nie słyszy różnicy. Jeżeli maluch ma podawane prawidłowe wzorce, to mówi wprawdzie „śtało” zamiast „stało”, mówi „maluśek” zamiast „maluszek”, ale wie, że tam ma być coś innego. To świetnie widać, kiedy na przykład dziecko mówi „maluśek”, ja powtórzę po nim „maluśek”, a ono się złości i mówi: „Nie maluśek. Maluśek!”. To dla mnie jest dowód na to, że ono wie, że ma być inaczej. A jeżeli my będziemy podawać właśnie takie spieszczone, bo nawet nie można powiedzieć, że zdrobnione, tylko takie spieszczone formy, to zaburzymy u malucha poczucie tego, które słowa są poprawne, a które są niepoprawne i w którym momencie. Nawet jeżeli dziecko już zyska dojrzałość aparatu artykulacyjnego do tego, żeby wypowiadać te trudniejsze głoski – bo „s” i „sz” są trudniejsze od „ś” – to i tak nie będzie wiedziało, czy ma się poprawić, czy to, co mówi jest dobre, bo przecież rodzic tak do niego też mówi. To jest coś, przed czym bardzo przestrzegam. Mówmy do dzieci poprawnie. Nie używajmy takich spieszczeń.

Co do zdrobnień, czyli np. „chlebek”, „kanapeczki”, „jogurcik”, to tutaj już nie jestem aż tak bardzo radykalna, jak przy spieszczeniach. Bo to są wyrazy, które nam się czasem nasuwają, ale są poprawne. Tylko miejcie świadomość, że wtedy, gdy używamy zdrobnień, utrudniamy dziecku. Dlatego, że zdrobnienia są najczęściej dłuższe niż słowa niezdrobnione, mają więcej sylab. Często też zdrobnienia mają taką trudność, że występują w nich blisko siebie spółgłoski. To są słowa, które jest maluchowi trudniej wypowiedzieć. Tak jak na przykład w wyrazie „sklep”, w którym mamy trzy spółgłoski blisko siebie, ten wyraz jest trudny dla dziecka. I podobnie jest przy zdrobnieniach. Gdy je stosujemy, zmieniamy wyraz łatwy na trudny. Weźmy dla przykładu taką trójkę” „buła” – bardzo łatwe, „bułka” – troszkę trudniejsze, „bułeczka” – bardzo trudne. Nie dość, że trzy sylaby, to jeszcze spółgłoski stoją obok siebie i po prostu utrudniamy. To oczywiście nie jest tak, że się musicie bardzo pilnować i żadnych zdrobnień nie używać, ale jeżeli oczekujemy, że dziecko będzie już po nas powtarzać, będzie samodzielnie wypowiadać, to warto prezentować takie słowa, które będą bardziej w zasięgu jego możliwości.

MK: Jest coś takiego jak mowa matczyna, czyli specjalny sposób mówienia czy rozmawiania z dzieckiem. I wiele osób właśnie kojarzy ją z tym seplenieniem, zmiękczaniem. A na czym właściwie polega taka prawdziwa, prawidłowa, polecana mowa matczyna? Jeśli oczywiście nie jest to mitem, że powinno się jej używać, zwłaszcza w odniesieniu do najmłodszych dzieci.

UP: Samo to, że mowa matczyna wypływa w dużej mierze z intuicji, już jest jakimś argumentem za tym, żeby jej używać, żeby komunikacja z dzieckiem była naturalna, prawdziwa. Mowa matczyna często jest w takiej warstwie melodii języka, czyli mówimy trochę bardziej podniesionym tonem, mówimy z większym zaśpiewem, częściej powtarzamy frazy, nawet sami po sobie. Czyli np. mówimy: „A kto tu jest?, A kto tu jest”. Ale rzeczywiście to jest intuicyjnie prawidłowe, ponieważ dziecko, które słyszy wielokrotnie powtórzony komunikat, ma większą łatwość z tym, żeby np. wyabstrahować z dłuższego zdania taki fragment, który będzie mu łatwiej zrozumieć. To można porównać do tego, jak my się uczymy języków obcych. Jeśli ktoś mówiłby do nas przez cały czas tylko pełnymi zdaniami, bez żadnych powtórzeń, nie wymagając interakcji z naszej strony, to nasze rozumienie nie szłoby aż tak bardzo do przodu, a produkcja mowy jeszcze wolniej. Gdy mamy mówią w taki sposób, to może korzystnie wpływać na to, żeby dzieci się rozgadywały. Więc jeżeli tak mamy mówicie, to róbcie tak dalej. Tylko zwracajcie uwagę na to, żeby to było w dialogu. Po prostu nie tyle mówcie tak do dzieci, co rozmawiajcie z nimi w ten sposób. Stosowanie takich krótkich komunikatów też korzystnie wpływa na to, że dziecko rozwija rozumienie i później samodzielną produkcję. Musi to być oczywiście wyważone, żeby nie było tak, że gdy mamy małe dziecko, to zupełnie nie używamy zdań złożonych z więcej niż trzech wyrazów. Dziecko musi również rozwijać słownik bierny, musi się z prawidłową polszczyzną, ze zdaniami złożonymi osłuchiwać.

Gdy oczekujemy tego, że dziecko już będzie produkować mowę, to faktycznie korzystniejsze może się okazać używanie właśnie takich krótszych komunikatów. Dostosowujemy nasz sposób wypowiedzi do poziomu, na którym dziecko się znajduje. Im maluch starszy, tym trochę będziemy podnosić poprzeczkę, to jest bardzo ważne. Ale jeżeli jesteśmy z dzieckiem na co dzień, to czasem trudno jest nam wyczuć moment, w którym już można mówić w bardziej skomplikowany sposób, więc czasami warto zaprosić kogoś z zewnątrz i zobaczyć, jak ten ktoś rozmawia z naszym maluchem, bo może się okazać, że nasze dziecko rozumie już zdania złożone i spokojnie możemy już używać bardziej skomplikowanych komunikatów.

 

MK: A jak jest z takimi dźwiękonaśladowczymi sformułowaniami? Dzieci często same wychodzą z taką inicjatywą. Ale czy my też powinniśmy je świadomie wprowadzać, poza wprowadzaniem normalnych słów, (czyli zamiast mówić „przewrócił”, mówić „bam”), czy raczej nie wpływa to korzystnie na rozumienie? 

UP: Z wyrażeniami dźwiękonaśladowczymi jest tak, że one są dla dziecka łatwe do wypowiedzenia. Tak jak już przedtem powiedziałam, tam, gdzie dużo spółgłosek stoi obok siebie, tam, gdzie jest więcej sylab to to są słowa trudne. Wyrażenia dźwiękonaśladowcze zaś najczęściej charakteryzują się tym, że mają albo tylko jedną sylabę, albo kilka sylab powtarzalnych. Na przykład słoń może robić „tu tu tu”. Mamy trzy takie same sylaby. Bardzo często też w tych wyrażeniach dźwiękonaśladowczych samogłoski przeplatają się ze spółgłoskami, to łatwiejsze niż kilka spółgłosek obok siebie. Stąd też u dzieci jest taka naturalna potrzeba tego, żeby zauważać dźwięki otoczenia i je powtarzać, a gdy my jako dorośli będziemy jeszcze te umiejętności stymulować, czyli tak naprawdę proponować dziecku wyrażanie dźwiękonaśladowcze, to możemy przyspieszyć rozwój jego mowy.

Padło tu bardzo ważne pytanie: Czy możemy mówić wyrażenia dźwiękonaśladowcze zamiast słów? Ja polecam, żeby jej mówić oprócz słów. Żeby nie zastępować, ale dodawać wyrażenia dźwiękonaśladowcze, aby nie było tak, że my do dziecka mówimy na przykład zdanie: „O, to dzidzi tup tup tup” i używamy tylko tych wyrażeń dźwiękonaśladowczych. Bo wtedy maluch już zupełnie wyłącza swój słownik bierny. Dużo lepiej jest powiedzieć w taki sposób: „Chodź, idziemy do łazienki, tup, tup, tup”. I potem najlepiej zostawiamy ciszę, bo jest okazja do tego, żeby dziecko powtórzyło po nas. „Tup, tup, tup” – powtarzalne, rytmiczne i złożone z przeplatających się spółgłosek i samogłosek. Gdy odkręcimy wodę, możemy powiedzieć: „Woda się leje, śśś”. I znów, jeżeli mamy dziecko w okolicy roku, to żadne z tych słów „odkręcimy”, „wodę”, „leje” nie jest jeszcze w zasięgu jego możliwości. Ale „śśś” już tak. I gdy maluch przyswoi sobie, że dźwięk „śśś” odnosi się do lejącej się wody, to tak naprawdę możemy to już zaliczyć do jego słów. Gdy np. następnego dnia wieczorem dziecko samo pójdzie do łazienki, wskaże na kran i powie „śśś”, to znaczy, że mamy już słowo w słowniku dziecka, ponieważ wyrażenia dźwiękonaśladowcze w mowie maluchów występują w funkcji słów.

