W czym podawać picie niemowlakowi?

W czym podawać picie niemowlakowi?

Kiedy pod koniec 2015 roku rozpoczęłam podawanie mojej córce posiłków uzupełniających, nadal karmiłam ją piersią. Nie obawiałam się więc tego, że się odwodni. Zgłaszała się do karmienia na tyle często, że wypijała naprawdę spore ilości mleka. Z tego powodu podawanie wody podczas posiłków traktowałam jako tworzenie pozytywnych nawyków. Nie przejmowałam się, w czym tę wodę powinnam podawać.

Oferta specjalnych kubków do nauki picia była wówczas uboga. Na jednym z forów znalazłam informacje o kopniętym kubku, czyli o Doidy® Cup. W sklepach pojawiały się pierwsze kubki 360°. Specjaliści uważali wtedy jeszcze, że wspierają one dorosły sposób picia, którego dziecko uczy się właśnie na etapie rozszerzania diety.

Jednak najpopularniejszym kubkiem na rynku w 2015 roku był kubek-niekapek. Ja też go kupiłam. Niepotrzebnie. Ciebie zaś ostrzegam przed popełnieniem tego błędu.

Powinnam była darować sobie wszelkie fikuśne kubki: zarówno ten 360°, z którego moja córka zupełnie nie umiała się napić, jak i niekapek, o którym – jak się później dowiedziałam – logopedzi wypowiadają się wyłącznie źle. Dlaczego?

Otóż picie z kubka-niekapka jest niemal identyczne jak picie z butelki ze smoczkiem. Jest zbliżone do ssania i nie uczy dorosłego sposobu picia i połykania płynów. Niepotrzebnie przedłuża niemowlęcy sposób pobierania płynów. Korzystając z kubka-niekapka opóźniamy moment, w którym nasze dziecko będzie potrafiło – bez oblewania się i krztuszenia – korzystać ze zwykłego, otwartego kubka. Mogłam to zaobserwować na przykładzie mojej córki – nieco później niż jej rówieśnicy zaczęła dobrze sobie radzić z otwartym kubkiem. 

Z czego więc podawać wodę na etapie rozszerzania diety? Można korzystać ze zwykłego, otwartego kubka bez uszka, który dziecko będzie obejmować obiema dłońmi. Niektórzy rodzice chwalą sobie Doidy® Cup, czyli ten kopnięty kubek, specjalnie wyprofilowany do nauki picia. Na rynku można znaleźć także kubek Reflo™. W jego wnętrzu znajduje się wkładka, dzięki której płyn wylewa się z kubka wąskim strumieniem. Może to być pomocne dla dziecka, które chce pić z otwartego kubka, ale odczuwa frustrację, za każdym razem wylewając na siebie część płynu lub krztusząc się. 

Chcąc ułatwić dziecku naukę picia z otwartego kubka, można zacząć od podawania w nim gęstszych płynów, np. zup, musów czy koktajli. Takie gęste płyny wolniej wlewają się do buzi dziecka, ułatwiając mu tym samym kontrolę. Niektórym dzieciom na początku trudno też zaakceptować bezsmakową wodę. Podawanie smakowych, gęstszych płynów może być więc odpowiedzią na obie początkowe trudności.

Zamiast niekapka, na wyjścia zabierz ze sobą bidon z rurką. Prawidłowa kolejność jest następująca: najpierw nauka picia z kubeczka, potem z bidonu.

Pierwszy bidon nie powinien być zbyt duży, ponieważ pociągnięcie płynu będzie trudniejsze przy długiej rurce. Ta ostatnia powinna być umieszczona w ustach dziecka dość płytko – dziecko ma objąć ją ustami, a nie ssać. W celu wyeliminowania gryzienia rurki, zadbaj, by była dość twarda.

Większość dzieci uczy się pić z bidonu, obserwując innych. Możesz także kupić mały sok w kartoniku, przelać go do szklanki i wypić. Później wlej do kartonika wodę, włóż rurkę i umieść jej końcówkę w ustach dziecka. Gdy delikatnie naciśniesz kartonik, płyn dostanie się do ust malucha. Wiele dzieci w ten sposób zaczyna kojarzyć, że nie trzeba gryźć rurki, a wystarczy obejmować ją wargami i wciągać płyn.

Więcej porad i tricków dotyczących podawania napojów i pokarmów stałych znajdziesz w książce „Rozszerzanie diety niemowląt”, której jestem współautorką. Możesz kupić ją online na stronie rozszerzaniedietyniemowlat.pl. Jeśli jesteś przed rozpoczęciem przygody z rozszerzeniem diety i chcesz uniknąć moich błędów oraz potrzebujesz jednego miejsca, w którym znajdziesz wiedzę i praktyczne porady na ten temat, zapraszam Cię serdecznie do sięgnięcia po książkę. Napisałam ją z trzema dyplomowanymi dietetyczkami. 

Trudne rozstania

Trudne rozstania

 

Sposoby na trudne rozstania

Rozstania z rodzicem bywają trudne. Maluch może płakać i w desperackim geście wyciągać do Ciebie rączki. Smutek dziecka budzi w nas poczucie winy. Czy da się rozstać w duchu Rodzicielstwa Bliskości? Jak ułatwić maluchowi pożegnanie? 

Te pytania nabierają szczególnej mocy w momencie rozpoczęcia żłobkowej lub przedszkolnej przygody. Karla Orban w kursie „Adaptacja” mówi o kilku sposobach, które mogą ułatwić rozstania w placówce. Zebrałam je w tym artykule – czytaj śmiało! Możesz się nimi zainspirować i korzystać z nich także wtedy, gdy dziecko zostaje z tatą, babcią czy nianią.

 

Sam na sam

Kiedy nowy opiekun stoi nad Waszymi głowami i czeka, aż się pożegnacie, rodzi się presja. Czas sam na sam z rodzicem będzie natomiast kojący. Dajcie sobie chwilę w szatni, zanim maluch wejdzie do sali. Poproś panią ze żłobka czy przedszkola o danie Wam tej możliwości. Powiedz, że bardzo zależy Ci na tym, żeby móc spokojnie porozmawiać z dzieckiem i przyprowadzić go do pani spokojniejszego. Czasem lepiej to zrobić „na chłodno” – zadzwonić do opiekunki i porozmawiać o tym bez dziecka.

 

Delikatne zaproszenie do sali

Tak, to może się wydawać sprzeczne z tym, co napisałam wyżej. Są jednak placówki, w których nie tylko nie stoi się nad głową malucha żegnającego się z mamą, ale wręcz oczekuje się, że dziecko samo wkroczy do sali. Niektóre dzieci nie będą miały z tym problemu, innym to nie służy. 

Co rozumiem przez delikatne zaproszenie? Zachętę do zabawy, prezentację zabawek, pytanie, czy mały człowiek chce dołączyć do danej aktywności. Jeśli czujesz, że to mogłoby pomóc, zapytaj personel placówki, o której godzinie powinniście przyjść, żeby łatwiej dało się to zrobić. 

 

Zmiana tematu

Doszliście do martwego punktu. Dziecko kategorycznie odmawia wejścia do sali. Choćby się waliło i paliło – nie wejdzie. Jest całe spięte. Spróbuj przekierować jego myśli na inny tor. Rozejrzyjcie się po szatni, pooglądajcie znaczki, buty, obrazki na ścianach. Postaraj się zaciekawić malucha tym, co widzisz. Uwierz, że to da dużo więcej niż mówienie: „Kochanie, naprawdę muszę już iść do pracy!” albo usilne naciskanie na wejście i negowanie emocji dziecka („No co ty, przecież wszystkie dzieci lubią chodzić do przedszkola”). 

Oczywiście może się zdarzyć, że dziecko nie będzie chciało słuchać Twoich opowieści o różowych kaloszach i kasztanowcach za oknem, ale warto próbować, aby w ten sposób obniżyć napięcie (także swoje!). 

 

Bliskość fizyczna

Jest niezastąpiona w płaczu i trudnych chwilach w ogóle. Nie odmawiaj jej dziecku w imię łatwiejszej czy szybszej adaptacji. 

Możesz przytulić malucha, ponosić go na rękach. Możesz udawać, że rozbijasz mu na głowie jajko i mocno dociskając, przesunąć dłońmi po całym ciele dziecka – od czubka głowy po stopy – tak, jakby spływało po nim surowe jajo. To świetna technika dostymulowująca zmysł czucia głębokiego, a przez to uspokajająca. Możesz też po prostu usiąść na podłodze, żeby być na tym samym poziomie co dziecko.

 

Wspierający przedmiot

W dobie pandemii było z tym sporo problemów, ale warto negocjować z placówką. Mała ulubiona maskotka, kocyk, zdjęcie rodzica, które przedszkolak włoży sobie do kieszonki, koszulka pachnąca ciałem mamy lub taty dla żłobkowicza – to wszystko może wspierać malucha w trudniejszych chwilach. Niektóre dzieci wyposażone w takie „amulety” łatwiej zniosą rozstanie. Więcej o wprowadzaniu przedmiotu przywiązania przeczytasz w artykule „Akcja adaptacja – czy leci z nami miś?”. 

 

Mam nadzieję, że te wskazówki pomogą Wam oswoić przyszłe rozstania. Powodzenia! Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej, dołącz już dziś do kursu „Adaptacja”, dostępnego w wersjach dla rodziców żłobkowiczów i przedszkolaków.

Potrzebujesz wsparcia w adaptacji do żłobka lub przedszkola? Zapisz się na listę zainteresowanych kursami „Adaptacja”.

O co chodzi w adaptacji?

O co chodzi w adaptacji?

To już! Twój maluch wkrótce rozpocznie przygodę z przedszkolem lub żłobkiem. To oznacza, że czeka Was ADAPTACJA. Ale o co tak właściwie w niej chodzi? Czy można się do niej przygotować?

 

Czym jest, a czym nie jest adaptacja?

Najprościej można napisać, że adaptacja do przedszkola czy żłobka to proces, w którym dziecko zaczyna czuć się bezpiecznie w nowym miejscu. Podstawą tego bezpieczeństwa jest nawiązanie relacji z opiekunami. 

Znaczy to mniej więcej tyle, że kiedy dziecko po raz pierwszy przekracza próg placówki, nie zna pracujących tam opiekunów i ma pełne prawo niespecjalnie im ufać. Nie czuje się bezpiecznie, gdy rodzic (na którego zawsze może liczyć) znika z pola widzenia. Stopniowo jednak dziecko dochodzi do wniosku, że pani Kasi czy Gosi, która zajmuje się jego grupą, bliżej do sympatycznej „wróżki chrzestnej” niż do Baby Jagi i że w przedszkolu czy żłobku zasadniczo nikomu nie dzieje się krzywda. Wtedy możemy mówić, że dziecko się zaadaptowało.

Zwróć uwagę, że celem adaptacji nie jest – jak niektórzy sądzą – to, żeby dziecko zawsze dobrze się czuło w placówce lub by nie uroniło tam ani jednej łzy. Nawet w tak swojskim i bezpiecznym miejscu jak własny dom dziecko może mieć gorsze chwile. Przecież nawet będąc tuż obok Ciebie, dziecko czasem płacze lub się złości. To całkowicie normalne. Nie stawiaj adaptacyjnej poprzeczki zbyt wysoko.

 

Kto bierze udział w adaptacji?

Kiedy przygotowujemy się do wielkiej akcji adaptacyjnej, mamy czasem wrażenie, że to jakiś one man (albo raczej one child) show. Skupiamy całą naszą uwagę na tym, żeby przygotować do niej dziecko. Tymczasem prawda jest taka, że na sukces adaptacji pracuje troje aktorów: dziecko, jego rodzina i placówka. Spokój rodziców będzie korzystnie wpływał na samopoczucie dziecka. Niemniej ważna będzie otwartość żłobkowej czy przedszkolnej kadry. 

 

Zadbaj o swoje emocje

Pójście córki do przedszkola było dla mnie dużym wydarzeniem. Serduszko było na początku mocno ściśnięte. Martwiłam się, czy na pewno dobrze zrobiłam, czy na pewno będzie bezpieczna…

Magda

 

Postaraj się zadbać o swoje emocje. Dzieci są mistrzami w wyłapywaniu rodzicielskiego napięcia. Dlatego buzia w podkówkę, jęcząco-przepraszający ton czy choćby napięcie w ciele czy w głosie na pewno nie podziałają na malucha kojąco. Pamiętaj o własnym odpoczynku i o tym, że negatywne myśli, które krążą Ci po głowie to tylko… myśli. Nie fakty. 

 

Dogadaj się z placówką

Kiedy syn trafił do opiekunki dziennej, miasto – ze względu na pandemię – nie pozwalało na standardową adaptację. Opiekunka oznajmiła mi przed rozpoczęciem roku, że tym razem muszą się sprężyć: po 2 tygodniach wszystkie dzieci mają zostawać na drzemce (czyli de facto cały dzień). Zaczęliśmy na placu zabaw, żeby rodzic mógł być obecny. Do placówki nie mogłam wejść. Pierwsze 2–3 dni były niezłe, a potem wszystko się posypało i długo nie mogło się zebrać. Zakładane 2 tygodnie nijak się miały do rzeczywistości (choć akurat zasypianie na drzemkę w punkcie opieki okazało się najmocniejszą stroną mojego syna). Bardzo powoli wydłużaliśmy czas pobytu w placówce. Personel był niezwykle wyrozumiały. Panie przytulały syna, w razie potrzeby spędzały z nim czas sam na sam.

Katarzyna

Zawsze warto rozmawiać. Tak naprawdę wiele „twardych reguł” nie ma prawnego uzasadnienia i przy pewnej dozie dobrej woli z obu stron, można je nagiąć i dostosować do potrzeb malucha. Słyszałaś na przykład o tym, że wszystkie dzieci muszą być odpieluchowane, zanim pójdą do przedszkola? Nie muszą – przeczytaj tutaj.

 

Pamiętaj, żeby nie oceniać i nie oskarżać na wstępie – to nie pomaga. Np. zamiast pytać wzburzonym tonem, jak to możliwe, że w XXI wieku rodzic nie może wejść z dzieckiem do sali, mów o konkretnych doświadczeniach: Zauważyłam, że Jaś szybko się otwiera w nowym miejscu, o ile jestem obok. Chciałabym spróbować przyjść z nim na godzinę lub dwie, zanim zacznie zostawać sam w sali. 

 

Wspieraj dziecko

W trakcie czerwcowej adaptacji (na podwórku przedszkola) syn chciał skorzystać z toalety, więc weszliśmy do budynku. Byliśmy w toalecie, łazience, szatni i zerkneliśmy do sali zabaw. W domu pokazywałam synowi zdjęcia z przedszkola i opowiadałam, że byliśmy w tych miejscach. Pierwszego dnia specjalnie wstaliśmy i pojechaliśmy wcześniej, żeby przy wejściu nie było kolejki rodziców z dziećmi i żeby nie było presji, że syn już musi wchodzić, bo ktoś czeka za nami. Cały czas dbałam u luźną atmosferę. Chodziliśmy wokół przedszkola, odpowiadałam na pytania. Sala syna jest na parterze i można do niej zajrzeć przez okno. Zaproponowałam to i pokazałam mu, że są już dzieci i się bawią, jest mnóstwo zabawek. Zapytałam czy ma ochotę wejść do środka… i poszedł bez problemu. Nawet się nie obejrzał.

Agata

 

No i wreszcie – bądź blisko dziecka. Rozmawiaj z nim o nowej przygodzie, ale pamiętaj, żeby nie przesadzać. Jeśli w kółko będziesz chciała „wałkować” książeczki o przedszkolu czy żłobku, szybko się do nich zniechęci. (A może zrobisz własną książeczkę ze zdjęciami wybranej przez Ciebie placówki?)
Przede wszystkim wsłuchuj się w potrzeby dziecka i staraj się być jak najbardziej dostępna w okresie adaptacji. Dodatkowe dni urlopu na pewno będą dobrym pomysłem. Jeśli dopiero wracasz do aktywności zawodowej – nie planuj tego na pierwsze dni przedszkola czy żłobka. 

 

Jak będzie?

W kursie „Adaptacja” (dostępnym w dwóch wersjach: dla rodziców żłobkowiczów i rodziców przedszkolaków) znajdziesz sporo sposobów na pracę z własnymi lękami oraz podpowiedzi, jak wspierać dziecko czy też komunikować się z opiekunami. Słowem: przygotujecie się do adaptacji. Czy to oznacza, że wszystko pójdzie jak po maśle? Tego niestety nie mogę obiecać. Adaptacja potrafi nas zaskoczyć. Córka Zuzy nie mogła się odnaleźć w dużej grupie dzieci:

 

Nie wiem dokładnie, z czego to wynika – może to pośredni efekt pandemii? Córka nie ma problemu z głośnymi, zatłoczonymi miejscami, ale spotkanie z grupą dzieci w podobnym wieku przerosło jej możliwości. Po kolejnym (nieudanym) podejściu do adaptacji i rozmowie z opiekunką grupy zrezygnowaliśmy z podejmowania kolejnych prób do września. Teraz córka jest pod opieką niani. Mam nadzieję, że przy kolejnym podejściu się uda, ale nie naciskamy, bo dzięki kursowi Karli wiem, że gotowość do adaptacji może pojawić się u dzieci w różnym wieku. 

 

Jest też sporo pozytywnych zaskoczeń. Wiele mam hajnidów mówiło mi, że strasznie bały się początku przedszkola. Ostatecznie okazywało się, że adaptacja szła wyjątkowo gładko! 

 

I jeszcze jedno: niedawno córka Zuzy sama zaczęła nawiązywać znajomości na placu zabaw i dziś doskonale czuje się nawet wśród sporej liczby dzieci. Wygląda na to, że Karla miała rację – czasem wystarczy dać dziecku czas na osiągnięcie gotowości. Prawdopodobie kolejne podejście do adaptacji będzie wyglądać już zupełnie inaczej. Trzymam za to kciuki!

 

W artykule zostały wykorzystane treści z: 

autorstwa Karli Orban, a także wypowiedzi dziewczyn z Teamu Wymagające.

Potrzebujesz wsparcia w adaptacji do żłobka lub przedszkola? Zapisz się na listę zainteresowanych kursami „Adaptacja”.

Opieka nad dzieckiem – dlaczego nie umiem zaufać?

Opieka nad dzieckiem – dlaczego nie umiem zaufać?

Wiele mam, których urlop macierzyński dobiega końca, zastanawia się, jak to zrobić: jak zaufać osobie, której w ogóle się nie zna? Jak powierzyć opiekę nad własnym dzieckiem pani ze żłobka czy niani, którą widziało się (w i tak już dość optymistycznym scenariuszu) 2 razy w życiu? 

Nie tak dawno rozmawiałam na ten temat z Karlą Orban – autorką książki o wyborze sposobu opieki nad dzieckiem po urlopie macierzyńskim „Żłobek, babcia, niania czy ja sama?” oraz kursów „Adaptacja do żłobka” i „Adaptacja do przedszkola”. W czasie rozmowy Karla wspomniała o kilku czynnikach, które sprawiają, że nie potrafimy zaufać. W psychologii lubimy przyglądać się temu, skąd biorą się nasze myśli. Kiedy wiemy, dlaczego mózg podpowiada nam różne rzeczy, łatwiej nam ocenić, co z takimi podpowiedziami zrobić. 

 

Jeśli mózg mówi Ci właśnie: nie ufaj żłobkom i nianiom!, przeczytaj ten artykuł, aby dowiedzieć się, jak mógł wpaść na taki pomysł.

 

Potrzeba kontroli

W psychoterapii zakłada się, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o lęk. Kiedy go odczuwamy, kiedy nie czujemy się bezpiecznie, możemy mieć ochotę kontrolowania wszystkiego. Jeśli ja tego nie dopilnuję, wszystko się zawali. Trudno na tej podstawie budować zaufanie. 

Wyobraź sobie, że właśnie przechodzisz przez spore problemy finansowe, a do tego poważnie pokłóciłaś się z kimś bliskim. Bardzo możliwe, że w czasie zbliżającej się adaptacji dziecka do żłobka lub niani, będziesz czuć się niepewnie. I co zrobisz, żeby sobie w tej sytuacji poradzić? Będziesz starała się kontrolować, jak najwięcej się da. Koło się zamyka.

Jeśli czujesz, że Ty też chcesz wszystko kontrolować, nie obwiniaj się za to. Zastanów się, skąd to się bierze. Jaki lęk się za tym kryje? Co mogłoby Ci pomóc?

 

Presja czasu

Czy umiałabyś powiedzieć dorosłym ludziom, ile czasu upłynie, zanim w nowym domu poczują się jak u siebie? Jak długo będą chodzić z poczuciem „czegoś mi brakuje, coś mnie tu uwiera, nie czuję się pewnie”? Nie da się tego przewidzieć, prawda? Tymczasem słyszy się o adaptacjach, które są bardzo mocno przypięte do kalendarza. Musi być dwa tygodnie i basta. No dobra, ale skąd wiadomo, że potrzebne są dwa tygodnie, a nie np. dwa tygodnie i dwa dni? 

Tym, co ułatwia puszczanie różnych lęków, jest elastyczność. Planujesz, że adaptacja zajmie tydzień, ale może się okazać, że przeciągnie się do trzech tygodni i to też nie będzie sygnałem porażki. Pamiętaj, że jeśli Wy, rodzice, w nowych sytuacjach macie długi rozbieg i wolicie na początku obserwować, ale mało się udzielać, są duże szanse, że Wasze dziecko ma podobnie. I to też jest okej!

Podobnie jeśli dojdziesz do wniosku, że wybór żłobka, niani albo babci nie jest dla Was – możesz zrezygnować lub zmienić zdanie. Nie dajesz wtedy lekcji o „poddawaniu się” ani niekonsekwencji, ale właśnie lekcję o byciu w kontakcie ze sobą i z otoczeniem. Tę samą, którą chciałabyś, żeby dzieci niosły ze sobą w życiu, gdy będą zaręczone z kimś, kto je krzywdzi, lub wybiorą kierunek studiów, którego – teraz już to wiedzą – nie będą w stanie skończyć albo nie da on im tego, czego się spodziewały. Mówiąc: myślałam, że nam to posłuży, a dziś chcę spróbować czegoś innego, otwierasz dziecku furtkę do słuchania swojego głosu i przyznawania się do własnej niewiedzy. Nie wiedziałam wszystkiego – co to za miejsce, jak ci tam będzie. Dziś, mając to doświadczenie, wybieram.

Przekonania

Nosimy w sobie masę różnych schematów. Na świecie jest tylu ludzi, że gdybyśmy przy poznaniu każdego z nich mieli zaczynać zbieranie informacji od zera, byłoby nam niezwykle trudno. Dlatego nasz mózg chodzi na skróty, używając schematów, stereotypów. Zgłasza się do nas 60-letnia kandydatka na nianię i w naszej głowie od razu tworzy się lista jej potencjalnych cech. Część z nich pewnie nie do końca będzie nam odpowiadać. Zgłasza się 20-latka i mamy o niej zupełnie odmienne wyobrażenie, ale tu też mogą pojawić się jakieś lęki. 

Taki sposób myślenia jest naturalny. Warto jednak pamiętać, że to tylko skrót i przyjrzeć się mu. Być może dana osoba wcale nie wpisuje się w stereotyp. Zdarzają się przecież energiczne 60-latki z bliskościowym podejściem do dzieci i odpowiedzialne, spokojne 20-latki. 

(Więcej o tym, że wiek i wykształcenie nie mówią wszystkiego o potencjalnej niani czy cioci ze żłobka, przeczytasz w artykule „Opiekunka żłobka, nauczycielka przedszkola, ciocia – kto jest kim?”)

Zanim dojdzie do rozmowy zapoznawczej, przygotuj sobie (najlepiej wspólnie z partnerem/partnerką) listę cech niani, na których Ci zależy i zaznacz te, które mają dla Ciebie największe znaczenie. 

W czasie rozmowy kwalifikacyjnej, zamiast posługiwać się ogólnikami (np. Co pani sądzi o Rodzicielstwie Bliskości? Stosuje pani kary?), zapytaj o konkretne sytuacje. Opowiedz też, czego wy robicie mniej, a czego więcej, i co pomaga waszemu dziecku się uspokoić. Nie dzielimy dzieci na „grzeczne” i „niegrzeczne”, nie odsyłamy też córki do jej pokoju. Sprawdza nam się, kiedy najpierw z nią posiedzimy i damy jej czas na ochłonięcie. Osoba, która podziela wasze spojrzenie na dziecko, będzie wiedziała, dlaczego nie separujecie zdenerwowanego dziecka, albo będzie tego ciekawa.

 

Czy lęk jest normalny?

Jeśli lęk z czasem mija, jeśli nie jest tak intensywny, że nie pozwala Ci normalnie funkcjonować i jeśli potrafisz się wobec niego nieco zdystansować – nie jest niczym złym. Nie chodzi o to, żeby się od niego odciąć i wmówić sobie, że nic się nie dzieje. Warto natomiast przyglądać się emocjom i wsłuchiwać w to, co tak naprawdę chce nam przekazać nasz umysł. 

Tekst powstał na podstawie transkrypcji webinaru „Opieka nad maluchem a zaufanie”, który przeprowadziłam wraz z Karlą Orban w ramach promocji książki „Żłobek, babcia, niania czy ja sama?”, oraz fragmentów książki. Znajdziesz w niej wiele cennych wskazówek dotyczących wyboru formy opieki nad dzieckiem oraz tego, jak wprowadzić decyzję w życie w poszanowaniu potrzeb dziecka i całej rodziny. 

Więcej o adaptacji do żłobka i przedszkola oraz o pracy z własnym lękiem w tym kontekście dowiesz się z kursu „Adaptacja”.

 

 

Jesteś na urlopie macierzyńskim? Zastanawiasz się, co dalej? Zamów książkę Karli Orban:

Czym NIE jest odpieluchowanie?

Czym NIE jest odpieluchowanie?

 

„Zosia już ładnie w majteczkach chodzi. I załatwia się do nocniczka”. Twoje dziecko nie odpowiada. Zresztą to już nie pierwszy raz słyszy z ust babci o wyczynach młodszej kuzynki. 

Dla Ciebie to też żadna nowość. Regularnie o tym słyszysz. Może nawet czujesz lekką zazdrość…

Nie mówię z góry, że odpieluchowanie przykładowej Zosi jest mitem. Może się zdarzyć, że znajome dziecko osiągnie gotowość na odpieluchowanie wcześniej niż Twoje, nawet jeśli jest młodsze. Pamiętaj jednak, że czasami życie jest znacznie bardziej złożone niż w opowieściach babć. W tym artykule zapoznasz się z trzema scenariuszami, w których nasza Zosia, choć nosi majteczki i załatwia się do nocnika, wcale się nie odpieluchowała!

 

Scenariusz pierwszy: brak komunikowania potrzeb

Zosia rzeczywiście nie nosi pieluszek, a wpadki zdarzają się naprawdę rzadko. Tylko że siusianie regulują opiekunowie. Babcia podpowiada: „chodź, zrobisz siusiu”. Mama ocenia, kiedy małej się chce i sadza ją wtedy na nocnik. Zosia nie musi słuchać sygnałów ze swojego ciała, więc ich nie rozpoznaje. 

Odpieluchowanie to nie jest sytuacja, w której dziecko w ogóle nie komunikuje samo potrzeby oddania moczu lub stolca i trzeba je ciągle pytać i przypominać. Odpieluchowanie to sytuacja, w której dziecko samo sygnalizuje potrzeby fizjologiczne i samodzielnie lub z delikatną pomocą rodzica jest w stanie się obsłużyć. 

 

Scenariusz drugi: wysadzanie

Po śniadaniu, obiedzie, podwieczorku i kolacji jest rytuał: Zosia siada na nocniku. Czasami nie bardzo ma na to ochotę, ale wtedy dziadek czyta jej książeczkę albo śpiewa piosenki i jakoś to idzie. Jeśli mama jest z nią sama i nie może sobie pozwolić na dłuższą sesję łazienkową, daje córce grającą zabawkę, żeby się nie nudziła. Czasem posiedzenie trwa dosłownie chwilkę, czasem trzeba poczekać nawet kilkadziesiąt minut. W końcu jednak Zosia zawsze coś do tego nocnika zrobi. 

Jeśli dziecko jest wysadzane na nocnik i siedzi na nim, aż w końcu po 40–50 minutach coś zrobi, to też nie jest to odpieluchowanie. Nie chodzi o to, żeby czekać na nocniku, aż pęcherz się wypełni i dziecko bezwiednie, bez świadomości odda mocz. Odpieluchowane dziecko samo wie, kiedy usiąść na nocnik, bo potrafi odczytać sygnały ze swojego ciała.

Scenariusz trzeci: warunkowanie

Skoro półgodzinne siedzenie na nocniku jest męczące dla wszystkich, tata Zosi postanowił wykorzystać stary, dobry (w jego mniemaniu) sposób, z którego korzystali też jego rodzice. Włącza wodę w kranie, sadza Zosię na nocnik i czeka do momentu, aż dziewczynka zacznie siusiać. Chce uwarunkować, czyli powiązać oddawanie moczu z dźwiękiem lejącej się wody. 

To nie jest prawidłowe odpieluchowanie i  w przyszłości takie warunkowanie może zrobić dużo więcej szkody niż pożytku. Niektóre dorosłe osoby uwarunkowane w ten sposób odczuwają coś co, w fizjoterapii uroginekologicznej nazywa się parciem naglącym: w sytuacji, w której słyszą szum wody, mają wrażenie, że zaraz się zsiusiają. Sama przyznasz, że to mało komfortowa sytuacja. Przecież nie zawsze wtedy, kiedy słyszymy dźwięk lejącej się wody, faktycznie możemy oddać mocz. Uwarunkowanie dźwięku i mimowolne oddawanie moczu nie jest tym samym co odpieluchowanie. Odpieluchowanie jest procesem związanym ze świadomością dziecka i komunikowaniem własnych potrzeb.

 

Jeśli chcesz:

  • uniknąć błędów wymienionych w artykule,
  • mieć pewność w odczytywaniu oznak gotowości na odpieluchowanie,
  • wiedzieć, jak prawidłowo odpieluchować dziecko w dzień i w nocy,
  • podejść do odpieluchowania z luzem i spokojem,

dołącz do kursu „Odpieluchowanie bez stresu”

 

Rzetelną wiedzę na temat odpieluchowania znajdziecie w moim kursie „Odpieluchowanie bez stresu”!

Czy żłobek jest potrzebny do rozwoju?

Czy żłobek jest potrzebny do rozwoju?

 

„Gdyby chodziła do żłobka, to umiałaby się dzielić”. „Franio poszedł do żłobka i od razu się rozgadał”. „Lepiej dać do żłobka, bo potem sobie nie poradzi w przedszkolu”. Czy to prawda? Czy żłobek rzeczywiście jest potrzebny do prawidłowego rozwoju? Czy rezygnując ze żłobka, krzywdzisz dziecko? 

Karla Orban w książce „Żłobek, babcia, niania czy ja sama?” pisze, jak jest naprawdę. Artykuł powstał na podstawie rozdziału poświęconego temu zagadnieniu. 

 

Ćwiczenie czyni mistrza

Najlepszym sposobem na nabywanie przez dziecko nowych umiejętności jest oczywiście praktyka. Jeśli w żłobku więcej rysuje – będzie lepiej rysowało. Jeśli dziecko tylko w żłobku może wycinać, bo w domu nożyczki pozostają poza jego zasięgiem, to rzeczywiście dzięki żłobkowi nauczy się ciąć papier. 

Jeśli chodzi o umiejętności społeczne, początkowo najlepiej będą się one rozwijać w kontakcie… z dorosłymi. Istnieją spore szanse, że uważna mama czy ciocia zareaguje na wypowiedź malucha z większym zainteresowaniem, entuzjazmem i zrozumieniem niż żłobkowy kolega, który akurat skupia się na poruszaniu łyżką zabawkowej koparki.
Na kolejnym etapie takie rówieśnicze interakcje będą oczywiście bardzo ważne. Nie da się nauczyć funkcjonowania w grupie inaczej niż metodą prób i błędów. Nie jest jednak powiedziane, że poza żłobkiem jest to niemożliwe.

 

 

Temperament a rozwój

Czy to, że Helenka lepiej wspina się po drabince niż Julka wynika z tego, że ta druga nie poszła do żłobka? Cóż, jest całkiem prawdopodobne, że Helenkę „nosiło” już gdy była niemowlakiem, podczas gdy Julka wolała wtedy spokojne leżenie. Dzieci, które z natury są aktywne, szybciej opanowują ruchowe umiejętności, takie jak chodzenie, wspinaczka czy jazda na rowerku biegowym. Forma opieki będzie tu miała mniejsze znaczenie.

To samo może dotyczyć choćby chęci zbliżania się do nieznanych osób. Na pewno zauważyłaś osoby, którym przychodzi to łatwiej niż innym – to cecha wrodzona, a to oznacza, że można ją zaobserwować także u dzieci. Im częściej ktoś zagaduje do nieznajomych z piaskownicy, tym szybciej rozwija umiejętności społeczne. Znowu – żłobek niewiele tu zmieni.

 

Czego się teraz nauczyć?

Lew S. Wygotski – psycholog i badacz rozwoju dzieci – uważał, że dziecko najlepiej uczy się wtedy, kiedy dany proces rozwojowy właśnie dojrzewa. Innymi słowy: dziecko czuje, że opanowanie danej umiejętności jest możliwe i chętnie naśladuje dorosłego lub rówieśnika, chcąc tego dokonać. Przykładowo maluch świetnie je rączkami, ale zaczyna czuć, że posługiwanie się łyżeczką może być całkiem spoko. Coraz chętniej sięga wtedy po łyżeczkę (którą do tej pory gardził) i zawzięcie ćwiczy. Jeśli zmotywowany dorosły będzie starał się w tym czasie nauczyć to samo dziecko układania 2-elementowych puzzli, według teorii Wygotskiego – nic mu z tego nie wyjdzie. Na topie jest łyżeczka i koniec. [1]
Dlatego nie można założyć, że praktykowanie danej aktywności w placówce automatycznie sprawi, że żłobkowicz ją opanuje. Jeśli nie przyszedł na nią czas – nic z tego.

 

Lepszy rozwój intelektualny?

Na przełomie XX i XXI wieku w Stanach Zjednoczonych przeprowadzono trwające 16 lat badanie na dużej grupie dzieci (i nastolatków, bo przez te 16 lat „maluchy” zdążyły urosnąć). Okazało się, że dzieci, którymi opiekowały się inne osoby niż rodzice, miały lepsze wyniki w testach mierzących rozwój intelektualny i zdolności językowe przez pierwsze 4,5 roku życia (czyli wcale nie tak długo, prawda?). Działo się tak pod warunkiem, że jakość wspomnianej opieki była wysoka (za kryteria uznano: wielkość grupy, liczbę dzieci przypadającą na jednego opiekuna i wykształcenie dorosłego). W świetle badania, aby dziecko mogło czerpać korzyści z opieki instytucjonalnej, opiekunowie powinni wchodzić z nim w interakcje, być wrażliwi na jego potrzeby i wzmacniać dziecko. [2]

Jak to odnieść do żłobka? Dobry żłobek rzeczywiście może pozytywnie wpłynąć na rozwój intelektualny i językowy Twojego malucha w pierwszych latach życia. Jeśli jednak liczysz, że zwiększy to szanse, że Twój syn czy córka wygra w liceum olimpiadę polonistyczną – muszę Cię zmartwić. Zanim maluch trafi do podstawówki, wszystko się wyrówna. 

 

Czy zatem żłobek jest bezużyteczny? Oczywiście, że nie! Żłobek wciąż może być najlepszym rozwiązaniem dla niejednej rodziny. Poprzez ten artykuł chciałam tylko podkreślić, że nie krzywdzisz dziecka, wybierając inną formę opieki. Jeśli czułaś presję w tym obszarze, mam nadzieję, że udało mi się ją z Ciebie zdjąć. 

 

 

Więcej na temat zalet i wad żłobka (a także innych form opieki!) przeczytasz w książce Karli Orban „Żłobek, babcia, niania czy ja sama?”.

 

[showhide type=”links” more_text=”Kliknij tu, żeby rozwinąć bibliografię” less_text=”Ukryj bibliografię”]

1: Vandell D.L. i in. (2010), Do effects of early child care extend to age 15 years? Results from the NICHD Study of Early Child Care and Youth Development, „Child Development”, t. 81, z. 3, s. 737–756, DOI: 10.1111/j.1467-8624.2010.01431.x.
2: Skiba J. (2014), Myśl Lwa S. Wygotskiego we współczesnej edukacji małego dziecka, [w:] K. Denek, A. Kamińska, P. Oleśniewicz (red.), Edukacja Jutra. Od tradycji do nowoczesności. Aksjologia w edukacji jutra, Oficyna Wydawnicza „Humanitas”, Sosnowiec, s. 307–315.

[/showhide]

Jesteś na urlopie macierzyńskim? Zastanawiasz się, co dalej? Zamów książkę Karli Orban: