Jak zadbać o piersi przy odstawianiu?

Jak zadbać o piersi przy odstawianiu?

 

Niby już nie karmisz, ale mleko ciągle tam jest? Kobiece piersi zostały stworzone, żeby produkować pokarm, a nie żeby go wchłaniać (piszę „kobiece”, bo męskie to po prostu błąd ewolucji ;). Powolny proces odstawiania dziecka od piersi umożliwia stopniowe zwijanie się gruczołu i w miarę bezbolesne przejście piersi na (czasem chwilowy) urlop.

Nie ma konieczności przyjmowania leków na receptę nazywanych czasem “tabletkami na zasuszenie pokarmu”! Ponieważ nierzadko powodują one skutki uboczne znacznie utrudniające opiekę nad dzieckiem, prowadzenie samochodu czy aktywność zawodową, preparatów zawierających bromokryptynę nie powinno się rutynowo stosować przy zatrzymywaniu laktacji [1].  

Co więc robić z piersiami po odstawieniu?

Możesz odciągać niewielkie ilości pokarmu i wylewać go lub podać dziecku do picia, owsianki etc. Ściągaj mleko tylko wtedy, gdy zgromadziło się go tak dużo, że czujesz dyskomfort lub ból. Odciągaj wyłącznie do momentu, aż odczujesz ulgę. Opróżnianie całych piersi będzie niepotrzebnie podtrzymywało laktację.

Stosowałaś może okłady z kapusty zaraz po porodzie? Odstawianie to dobry czas, by odświeżyć sobie pamięć i chwycić za tłuczek. Liście zwykłej białej kapusty włóż do lodówki, a przed samym użyciem stłucz, by puściły sok i w formie chłodnego okładu trzymaj w biustonoszu. Sok z kapusty działa przeciwobrzękowo i przeciwbólowo [2]. Jeśli nie lubisz zapachu bigosu w staniku, sprawdzą się też zwykłe zimne okłady – żelowe kompresy lub wilgotna pieluszka tetrowa. Chłód spowalnia produkcję mleka.

W trakcie odstawiania dziecka od piersi lub po jego zakończeniu możesz także wspomóc się piciem naparu z mięty pieprzowej lub szałwii lekarskiej – do 3 filiżanek herbatki dziennie (większe ilości mogą być toksyczne) [3].

Jeśli odstawienie było nagłe, zapytaj o wsparcie farmakologiczne lekarza lub swoją doradczynię albo konsultantkę laktacyjną (a jeśli masz wybór, warto kończyć karmienie powoli – o korzyściach płynących ze stopniowego odstawiania napisałam TUTAJ).

Wygląd piersi po odstawieniu

Tkanka gruczołowa w piersiach może się obkurczać powoli, a mleko będzie się stopniowo wchłaniać. Uwaga: pokarm może pojawiać się przy naciśnięciu sutka nawet po kilkunastu miesiącach po odstawieniu! 

Jeśli wygląd piersi po odstawieniu jest dla Ciebie niezbyt zadowalający, wstrzymaj się trochę z ostatecznymi rozwiązaniami. Potrzeba czasu, żeby piersi zmieniły swoją strukturę „w środku”. Im dłużej trwa odstawianie, tym lepiej wyglądają piersi bezpośrednio po jego zakończeniu. Karmiłaś tylko jedną piersią? Asymetria się wyrówna. Piersi wydają się “puste”? Tkanka gruczołowa, która zanika, zostanie zastąpiona tkanką tłuszczową, ale może to potrwać kilka miesięcy.

I ważna uwaga: na wygląd piersi ma wpływ ciąża, wiek, masa ciała i palenie papierosów, a nie sama laktacja – serio, mamy takie badania [4, 5, 6]

Hej, zbadaj się!

Bez względu na to, czy jeszcze karmisz, czy odstawiasz, czy droga mleczna już za Tobą, powinnaś wykonywać samobadanie piersi raz w miesiącu, najlepiej w tym samym dniu cyklu (a jeśli nie miesiączkujesz lub okres jest nieregularny – zawsze tego samego dnia miesiąca). 

Po 30 roku życia raz do roku warto zrobić USG piersi – także w trakcie karmienia czy w ciąży. Nie robiłaś USG, bo ktoś Ci powiedział, że „nie można”? Biegusiem czytaj TEN TEKST i szukaj namiarów na lekarzy polecanych w Twojej okolicy. Twoje dziecko potrzebuje zdrowej Matki.

Czeka Cię powrót do pracy? Sprawdź szkolenie „Mama wraca do pracy".

Dlaczego tata w nocy jest “be”?

Dlaczego tata w nocy jest “be”?

„ONO WOLI DO CIEBIE!” – czy już to słyszałaś? Może się zastanawiasz, jak to jest jest, że dziecko uwielbia swojego tatę w ciągu dnia, a wieczorem albo w nocy absolutnie nie chce go widzieć na oczy (a wystarczy, że malucha na ręce weźmie mama i płacz milknie w ułamku sekundy)?

Czy to matki są biologicznie przystosowane do usypiania małych dziećmi, a ojcowie powinni wkraczać dopiero po odstawieniu od piersi / pierwszych urodzinach / trzech latach, no ewentualnie wcześniej, ale jeśli są uzbrojeni w butelkę z mlekiem?

W skrócie: nie.

Już niemowlę może być emocjonalnie przywiązane do kilku osób. Wyraźnie widać to w społecznościach żyjących w bardziej naturalny niż zachodnia cywilizacja sposób, bo jest to realną koniecznością zapewniającą dzieciom bezpieczeństwo (więcej pisałam o tym TUTAJ). Nie jest prawdą, że do trzeciego roku życia liczy się wyłącznie mama – choć rzeczywiście niemowlakowi na samym początku może być zdecydowanie najłatwiej nawiązać więź właśnie z matką. Po pierwsze, zna ją najdłużej. Jej głos słyszało jeszcze będąc w jej brzuchu. Po drugie, karmienie piersią (nawet jeśli to było choćby kilka dni) i wiele innych czynności opiekuńczych wymaga częstego i długiego kontaktu fizycznego, a to ułatwia tworzenie przywiązania.

Samo mleko ma tu natomiast znacznie mniejsze znaczenie. Nie jest więc tak, że jeśli mama karmi dziecko piersią, to ojciec jest automatycznie w gorszej pozycji. Nie musi karmić niemowlaka butelką, żeby nawiązać z nim relację ani żeby potrafić je uspokoić albo uśpić. Nie wszystkie dzieci chcą pić z butelki i to nie znaczy, że póki są karmione piersią, to nie przywiążą się do ojca.

Tu nie chodzi o mleko

Do lat 50. ubiegłego wieku zakładano, że zaspokajanie przez opiekuna potrzeb fizjologicznych, takich jak pożywienie i ciepło, prowadzi do skojarzenia przez dziecko konkretnej osoby z doznawaną gratyfikacją i przywiązania się do niej. Zależność miała być prosta: sprawiłaś, że mam pełny brzuch -> szukam u Ciebie wsparcia w trudnych chwilach. Poważnie zakwestionowały tę teorię odkrycia Konrad Lorenza dotyczące powstawania przywiązania u niektórych gatunków ptactwa bez udziału pożywienia czy innych nagród. Myślenie o tworzeniu więzi zmieniły jednak na zawsze eksperymenty na małpach przeprowadzone przez Harry’ego Harlowa.

Podczas pobytu małych rezusów w laboratorium zauważono, że są silnie przywiązane do materiału, którym nakrywano podłogę w klatce. Małpki przywierały do niego i wpadały we wściekłość, gdy zabierano go do prania. Zaobserwowano także, że małe rezusy wychowywane na niepokrytej materiałem drucianej podłodze klatki z trudem, jeżeli w ogóle, przeżywają pierwsze pięć dni życia. Zespół laboratorium był zdumiony hipotezą, że poza jedzeniem, kontakt fizyczny może być tak ważną zmienną w rozwoju zdrowych małpich niemowląt.

Harlow postanowił zbadać rozwój emocjonalny małpich niemowląt w sytuacji braku matki i przetestować hipotezę dotyczącą wpływu karmienia na tworzenie się przywiązania.