Gdy rodzice słyszą o normach rozwojowych, o tym, że dziecko w okolicy pierwszego roku życia powinno już wypowiadać jakieś swoje pierwsze słowa, a półtoraroczniak powinien ich już wypowiadać minimum trzydzieści, to czasem zapominają o tym, że właśnie wyrażenia dźwiękonaśladowcze też się liczą. „Śśś” na dźwięk lejącej się wody jest słowem. Gdy wyrażenie dźwiękonaśladowcze jest na stałe przypisane do jakiegoś desygnatu, czyli do jakiegoś przedmiotu, czynności lub zjawiska, to ono jest słowem. Dlatego zachęcam do tego, żeby używać wyrażeń dźwiękonaśladowczych, tylko nie zamiast słów, a oprócz nich.

MK: Powiedziałyśmy o wyrażeniach dźwiękonaśladowczych. Czy jest coś jeszcze, o czym warto pamiętać, rozmawiając z małym dzieckiem, aby pozytywnie wpływać na rozwój jego mowy?

UP: Kontakt wzrokowy. Pamiętajcie, że nie tylko z parotygodniowym maleństwem, ale również ze starszym dzieckiem, staramy się zawsze utrzymać kontakt wzrokowy. Jeśli do tej pory tego nie robiliście i Wasze dziecko nie jest przyzwyczajone do tego, żeby patrzeć na Waszą twarz, gdy mówicie, to możecie zastosować pewne triki.

Na przykład pomalowanie sobie ust mocno czerwoną szminką. Panowie z kolei, jeśli nie chcą tego robić, mogą np. założyć okulary z jakimiś ciekawymi albo przynajmniej kontrastującymi z twarzą oprawkami. Możemy założyć jakąś opaskę na włosy albo nawet czerwony nos klauna. Cokolwiek, co przyciągnie uwagę dziecka do naszej twarzy. To jest ważne nie tylko dlatego, że kontakt wzrokowy pełni funkcję komunikacyjną, ale również dlatego, że dzieci uczą się mowy nie tylko słuchowo, ale też wzrokowo, obserwując układ naszych ust. Jeżeli damy maluchowi możliwość, żeby obserwował nasze usta, to ułatwimy mu nabywanie mowy. Weźmy np. samogłoski, które są jednymi z prymarnych elementów języka, i gdy powiemy je z teatralną, przesadną starannością, to możemy zaobserwować, że układ ust się zmienia w zależności od tego, którą samogłoskę wypowiadamy. Jeżeli wcześniej złapaliśmy kontakt wzrokowy z dzieckiem i ono patrzy na układ naszych ust, to jest mu o wiele łatwiej. Jest bardzo duża grupa maluchów, które układają usta w ten sam sposób, co dorośli, nawet nie wydając dźwięku. Sądzę, że mogą się tutaj uaktywniać neurony lustrzane, które po prostu każą nam układać usta w ten sam sposób, co nasz rozmówca. Czasami może tak być, że jeszcze tego dźwięku nie ma, ale układ ust już jest, więc jesteśmy bardzo blisko tego, żeby pojawiło się słowo. I jeszcze taka podpowiedź dla Was: jeżeli jest problem z tym, żeby dziecko patrzyło na naszą twarz, bo na przykład jest bardzo energiczne, jest zawsze w ruchu i w biegu, to w momencie, gdy pokazujemy mu jakiś przedmiot, np. figurkę zwierzątka, dobrze jest pokazywać go na wysokości swojej twarzy.. Wtedy dziecko, chcąc nie chcąc, zauważy, w jaki sposób układamy usta.

MK: A jak jeszcze aktywizować dziecko do powtarzania? Czy potrzebujemy tego, że dziecko będzie po nas powtarzało? Czym różni powtarzanie od opowiadania i na czym nam zależy? Czy na obu tych rzeczach?

UP: W rozwoju mowy dziecka dążymy do tego, żeby dziecko samodzielnie nazywało. I to jest już taki końcowy etap. Rzeczywiście na tym nam najbardziej zależy, żeby maluch samodzielnie inicjował komunikację, a do tego musi samodzielnie nazywać. Często jest tak, że dzieci powtarzają po dorosłych trochę tak w ramach treningu. Gdy dziecko usłyszy jakieś nowe słowo, to powtarza je po dorosłym i przez to niektórzy dorośli mają poczucie, że zachęcenie dziecka do powtarzania wpłynie pozytywnie na rozwój jego mowy. To wpływa pozytywnie na sprawność jego artykulatorów, bo im więcej dziecko słów wypowiada, tym lepiej te artykulatory ćwiczy. Jednak to nie jest coś, do czego powinniśmy dziecko zachęcać, bo powtarzanie słów po dorosłym to jest po prostu okropna nuda. Poza tym dziecko ma prawo nie rozumieć komunikatu „powtórz”, maluch ma prawo nie wiedzieć, co to znaczy. Dlatego zawsze zachęcam do tego, żeby stosować trochę inne triki niż mówienie „powtórz”.

Jest ich wiele i mogłabym o tym mówić bez końca. Opowiem Wam o kilku z nich. Cisza – jest naprawdę bardzo skuteczna i z tego korzystajcie. Możemy też dziecku zadać pytanie, które nie będzie takim do końca pytaniem otwartym. Jeżeli np. zadajemy półtoraroczniakowi pytanie: „Dlaczego się rozpłakałeś?”, to trudno, żeby on nam na to pytanie odpowiedział. Możemy też zadać pytanie zamknięte, na które się da odpowiedzieć „tak” albo „nie”, i dziecko odpowie „tak” albo „nie” albo nawet pokręci tylko głową. Żeby to wypośrodkować, możemy zadać pytanie z wyborem. Bardzo lubię ten sposób do nauki przymiotników. Możemy na przykład zapytać dziecko: „Chcesz wodę zimną czy ciepłą?”. Maluch ma dwa słowa do wyboru – powinniśmy mądrze zaplanować, jakie to będą słowa. Jeżeli damy słowa, które są trudne do wypowiedzenia, to maluch może w ogóle nie chcieć wejść w tę komunikację. Ale gdy wybierzemy takie słowa, które leżą w zasięgu możliwości dziecka, to jest już łatwiej. Jeżeli widzimy, że maluch już wymawia jakieś słowa jednosylabowe, oparte na schemacie spółgłoska-samogłoska-spółgłoska, to możemy np. zaproponować: „Chcesz wodę czy sok?”, tylko nie pokazujemy wtedy tych dwóch przedmiotów, żeby maluch po prostu nie wskazał palcem, wiadomo, że tak zrobi, bo dzieci są mądre. Po prostu pytamy. Jeśli dziecko bardziej lubi sok i będzie go chciało, to nie będzie miało wyjścia i będzie po prostu musiało odpowiedzieć: „Sok”. W ten sposób możemy malucha zachęcić.

Co jeszcze możemy robić? Nauka „daj”. Rodzice czasami się burzą, jak to „daj”, przecież dziecko powinno mówić „proszę”. Zawsze zwracam uwagę na to, żeby wszystkie nasze działania względem dziecka były skrojone na miarę. To jest taka wskazówka dotycząca tego, żeby starać się szukać trochę łatwiejszych artykulacyjnie synonimów. „Proszę” jest słowem trudnym, ale ma synonim „daj” (wiem, że to nie do końca synonim, ale wystarczający), który jest o wiele łatwiejszy i maluch naprawdę może przyswoić go już w dwunastym, trzynastym, czternastym miesiącu życia.. Dlatego uważam, że lepiej jest nauczyć dziecko słowa „daj”, które ma wysoką funkcję komunikacyjną, niż upierać się przy słowie „proszę”, które ma grupy spółgłoskowe i jest po prostu trudniejsze. Powinniśmy szukać tych łatwiejszych synonimów i w ten sposób możemy również zachęcać dziecko do mówienia.

Ja nigdy do dziecka nie kieruję wprost komunikatu: „No, ale powtórz”, „no, ale powiedz”, tylko po prostu mówię, gdy dziecko np. wskazuje jakiś przedmiot: „Podoba ci się ta piłka? Chciałbyś mi powiedzieć »daj«?”. I czekam. Jeżeli dziecko w to nie chodzi, to próbuję jeszcze jeden raz: „Jaś mówi »daj«”. I ponownie czekam. Żeby też dziecka nie wystawiać na aż taką próbę, to później już mówię: „Jaś mówi »daj« i Ula daje”. Tych prób trzeba od kilkunastu do kilkudziesięciu. To nie jest tak, że za każdym razem, gdy zastosujecie tę sztuczkę, dziecko powie. Przy wspieraniu rozwoju mowy dziecka trzeba się wykazać dużą cierpliwością i maluch musi tych doświadczeń zebrać dużo. Zwłaszcza jeżeli na przykład do tej pory nie miał takich doświadczeń, nie wie, że ta cisza jest jego przestrzenią, to tym bardziej musicie się uzbroić w cierpliwość i to potrwa parę tygodni. Ale warto.

MK: Jak ćwiczyć mówienie z małym dzieckiem?

UP: Jeśli chodzi o ćwiczenia mówienia dla dzieci do dwóch lat, to zazwyczaj zalecam rodzicom, żeby patrzyli na to bardziej jak na zmianę sposobu komunikacji w całym naszym życiu rodzinnym. Jeżeli znane jest Wam pojęcie „przyjaznej pielęgnacji”, o której mówią fizjoterapeuci, to ja trochę staram się ją przenieść na grunt rozwoju mowy. Często mówię o takiej przyjaznej pielęgnacji jeśli chodzi o mówienie do dziecka, a właściwie rozmawianie z nim. To nie będą takie ćwiczenia, w których na przykład siadamy przy stoliku z dwulatkiem, tylko to będzie nasz sposób zwracania się do dziecka i rozmowy z nim. To będzie np. zabawa w wołanie osób i przedmiotów. Dwulatek nie będzie tego postrzegał jako ćwiczenia z mówienia, tylko będzie to odbierał jako dobrą zabawę. Rodzic ma tu taką przewagę, że ta zabawa może być przez niego kierowana. Możemy np. wołać osoby i przedmioty, których nazwy dziecku będzie w miarę łatwo wypowiedzieć. Jeśli maluch jest na etapie wypowiadania słów złożonych z dwóch sylab, najczęściej to będą dwie sylaby tak zwane otwarte, czyli spółgłoski plus samogłoski, np. „buty”, to bierzemy zabawkę, np. fokę, chowamy ją gdzieś w domu i zachęcamy dziecko do tego, żebyśmy teraz wspólnie poszukali tej foki. „Chodź, wołamy fooo-kaaa!” i zostawiamy ciszę, czekamy na reakcję dziecka. Gdy dziecko zawoła, to oczywiście foka wyskakuje wtedy z ukrycia.

Czy można tu przesadzić z ćwiczeniami? Trudno odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie, bo wydaje mi się, że dużo zależy od tego, jaką presję rodzic nakłada na siebie i na dziecko. I według mnie ta presja nie sprzyja temu, żeby komunikacja swobodnie i naturalnie się rozwijała. Ale jeżeli potraktujemy naukę mówienia dla dwulatka jako właśnie taką przyjazną pielęgnację, jako takie zabawy, które dziecku mogą się spodobać, to trudno przekroczyć tę granicę. Możemy się bawić w rysowanie, rysować wspólnie z dzieckiem, ale zamiast pytać uparcie: „A co to?”, „a powiedz”, „a powtórz”, „jak to się nazywa?”, „a co to jest?”, pytamy dziecko po prostu: „Co ci teraz narysować?”. Jeżeli maluch wypowiada na razie mało słów, np. ma w swoim słowniku cztery słowa, to będzie się kręcił wokół nich i nie będzie w stanie powiedzieć czegoś innego. Ale przecież rodzic może coś zaproponować. Na przykład: dziecko w kółko mówi, że chce, żeby mu narysować „koko” (w znaczeniu „kura”), rodzic może powiedzieć: „Zobacz, kura już jest, to może teraz narysujemy ja-ja”. I znowu mamy łatwe do wypowiedzenia słowo, to są dwie sylaby otwarte i na dodatek takie same. Może dziecko zgodzi się na to i chcąc rodzicowi potwierdzić, że się zgadza, wypowie to słowo. Ani nie użyłam słowa „powiedz”, ani „powtórz”, ani nie prosiłam dziecka, tylko po prostu weszłam z nim w zabawę i maluch mając chęć ze mną w tę zabawę się bawić, wypowiedział słowo.

MK: A kiedy rodzic jest zmęczony albo potrzebuje chwili na ciepłą kawę, czy wtedy te wszystkie zabawki, które mówią, wiesz, szczeniaczki, garnuszki z klocuszkami – czy one mogą nas wesprzeć w rozwijaniu umiejętności komunikacji dziecka?

UP: One nas mogą wesprzeć w wypiciu kawy, ale nie w rozwijaniu umiejętności komunikacyjnych dziecka. Udowodniono już, że dzieci, które mają dużo tych zabawek (grających, śpiewających zabawek, które same mówią), mniej wchodzą werbalnie w kontakt z rodzicami. A skoro już coś gra, mówi i śpiewa, to być może rodzic nie ma takiego poczucia, że powinien z dzieckiem rozmawiać. Być może dziecko nie ma wtedy też takiej potrzeby, żeby jakąś komunikację inicjować, bo ta komunikacja się dzieje sama, gdzieś tam obok nich, obok dziecka i obok rodzica. Dlatego ja nie jestem zwolennikiem zabawek grających. Jest też drugi argument, który mówi o tym, dlaczego te zabawki, mimo zapewnień producenta, jednak nie rozwijają mowy – dziecko, żeby rozwijać mowę, musi nie tylko słuchać, ale też patrzeć. Dlatego zachęcam do tego, żeby starać się zwracać uwagę malucha na naszą twarz i dla dzieci przed trzecim rokiem życia, niestety mimo tego, że kawa jest zimna, rodzic jest najlepszą zabawką, najbardziej interaktywną, bo jest najbardziej responsywną zabawką. My jako dorośli bardziej możemy się dostosować do poziomu i do możliwości dziecka. I dlatego nie zawsze jest tak, że dziecko, które pójdzie do placówki edukacyjnej, do żłobka czy do przedszkola, to “się rozgada”. Dziecku jest dosyć trudno nabyć mowę od rówieśników, dlatego że rówieśnicy nie są właśnie na tyle responsywni, na tyle dostosowujący się do poziomu dziecka, które jeszcze mało mówi. Dorośli mogą wymodelować ten sposób komunikacji, np. użyć łatwiejszego artykulacyjnie synonimu, ale inne dzieci nie będą takie cierpliwe i nie będą starały się tłumaczyć w nieskończoność, dopóki nie znajdą porozumienia.

MK: Zabawki tworzą również pewnego rodzaju tło, które może sprawiać, że rodzic mówi mniej. Rozumiem, że podobnie jest z włączonym telewizorem, ale także radiem, które sprawiają, że ktoś coś do nas mówi i mamy często trochę mniejszą motywację, żeby tę ciszę zapełnić własnymi komunikatami kierowanymi do dziecka.

UP: Tak, również może tak być. Nie chodzi o to, żebyście w ogóle nie włączali muzyki, bo jeżeli Wam to sprawia przyjemność, to oczywiście jakaś część dnia może być wypełniona muzyką, ale trzeba tu znaleźć taką zdrową granicę. Jeżeli widzicie, że moment, w którym włączacie radio, jest momentem, w którym Wasze dziecko milknie i przestaje inicjować komunikację, to powinna Wam się zapalić właśnie taka lampka. Te momenty powinny być kontrolowane przez Was, ustalamy sobie jakąś porę dnia, kiedy wspólnie słuchamy muzyki, ale nie włączamy jej na cały dzień.

MK: Dziękuję Ci za rozmowę.

 

Czym jest metoda Self Reg i samoregulacja? Wywiad z dr Jagodą Sikorą

Czym jest metoda Self Reg i samoregulacja? Wywiad z dr Jagodą Sikorą

sylwetka rozmówcy wywiadu w tekście

 

Dr Jagoda Sikora jest ekspertką w Parentflixie, czyli moim klubie online dla rodziców. 

 

Jagoda o sobie

Jestem psychologiem dziecięcym w trakcie specjalizacji z psychologii klinicznej dzieci i młodzieży, doktorem psychologii i facylitatorem metody Self-Reg. Moje naukowe zainteresowania koncentrują się w około macierzyństwa i psychologii rozwojowej. Uwielbiam swoją pracę i z chęcią wspieram dzieci i rodziców w radzeniu sobie z wyzwaniami, które stają na ich drodze. Szczególnie bliski jest mi temat regulacji emocji. Posiadam doświadczenie w pracy klinicznej, które zdobywałam i ciągle zdobywam pracując z dziećmi i młodzieżą między innymi w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka na licznych oddziałach somatycznych oraz w innych placówkach wsparcia ambulatoryjnego  i dziennego. Pracuje również na Uniwersytecie Śląskim w Instytucie Psychologii na stanowisku adiunkta oraz prowadzę szkolenia dla specjalistów i rodziców. Przeprowadziłam ponad 1000 godzin szkoleń i zajęć dydaktycznych.

Ukończyłam dwa poziomy szkolenia certyfikacyjnego z podejścia Self-Reg (metody samoregulacji), studium terapii dzieci i młodzieży oraz kurs podstawowy podejścia skoncentrowanego na rozwiązaniach TSR. Odbyłam liczne szkolenia z zakresie pracy interwencyjnej i diagnostycznej z dziećmi i młodzieżą.  W 2020 redagowałam merytorycznie książkę Agnieszki Stążki-Gawrysiak „Self-regulation. Szkolne wyzwania” wydaną przez Znak oraz rozpoczęłam działalność psychoedukacyjną w przestrzeni internetu. Prywatnie jestem żoną jednego męża i mamą trójki chłopców, którzy stale motywują mnie do rozwoju.

Magdalena Komsta: Czym w ogóle jest Self-reg i co tak naprawdę znaczy ten termin? 

Jagoda Sikora: Jest to metoda samoregulacji, bo Self-reg to jest po prostu skrót od Self-regulation, czyli z angielskiego: termin oznaczający „samoregulację”. Spodziewam się, że zaraz możesz mi zadać pytanie – co to jest samoregulacja. Samoregulacja jest taką umiejętnością, dzięki której rozpoznajemy nasze sygnały stresu, rozpoznajemy rzeczy, które nas stresują, podnoszą nam napięcie i staramy się działać adekwatnie. Możemy mówić o pewnej świadomej samoregulacji, czyli właśnie pochylaniu się nad naszymi sygnałami stresu i stresorami, ale możemy też mówić o pewnych mechanizmach mniej świadomych, które również stosujemy. 

MK: Zawsze przychodzi mi do głowy takie pytanie: jak się ma samoregulacja do samokontroli? Bo te terminy wydają się być podobne.

JS: Stuart Shanker, czyli twórca metody Self-reg, zebrał te wszystkie definicje samoregulacji i starał się popatrzeć na nie z różnych perspektyw i okazało się, że jest bodajże 440 definicji samoregulacji, które są w różny sposób opisywane. Tak jak powiedziałaś, samoregulacja i samokontrola to nie są te same mechanizmy. Jeżeli miałabym wytłumaczyć, czym się różni samoregulacja od samokontroli (a nawet w podręcznikach z psychologii rozwojowej często mamy te terminy stosowane zamiennie, co tak naprawdę jest błędem), to samokontrola jest takim mechanizmem hamowania. Ja tę metaforę hamowania bardzo lubię, bo ona przypomina nam też, jak funkcjonujemy w ramach emocji, i jeżeli miałabym porównać właśnie emocje do na przykład jazdy autostradą, to powiedziałabym, że często potrafimy rozwinąć bardzo, bardzo dużą prędkość, a samokontrola będzie takim ostrym hamowaniem. Nic się z naszym samochodem nie stanie, jeżeli będziemy ostro hamować raz na jakiś czas, bo na przykład nagle coś nam wyskoczy i musimy zareagować. Ale jeżeli hamujemy w ten sposób bardzo często, rozpędzamy się do 180 km/h i co trzy, cztery kilometry hamujemy do zera, no to nie dojedziemy do domu, a zetrzemy już pewnie klocki hamulcowe (i jeszcze inne rzeczy, o których nie mam pojęcia, a które są w naszym samochodzie). Podobnie jest z emocjami. Jeżeli ciągle hamujemy nasze reakcje emocjonalne, cały czas podejmujemy właśnie takie próby ich stłumienia, nie zastanawiamy się nad tym, co czujemy, to dochodzimy czasami do takiego kresu i wtedy nam się „ulewa” emocjonalnie i na przykład krzyczymy, jest nam bardzo trudno, wpadamy do czarnej dziury napięcia.

Jeśli do jazdy samochodem porównalibyśmy również samoregulację, to będzie to taka umiejętność, która polega na spoglądaniu na kontrolki, które są w samochodzie, taka uważność na to, co się dzieje dookoła. Czyli – nie będziemy tylko jechać te 180 km/h, nie patrząc na to, co się w ogóle dzieje, tylko będziemy na bieżąco reagować na sytuacje na drodze, na sytuacje, które dzieją się w nas, gdy coś jest dla nas trudne i nie będziemy tym samym często dopuszczać do takiego gwałtownego hamowania. 

MK: Te dwa terminy – samokontrola i samoregulacja emocjonalna – mogą się teraz bardzo fajnie łączyć w kontekście postanowień noworocznych, bo mam poczucie, że my często, gdy  myślimy na przykład „nie będę jadła tyle słodyczy” albo „nie będę krzyczeć na moje dzieci”, myślimy właśnie o samokontroli – powstrzymam się od jedzenia wieczorem tych słodyczy, powstrzymam się od krzyczenia na moje dzieci. Dlaczego zatem warto się uczyć samoregulacji, a niej samokontroli, tego powstrzymywania się od słodyczy czy krzyczenia „siłą woli”? 

JS: Metafora diety, o której powiedziałaś w kontekście samokontroli, jest bardzo trafna, bo jeżeli założę, że odchudzam się od pierwszego stycznia i chcę się na koniec miesiąca zobaczyć w sukience w rozmiarze 38 (co w mojej sytuacji jest troszkę abstrakcyjne), kupię sobie wtedy nową sukienkę, a teraz będę się odchudzała, to wybieram jakąś ekstra dietę, na przykład „kawa i kapusta”. Pierwszego dnia wcinam kapustę, zapijam kawą, trzymam się mojej wizji, że będę mieć sukienkę w rozmiarze 38. Drugiego dnia też mam ciągle wizję tej sukienki. Trzeciego dnia nie jest mi łatwo, ale ciągle się trzymam. Czwartego dnia przechodzę koło piekarni, gdzie pachnie mi świeżutki chlebek. Najprawdopodobniej wezmę na miejscu bochenek. I to się stanie dlatego, że w sytuacji wysokiego napięcia, kiedy ciągle hamujemy i hamujemy, tracimy niejako pełen dostęp do naszej kory nowej, a w niej są przecież wszystkie zaawansowane funkcje, takie jak myślenie abstrakcyjne czy myślenie logiczne. No i ja w końcu będę w takim napięciu, w kontekście tego głodu, który będę odczuwała, że nie będę już myślała abstrakcyjnie o tej sukience 38, tylko wejdę w klimat „muszę zjeść, bo moje podstawowe potrzeby nie są zaspokojone”. I to samo stanie się właśnie, jeżeli porównamy to do naszych emocji. Dlatego myślę, że trzymanie się samokontroli tutaj może nas troszkę zwieść na manowce. I dlatego warto się uczyć samoregulacji, bo to samo można uzyskać, nawet tę dietę, regulując się – uważnie przyglądając się moim potrzebom, patrząc na moje zapotrzebowanie na białka, tłuszcze, węglowodany, rozbijając posiłki na 4 czy 5 w ciągu dnia. Czyli ja mogę ten sam efekt uzyskać, regulując pewne moje potrzeby, a nie działając tylko na zasadzie hamulca i powstrzymywania się przed zrobieniem czegoś. Podobnie jest też z emocjami (ze złością na przykład) – ciągłe powstrzymywanie się i hamowanie nie wpływają na nas dobrze. 

MK: Na czym konkretnie polega metoda Self-reg? 

JS: Metoda Self-reg to jest pięć kroków. Pięć kroków, które mają nas prowadzić właśnie do pogłębienia wiedzy o sobie, o innych. 

Pierwszy z nich to jest rozpoznawanie sygnałów stresu, sygnałów rosnącego napięcia. Czyli patrząc na te ciastka, o których wspomniałaś wcześniej, będę szukała w ciągu dnia sygnałów, które informują mnie o tym, że na przykład jestem głodna, że jakieś moje podstawowe potrzeby nie są zaspokojone – będę szukała sygnałów, które informują mnie o tym, że rośnie mi napięcie. To będzie taki pierwszy element: rozpoznawanie sygnałów stresu. Ten pierwszy krok jest według mnie również bardzo przydatny w kontekście dzieci. Patrzymy na zachowanie dziecka przez pryzmat stresu i tego, że zachowanie jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, a pod spodem jest cała góra różnych sytuacji trudnych i różnych stresorów. 

MK: Powiedziałaś o tym pierwszym kroku z pięciu, a co jest po tym, jak przyjrzymy się już tym sygnałom stresu, zachowaniom – czyli jaki jest krok drugi? 

JS: Mamy zachowanie, które jest wierzchołkiem góry lodowej i potem nurkujemy i szukamy stresorów, czyli szukamy różnych takich sytuacji, różnych takich elementów, które generują to napięcie. A szukamy w pięciu obszarach. Na przykład stresorem biologicznym jest głód. 

MK: Myślę sobie też o pragnieniu, bo mam poczucie, że często dzieci nie mówią, że chce im się pić, a potem się okazuje, że jednak chciało im się pić i dlatego nietypowo się zachowywały. 

JS: Tak, dokładnie. Wśród tych stresorów biologicznych jest również sen. Nie tylko za mała jego ilość, ale też na przykład sen zły jakościowo. Tych stresorów biologicznych jest całkiem sporo. 

Dalej mamy obszar emocji, czyli różne sytuacje, które dla dziecka są na przykład nowe, trudne. Pojawia się jakaś zazdrość, jakaś rywalizacja, coś nowego i to też mogą być stresory dla dziecka. 

Potem mamy obszar poznawczy. Tych stresorów tu jest również bardzo dużo, bo to są te stresory związane z edukacją, z uczeniem się, z samooceną. Czyli te wszystkie stresory związane z myśleniem, to są wszystkie stresory, które mogą podnosić napięcie dziecku, czyli na przykład jakaś nowość – „jest mi trudno się do jakiejś sytuacji przystosować; ja nie rozumiem”. 

Gdy wsiadłam pierwszy raz do samochodu z automatyczną skrzynią biegów, to dla mnie to był właśnie stresor poznawczy, bo moja ręka szła w prawo, noga w lewo i kompletnie nie wiedziałam, jak mam tym jechać. Mimo że wszyscy mnie zapewniali, że to jest takie proste i od razu się przestawię. 

Potem mamy jeszcze obszar społeczny, czyli obszar relacji. Istnieje wiele stresorów, które nas w relacjach z innymi ludźmi potrafią mocno wyprowadzić z równowagi. Dla wielu dzieci są one jednak czasami takie nieoczywiste. Mam wrażenie, że dla dorosłych one są bardziej dostępne, ale dla dzieci pewne relacje mogą być bardzo trudne.

I ostatni obszar, w którym szukamy tych stresorów, to obszar prospołeczny, czyli obszar takich stresorów, które nie w bezpośredni sposób dotyczą dziecka, ale jednak podnoszą mu poziom napięcia. Na przykład dziecko pięcioletnie obejrzy Wiadomości czy Fakty w TVN-nie, gdzie będzie ukazany obraz wojny. Ono to zobaczy i chociaż ta wojna nie będzie dotyczyła jego bezpośrednio, to obraz, który widziało, bardzo mocno je dotknie i będzie ono odczuwało napięcie z tytułu tego niezrozumienia i tej trudnej sytuacji, którą obserwowało. 

 

 

MK: Czyli najpierw się przyglądamy tym sygnałom stresu, które się pojawiły, czasami trochę retrospektywnie, patrząc, co się działo przed tym, jak pojawił się wybuch. Później zastanawiamy się nad tymi stresorami w pięciu różnych obszarach. Jaki jest krok trzeci Self-Regu? 

JS: Krok trzeci to tak naprawdę redukcja napięcia. Najpierw mamy sygnał, potem nurkujemy, szukamy stresorów i jak już wiemy, co jest dla nas tym stresorem, to szukamy strategii, które pomogą nam ten stres zredukować. Część z tych strategii może polegać na profilaktyce, czyli tak jak mówiłyśmy już o głodzie, o pragnieniu. Często jest tak, że nawet gdy zaspokoimy daną potrzebę, to jednak trochę trwa, zanim nam napięcie odpuści. Ja mam postanowienie numer jeden – nigdy nie wracać głodna do domu, do dzieci, na przykład z pracy, bo wiem, że jestem wtedy w dużym napięciu i nawet jak coś na szybko zjem, to trochę czasu upłynie, zanim się ureguluję. Moim elementem redukcji napięcia, które generuje głód, jest zjedzenie nawet małego posiłku, zanim wrócę do domu i wejdę w okno tego całego szaleństwa. 

Tych sposobów na redukcję jest bardzo wiele, bo tak naprawdę bardzo różne są stresory. Będziemy więc starać się znaleźć indywidualne stresory danego dziecka, danej osoby i wymyślić strategie, które pomogą zredukować napięcie, które dane stresory generują. Myślę, że to szumnie brzmi – strategia redukcji napięcia – ale czasem to są zupełnie drobne rzeczy, które możemy zrealizować w ciągu dosłownie kilku minut. Jak na przykład ustawienie przypomnienia w telefonie, żeby pić więcej wody, albo zastanowienie nad tym, czy jestem głodna. Czasami mam tak (w takim pędzie jak coś robię), że nawet nie pamiętam, ile herbat wypiłam, czy coś zjadłam, i orientuję się, dopiero gdy widzę, że kubek jest pusty.

I tu chodzi właśnie o to zatrzymywanie się i sprawdzenie czasami, czy ja zjadłam, czy wypiłam. Często to nie muszą być bardzo wielkie strategie, typu – muszę na 40 minut gdzieś wyjść, żeby się zredukować, chociaż nie ukrywam, że to by mi pomogło. Czasem to są drobne rzeczy. Na przykład zamknięcie się w ciemnej łazience – taka mała kabina sensoryczna, w której odcinamy się od bodźców i odpoczywam przez dwie minuty. Czasem to jest bardzo wiele małych reduktorów napięcia, dzięki którym staram się właśnie obniżyć moje napięcie.

MK: Znam osoby, które – by zredukować napięcie – śpiewają sobie pieśni religijne. Wielu ludziom pomaga ruch, taniec, nawet z dzieckiem. Myślę też, że wielu z nas jest niestety skażonych takim zniekształceniem myślenia, które nazywa się „wszystko albo nic”. Czyli – ja to się odstresuję tylko wtedy, gdy pojadę do SPA na trzy dni bez dzieci. A ponieważ to się zdarzy najwcześniej za rok czy nawet kilka lat, to właściwie ja nic teraz nie mogę zrobić. A tak nie jest. Wiem, że dla wielu osób sposobem na redukcję stresora biologicznego, jakim jest hałas, jest noszenie stoperów. Przy stoperach czy słuchawkach wygłuszających nadal słychać dzieci i to nie jest tak, że jesteśmy zupełnie odcięci od bodźców. Ale hałasy słyszymy co najmniej kilkanaście decybeli ciszej i to robi ogromną różnicę niektórym mózgom.

JS: Myślę, że te strategie – tak jak powiedziałaś – to właśnie te krótkie, wyrywane różne chwile. Ale też korzystanie z automatyzacji. To jest bardzo fajne, że możemy korzystać z aplikacji, z przypomnień, zegarów, z różnych takich rzeczy, które zdejmują z naszego mózgu konieczność pamiętania na przykład o tym piciu wody. Jest teraz mnóstwo aplikacji na telefon, które same będą przypominać, żeby się napić, i warto zdjąć z siebie obowiązek pamiętania o swoich potrzebach jako kolejne zadanie z listy do wypełnienia i właśnie posłużyć się tą automatyzacją. 

MK: Mamy redukcję. To był krok numer trzy. Co dzieje się potem

JS: Krok czwarty, czyli kształtowanie samoświadomości. To jest taki krok, który tak naprawdę to zaczęliśmy robić już w kroku pierwszym. Kiedy pochylamy się nad sygnałami stresu, to to już pogłębia naszą samoświadomość, bo skanujemy ciało, zastanawiamy się nad tym, gdzie czujemy napięcie, albo patrzymy na nasze dziecko przez te self-regowe okulary i szukamy. Krok czwarty jest zatem takim krokiem, w którym na przykład możemy zastanowić tak na spokojnie nad tym, co się wydarzyło – jaki był ten wierzchołek góry lodowej, jakie stresory się pojawiły i jakie strategie redukcji napięcia zadziałały.

To jest też taki bardzo, bardzo silny zwrot w kierunku uważności. Twórca Self-regu Stuart Schenker zachęca do tego, żeby praktykować uważność i ćwiczyć ją w codziennym życiu. Właściwie to jest coś, o czym zaczęłyśmy już mówić przy redukcji napięcia, bo to monitorowanie (czy ja piłam, czy jadłam) to już jest taki zwrot w tamtą stronę. Gdyby chcieć tak bardzo uprościć (a nie jestem ekspertem od uważności), to Self-reg zaczerpnął z uważności właśnie to, żeby robić krótkie ćwiczenia. I tutaj to jedzenie, o którym mówiłyśmy, jest dla mnie na to bardzo dobrym przykładem. 

Jemy bardzo szybko i czasami nawet nie wiemy, ile zjedliśmy, czy było dobre, czy było ciepłe, czy zimne. Czasami robimy jedynie „wsad jedzeniowy”. Byleby zaspokoić poziom cukru. A w ramach ćwiczenia uważności możemy na przykład zjeść posiłek i zastanowić się nad tym, czy nam to smakowało, jaka była tego konsystencja, jaki był zapach; możemy wypić kawę i pomyśleć o tym, czy nam się jej zapach jakoś kojarzy.

W tym kroku chodzi o to, żeby się zatrzymać nawet trzy razy w ciągu dnia, chociaż na minutę, ale się zatrzymać na jakiejś jednej czynności, którą robimy. To, co już też powiedziałyśmy – my bardzo dużo rzeczy robimy, nasz mózg jest bardzo mocno przeciążony ilością czynności, tym obciążeniem mentalnym, a w ramach kroku czwartego zatrzymujemy się na chwilę i zastanawiamy się: „Jak ja się teraz czuję? Co ja teraz robię?”. Czyli – myjąc naczynia, nie myślę o tym, jaką mam jeszcze listę zadań do wykonania, ale koncentruję się teraz na tym, jaka ciepła woda spływa mi na ręce. To się może wydawać trochę odjechane, ale jeżeli zaczniemy to praktykować, to nagle możemy odkryć całkiem ciekawe rzeczy, które w nas się dzieją. Myślę, że to jest fajne i warto poszukać informacji, filmów na temat uważności – mindefullnes.

MK: A co jest numerem pięć?

JS: Numer pięć to jest akcja regeneracja. I o ile przy kroku trzecim mówiłyśmy o tym, żeby zredukować napięcie (czyli strzelamy w konkretne stresory, staramy się obniżyć napięcie), to w regeneracji staramy się bardziej naładować nasze baterie, niekoniecznie uderzając w konkretny stresor. Niektóre rzeczy zatem, które będziemy robić w kroku trzecim i które mają na celu zredukowanie napięcia, będą spójne z tymi z kroku piątego. Ale będą też takie czynności, takie aktywności, które niekoniecznie będą wymierzone w konkretne stresory, ale będą miały za zadanie doładować nam baterie. Na przykład, gdy mówimy o hałasie, to tutaj strategią redukcji będzie, powiedzmy, włożenie zatyczek, a strategią regeneracji może być puszczenie sobie jakiejś przyjemnej muzyki, żeby jeszcze bardziej doładować się pod takim względem sensorycznym.

MK: Zastanawiam się nad tym, jakie Ty jako ekspertka Self-Regu masz akcje regeneracje. Co robisz, żeby się zregenerować?

JS: Ja przede wszystkim staram się dużo spać. To nie jest do końca właściwie moja strategia redukcji napięcia, ale właśnie zadbanie o doładowanie moich baterii. Staram się sobie układać plan dnia i trzymać się go – na przykład wypić kawę w ulubionym kubku, bo wiem, że te 5 minut z tą kawą, kiedy nawet przez szybę nam nie świeci słońce, od razu sprawiają, że czuję się po prostu lepiej. Czasem nie mam możliwości uderzyć w konkretny stresor, bo mam trójkę dzieci i nie jestem w stanie tego ogarnąć. Ale czasami są takie sytuacje, kiedy staram się podnieść sobie poziom energii, doładować moje baterie i na przykład wyjść z tym kubkiem kawy, puścić sobie ulubioną piosenkę na YouTubie, zrobić cokolwiek, nawet małego, żeby nie dopuścić do rozładowania całkowitego baterii.

Warto sobie zrobić listę regeneracji, czyli tego, co mnie regeneruje. Bo tak jak mówiłaś, czasami sięgamy i mówimy: „Ach, mogę jechać na Bahamy. Tam na pewno się zregeneruje”. Ale jest bardzo dużo małych sposobów na to, żeby doładować własne akumulatory, tylko trzeba trochę poszukać, bo każdy z nas ma różne sposoby na regenerację. 

Zastanawiam się, w kontekście tego, co powiedziałeś, na ile taki stały kontakt z Internetem i mediami społecznościowymi może nam pomóc lub zaszkodzić. Czy czytanie tych informacji zdrowotnych o pandemii nie jest czynnikiem, który nam szybciej rozładowuje baterię?

MK: Często, gdy myślimy o regeneracji, to myślimy o strategiach związanych z umysłem i nauką, czytaniem, oglądaniem. Czasem chyba za mało jednak robimy dla ciała, dla rozładowania napięcia, które gromadzi się w mięśniach. Czy te pięć kroków wykonuje się zawsze w tej samej kolejności?

JS: Generalnie one są ułożone w taki sposób, żeby właśnie pochylić się nad sygnałami stresu, potem poszukać stresorów i je zredukować. Ale często jest tak, że żeby dostrzec, że dziecko nie robi mi na złość, potrzebuję się najpierw zregenerować i trochę odpocząć, żeby w ogóle móc o tym myśleć w ten sposób.

Najlepiej zacząć od samoregulacji rodzica, dlatego że ona mocno wpływa na to, jak funkcjonują dzieci, czyli – jak ja jestem zestresowana i napięta, nawet gdy przykleję na moją buzię piękny uśmiech i powiem: „Jestem taka zregenerowana”, to moje dzieci od razu będą wyczuwały moje napięcie, będzie działał rezonans limbiczny, czyli ten mechanizm, poprzez który dzieci właśnie w taki nieświadomy sposób wyczuwają napięcie, zwłaszcza w relacjach z bliskimi.

MK: A gdybyś miała tak na zakończenie naszej rozmowy powiedzieć o tym, jakie jest najważniejsze przesłanie nauki samoregulacji, to co by to było?

JS: Byłoby to chyba to, że bardzo ważne jest, żeby ubrać self-regowe okulary łagodności i popatrzeć na siebie i na dziecko właśnie przez pryzmat tego, że bardzo wiele zachowań wynika z tego, że towarzyszy nam wysokie napięcie, że jest nam trudno. 

Jeszcze jeden element, o którym bardzo chciałam powiedzieć, to to, że w samoregulacji nie ma gotowców. To może wydawać się trudne, że mamy różne sygnały, różne stresory, ale to jest dla mnie ogromna wartość. Nie ma jasnych protokołów, gdzie możemy odhaczyć, że tak i tak zrobimy i to zadziała. I to jest z jednej strony trudne, ale to jest ogromna wartość, że właśnie nie ma gotowców. Warto pochylić się nad samym sobą, nad konkretnym dzieckiem i poszukać, pozastanawiać się nad tym, co zabiera nam energię, a co podnosi napięcie, co stresuje, a co ładuje nasze baterie.

MK: I właśnie w tej fascynującej drodze przez naukę samoregulacji będziesz towarzyszyć nam w Klubie online dla rodziców!

 

Zaparcia u dzieci – wywiad z psychologiem

Zaparcia u dzieci – wywiad z psychologiem

Otrzymuję od Was dużo pytań o zaparcia nawykowe u Waszych dzieci. Aby móc przekazać Wam profesjonalną i rzetelną wiedzę na ten temat, postanowiłam porozmawiać z ekspertką, która każdego tygodnia pomaga kilku rodzinom z takimi trudnościami Karlą Orban.

Karla jest psychologiem i pracuje z dziećmi oraz ich opiekunami od ponad dekady. Pracuje i kształci się w podejściu systemowym, łącząc je z teorią więzi, ale dzięki odbyciu szeregu szkoleń zarówno z zakresu terapii poznawczo-behawioralnej, jak i NVC na rozwój dziecka patrzy wieloaspektowo. Udziela wsparcia w ramach własnej praktyki psychologicznej, superwizuje przedszkola i szkoły oraz prowadzi warsztaty dla rodziców i nauczycieli. Jest jedną z ekspertek w moim klubie online dla rodziców Parentflix. Jej główny obszar zainteresowań to regulacja procesów fizjologicznych u dzieci (jedzenia, wydalania, snu) oraz wspieranie dzieci w chorobach somatycznych. Prywatnie jest mamą trójki dzieci.

Magdalena Komsta: Czym różnią się zaparcia od zaparć nawykowych? Czy może to jest ten sam termin?

Karla Orban: Obie nazwy są poprawne, natomiast nie każde zaparcia są nawykowe. Stawiając diagnozę, lekarz będzie sprawdzał, czy zaparcia nie mają przyczyny organicznej, czyli nie wynikają np.  z choroby układu pokarmowego. Gdy nie ma przyczyny organicznej o zaparciach mówi się, że są czynnościowe lub – potocznie – nawykowe.
Nie każde zaparcie będzie też spełniało kryteria diagnostyczne zaparć czynnościowych, na przykład dlatego, że trwa zbyt krótko.

MK: Kto stawia taką diagnozę? Do kogo należy się udać, kiedy nasze dziecko doświadcza zaparć?

KO:Zawsze zaczynamy od lekarza pediatry. Może być tak, że skieruje nas na dodatkowe badania lub do gastrologa dziecięcego. To jednak ważne, żeby spróbować ustalić przyczynę i wykluczyć choroby, nie prowadzić leczenia na własną rękę. 

MK: Czy to jest częsty problem?

KO: Tak. Zakłada się, że dotyczy nawet 8% dzieci, co czwarta wizyta u gastrologa dziecięcego to konsultacja zaparć. Mimo to zaparcia nie są łatwym tematem terapeutycznym. Terapia może trwać bardzo długo, nawet kilka miesięcy czy lat. Mówi się, że nawet u połowy dzieci zaparcia nawracają.
W Polsce współpraca między specjalistami to wciąż rzadkość. Bywa, że rodzice słyszą, że mają zmienić dietę dziecka, bo duża wybiórczość może być jedną z przyczyn zaparć, ale wciąż nie wiedzą, dlaczego ich dziecko nie je tak wielu rzeczy. Takie zalecenia trudno jest wtedy wprowadzić w życie.
Może być tak, że rodzina potrzebuje wsparcia psychologicznego, żeby w domu wszystko przestało się kręcić „wokół kupy”. Zamiast tego słyszy, żeby dawać dziecku nagrody za wypróżnienia. Nagrody nie tylko nie adresują przyczyny, którą nie jest w ogóle motywacja, ale też mogą pogorszyć sprawę.

 

MK: Czyli psycholog jest potrzebny?

KO: Nie zawsze. Jeśli leczenie medyczne działa, dziecko prawidłowo się rozwija, a rodzina jest w stanie prowadzić normalne życie – nie ma potrzeby takiej konsultacji. Jeżeli jednak napięcie w rodzinie jest bardzo duże, różne metody zachęcania do wypróżnień nie działają, leki nie likwidują objawów albo dziecko zaczyna mieć trudności z samooceną czy emocjami, to zdecydowanie warto się zgłosić do psychologa dziecięcego. Zalecenie konsultacji psychologicznej jest także częścią rekomendacji Europejskiego Towarzystwa Gastroenterologii, Hepatologii i Żywienia (EPSGHAN) w przypadku nieefektywności leczenia.

MK: Dlaczego zaparcia są tak dużym obciążeniem dla rodziny?

KO: Dziecko może nie robić kupy przez bardzo długi okres czasu – rekordziści nawet po kilkanaście dni. W tym czasie widać, że cierpi, więc rodzice próbują wszystkiego, żeby pomóc. Napięcie w rodzinie spada tylko wtedy, kiedy dziecko się załatwi, czyli rzadko. Samo napięcie może sprawić, że dziecko wstrzymuje wypróżnienia, żeby jak najdłużej nie mierzyć się z upominaniem, prośbami, groźbami czy bólem. Im dłużej jednak wstrzymuje, tym trudniej się załatwić i tym więcej napięcia pojawia się w domu – mamy błędne koło. W pewnym momencie zaparć pojawia się także brudzenie bielizny kupą, co z perspektywy rodzica może wydawać się wręcz objawem biegunki. Wtedy dochodzą nowe zmartwienia i obawy: o reakcję rówieśników, przyszłość dziecka, kwestia prania brudnych majtek.

MK: Czy zaparciom można w jakiś sposób zapobiec?

KO: Zdecydowanie warto próbować. W pierwszej kolejności, nie przyśpieszajmy odpieluchowania – u dziecka najpierw powinniśmy obserwować oznaki gotowości psychofizycznej (znajdziesz je tutaj, KLIK!), co prawie nigdy nie dzieje się przed 18 miesiącem życia. Wczesne odpieluchowanie jest jednym z czynników ryzyka. Niemniej ważne jest to, żeby odpieluchowaniu nie towarzyszyła presja, a fizjologia nie była tematem tabu. Z punktu widzenia mięśni dna miednicy, niekorzystne będzie przesiadywanie na nocniku (np. z książką, zabawką czy bajką), nacisk na załatwianie się na zapas (często towarzyszy mu parcie) i nieprawidłowa pozycja toaletowa. Kolana dziecka powinny być zawsze nieco wyżej niż miednica, bo w pozycji kucznej mięśnie mają optymalne warunki do pracy. Częścią prewencji jest też picie wody zgodnie z zapotrzebowaniem, ruch fizyczny i dieta bogata w błonnik.

MK: A jeśli to nie wystarczy?

KO: Czasami nie jesteśmy w stanie zapobiec zaparciom mimo naszych starań. Miałam u siebie małych pacjentów, u których zaparcia zaczęły się od zatwardzenia czy odwrotnie, piekącej pupy z powodu biegunki infekcyjnej, czyli czegoś, co może się zdarzyć każdemu dziecku. U niektórych, zwłaszcza z historią trudności fizjoterapeutycznych, rozwojowych czy gastrologicznych, łatwiej o utrwalenie wstrzymywania. W takim przypadku możemy też nastawić się na dłuższą terapię i potrzebę opieki holistycznej, przez więcej niż jednego specjalistę.

 

Dołącz do kursu autorstwa Karli Orban Zaparcia nawykowe i trudności w odpieluchowaniu!

Jesienne infekcje – wywiad z farmaceutą

Jesienne infekcje – wywiad z farmaceutą

Zaczyna się jesień i zaczynają się jesienne infekcje! Zwłaszcza, jeśli dopiero zaczęliśmy przygodę ze żłobkiem lub przedszkolem i nasze dziecko po raz pierwszy styka się z tak dużą liczbą nowych patogenów.

Jak zapobiegać infekcjom i jak z nimi walczyć, gdy się już pojawią?

Postanowiłam spytać o to Artura Rakowskiego – zielonogórskiego farmaceutę i promotora zdrowia. Artur prowadzi bloga arturrakowski.pl, w którym po męsku opowiada o ojcostwie, sprzęcie medycznym i zdrowiu najmłodszych. Jest autorem wielu publikacji w prasie branżowej oraz prelegentem ogólnopolskich konferencji dla specjalistów i pacjentów. Lokalnie współpracuje z wieloma fundacjami i prozdrowotnymi ruchami miejskimi. Prywatnie jest zakochanym mężem Aurelii i szczęśliwym ojcem Amadeusza. W wolnych chwilach sporo czyta i odpoczywa przy muzyce elektronicznej.

Magdalena Komsta:  Wyobraź sobie, że jestem rodzicem dziecka powyżej roku. Zaczynam z maluchem adaptację do żłobka, klubu dziecięcego, przedszkola. Po dwóch tygodniach – pierwszy katar. Czy mogę przy takiej infekcji skorzystać z porady farmaceuty i jego propozycji leków bez recepty? Kiedy jednak powinnam zwrócić się do lekarza po pomoc?

Artur Rakowski: Zacznijmy od tego, że większość infekcji górnych dróg oddechowych ma charakter samoograniczający się – czyli wymaga kontrolowania objawów i spokojnego oczekiwania na rozwój wypadków. Infekcja  jest wtedy zwalczana po prostu przez układ immunologiczny dziecka. Jednakże są takie sytuacje, kiedy należałoby porzucić domowe sposoby i samoleczenie preparatami aptecznymi i udać się do lekarza. Pierwszym sygnałem, który powinien skłonić nas do wizyty u lekarza, jest kaszel przewlekły, czyli taki, który utrzymuje się dłużej niż 2 tygodnie oraz zmieniający się kolor wydzieliny, zwłaszcza jeśli widzimy w niej krew.

Kaszel i kichanie tak naprawdę są  naszym naturalnym odruchem obronnym. Pod dużym ciśnieniem maluszek pozbywa się  patogenów, które podrażniły mu błonę śluzową górnych dróg oddechowych i doszło do odruchu kaszlu. Więc to jest tak naprawdę nasz sojusznik. Jeśli więc kaszel nie jest napadowy, jeśli dziecko się nie dusi, nie ma potrzeby podawania syropu przeciwkaszlowego  – chyba że jest problem z zasypianiem.

Wiem, że producenci w reklamach często wmawiają społeczeństwu, że syrop jest i na mokry, i na suchy kaszel. To jest mit. W jednym leku nie powinno się łączyć substancji przeciwkaszlowej i wykrztuśnej. Syropy wykrztuśne, czyli te na mokry kaszel, upłynniają wydzielinę, ale paradoksalnie wywołują odruch kaszlu, by tą zalegającą wydzielinę usunąć z dróg oddechowych. Taki jest ich mechanizm działania. Jeśli więc najpierw użyjemy syropu na mokry kaszel, a za chwilę na suchy, to wydzielina zostanie upłynniona, a potem zostanie nam na drogach oddechowych. Nie wykrztusimy jej. To nie jest dobre postępowanie.

MK: Co z gorączką? Kiedy jeszcze można podawać leki i obserwować dziecko, a kiedy powinniśmy jednak zasięgnąć porady lekarskiej?

AR: Bardzo ciekawy temat poruszyłaś. Amerykańscy pediatrzy mówią o takiej jednostce chorobowej jak fever phobia, czyli lęk przed gorączką. I wcale nie dotyczy ona dzieci, a ich rodziców. Część specjalistów zwraca uwagę na to, że zbyt pochopne zbijanie gorączki może przeszkadzać organizmowi dziecka w zwalczaniu infekcji. Z drugiej strony mamy też zwolenników szybkiego działania. Argumentują, że pojawiały się przypadki drgawek gorączkowych już przy temperaturze 38 stopni C. Przeciętny rodzic, może przede wszystkim obserwować swoje dziecko. Jeśli u naszego dziecka ta temperatura powoli narasta, nie są to nagłe skoki temperatury, to myślę, że spokojnie możemy poczekać z podawaniem leków do 38,5 stopni C. Musimy natomiast odpowiednio nawadniać dziecko. 

MK: Skoro jesteśmy już przy lekach przeciwgorączkowych, powiedz, proszę, jakie leki przeciwgorączkowe można podawać małym dzieciom, a jakie są absolutnie zabronione?

AR: U dzieci w przypadku leczenia gorączki lekiem z wyboru jest paracetamol ponieważ jest on najbezpieczniejszy. Można do leczenia włączyć inny lek przeciwgorączkowy, na przykład ibuprofen. I wtedy zastosować taką terapię naprzemienną co 4-6 godzin. Najpierw ibuprofen, później po 4-6 godzinach paracetamol. Następnie znowu ibuprofen, paracetamol i tak przez całą dobę, ale tylko w sytuacji gdy maluch nie zareagował na podawanie paracetamolu. Lekami przeciwgorączkowymi przeciwwskazanymi u dzieci jest metamizol sodowy i aspiryna, ponieważ może spowodować zespół Reye’a, czyli uszkodzenie wielonarządowe. 

MK: Kiedy podać lek przeciwgorączkowy w syropie, a kiedy wybrać czopki?

AR: Preferowaną postacią podawania leków jest postać doustna. Ale są takie przypadki, szczególnie u najmniejszych dzieci, u maluszków, kiedy lek trzeba podać w czasie snu: wtedy fajnym rozwiązaniem jest czopek. Jeśli dziecko wymiotuje syropem, to również możemy podać lek w formie czopku. Pamiętajmy, że jeśli wymioty pojawiły się w ciągu 10 minut od podania, to nie nastąpiło wchłonięcie części dawki, więc spokojnie możemy wtedy podać czopek z tą samą substancją. Natomiast jeśli te wymioty nastąpiły po 40 minutach, to nie powinno się ponownie podawać tego samego leku, bo może dojść do zatrucia. Kiedy nie jesteśmy pewni, co do tego ile czasu upłynęło od podania poprzedniej dawki, lepiej poczekać te 3 – 4 godziny z kolejną dawką. Decydując się na terapię naprzemienną, najlepiej podać paracetamol w formie doustnej, natomiast ibuprofen podać w czopku. To jest takie optymalne rozwiązanie, z racji tego, że paracetamol bardzo słabo uwalnia się z masy czopkowej.

MK: Chciałabym teraz porozmawiać trochę o katarze. W jaki sposób rodzice mogą oczyszczać nos dziecka? 

AR: Warto udrożniać nos dziecku, ponieważ przy nagromadzeniu wydzieliny może dojść do rozwoju ostrego zapalenia zatok. Przez lata  w naszej kulturze zachodniej byliśmy uczeni, że nos wydmuchuje się w chusteczkę. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale fizjologiczne oczyszczanie nosa przez nasz organizm przebiega w zupełnie odwrotnym kierunku. Ponieważ nasza błona śluzowa wyścielająca jamy nosowe składa się z nabłonka migawkowego. I ten nabłonek migawkowy tworzą płaskie komórki z charakterystycznymi wiciami. Na tych wiciach jest umieszczony pewnego rodzaju żel, który jak lep na muchy oczyszcza wdychane powietrze. Do tego „lepu na muchy” przyklejają się alergeny, patogeny, bakterie, zanieczyszczenia, pyły. Później nabłonek migawkowy  synchronicznie przesuwa zanieczyszczenia w głąb, czyli z nosa do gardła. A z gardła – do żołądka. Więc tak naprawdę, można powiedzieć, że przez całe życie połykamy swoje gluty.

MK: Trudno, co zrobić 🙂

AR: Kiedy wszystkie patogeny dostaną się do naszego układu pokarmowego, kwaśne pH żołądka unieszkodliwia je. Świetną metodą na wspieranie tego samooczyszczania jest udrożnianie nosa przy pomocy zwykłego roztworu soli fizjologicznej lub tzw. „wody morskiej”. Udrażniając nos wielu rodziców popełnia taki błąd: psika zdrowemu dziecku do nozdrzy i szybko wyciąga ten nadmiar aspiratorem. To nie jest dobre działanie. Jeśli tylko nawilżamy dziecku nos i ono nie jest chore, to po aplikacji przy pomocy wody morskiej wcale nie trzeba udrożniać nosa aspiratorem. Wystarczy ten wypływający nadmiar przetrzeć zwykłą chusteczką. Natomiast jeśli wydzielina jest gęsta, wtedy możemy zastosować hipertoniczną wodę morską, czyli o większym stężeniu chlorku sodu upłynnić wydzielinę i odciągnąć aspiratorem. 

MK: Jak wybrać dobry preparat do udrożniania nosa? 

ARProducenci często ładują do butelek zwykłą sól fizjologiczną, nazywając te produkty wodą morską – a to nieprawda. W wodzie morskiej poza chlorkiem sodu są różne minerały – na przykład mangan czy miedź. Prawdziwa woda morska nie jest też konserwowana, podczas gdy niektóre preparaty ją udające zawierają chlorek benzalkonium, który może powodować kontaktowe zapalenia. 

MK: Czy na własną rękę wolno stosować krople na katar? 

AR: W dużym uproszczeniu krople na katar powodują skurcz naczyń krwionośnych w błonie śluzowej nosa. W ten sposób zmniejszają wysięk z nosa. Nie można ich stosować dłużej niż  5 dni u dziecka, ponieważ po tym czasie błona śluzowa może zostać trwale uszkodzona.

MK: Jakie produkty z apteki poprawiają odporność dziecka?

AR: Budowanie odporności to nie jest prosta sprawa. Na pewno nie usłyszysz ode mnie prostego przepisu. Prawda jest taka, że 90% preparatów, które znajdziesz na aptecznych półkach nie ma badań potwierdzających skuteczność. Większość to suplementy diety, które nie muszą być przebadane pod kątem obietnic marketingowych i praktycznie nie ma żadnej nad nim kontroli prawnej. Żeby w ogóle zacząć mówić o budowaniu odporności trzeba zacząć od podstaw – na przykład od unikania smogu, zwiększenia ilości ruchu na świeżym powietrzu, hartowania i nieprzegrzewania dziecka i wprowadzenia odpowiedniej diety z uwzględnieniem produktów immunostymulujących. 

Jeśli dziecko kilkanaście razy w roku choruje, to nie biegnijmy do apteki, ale przeprowadźmy diagnostykę. Zwróćmy uwagę na witaminę D3. Sprawdźmy, czy dziecko nie ma anemii. Zbadajmy poziom selenu.Godnych uwagi produktów z apteki jest niewiele. Po pierwsze, kwasy omega 3 – z ryb, w tym tran, olej z alg, zimnotłoczone nierafinowane roślinne oleje. Od 6 roku życia można stosować aloes w ampułkach. 

Przez długi czas uważano, że świetne właściwości immunostymulujące ma immunoglukan i betaglukan. Aktualnie tę skuteczność poddaje się w wątpliwość, aczkolwiek moim zdaniem warto go rozważyć.

MK: A co z olejem z czarnuszki, który robi od jakiegoś czasu furorę?

AR: Rzeczywiście jest wiele badań, które potwierdzają skuteczność oleju z czarnuszki w zapobieganiu infekcjom. Stosujmy go jako element diety, po prostu przemycając go w różnych posiłkach.

MK: Czy witamina C skraca czas infekcji? 

AR: Niestety nie. Skuteczność witaminy C i wapnia przy przeziębieniu to niestety mit.

MK: I ostatnie pytanie o probiotyki. Słyszy się coraz częściej o tym, że jelita są centrum odporności i stosowanie probiotyków wzmacnia tę odporność. Czy to prawda?

AR: Rzeczywiście bakterie w jelitach produkują różne związki immunostymulujące. Ale czy podając zewnętrznie probiotyk w postaci farmaceutyku poprawimy swoją mikroflorę? Marcin  Pan Tabletka w swoim wpisie porównał mikroflorę do rafy koralowej. Czy jeśli do rafy koralowej, w której żyją miliony różnych gatunków, dodamy jeden gatunek ryby, to wpłyniemy istotnie na jej różnorodność? W żaden sposób. Mikroflora jest bardzo ważna, ale wspierajmy ją w sposób naturalny: przetworami mlecznymi i kiszonkami. Nie łudźmy się, że podając jakiś zewnętrzny probiotyk w postaci farmaceutyków my rewelacyjnie poprawimy odporność. Część probiotyków jest zarejestrowana jako leki, ale stosuje się je w ściśle określonych wskazaniach, jak biegunka poantybiotykowa. Kilka szczepów bakterii ma wiarygodne badania dotyczące skuteczności. Cała reszta to zwykły marketing.

MK: Dziękuję Arturze za szczerą rozmowę!