Zbudowano dwie matki zastępcze. Pierwsza była pokryta miękkim materiałem i emitowała ciepło z żarówki. W rezultacie powstała „miękka, ciepła i czuła matka o niewyczerpanej cierpliwości, matka dostępna dwadzieścia cztery godziny na dobę, która nigdy nie beszta swojego dziecka, nie bije go i nie gryzie w złości”. Druga matka zastępcza zbudowana była z siatki drucianej i różniła się od miękkiej matki przyjemnością kontaktu, który oferowała. 

W eksperymencie w dwóch klatkach umieszczone zostały obie matki – w pierwszej klatce czworgu małpkom pokarmu dostarczała futrzana matka, w drugiej pozostałe cztery małpiątka karmiła matka druciana. Czas spędzany na każdej z matek był automatycznie mierzony. Bez względu na to, czy butelka z jedzeniem była umieszczona na matce drucianej czy futrzanej, małpki spędzały znacznie więcej czasu na matce z miękkiego materiału. Stało się jasne, że komfortowy dotyk jest ogromnie ważną zmienną w rozwoju emocjonalnym, podczas gdy karmienie jest nieistotne. Tym samym zakwestionowano teorie zakładające oparcie związku z matką wyłącznie na redukcji głodu.

„Człowiek nie może żyć tylko mlekiem. Miłość nie musi być podawana butelką”, podsumował przedstawione dane Harlow. 

Zbadano także zachowanie małpek w sytuacjach zaskoczenia i niepokoju. Do klatki z drucianą i materiałową matką wkładano wywołujący strach bodziec, na przykład ruszającą się zabawkę. W sytuacji stresu małe rezusy wyraźniej preferowały schronienie u matki futrzanej. Karmienie okazało się być nieistotne – bez względu na to, gdzie była umieszczona butelka, małpki szukały pocieszenia u miękkiej atrapy. 

(dobrze, że obecnie nie prowadzi się już takich eksperymentów ze względów etycznych, prawda?)

Także obserwacje ludzkich niemowląt wskazują na niezależność tworzenia się przywiązania od zaspokajania potrzeb fizjologicznych. Badania Schaffera i Emersona potwierdziły, że co najmniej jedna piąta osób, do których przywiązane są niemowlęta, nie uczestniczy w ich pielęgnacji i karmieniu. Oznacza to, że wczesne więzi emocjonalne rozwijają się niezależnie od zaspokajania fizycznych potrzeb. Nie potrzeba więc butelki z mlekiem, żeby stać się dla malucha ważną osobą.

Na drabince

Sporo trudnych emocji, które narastają wokół tego, że dziecko preferuje jednego z rodziców, wynika z braku wiedzy o sposobie działania systemu przywiązania u dziecka.

Każde dziecko wychowywane w rodzinie może nawiązać bliską więź z kilkorgiem dorosłych. Jednocześnie istnieje dla niego hierarchia przywiązania. Można ją sobie wyobrazić w formie drabinki, na której szczeblach są poustawiani kolejni opiekunowie dziecka. Drabinka jest wąska, więc na każdym jej szczeblu może stać tylko jedna osoba. Na samym szczycie hierarchii jest opiekun numer jeden. Na kolejnych szczeblach są osoby numer dwa, numerem trzy i tak dalej.

Co to oznacza dla dziecka? System przywiązania aktywuje się w sytuacjach, które są trudne dla dziecka – kiedy się przestraszyło, uderzyło, jest głodne, senne lub zmęczone. Jeżeli więc jest mi bardzo trudno i źle, a ja mam do wyboru pięć dorosłych osób, zgłoszę po pomoc do mojego numeru jeden, do osoby z najwyższego szczebla drabinki. Ale jeżeli akurat  tego numeru jeden nie ma, a są opiekunowie numer dwa i trzy, to zgłoszę się do numeru dwa z prośbą o pomoc – zgodnie z hierarchią przywiązania. Być może nieco dłużej zajmie mi zaspokojenie moich potrzeb, czyli na przykład uspokojenie się lub zaśnięcie, niż miałoby to miejsce w towarzystwie numeru jeden, ale również będzie możliwe. 

Co decyduje o tym, kto jest w hierarchii przywiązania wyżej, a kto niżej? Nie jest to ani zaangażowanie opiekuna w karmienie, ani stopień pokrewieństwa. Niekoniecznie zawsze to mama będzie numerem jeden, tata będzie zawsze numerem dwa, a babcia numerem trzy. Dla ⅓ półtorarocznych dzieci mama nie jest numerem jeden – choć warto wspomnieć, że są to badania z krajów, gdzie urlop macierzyński trwa znacznie krócej niż w Polsce.  Bywają takie rodziny gdzie numerem jeden jest mama, numerem dwa jest babcia albo niania, a tata jest dopiero numerem trzy. 

To, gdzie dorosły znajduje się w hierarchii przywiązania (i jaka jest jego jakość), zależy od kilku czynników.

Pierwszym jest dostępność emocjonalna opiekuna, czyli szybkość adekwatnego odpowiadania na sygnały wysyłane przez dziecko. Niemowlak nawiązuje relację z dorosłymi, którzy reagują na jego komunikaty typu “nudzi mi się”, “pogadaj ze mną”, “przestraszyłam się”, “chcę jeść” – choć nie chodzi o to, że trzeba rzucać gorącą patelnią i biec kurcgalopkiem, gdy tylko dziecko jęknie, kiedy akurat nie możemy podejść. Zareagowanie słowne “Już, słyszę Cię Marysiu, za moment podejdę” jest wystarczająco dobre. Reakcją na sygnały głodu nie musi być samo karmienie, bo przy malutkim niemowlaku adekwatną reakcją ojca będzie choćby przyniesienie malucha do karmiącej piersią mamy.

Czas, jaki opiekun spędza z dzieckiem, jest istotny. I choć jakość tego czasu ma znaczenie, daleka jestem od podpisania się pod promowanym przez niektórych specjalistów hasłem “nie liczy się ilość, liczy się tylko jakość”. To tak nie działa. Małe dzieci potrzebują wielokrotnie doświadczyć wsparcia opiekuna w trudnych sytuacjach, żeby mu zaufać. To, że starsze dzieci i nastolatkowie także potrzebują czasu, a nie tylko “jakości”, widać choćby po tym, że potrafią przez kwadrans rozmawiać o mało istotnych sprawach, żeby dotrzeć wreszcie, przed samym zaśnięciem, do ważnych tematów, wątpliwości, lęków. 

Kolejnym znaczącym czynnikiem wpływającym na miejsce opiekuna w hierarchii przywiązania jest jego zaangażowanie w inicjowanie interakcji z dzieckiem. Czyli chodzi nie tylko o to, żeby odpowiadać na wezwania niemowlaka, ale też samemu wchodzić z nim w kontakt.

Jeśli mama jest podczas urlopu macierzyńskiego w domu z dzieckiem i opiekuje się nim 24 godziny na dobę, a tata jest z maluchem pół godziny przed wyjściem do pracy (z czego kwadrans to tylko jednym okiem, bo ubiera się i pakuje) i dwie godziny wieczorem, to nierównowaga w ilości czasu jest znaczna. Ale z drugiej strony, jeśli mama choruje na depresję i ma trudność w dostępności emocjonalnej i rzadko inicjuje interakcje, to mimo tej nierównowagi czasowej może się okazać, że ojciec w hierarchii przywiązania będzie nieco wyżej. Jeśli dziecko jest w żłobku 8 godzin, to niekoniecznie jego opiekunka wskoczy na najwyższy szczebel. Jej dostępność emocjonalna i wchodzenie w interakcję jest mniejsze – opiekunka zajmuje się jednocześnie sześciorgiem dzieci, a Ty jednym, choć przez mniejszą liczbę godzin.

Jesteś jak all-inclusive

Mama i tata są równorzędnymi rodzicami, ale jeśli dziecko jest w kiepskim stanie (na przykład senne) i ma wybór, zwykle zwróci się do osoby, która jest wyżej w hierarchii. Zwłaszcza, jeśli przebywanie z nią dostarcza przyjemnych wrażeń sensorycznych, ułatwiających zasypianie.

Najłatwiej wyjaśnić to metaforą wyjazdu na wakacje. Dla bardzo wielu dzieci mama karmiąca piersią jest hotelem pięciogwiazdkowym. Nie dość, że (1) to mama – czyli osoba, która prawdopodobnie u większości dzieci jest numerem jeden na drabince – to jeszcze (2) bycie przytulonym do kogoś miękkiego i miłego (pamiętasz rezusy?), (3) ssanie, które wycisza i (4) ciepłe mleko zawierające substancje ułatwiające zasypianie oraz (5) powodujące wyrzut nasennych hormonów sytości. Używając metafor wyjazdowych – jest na all inclusive.

Dla niektórych dzieci tata w porównaniu do takiej mamy jest hotelem czterogwiazdkowym. Super, ale wyobraź sobie, gdyby ktoś Tobie zaproponował:

Masz do wyboru ekskluzywne dwutygodniowe wakacje za darmo. Śpisz albo w hotelu pięciogwiazdkowym z trzema posiłkami dziennie, albo w czterogwiazdkowym tylko ze śniadaniem.

Jaki hotel byś wybrała? Większość z nas nie zastanawia się długo… a dziwimy się dzieciom, że w sytuacji wyboru też proszą o all-inclusive.

Ale gdyby propozycja brzmiała raczej:

Masz do wyboru tamten hotel czterogwiazdkowy ze śniadaniami albo schronisko młodzieżowe: łóżko w pokoju ośmioosobowym bez łazienki, w gratisie dwóch współlokatorów chrapiących przez całą noc.

O, Panie, ten hotel czterogwiazdkowy wydaje się wtedy megawypasem, biere bez większego marudzenia! 

Dokładnie ten mechanizm działa wówczas, gdy mama wychodzi z domu na noc, zostawiając malucha z tatą lub babcią. Najczęściej w półśnie i na autopilocie dziecko jeszcze poszukuje mamy, ale kiedy uda się je wreszcie rozbudzić, zaśnięcie jest znacznie łatwiejsze niż wszyscy zakładali. Ba, czasem dzieciaki tej nocy bez mamy akurat wcale się nie budzą!  Oczywiście, w wyjątkowych sytuacjach, jeśli dziecko jest w bardzo dużym nasileniu lęku separacyjnego, ząbkujące, chore, mama niedawno wróciła do pracy, to może być trudniej. Ale często strach ma po prostu wielkie oczy.

Aha – jeśli klucz od pokoju w hotelu pięciogwiazdkowym jest na wyciągnięcie ręki w drugim pokoju, to dlaczego niby miałbym zgadzać się na ten trzygwiazdkowy?

Od czego jest tata?

Kiedy opowiadałam kiedyś o metaforze hotelowej, otrzymałam cudowny komentarz: tata jest hotelem czterogwiazdkowym, ale z animacjami dla dzieci. 

I tu bywa pies pogrzebany!

Zachęcam Cię do zadania sobie pytań:

  • Z kim mojemu dziecku kojarzy się zasypianie?
  • Kto uczestniczy w rytuale zasypiania?
  • Kto obsługuje nocne pobudki dziecka?

i wreszcie:

  • Od czego w naszej rodzinie jest tata?

Badania prowadzone w naszym kręgu kulturowym wskazują, że matki częściej zajmują się rolą opiekuńczą (są więc od karmienia, spania i przewijania), a ojcowie pełnią rolę towarzysza zabaw, dostarczającego atrakcji i rozrywek. 

Przy takim podziale nagłe oddanie ojcu wieczornego usypiania ma prawo się nie udać.

Wyobraź sobie więc, że jesteś rocznym maluchem. Przez 365 dni (czyli przez całe swoje życie) doświadczyłeś, że w usypianiu pomaga Ci mama, a inicjatorem superzabaw jest tata. Pewnej nocy budzisz się o 23.30, ale zamiast mamy przy łóżku pojawia się ojciec.

Hej, o co chodzi?! Idź stąd człowieku, jest środek nocy, ja nie chcę się bawić, ja chcę spać! Wołaj tę kobietę od spania! 

Jeśli więc tata ma przejąć od mamy rytuał wieczorny, to warto żeby dziecko nabywało doświadczenia, że tata też “umie w usypianie”. Bo skąd ma niby to wiedzieć, skoro nigdy tego nie doświadczył?

Czasem będzie potrzeba przez jakiś czas wykonywać cały rytuał wieczorny i obsługę pobudek we trójkę, żeby w bezpieczny i spokojny sposób przekazać nocną opiekę ojcu. To jest do zrobienia, nawet jeśli mama karmi piersią do zaśnięcia, nawet, jeśli tata nie jest obecny w domu codziennie, bo pracuje zmianowo lub wyjeżdża. Tylko wtedy może to po prostu zająć więcej czasu.

Wrzucając na luz

Przekazanie wieczornego usypiania ojcu może się nie udać, jeśli on jest przekonany, że się nie uda. Dzieci błyskawicznie zarażają się naszymi emocjami, przede wszystkim lękiem. Z tego też powodu niekiedy ojcu usypianie idzie znacznie szybciej niż zmęczonej i poddenerwowanej całym dniem opieki mamie. Więcej na ten temat pisałam TUTAJ.

Warto też pamiętać, że poszukiwanie numeru jeden z drabinki przywiązania jest najsilniejsze, gdy poziom dyskomfortu lub nasilenie emocji u dziecka jest najwyższe. Ojcu łatwiej więc będzie położyć do snu malucha, który jest mniej zmęczony, nawet jeśli finalnie samo usypianie potrwa dłużej.

Czy to konieczne, żeby dziecko było usypiane przez rodziców na zmianę? Nie.

Czy warto to robić? Tak, bo daje poczucie komfortu mamie, która może czasem wieczorem wyjść (lub nie stresuje się dodatkowo w wyjątkowych sytuacjach typu nieplanowany pobyt w szpitalu), a ojcu może wzmocnić poczucie rodzicielskich kompetencji.

 

Masz dość wielogodzinnego usypiania dziecka? Mam dla Ciebie szkolenie „Rytuał wieczorny"!

Jak przetrwać jet lag?

Jak przetrwać jet lag?

Ewolucja nie nadąża za postępem cywilizacyjnym. Na to, jak śpimy, wpływa negatywnie nie tylko całodobowe oświetlenie i dostęp do ekranów elektronicznych, ale też silniki odrzutowe. Mózg człowieka nie powstał w czasach, w których można było w ciągu kilku godzin przenieść się o kilka tysięcy kilometrów. Zaburzenia rytmu snu i czuwania spowodowane zmianą stref czasowych nazywa się w medycynie  „jet lag” (jet = odrzutowiec, lag = opóźnienie). 

Jak wygląda jet lag w praktyce?

Lecisz w miejsce oddalone o więcej niż dwie strefy czasowe. Twój organizm funkcjonuje według własnego, starego zegara – innego niż lokalny. W rezultacie tracisz synchronizację. W ciągu dnia czujesz zmęczenie i senność. W nocy, kiedy lokalna ludność już śpi, masz poważne trudności z zaśnięciem albo śpisz krótko, płytko i ciągle się wybudzasz. A miało być tak pięknie…

Jet lag jest bardziej dotkliwy, gdy podróżujemy na wschód niż gdy lecimy na zachód. Dlaczego?  Nasza wewnętrzna doba trwa 24 godziny i 15 minut. Zwykle dzięki codziennym aktywnościom wykonywanym o konkretnej godzinie synchronizujemy naszą przydługą naturalną dobę  z dobą cywilną (kalendarzową) – i żyjemy na co dzień w rytmie 24-godzinnym. Ale natury nie da się oszukać. Ponieważ wewnętrzny rytm to nieco ponad 24  godziny, łatwiej jest nam nieco wydłużyć dobę niż ją skrócić. Jeśli lecisz na zachód i tam trwa jeszcze dzień, to możesz podpierając się nosem i korzystając ze stymulującego światła słonecznego wytrzymać do tamtejszego wieczora i położyć się z lokalną społecznością. Kiedy podróżujesz na wschód i docierasz tam w porze miejscowego wieczoru, to może i powinnaś się położyć jak wszyscy… Tyle, że w ogóle nie chce Ci się jeszcze spać, bo dla Twojego mózgu jest „dopiero 17.00”.

Jak się przygotować do jet lagu?

Teoretycznie możemy się przygotować do podróży ze zmianą stref czasowych. W praktyce, zwłaszcza u dzieci, konsekwentne wdrażanie planu przez kilkanaście dni okazuje się być bardzo trudne – i nie zawsze konieczne. Im młodsze dziecko, tym większa szansa, że bez większych problemów zsynchronizuje się z nowym rytmem. W końcu do czegoś przydaje się ta niedojrzałość układu nerwowego i hormonalnego! 😉

Gdybyś podróżowała samotnie, skup się na wyspaniu przed podróżą, nawodnieniu w trakcie lotu, minimalizuj spożywanie kofeiny i alkoholu podczas podróży (wiem, że sporo osób pije drinka, żeby przezwyciężyć lęk przed lataniem) oraz manipuluj oświetleniem oraz porami posiłków już w samolocie (o czym poniżej).

Jak przetrwać jet lag?

Bez żadnych Twoich działań Twój mózg w naturalny sposób stopniowo przystosowuje się do nowej strefy czasowej. Niemniej ten proces jest dosyć powolny – w ciągu 1 dnia pobytu nasz zegar przesuwa się o 1 strefę czasową. Jeśli więc przekraczamy w trakcie podróży samolotem 7 stref czasowych, a sam wakacyjny pobyt trwa tydzień, to bez wdrożenia nowych reguł zaczniemy funkcjonować w dobrym rytmie akurat wtedy, gdy będziemy pakować walizki na lot powrotny.

Co więc konkretnie zrobić po przylocie, żeby jak najszybciej zsynchronizować się z lokalną strefą czasową? 

  • jak najszybciej zacznij żyć w rytmie lokalnym – zaraz po przelocie przestań przeliczać porę dnia na tę z domu. Kiedy przestawisz zegarek na czas lokalny, zaczynasz żyć według niego.
  • naświetlaj się w ciągu dnia – bodźcem, który najsilniej reguluje rytm dobowy jest światło słoneczne (lub inne silne źródła światła). Nasz wewnętrzny zegar resetuje się w momencie, kiedy rano dotrą do naszych oczu promienie słoneczne. Światło dociera do Twoich oczu od 8.00? Mózg właśnie o 8.00 uznaje: „O, zaczyna się dzień!”. Odsłaniasz okna dopiero o 11.00? Dla mózgu Twojego dziecka dzień rozpoczyna się o 11.00 ( i nic dziwnego, że o 21.00 nie chce mu się spać). Podróżując na zachód, bez względu na zmęczenie dostosuj swoją aktywność i oświetlenie do lokalnych warunków.  Nawet jeśli jesteś padnięta i Twój wewnętrzny zegar wołan”Haaalo, u nas już 23.00, chcę spaaać„, a na lokalnych zegarach dopiero 17.00 – bądź aktywna, naświecaj się jeszcze w trakcie lotu światłem słonecznym, po przylocie wyjdź na dwór. Podróżujesz na wschód? Jeśli wylądujesz rano, unikaj silnego słońca, ale ponaświecaj się na dworze popołudniu. Po przylocie na miejscu jest noc, a Tobie za nic nie chce się spać? Nie włączaj silnego światła ani nie siedź przy smartfonie czy laptopie. Światło emitowane przez ekrany elektroniczne jest odbierane przez mózg tak, jak światło słoneczne (ponieważ ma długość światła niebieskiego) i utrudnia zsynchronizowanie się z lokalnym czasem. Kiedy nie możesz zasnąć, najlepiej siedzieć zupełnie po ciemku lub przy świetle ogniska lub świec (światło o długości czerwonej nie powoduje hamowania wydzielania melatoniny), a w ostateczności przy słabej lampce nocnej. Niektórzy manipulują oświetleniem / zaciemnieniem już na pokładzie samolotu.
  • pory posiłków stałych – poza centralnym zegarem regulującym rytm dobowy zlokalizowanym w podwzgórzu mamy też w ciele kilka drobniejszych zegarów. Wszystkie wpływają na siebie wzajemnie i gdy są ze sobą zsynchronizowane, funkcjonujemy najlepiej. Jeden z takich zegarów jest zlokalizowany w jelitach. Dlatego łatwiej zsynchronizować się z lokalnym czasem, jeśli jak najszybciej zacznie się jeść według lokalnego zegara. Dotyczy to oczywiście tych dzieci, które mają już kilka posiłków stałych. Załóżmy, że Twoje dziecko zjada kolację o 19.00. Łatwiej będzie mu przestawić się na nowy rytm, jeśli dostanie nawet maleńką kolację w okolicach lokalnej godziny 19.00, niż o 2.00 (pamiętasz, co mówiłam o nieprzeliczaniu „która by to była u nas godzina?”?). Osoby, które często latają po świecie, stosują tę zasadę, przesuwając pory posiłków już na pokładzie samolotu. UWAGA: niemowlęta karmimy mlekiem na żądanie – także te w jet lagu 🙂
A co z farmakologią przy jet lag?

Dorośli cierpiący na jet lag mogą złagodzić jego skutki lub nawet zadziałać profilaktycznie przyjmując melatoninę. Jest to hormon powszechnie stosowany u dorosłych w leczeniu zaburzeń rytmu snu i czuwania.

W Polsce melatonina nie została zarejestrowana do stosowania w leczeniu dzieci. Jej długotrwałe przyjmowanie w populacji pediatrycznej nie zostało dotychczas uznane za całkowicie bezpieczne. Są dane wskazujące na potencjalny negatywny wpływ długotrwałego stosowania u dzieci na ich układ hormonalny, zwłaszcza reprodukcyjny, i płodność. Nie podawaj dziecku melatoniny na własną rękę, bez zalecenia lekarza!

A jeśli masz własne sposoby radzenia sobie z jet lagiem, bo często podróżujesz – podziel się nimi w komentarzu koniecznie!

Korzystałam z: Herxheimer A., Waterhouse J., The prevention and treatment of jet lag. BMJ. 2003 Feb 8; 326(7384): 296–297 oraz książki „Podręcznik medycyny snu” A. Y. Avidan, P. C. Zee, Medipage 2007.

Potrzebujesz sprawdzonych informacji o powodach pobudek Twojego dziecka oraz poznać sposoby na zaopiekowanie się nimi? Sprawdź szkolenie „Dlaczego dzieci się budzą?”.

Twoje dziecko potrzebuje zdrowej Mamy

Twoje dziecko potrzebuje zdrowej Mamy

 

Zawsze coś. Płaczące dziecko, obowiązki zawodowe, ogarnianie domu… a Ty snujesz się w coraz gorszym samopoczuciu? Zwalasz winę na nocne pobudki, zmęczenie, karmienie piersią, pełnię księżyca – w sumie na co się da, na macierzyństwo.

 

A jeśli to nie o to chodzi?

Biję się tu mocno w piersi, bo ja też tak miałam. W ciąży zwykle jesteśmy przebadane od stóp do głów, a potem zaczyna się macierzyństwo i opieka nad kobietą się kończy. Nikt nas nie mobilizuje.

W zawodach, w których ludzie odpowiadają za zdrowie i życie innych, jest obowiązek przechodzenia badań kontrolnych, sprawdzających ich stan zdrowia. W zawodzie matka – zawodzie pieruńsko odpowiedzialnym – nikt ich od nas nie wymaga. A szkoda.

Stomatologa i ginekologa ogarniałam na bieżąco, ale badania ogólne? Czułam się coraz gorzej, ale ciągle jakoś nie mogłam dojść do lekarza i na badania laboratoryjne.

A jak doszłam, w lipcu 2019, to okazało się, że mam stan przedcukrzycowy i głęboki niedobór witaminy D3. Brawo, Komsta. Ciekawe, od jak dawna!

Nie słyszałam, żeby matki tak zaniedbywały wizyty lekarskie u swoich dzieci, jak robią to samym sobie! Znam rekordzistki, które są półtora roku po porodzie, a nie były jeszcze na wizycie popołogowej (połóg, przypomnijmy, to 6 tygodni po porodzie).

 

Jakie badania powinnaś sobie zrobić?

Odpowiedź na to pytanie nie jest zbyt łatwa – wszystko zależy od tego, z jakimi objawami się borykasz. Kiedy opiszesz, co Cię niepokoi, lekarz podpowie, jakie badania należałoby wykonać (choć niestety nie wszystkie będą refundowane na poziomie przychodni POZ. Mimo to warto docenić fakt, że w Polsce badania krwi możemy zrobić odpłatnie i bez skierowania – w wielu miejscach w Europie nie ma takiej możliwości, nawet za miliony monet).

Mnie na podstawie opisu objawów polecono zbadanie poziomu glukozy, witaminy D3, witaminy B12, CRP i morfologię. Ogólny kalendarz badań profilaktycznych znajdziesz na stronie Medycyny Praktycznej (klik!).

Pod uwagę będą też brane Twoje problemy zdrowotne sprzed ciąży i z okresu połogu. Czasem duża utrata krwi w trakcie porodu kończy się anemią. Zdarza się, że po porodzie rozregulowuje się praca tarczycy. Warto też szczerze porozmawiać z rodzicami, ciotkami, wujkami, rodzeństwem, jakie choroby występują w Twojej rodzinie częściej. To ważna informacja w profilaktyce zdrowotnej, a w wielu rodzinach w ogóle się takich tematów nie porusza!

 

A co, jeśli karmisz piersią?

Wątpliwości dotyczące niektórych badań u młodych mam są związane z tym, że okres laktacji utożsamia się z okresem ciąży. Niektórym, bez zbytniego zagłębiania się w temat, wydaje się, że jeśli jakiegoś badania nie wolno było wykonywać w ciąży, to nie można też tego robić w trakcie karmienia piersią. A to tak nie działa. To zupełnie dwa różne stany i nie można stawiać między nimi znaku równości jeśli chodzi o diagnostykę czy leczenie.

Pokazywałam to już przy okazji artykułu o leczeniu mamy karmiącej (klik!). W trakcie ciąży nie powinno się jeść surowego mięsa, ze względu na ryzyko infekcji płodu. W czasie karmienia tatara zjeść można. Nawet gdyby mama się zatruła, to nic szkodliwego do mleka nie przejdzie.

W kontekście badań dobrym przykładem są zdjęcia rentgenowskie. Nie wolno ich wykonywać w ciąży, ale są całkowicie bezpieczne w trakcie laktacji. Promienie RTG nie kumulują się w mleku i nie szkodzą dziecku. Po wykonaniu zdjęcia rentgenowskiego nie trzeba czekać z kolejnym karmieniem, nie trzeba mleka odciągać i wylewać. Można nakarmić nawet noworodka bezpośrednio po wyjściu z gabinetu. Nawet, jeśli było to prześwietlenie klatki piersiowej [1].

Dozwolone w trakcie karmienia piersią jest również używanie środków kontrastujących (kontrastów) w czasie badań radiologicznych: badania RTG [2], tomografii komputerowej [3] i rezonansu magnetycznego [4].  Badania wskazują, że kontrasty przenikają do pokarmu matki w ilości nieoznaczalnej w laboratorium (substancji jest w mleku tak mało, że nie da się jej odnaleźć w próbce). Ponadto środki te cechują się wybitnie słabą absorbcją z przewodu pokarmowego dziecka. Uznaje się, że więc takie badania za bezpieczne także w okresie karmienia piersią. Matka w okresie laktacji po badaniu tomografii komputerowej czy rezonansu magnetycznego, także z użyciem środka kontrastującego, nie musi odciągać i wylewać mleka ani zachowywać odstępu między badaniem a kolejnym karmieniem [5].

Badania z użyciem izotopów promieniotwórczych to jedyne, po których konieczne jest czasowe zaprzestanie karmienia piersią. Do takich badań należy scyntygrafia i pozytonowa tomografia emisyjna (PET).

W zależności od użytego izotopu przerwa w karmieniu będzie wynosić od kilku godzin do 41 dni [6]. Warto w takich przypadkach poprosić radiologa wykonującego badanie o podanie nazwy izotopu i skontaktować się z Certyfikowaną Doradczynią Laktacyjną CDL, Międzynarodową Konsultantką Laktacyjną IBCLC lub farmaceutą specjalizującym się w pracy z kobietami karmiącymi, aby uzyskać szczegółowe informacje dotyczące długości przerwy. Utrzymanie laktacji będzie więc w niektórych przypadkach wymagało bardzo intensywnej pracy z laktatorem (choć odciągnięte mleko trzeba będzie wylewać, a dziecko karmić pokarmem zgromadzonym wcześniej) [7]. 

Dotychczas zdarzyło mi się wspierać mamę półtorarocznego dziecka, która po wyleczeniu przed ciążą nowotworu tarczycy musiała regularnie wykonywać scyntygrafię tarczycy z izotopem jodu. Ponieważ przerwa w karmieniu w tym przypadku musiałaby trwać 41 dni, moja Klientka zdecydowała się na odstawienie dziecka od piersi przed badaniem.

I oczywiście w trakcie laktacji można wykonywać badania laboratoryjne krwi, także test doustnego obciążenia glukozą itp.

 

Profilaktyka ginekologiczna

Badania cytologiczne każda mama powinna wykonywać raz w roku. Choćby i z dzieckiem w gabinecie. Ja wiem, że dzieci płaczą, wiem, że niektóre chcą być ciągle przy piersi, ale pokombinuj proszę, jak to zorganizować, żebyś na tę cytologię wreszcie się wybrała (jeśli minął więcej niż rok od ostatniej).

Karmienie piersią nie jest przeciwwskazaniem do pobierania cytologii! Jeśli karmisz piersią i jeszcze nie wróciła Ci płodność, nie wiesz, w którym dniu cyklu jesteś – to nieistotne. Jeśli Twój lekarz twierdzi inaczej, zmień lekarza. Serio. Cytologię można wykonywać każdego dnia cyklu poza dniami krwawienia miesiączkowego. Ważne: materiał do badania powinien być pobierany szczoteczką, a nie jak kiedyś – wacikiem [8].

Raz w miesiącu, po okresie lub jakiegokolwiek stałego dnia miesiąca (jeśli Twoja płodność po porodzie jeszcze nie wróciła) należy badać sobie piersi. Film oraz grafiki instruktażowe znajdziesz TUTAJ.

Nie istnieją oficjalne rekomendacje dotyczące badania USG piersi u kobiet. Wielu ekspertów od profilaktyki onkologicznej zaleca, aby wykonywać je po 20 urodzinach raz w roku. Okres laktacji nie jest przeciwwskazaniem do USG piersi [9]! Obraz może być nieco trudniejszy do interpretacji, dlatego warto wybrać doświadczonego specjalistę. Polecanych przez Czytelniczki lekarzy znajdziesz w komentarzach do poniższej grafiki:

Kobiety najpóźniej po 50 roku życia (według kryteriów amerykańskich już od 45 roku życia) [10] powinny nie rzadziej niż raz na dwa lata wykonywać mammografię.

 

BARDZO WAŻNE

Na koniec mam do Ciebie ogromną prośbę: weź TERAZ telefon komórkowy i zadzwoń albo napisz wiadomość do swojej mamy, teściowej, siostry lub przyjaciółki. Zapytaj, kiedy ostatnio robiły cytologię i USG lub mammografię piersi. Zrób to.

Wiem z prywatnych wiadomości, że dzięki trąbieniu na lewo i prawo w Internecie o tym, że w trakcie laktacji można i trzeba robić USG piersi, dwóm matkom prawdopodobnie uratowałam życie. Poszły, zbadały się, wykryto nowotwór we wczesnym stadium. (Trochę już czasu od tego minęło, a ja nadal mam gulę w gardle, kiedy o tym piszę).

Zadbaj o siebie i przypomnij bliskim Tobie kobietom, żeby też się badały.

PS. Napisałaś do nich TERAZ? Świetnie. A może udostępnisz ten tekst?

 

 
Pierwsze święta z wymagającym dzieckiem

Pierwsze święta z wymagającym dzieckiem

Pierwsze święta we trójkę? Odłóżmy na bok fantazje znane z kina i fotografie z banków zdjęć z uśmiechniętymi niemowlakami przebranymi w świąteczne kostiumy 😉

Warto być świadomym, że pierwsze święta z małym dzieckiem będą inne. Niekoniecznie gorsze, niekoniecznie lepsze od tych bezdzietnych. Po prostu inne. Rzadko takie, jak w filmach familijnych (wiesz, niemowlaczek, który bez mruknięcia zniesie podróż i będzie zachwycony nowym miejscem wśród nowych dorosłych – choć bardzo Ci tego życzę!).

Pierwsze święta z małym dzieckiem mogą być trudne dla rodziców i dla dziecka. Warto urealnić swoje oczekiwania. Nastawić się na to, że może zjemy wszystko i nagadamy się z bliskimi jak dawniej, a może tak być, że po zupie będziemy spoceni uciekać do samochodu. Albo pozornie zaciekawione wujkami niemowlę będzie w nocy bardzo kiepsko spało, bo będzie przeżywać atrakcje poprzedniego dnia.  

Podróż

Podróż z hajnidem jest często najbardziej stresującym elementem świąt. Wymagające dzieci nie są wielkimi fanami jeżdżenia w fotelikach samochodowych. To wynika między innymi z tego, że pozycja dziecka w foteliku samochodowym, zwłaszcza w tym pierwszym – łupince, nie jest superwygodna. To jest pozycja, która ma chronić ciało dziecka w razie wypadku. A że przy okazji  może u niektórych maluchów zwiększać cofanie się treści żołądkowej do przełyku, a bycie unieruchomionym pasami nie należy do marzeń HNB… Poza tym są niemowlaki, które w trakcie jazdy odczuwają dyskomfort i nudności, sygnalizując to płaczem. Po roczku zaczynają prezentować wszystkie klasyczne objawy choroby lokomocyjnej. Są też dzieci, które powoli wyrastają z fotelika i jest im ciasno. Są takie, którym koszmarnie nudzi się podziwianie podsufitki auta.

Jak uatrakcyjnić podróżowanie?

Po pierwsze, wiele rodzin podróżuje nocą. Usypia dzieci w domu i przenosi na śpiocha albo startuje spod domu późnym wieczorem. Po drugie, zbiór atrakcyjnych zabawek na czas podróży. Są rodzice, które mają zestaw zabawek wożonych tylko w samochodzie – są „nieopatrzone” i przez to atrakcyjniejsze niż te domowe. Dla osób tolerujących ekstremalny bałagan polecam pudło chusteczek higienicznych i wyciąganie oraz rozdzieranie każdej przez delikwenta. Niespecjalnie biczowałabym się nawet oglądaniem filmików i teledysków, gdy już wszystkie nieelektroniczne zabawki i opowieści dziwnej treści z cyklu “ co za oknem” zawiodą. Gdy weszliście już w wiek bajek, to u nas hitem są własnoręcznie nagrane audiobooki (w domu nagrywam czytanie książek córki na dyktafon w telefonie). Wierszyki i zabawy paluszkowe, które nie tylko uatrakcyjniają podróż, ale też rewelacyjnie rozwijają mowę, znajdziecie na przykład tutaj.

Warto potestować, jak kształtują się reakcje dziecka wraz ze zmianą osoby siedzącej z tyłu. Zdarza się, że jeśli ojciec lub babcia siedzą obok fotelika z tyłu, to dziecku jedzie się przyjemniej. Na mamę już się wystarczająco napatrzyło i jej nasłuchało, a inni dorośli mają swój nieograny zasób atrakcji, piosenek i wierszyków.  Bywają dzieci, które są znacznie spokojniejsze, gdy siedzą z tyłu samotnie. Zastanów się nad zamontowaniem na zagłówku lusterka, którym dziecko widzi kierowcę i siebie.

Jednym z moich ulubionych wątków na temat sposobów na przetrwanie podróży jest mądrość zbiorowa mojej grupy na Facebooku, którą znajdziesz TUTAJ (a jeśli nie ma Cię jeszcze w mojej grupie, to na co czekasz?!).

Jeśli myśl o kolejnej podróży sprawia, że pot spływa Ci po plecach, może dałoby się pojechać transportem publicznym? Znam sporo opowieści o przyjemnościach z podróży pociągiem.

A może namówić rodzinę do tego, żeby jednak to oni do Was przyjechali tym razem?

Wiem, że póki co to wydaje się wiecznością, ale dzieci wyrastają z trudności związanych z jazdą w foteliku  samochodowym. Natomiast jeśli jednak decydujemy się na samochód, to dzieci trzeba wozić w foteliku samochodowym. Nie wolno dzieci wozić na kolanach! Nie powinno się też karmić dzieci w trakcie jazdy, ze względu na ryzyko zadławienia się. I rodzice zawsze powinni być zapięci pasami. Inaczej nawet przy pozornie niegroźnej stłuczce stanowimy poważne zagrożenie dla zdrowia małego dziecka.

Sen

Jeśli Wasze dziecko ma jakieś gadżety, z którymi zasypia, nie zapomnijcie ich zabrać. Weźcie smoczek, kocyk czy przytulankę, płytę z kołysankami itd. jeśli maluch czegokolwiek używa. W nowym miejscu dziecko będzie się dzięki temu czuło bezpieczniej i łatwiej będzie mu usnąć.

Są rodzice, którzy jeżdżą ze swoim łóżeczkiem turystycznym, zwłaszcza jeżeli podróżują często lub używają go też w domu. Dzieciom śpiącym razem z rodzicami w jednym łóżku bywa łatwiej, bo nowe otoczenie nie ma aż takiego znaczenia, gdy tylko mama czy tata są blisko.

Warto zabrać ze sobą coś do zasłonięcia okien, jeśli gospodarze przyoszczędzają na roletach black-out 😉 W wersji profesjonalnej to zaciemniająca roleta na przyssawki (klik!), ale wystarczy taśma klejąca i folia aluminiowa lub worki na śmieci. Chyba, że lubicie pobudki wcześniejsze niż zwykle 😉 (o tym, dlaczego zaciemnienie jest ważne, pisałam TUTAJ).

Im młodsze niemowlę, tym faktycznie łatwiej jest je przebodźcować. Dużo nowych wrażeń po południu w wielu rodzinach kończy się atakiem kolki malucha, płaczem przed zasypianiem albo przerywaną częstymi pobudkami nocą.

Bywa tak, że niemowlaki nie chcą, żeby ktokolwiek poza rodzicami brał je na ręce. Może chodzić na przykład o… perfumy. Niemowlęta są dosyć wrażliwe na zapachy i niekoniecznie odpowiada im woda toaletowa babci albo dym tytoniowy na ubraniach ciotki.

Ale ale, uwaga rodzice hajnidów: może też być tak, że Wasze dziecko Was zaskoczy 🙂 Wymagające dzieci bardzo często podczas rodzinnych spotkań włączają tryb „demo” i są gwiazdami imprezy… bo wreszcie czują się usatysfakcjonowane. Już się nie nudzą! Wreszcie więcej ludzi, więcej bodźców, zapachów, dźwięków, wszyscy chcą mnie nosić na rękach, hurrra! Paradoksalnie może się więc okazać, że noce w trakcie świąt wcale nie będą takie złe. Więcej na ten temat pisałam TUTAJ

Świąteczne dni są wyjątkowe i nic złego się nie stanie, jeśli nie odtworzycie stałego rytuału wieczornego. Nawet jeśli małe dziecko przez ten czas pośpi w ciągu dnia krócej, wyreguluje sobie to w kolejnych dniach.

Karmienie

Dieta matki karmiącej piersią to mit – poza spożywaniem alkoholu, jeśli dziecko ma mniej niż 6 miesięcy, i limitowaniem kofeiny do 300 mg (np. 2-3 filiżanki kawy), możesz jeść i pić wszystko [1]. Na zdrowie!

Więcej na ten temat w filmie poniżej:

Niemowlakom z rozszerzaną dietą również możemy podawać niemal wszystko [2, 3, 4] poza:

Warto się przygotować na to, że często małe dzieci karmione naturalnie odreagowują dużą ilość bodźców częstszym zgłaszaniem się do piersi. Przydaje się wówczas spakowanie ubrań wygodnych do karmienia (i ewentualnie jakiegoś przykrycia, jeśli krępuje Cię karmienie przy innych dorosłych).

Bywa też tak, że dzieci starsze niż trzymiesięczne nie chcą być karmione w towarzystwie nieznanych osób. Tak bardzo cieszą się nowymi twarzami, że rozpraszają się przy karmieniu – ale za to mogą nadrabiać w nocy.

Jeśli masz kłopot z reagowaniem na świąteczne porady wychowawcze (tego nie jedz, to mu daj, dlaczego go nosicie, po co śpi z Wami w łóżku etc.), zerknij koniecznie na mój artykuł TUTAJ.

I przyjmij najlepsze życzenia na najbliższe świąteczne dni – życzę, żeby było pełne radości i spokoju, bez względu na to z kim i jak je spędzasz <3

 

Dziecko dwujęzyczne – wywiad z logopedą Katarzyną Czyżycką

Dziecko dwujęzyczne – wywiad z logopedą Katarzyną Czyżycką

 

Zerknięcie w statystyki uświadomiło mi, że wśród Czytelników bloga jest sporo rodziców mieszkających w innych niż Polska krajach. Poza tym niejednokrotnie na fanpage’u zauważyłam komentarze od rodziców (z nietypowo brzmiącymi nazwiskami), wychowujących dzieci w ojczystym kraju z obcokrajowcem. Dlatego postanowiłam pochylić się nad zagadnieniem dwujęzyczności i poprosiłam o rozmowę jedną z najlepszych ekspertek w tej dziedzinie.

Katarzyna Czyżycka jest logopedą, pracuje jako terapeuta z dziećmi od ponad 10 lat. Jest autorką serii ośmiu książek dla małych dzieci o przygodach Pumy PiMi, poświęconych nauce czytania według metody symultaniczno-sekwencyjnej.

Od 2012 roku pracuje jako logopeda dzieci dwujęzycznych oraz nauczyciel języka polskiego jako drugiego. Jest terapeutą dzieci niemówiących, dzieci z każdym opóźnieniem w rozwoju mowy niezależnie od przyczyny tego opóźnienia, dzieci z wadami wymowy. Współpracuje z logopedami z całego świata po to, by jeszcze lepiej poznać drugi język dziecka. Pomaga dzieciakom myśleć i mówić po polsku. Jest autorką portalu CentrumGloska.pl

 

Magdalena Komsta: Jakie są plusy wielojęzyczności?

Katarzyna Czyżycka: Większość dzieci dwujęzycznych ma większe predyspozycje do tego, żeby stać się przede wszystkim osobami bardziej kreatywnymi. Dziecko dwujęzyczne może mieć większą możliwość wyrażenia swoich uczuć dlatego, że dysponuje większym zasobem słów. Wielojęzyczność opóźnia pojawienie się chorób neurodegeneracyjnych. Poprawia szybkość uczenia się i myślenie przyczynowo-skutkowe. Ale wychowanie w dwujęzyczności wymaga od rodziców wytrwałości, samozaparcia i energii.

MK: Czy to prawda, że dzieci dwujęzyczne zaczynają mówić później?

KC: Nie. Mit się wziął z lat 60. XX wieku. Po raz pierwszy zaczęto badać dzieci dwujęzyczne w Stanach Zjednoczonych w dzielnicy meksykańskiej. Były to dzieci imigrantów, którzy całymi dniami pracowali w fabrykach –  wskutek czego te dzieciaki wychowywały się na ulicy. Nikt z nimi nie rozmawiał, nie stymulował rozwoju mowy – i ta mowa faktycznie rozwijała się później niż przeciętnie. Działo się tak z powodu środowiska, w którym wyrastały, a nie z samej dwujęzyczności. Najnowsze badania wskazują na to, że dzieci wielojęzyczne nie mają opóźnień w rozwoju mowy.

MK: Jak w takim razie wygląda rozwój mowy dzieci dwujęzycznych? Czy dwa języki rozwijają się równolegle ze sobą? Czy są w jakiś sposób wymieszane?

KC: Każde dziecko w pewnym momencie swojego życia zaczyna głużyć – to re wszystkie słynne agrhh. Potem gaworzy, czyli powtarza sylaby mamamama, babababa. I to robi każde dziecko z wyjątkiem dzieci głuchych, które nie gaworzą. Na pierwsze urodziny powinniśmy usłyszeć 3 słowa. Chodzi o 3 słowa niezależnie od języka, czyli jeżeli dziecko jest anglo- i polskojęzyczne, to szukamy w sumie 3 słów z obu języków: może być jedno słowo polskie i  dwa słowa angielskie. Mają to być 3 słowa, które są zrozumiałe dla osób bliskich dziecku, na przykład mamy, taty czy niani. W wieku 2 lat dziecko dwujęzyczne składa pierwsze proste zdania. Takie zdanie to jest na przykład Mama am. Do drugiego roku życia rozwój mowy wygląda tak samo, jak u dziecko jednojęzycznego. Różnica jest taka, że języki mogą się mieszać ze sobą. Natomiast później następuje wyraźniejszy przyrost słownictwa w jednym z języków.

MK: W którym?

KC: Najczęściej w tym, którego dziecko ma więcej. Bywają takie sytuacje, że maluch jest w przedszkolu angielskim 3 godziny dziennie, a z polskojęzyczną mamą 8 godzin dziennie. I mimo to dziecko będzie miało większy zasób słownictwa angielskiego, bo wyrazy w języku angielskim są krótsze niż w polskim. Z językiem niemieckim będzie odwrotnie, bo ma z kolei dłuższe wyrazy niż polski. Niemal nigdy nie jest natomiast tak, że przyrost słownictwa jest taki sam w obu językach. Prawie zawsze któryś język wyprzedza drugi i tak się dzieje tak naprawdę aż do końca życia osoby dwujęzycznej. Jest bardzo mało osób, które są w tak zwanej dwujęzyczności zrównoważonej pod kątem leksykalnym – czyli, że mają taki sam zasób słownictwa w obu językach. Tu, gdzie jest więcej bodźców językowych, ten język rozwija się szybciej.

MK: Kiedy dziecko powinno przestać w jednym zdaniu mieszać słowa z jednego języka ze słowami z drugiego?

KC: Tutaj trzeba odróżnić dwa pojęcia. Mieszanie i przełączanie. Dziecko całe życie ma prawo mieszać języki, czyli mówić dwa wyrazy w różnych językach w jednym zdaniu, jeśli rozmawia z osobą, która zna oba te języki. Natomiast jeżeli chodzi o przełączanie kodu, to ok. 4 r.ż. powinna nastąpić świadomość, że jeżeli babcia nie mówi po angielsku, to dziecko musi do niej mówić po polsku. Może wtrącać pojedyncze słowa np. po angielsku, jeśli nie zna ich po polsku, ale generalnie starać się mówić w języku znanym osobie, z którą rozmawia.

MK: Interesuje mnie nauka czytania i pisania. Czy powinna iść ona równolegle w obu językach?

KC: Uważam, że są dwie drogi. Pierwsza to nauka równolegle, w obu językach. Druga opcja jest taka, że język mniejszościowy (czyli np. polski, jeśli rodzice mieszkają zagranicą) w tym wypadku powinien iść pierwszy, a potem język kraju. Nigdy odwrotnie. Dlaczego? To jest dość proste. Dziecko uczy się np. po angielsku czytać w przedszkolu. Po ok. 10-12 miesiącach nauki, powinno czytać całkiem płynnie czytać fajne teksty. Wyobraźmy sobie, że to dziecko teraz, w tym momencie, kiedy czyta świetnie teksty tak jak koledzy, ma zacząć się uczyć od zera czytać po polsku. I to infantylne teksty w stylu Ala ma kota. Nie ma motywacji, bo po angielsku już śmiga. Jeśli to zrobimy odwrotnie, czyli w wieku 6 lat płynnie czyta po polsku, ale dopiero się uczy po angielsku to uczy się równo z kolegami. Jest na tej samej pozycji.

MK: Czy warto jest, mieszkając za granicą, mówić do dziecka w języku ojczystym? Czy warto jest mówić do dziecka w języku polskim, jeżeli na przykład tata dziecka jest Niemcem, mieszkamy w Niemczech, dziecko chodzi do niemieckiego żłobka, przedszkola, mama też zna niemiecki. Czy ona w ogóle powinna ten język polski wprowadzać? Jeżeli tak, to kiedy?

KC: Mówić po polsku, od początku. Emocje zwykle najłatwiej wyraża się w ojczystym języku. Żeby zbudować dobrą relację z dzieckiem, powinniśmy mówić do dziecka tym językiem, w którym czujemy się w stu procentach swobodnie. Znakomita większość z nas swobodnie czuje się tylko i wyłącznie w języku ojczystym, chyba że rodzic też jest osobą dwujęzyczną. Wtedy może wybrać, w jakim języku mu łatwiej. Ja jestem za tym, żeby mówić po polsku. Poza tym, język rozwija nam mózg.

MK: Jak wspierać naukę języka polskiego jeżeli mieszka się poza Polską? Poza mówieniem do dziecka w języku polskim. Czy są jakieś sposoby, jakieś techniki, jakieś strategie? Czy na coś powinniśmy specjalnie zwrócić uwagę?

KC: Pamiętajmy o tym, że języka uczymy się tylko i wyłącznie wtedy ,kiedy jest nam on użyteczny. To znaczy, że nie wystarczy do dziecka mówić. Trzeba z dzieckiem rozmawiać w tym języku. Nawet z takim maluszkiem, któremu mówimy zwykłe aghh i czekamy na jego odpowiedź. Potem, kiedy dziecko podrośnie, warto poszukać w swojej okolicy innych osób, które mówią po polsku. Tutaj świetnie sprawdzają się przedszkola i szkoły polonijne, te sobotnie. Ja wiem, że wielu rodzicom trudno jest wstawać w soboty i wozić dzieci. Ale pamiętajmy o tym, że dobrze jest przyswajać język od wielu osób, a taka szkoła polonijna to nie tylko nauczyciele, ale też inne dzieci, które też będą mówiły po polsku. Fajnie jest wysyłać dzieci na kolonie do Polski.

MK: A co z książkami i bajkami, wykorzystywaniem multimediów? Wiem, że logopedzi nie są specjalnymi przyjaciółmi multimediów.

KC: Ja też nie jestem. Jeśli chodzi o książki, to oczywiście tak. Na początku opowiadajmy co się dzieje na obrazkach, a potem dopiero czytajmy. Mediów elektronicznych unikajmy co najmniej do 2 roku życia. Możemy stosować od 4-5 roku życia i to towarzysząc dziecku, opowiadając mu, co się dzieje na ekranie.

MK: Jeśli rodzina na stałe przeprowadza się za granicę i dziecko ma tam pójść do żłobka czy przedszkola – czy rodzice powinni w jakiś sposób je przygotowywać?

KC: Wszystko zależy od tego, ile lat ma dziecko. Jeżeli dziecko jeszcze nie mówi nauczymy takiego malucha podstawowych słów typu pić, jeść, siusiu. To wystarczy na początek żeby  dziecko mogło komunikować podstawowe potrzeby i czuło tam bezpieczne. Natomiast jeżeli mówimy o dzieciach, które już mówią po polsku i dopiero wyjeżdżają, przygotujmy im specjalny zeszycik. W zeszyciku wklejamy zdjęcia albo obrazek na przykład sedesu z kupą i można to też podpisać w obcym języku. Dziecko idzie do przedszkola uzbrojone w taki zeszyt i kiedy potrzebuje, pokazuje pani, co się dzieje. Pani odczytuje głośno, dziecko uczy się i po jakimś czasie ten zeszyt przestaje być potrzebny. Pięciolatek po 6 miesiącach jest w stanie się skomunikować na dobrym poziomie.

MK: Porozmawiajmy o komunikacji między rodzicami. Jeżeli nie są tej samej narodowości, to w jakim języku powinni mówić do dziecka: własnym, czy takim, który rozumieją oboje rodziców?

KC: To metoda OPOL – one person, one language. Mama mówi po polsku, tata mówi po duńsku, mimo że ze sobą rozmawiają po angielsku. Dziecko angielskiego też się z czasem od nich nauczy. Kiedy dziecko jest starsze i we trójkę potrzebujemy coś przedyskutować, przechodzimy na wspólny język.

MK: Zastanawiam się, jak to jest kiedy na przykład nasze dziecko dobrze rozumie oba języki, ale konsekwentnie odpowiada tylko w jednym z nich. Czy w jakiś sposób rodzice powinni na przykład motywować do tego, żeby odpowiadało po polsku, czy powinni to zaakceptować?

KC: Najpierw warto, żeby rodzice zastanowili się, czy naprawdę konsekwentnie mówią do dziecka tylko po polsku. Jeśli nie, to warto jednak zacząć. Natomiast jeśli rzeczywiście mówią, ale dziecko nadal stale odpowiada np. po angielsku, to technika jest dość prosta – to parafrazowanie:

-Chcesz jabłko?

-Yes, i want an apple.

-Ok, dostaniesz jabłko.

Albo na przykład:

-Mama give me that red pencil.

-Dobrze, dam Ci  tę czerwoną kredkę.

Ważne jest to, że 66% dzieci, które właśnie tak się zachowują, ma dysleksję. I pod tym kątem warto te dzieci zdiagnozować. Czy dziecko nie ma problemu z przyswajaniem języka mniejszościowego: rozumie go, ale ponieważ jest trudniejszy, to nie używa w mowie.

MK: Jeśli jesteśmy już przy problemach z rozwojem mowy, to proszę powiedzieć , czy dzieci właśnie dwujęzyczne lub wychowywane w środowisku wielojęzycznym rzadziej mają problemy z rozwojem mowy?

KC: One są rzadziej diagnozowane. Panuje ten mit wielojęzyczności jako przyczyny opóźnienia mowy. Dziecko nie mówi do 4 roku życia? Aaa, bo jest dwujęzyczne. Dziecko nie rozumie w 3 roku życia? Aaaa, bo jest dwujęzyczne. Nie mówi w jednym z języków? Aaaa, bo jest dwujęzyczne i najpierw musi sobie poukładać. I tak dalej, i tak dalej. To nie jest prawda! Jeżeli chodzi o same zaburzenia językowe, to jest dokładnie taki sam procent co u dzieci jednojęzycznych.

MK: Gdzie można szukać pomocy z problemami z rozwojem mowy, jeżeli nie mieszka się w Polsce?

KC: Najpierw do pediatry – ale bywa z nimi różnie. W Anglii na przykład do 4 roku życia praktycznie nie diagnozuje się u dzieci problemów językowych, a to błąd. W przypadku dzieci dwujęzycznych najlepiej szukać pomocy u psychologów i logopedów, którzy pracują stale z dzieciakami dwujęzycznymi. To nie musi być osoba, która pracuje w języku polskim. To może być równie dobrze ktoś, kto pracuje załóżmy po niemiecku i arabsku. Specjalista będzie wiedział, jak sprawdzić rozumienie języka i jak dalej poprowadzić dziecko.

MK: Czy w przypadku dzieci z trudnościami rozwojowymi albo językowymi, na przykład ze spektrum autyzmu albo z dysleksją, powinniśmy unikać dwujęzyczności?

KC: Warto, żeby każdy z rodziców mówił w swoim języku. Natomiast musimy mieć świadomość tego, że to dziecko będzie mówiło prawdopodobnie tylko w jednym języku i to w większościowym, o ile w ogóle będzie mówiło, jeśli mówimy o autyzmie. Ale będzie rozumiało mniejszościowy, czyli na przykład polski, jeśli mieszkamy w Anglii – i to też jest ważne. Dysleksja przeszkadza w uczeniu się kolejnych języków, już tak szkolnie, i tutaj nie warto się spieszyć ani naciskać. Żeby dziecko nie było ciągle sfrustrowane, że nie jest w stanie się nauczyć języka obcego.

MK: Czy może Pani polecić jakieś książki na temat dwujęzyczności, w których warto szukać dalszych informacji?

KC: Dla rodziców jest świetny poradnik Barbary Zurer Pearson „Jak wychować dwujęzyczne dziecko”. Jeśli mówimy o terapeutach, to osobiście uwielbiam czytać książki Janette Paradis oraz prof. Henrietty Langdon, która jest sama dwujęzyczna.

MK: Bardzo dziękuję za rozmowę!

Chcesz otrzymywać darmowe treści o wielojęzyczności? Dołącz do newslettera przygotowanego przez Annę Demirel: