COVID-19 u dzieci. Wywiad z dr n. med. Kacprem Toczyłowskim

COVID-19 u dzieci. Wywiad z dr n. med. Kacprem Toczyłowskim

 

Dziś chciałam przedstawić Wam drugi wywiad z całego cyklu rozmów, które mają przybliżyć Wam sylwetki naszych ekspertów z Parentflixa – klubu online dla rodziców.

Na początku kilka informacji o moim gościu.

Kacper Toczyłowski jest doktorem nauk medycznych, pediatrą, obecnie w trakcie drugiej specjalizacji z chorób zakaźnych. Od pięciu lat pracuje na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku oraz od siedmiu lat na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie. Oprócz pracy z małymi pacjentami w szpitalu Kacper zajmuje się również pracą naukową, a jego publikacje traktują przede wszystkim o chorobach zakaźnych u najmłodszych. Prywatnie jest tatą dwójki dzieci, więc temat infekcji u dzieci zna nie tylko od strony medycznej, ale również doskonale rozumie troski i zmartwienia, które towarzyszą rodzicom. Rozmawialiśmy na temat infekcji koronawirusowych u dzieci.

Od razu zdradzę Wam, że Kacper będzie również jednym z prelegentów na konferencji, która odbędzie się już niedługo (możecie się na nią zapisywać TUTAJ). Kacper będzie mówił tam o tym, czy częste chorowanie u dzieci sprzyja budowaniu odporności? Na konferencji wystąpią również inni eksperci z Klubu i poruszą niezwykle interesujące tematy z zakresu rozwoju i zdrowia małych dzieci.

 

A teraz zapraszam Was do lektury.

Magdalena Komsta: Stosunkowo mało mówi się na temat tego, jak dzieci chorują na COVID-19. Na początku często słyszeliśmy, że dzieci właściwie tylko transmitują wirusa, praktycznie na niego nie chorują. Czy dzieci chorują na COVID-19?

Kacper Toczyłowski: Tak, dzieci chorują na COVID-19. W marcu, kiedy pojawiły się pierwsze przypadki w Polsce, na naszym oddziale zakaźnym dla dzieci przygotowywaliśmy się niemalże jak na wojnę. Spodziewaliśmy się najgorszego, przygotowaliśmy cały szpital, cały oddział, wszystkie drogi transportu pacjentów. Ale w marcu tych pacjentów nie mieliśmy, w kwietniu podobnie. Okazało się, że jednak dzieci bardzo rzadko trafiają do szpitala, zwłaszcza podczas tej tak zwanej pierwszej fali.

Gdy spojrzymy na dane z całego świata, dzieci stanowią poniżej 10% wszystkich osób, które zostały zdiagnozowane z zakażeniem nowym koronawirusem. To może wynikać z dwóch powodów. Po pierwsze, może być faktycznie tak, że dzieci chorują dużo rzadziej niż osoby dorosłe. A po drugie, może być też tak, że dzieci trochę rzadziej są testowane w kierunku tego zakażenia i przez to nie są tak reprezentowane w grupie osób zakażonych. Ale dzieci chorują, bo wciąż mówimy o milionach zakażeń u dzieci poniżej osiemnastu lat na całym świecie, więc to są liczby istotne. Odpowiadając na Twoje pytanie: czy dzieci mogą zachorować na COVID-19? Tak, mogą i chorują i jest to faktycznie coś, co obserwujemy w oddziale, ale nie tylko. I tu kolejna sprawa – nie wszystkie dzieci muszą trafić do szpitala, część z nich jest konsultowana przez lekarzy rodzinnych, przez lekarzy pediatrów w poradniach ambulatoryjnych poza szpitalem, tam też ci pacjenci są. I wcale nie jest tych dzieci tak bardzo mało.

MK: Czy przebieg tej choroby u dzieci różni się od przebiegu u osób dorosłych? Zastanawiam się nad tym, czy to jest taka choroba, którą im dziecko jest młodsze, tym ciężej ją przechodzi, czy te powikłania są bardziej groźne, jak to się dzieje w przypadku niektórych innych chorób m.in. wirusowych?

KT: Spektrum objawów zależy od wieku dziecka, tak że nie możemy mówić o dzieciach jako o jednej jednolitej grupie, bo dwulatki się różnią mocno od nastolatków. Już w pierwszych opracowaniach tematu faktycznie mówiono o tym, że dzieci chorują łagodnie i są rzadziej hospitalizowane. Jedna rzecz to jest wiek dziecka, który w jakimś stopniu determinuje to, jak dziecko choruje, ale druga rzecz to choroby współistniejące. Są dzieci z wieloma przewlekłymi problemami: dzieci z otyłością, z cukrzycą, z porażeniem mózgowym, z chorobami nerwowo-mięśniowymi (one są szczególnie narażone na ciężki przebieg COVID-19) czy z wadą serca. Więc jedna kwestia to wiek, o którym mówimy, a druga to choroby współistniejące u dzieci. Mimo wszystko, porównując do populacji dorosłej, zwłaszcza osób starszych, zgonów wśród dzieci jest bardzo mało. Niestety zdarza się, że dzieci też umierają z powodu tego zakażenia, ale to jest mniej niż 1 promil wszystkich zgonów.

 

MK: Czy to jest tak, że te najmłodsze dzieci są bardziej narażone na ciężki przebieg, na ewentualne powikłania, czy raczej nastolatki?

KT: Narażone są głównie osoby ze skrajności wiekowych – osoby powyżej 65. roku życia i niemowlęta. Niemowlęta dużo częściej poddawane są hospitalizacji, chociażby w celu obserwacji. Niestety. zaczęliśmy zauważać, że nastoletnie dzieci, które chorują często albo bezobjawowo, albo mają skąpe objawy (katar i pogorszenie samopoczucia), mają później poważne powikłania, które mogą pojawić się po dwóch, trzech, czterech tygodniach. Te powikłania potrafią być na tyle ciężkie, że dzieci trafiają na oddział intensywnej terapii. Więc temat jest bardzo złożony i trudno powiedzieć na 100%, które dziecko będzie miało ciężki przebieg, a które nie.

Podsumowując – dzieci poniżej 1. roku życia są w grupie ryzyka ciężkiego przebiegu, ze względu na to, że właściwie każde ostre zakażenie dróg oddechowych u niemowląt jest potencjalnie niebezpieczne, bo wywołuje gorączkę, wymioty czy biegunkę, a wiąże się to z ryzykiem odwodnienia i potrzebą hospitalizacji. Ponadto w grupie ryzyka są także dzieci z chorobami przewlekłymi, jak chemioterapia z powodu chorób onkologicznych.

MK: Czy w sezonie jesienno-zimowym rodzic bez wykształcenia medycznego jest w stanie rozpoznać objawy, czy to jest infekcja koronawirusowa, czy np. zwykłe przeziębienie? Czy z każdym przypadkiem zagorączkowania powinniśmy się udawać do lekarza? I gdzie – na teleporadę, do przychodni, czy jeszcze jakoś inaczej postępować?

KT: Czy rodzic może sam rozpoznać takie zakażenie? Może, jeżeli jego nastoletnie dziecko powie, że straciło węch i smak. To są – w ostatnim czasie – na tyle charakterystyczne objawy, że rzeczywiście trudno je w tym momencie wiązać z czymś innym. Owszem utrata węchu i smaku może być spowodowane kompletnie czymś innym, ale raczej, jeżeli dziecko ma objawy infekcji i straciło węch i smak, możemy podejrzewać infekcję nowym koronawirusem. O tym powie raczej dziecko kilkunastoletnie, niemowlę na pewno tego nie powie, kilkuletnie dziecko też raczej nie. Natomiast cała reszta objawów, czyli: luźny stolec, wymioty, katar, kaszel, są to objawy tak bardzo niecharakterystyczne, że bez wykonania testów nie można tego odróżnić od zwykłego przeziębienia, czyli zakażenia innymi sezonowymi wirusami. A co zrobić, jeżeli dziecko ma tego typu objawy? Jeżeli straciło węch i smak, to jest dosyć jasne. To prawdopodobnie choroba koronawirusowa. Jeżeli dziecko nie wymaga hospitalizacji, nie jest ciężko chore, może zostać w domu. Nie ma potrzeby konsultacji nastolatków z przeziębieniem. Zwykle rodzice poradzą sobie sami i wymaga to właściwie w tym momencie tylko izolacji chorego i kwarantanny całej rodziny. Najpierw należy skontaktować się telefonicznie z lekarzem rodzinnym, który ustali (na podstawie wywiadu), czy jest potrzeba zbadania dziecka. 

Oddzielny temat to czas po godzinie 18 i przed 8 rano, kiedy lekarz rodzinny nie pracuje, oraz weekendy i święta. We wszystkich większych miastach funkcjonują natomiast poradnie nocnej i świątecznej opieki medycznej.

Chciałbym jeszcze podkreślić, że teleporada, czyli rozmowa z lekarzem lub pielęgniarką, czyli z osobą doświadczoną w temacie, czasem jest absolutnie wystarczająca, żeby ustalić, czy jest potrzeba bezpośredniego zbadania dziecka. 

MK: Czyli warto zapisać sobie numer także do nocnej opieki medycznej, żeby w sytuacji kryzysowej móc szybko z niego skorzystać. A jak wygląda leczenie COVID-19 u dzieci?

KT: To wszystko zależy od tego, jaki dziecko ma zestaw objawów. Zakażenie koronawirusem wywołuje różne objawy, a to wszystko wynika właściwie z dwóch rzeczy. Po pierwsze, z rozmieszczenia receptorów (enzymu konwertującego angiotensynę). Te receptory są obecne w całym naszym organizmie, ale przede wszystkim są w płucach, są w jelitach, a także w naczyniach krwionośnych. Objawy mogą wynikać z tego, gdzie ten wirus przede wszystkim zaatakował, gdzie jest go najwięcej. Po drugie, objawy też zależą od tego, jak układ odpornościowy zakażonego dziecka, zakażonej osoby, zareaguje na to zakażenie. Układ odpornościowy na początku chce zwalczyć infekcję i może się tak zdarzyć, że z powodzeniem się to uda i dlatego mamy bardzo dużo osób kompletnie bezobjawowych albo skąpoobjawowych – ich układ odpornościowy poradził sobie na wczesnym etapie zakażenia.

Ale może być i tak, że układ odpornościowy sobie nie radzi, więc dochodzi do ciężkich infekcji. Wtedy dziecko trafia na oddział intensywnej opieki medycznej. To jest drugi scenariusz. A trzeci scenariusz jest taki: kiedy na początku organizm sobie poradził z tym zakażeniem, ale później ta sama infekcja wywołała pewne zaburzenia w regulacji układu odpornościowego i doszło do masywnego jego pobudzenia, które już nie wynika bezpośrednio z ataku wirusa, tylko wynika z tego, że układ odpornościowy szaleje, że układ odpornościowy reaguje nadreaktywnie na zakażenie. To może mieć miejsce w fazie ostrej tego zakażenia albo kilka tygodni później. To jest zespół pocovidowy, o którym powiemy później – chorobę z jednej strony wywołał sam wirus, a z drugiej nasz układ odpornościowy.

Jeżeli dziecko jest zakażone wirusem, to bardzo często ma po prostu gorączkę. Gorączka o różnej wysokości – może to być tylko stan podgorączkowy, czyli 37,5, może być gorączka aż do 39-40 stopni. Różnie, nie ma reguły. I druga rzecz – kaszel. Koronawirus przede wszystkim atakuje płuca i wnika przez układ oddechowy, więc tam jest początek infekcji. Zwykle jest trochę kataru, jest trochę kaszlu, ale ponieważ receptory są zlokalizowane w innych miejscach ciała, czyli np. w jelitach, to dzieci mają czasami także wymioty i biegunkę. Czymś, co już może nasuwać, poza tą utratą smaku i węchu, podejrzenie COVID-19, może być ponadto wysypka plamista, czerwona w różnych miejscach na ciele, która może przypominać trochę odrę lub tzw. trzydniówkę, którą niemowlęta i dzieci do drugiego roku życia mają bardzo często. Oprócz tego obserwujemy mnóstwo różnych innych, mniej charakterystycznych objawów związanych np. z uszkodzeniem nerek czy serca. 

Jak to leczyć? Tak, jak się leczy dzieci z gorączką. Na gorączkę stosujemy leki przeciwgorączkowe. Przypominam, że dzieci nie mogą dostawać aspiryny, czyli kwasu acetylosalicylowego. Warto przede wszystkim mieć w domu paracetamol i ibuprofen. Gorączka i biegunka niesie ryzyko odwodnienia. Nie można się jednak skupiać na tym, żeby dziecku podawać leki zatrzymujące biegunkę. Trzeba się skoncentrować na tym, żeby dziecko było nawodnione, niezależnie od tego, czy to jest w domu, czy w szpitalu. W szpitalu mamy kroplówki, a w domu trzeba dziecko poić. Jeżeli dziecko nie chce pić, to albo trzeba się wykazać niezwykłą cierpliwością i dziecko dopajać co chwilę, co dwie minuty łyżeczką lub strzykawką po 5 mililitrów, aż wypije swoją porcję, albo należy dziecko nawadniać dożylnie w szpitalu. Takich pacjentów widzimy często.

Jeśli chodzi o kaszel, katar, śluz w drogach oddechowych to też jest sprawa dosyć oczywista. Po prostu musimy to jakoś ewakuować. Polecam różnego rodzaju aspiratory, a zwłaszcza nakładki na odkurzacze i aspiratory elektryczne, są dosyć skuteczne. Walka ze śluzem w nosie jest taka sama, jak z każdym innym przeziębieniu.

W szpitalu to samo – nawadniamy, podajemy leki przeciwgorączkowe i jeżeli gorączka się przedłuża, to wtedy myślimy o zastosowaniu antybiotyków. Czy wszystkie dzieci, które są w domu, powinny rutynowo dostać antybiotyk? Nie jestem do tego przekonany, bo na infekcje wirusowe antybiotyki nie działają. Czy antybiotyki mogą działać przeciwzapalne? Na samym początku epidemii podnosiło się temat roli azytromycyny (to tzw. antybiotyk 3-dniowy). Myślano, że to działa bardzo dobrze na koronawirusa, bo działa przeciwzapalnie. Nie jest to jednak takie pewne. To jest wciąż zastosowanie antybiotyku na chorobę wirusową, pasuje zatem do definicji nadużywania antybiotyków. Nie polecałbym tego rutynowo dla wszystkich.

Co innego w szpitalu, kiedy mamy wykonane prześwietlenie klatki piersiowej i widzimy jakieś zmiany zapalne, które się organizują w jednym miejscu, dziecko już kolejny dzień ma wysokie parametry zapalne, to wtedy się decydujemy na antybiotyki.

MK: Chciałabym przejść do zespołu pocovidowego – PIMS. Co to jest? Na czym polegają powikłania, kiedy się pojawiają? Czy pojawiają się u wszystkich? Czy rodzic może sam rozpoznać zespół pocovidowy?

KT: To jest bardzo ciekawy zespół. PIMS to jest skrót oznaczający wieloukładowy zespół zapalny u dzieci. Jest zupełnie nową jednostką chorobową, która ma kilka cech wspólnych z innymi chorobami, które już znaliśmy. Jedną z nich jest choroba Kawasakiego, czyli zapalenie naczyń. PIMS jest też trochę podobny do wstrząsu toksycznego, czyli takiej choroby, która się może zdarzyć przy zakażeniu gronkowcami lub paciorkowcami, które produkują bardzo dużo toksyn. Wtedy taka zakażona osoba ma bardzo niskie ciśnienie, czyli wstrząs, ma też wysypkę i gorączkę. Te elementy też się pojawiają w PIMS. Trzeci to  zespół aktywacji makrofagów – kolejny podobny zespół prozapalny.

U dzieci samo zakażenie koronawirusem jest dosyć łagodne, o czym mówiliśmy wcześniej. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich dzieci, ale wydaje się, że połowa z nich ma przebieg kompletnie bez objawów ostrego zakażenia. Część ma katar, kilkoro trafi do szpitala. Natomiast te dzieci, które chorują łagodnie na zakażenie koronawirusem albo nawet zupełnie bezobjawowo, nawet nie wiedzą, że chorowały (np. mama chorowała, tata chorował, a 15-latek w domu był zupełnie zdrowy, nic mu nie dolegało), po 3-4 tygodniach zaczynają gorączkować, rozwija się właśnie tzw. zespół pocovidowy.

Trzy towarzystwa opracowały pewne kryteria diagnostyczne tego zespołu. To musi być gorączka (różnie zdefiniowana, musi być co najmniej 37,5-38, według niektórych musi trwać co najmniej 3 dni, w niektórych definicjach wystarczy tylko jeden dzień). Gorączka to podstawowy objaw. Drugi bardzo częsty objaw, jeden z ważniejszych objawów, które też sami obserwujemy w praktyce – silny ból brzucha. Czasami to jest tak silny ból brzucha, że dzieci trafiają najpierw np. na chirurgię z podejrzeniem zapalenia wyrostka robaczkowego albo na gastrologię z podejrzeniem zapalenia trzustki, a okazuje się, że wyrostek i trzustka są całkowicie zdrowe. I kolejna rzecz, która nierzadko też jest jedną z podstawowych elementów do zdiagnozowania tego zespołu, to objawy zapalenia błon śluzowych. Stwierdzamy gruby biały nalot na język, który po złuszczeniu pozostawia język czerwony jak szkarlatynie. Oprócz tego czerwone oczy. Nie tyle spojówki są czerwone, co twardówki, czyli ta biała część naszych oczu. To jest element zapalenia błon śluzowych i naczyń. Podsumowują: gorączka, silne bóle brzucha, zapalenie błony śluzowej (zapalenie, zaczerwienienie). Często dzieci mają też wysypkę, bo to wynika z zapalenia naczyń. Pojawia się wysypka, która wygląda rozmaicie. Niektóre wysypki przypominają odrę. Inne przypominają plamicę lub jeszcze inny zespół. Są to niebolesne, czerwone, czerwonofioletowe plamy w różnych miejscach ciała, bez żadnego wzoru, nie układają się w siatkę, nie schodzą w żaden sposób z góry na dół. Pojawiają się w różnych miejscach, zupełnie losowo. 

Wracając do pytania z początku: Czy rodzic może sam rozpoznawać PIMS u swojego dziecka? Nie, bo to wymaga wykonania, oprócz rozpoznania tego wszystkiego, o czym powiedziałem, badań laboratoryjnych. Musimy stwierdzić zwiększone istotnie parametry zapalne. Robimy kilka parametrów, w tym wszystkim musimy też stwierdzić, że jest we krwi bardzo dużo neutrofilów, a bardzo mało limfocytów (to jest bardzo charakterystyczne z jakiegoś powodu dla tego zespołu). I cechy uszkodzenia narządów, bo nie możemy tak na oko ocenić, czy dziecko ma trochę uszkodzoną wątrobę, czy ma np. trochę uszkodzony mięsień sercowy. W takich sytuacjach robimy dosyć szeroki panel badań i zdarza się tak, że wykrywamy cechy uszkodzenia wątroby czy cechy uszkodzenia serca.

Kolejna rzecz, która jest obowiązkowa w tym zespole, to musi być on związany z zakażeniem koronawirusem. Czyli albo musimy mieć potwierdzoną obecność przeciwciał przeciwko temu wirusowi albo wymazy z nosa są dodatnie jeszcze, albo ktoś z rodziny chorował – mamy udokumentowany pewny kontakt z osobą, która była chora, w ostatnich tygodniach – nie wczoraj, tak do czterech tygodni wcześniej. Tych pacjentów w całym kraju już mamy właściwie setki. Zespół pocovidowy to jest coś, co jest potencjalnie dla dzieci bardzo niebezpieczne. Przede wszystkim ze względu na ryzyko trwałych następstw, trwałych problemów z sercem, jak np tętniaki naczyń wieńcowych. Zaczynamy prowadzić badania nad długofalowymi skutkami. Zapraszamy dzieci, które przechorowały PIMS z powrotem do szpitala po kilku tygodniach po to, żeby sprawdzić, co się dzieje, przede wszystkim z sercem. Jeżeli leczenie zespołu pocovidowego jest wprowadzone odpowiednio wcześnie, jest duża szansa, że zmiany zapalne w sercu całkowicie się cofną. Na to liczymy.

 

MK: A ile dzieci, które miało koronawirusa, będzie miało zespół pocovidowy?

KT: To jest bardzo dobre pytanie. Nie wiadomo. Nie można tego w określić. Możemy spróbować policzyć wszystkie dzieci, które miały ten zespół i na tej podstawie oszacować, ile dzieci w rzeczywistości miało to zakażenie i zrobić prostą proporcję. Jeżeli przyjmiemy, że w Polsce było 300 takich zespołów pocovidowych, a mamy 1 500 000 wszystkich zachorowań, z czego 10% to dzieci, czyli 130 000-150 000, to mamy w tym momencie ryzyko na poziomie 0,5% albo jeszcze mniej. Ale też nie potrafimy w żaden sposób zidentyfikować dzieci, które ten zespół będą miały. Raczej są to dzieci w wieku nastoletnim, a nie niemowlęta. Dla niemowląt koronawirus jest gorszy w ostrej fazie zakażenia. Są to zatem dzieci, które mają kilkanaście lat i które przechorowały COVID-19 bezobjawowo lub skąpoobjawowo.

MK: Przejdźmy trochę do zapobiegania i profilaktyki Jak możemy ochronić nasze dzieci przed zachorowaniem na infekcję koronawirusową?

KT: Tak samo, jak przed każdą inną infekcją. Koronawirus przenosi się w taki sam sposób, jak inne wirusy przeziębienia czy wirus grypy. Czyli pierwsza możliwość – bezpośredni kontakt z kimś, kto jest chory. Kolejna możliwość – ktoś, kto jest chory i np. nie ma maseczki, a kaszle w pracy na komputer, którego my też używamy. Dotykamy tej samej klawiatury, klikamy tą samą myszką czy korzystamy z tej samej windy w pracy (trzeba wcisnąć guzik, aby zmienić piętro) i potem dotykamy tym samym nieumytym palcem siebie – coś nas zaswędzi, coś wpadło do oka i przenosimy w ten sposób wirusa. Czyli drugą możliwością jest zakażenie przez przedmioty i przez inne różne powierzchnie. I trzecia rzecz: jest możliwe, że wirus przez pewien czas unosi się w powietrzu i jeżeli wsiadamy do tej windy, piętro wybieramy łokciem i w ogóle bardzo uważamy na siebie, ale wirus w powietrzu się troszeczkę unosi, to istnieje pewne ryzyko, że wciąż może być go na tyle dużo, że go wdychamy i możemy zakażać się także tą drogą, przez powietrze.

Jak więc zapobiegać zakażeniom? Pamiętać o trzech podstawowych metodach.

Po pierwsze, żeby nie dotykać rękoma do błon śluzowych. Nie można dotykać do oka czy do nosa nieumytymi rękami. Mycie rąk, higiena rąk to podstawa.

Druga rzecz to ograniczanie kontaktu, zwłaszcza z osobami, które mają jakieś objawy zakażenia dróg oddechowych. Siadanie naprzeciw nich nie jest dobrym pomysłem, podobnie jak organizowanie dużych przyjęć dla dużej liczby gości – nie wiadomo, czy są chorzy, czy nie są chorzy, a może mają katar, ale wzięli tabletki czy krople do nosa, więc go nie mają itd.

I kolejna sprawa – dbanie o czystość powierzchni w domu. Jeżeli korzystamy ze wspólnej łazienki z osobami, które są zakażone albo mogą być zakażone, to powierzchnie muszą być wycierane. Pamiętajmy o wietrzeniu mieszkania. Dzieci nie boją się świeżego powietrza. Dzieci nie chorują z powodu tego, że się otworzy okno, więc otwarte okno to jest dobry pomysł. Oczyszczacze powietrze i filtry powietrza, również mogą być pomocne. 

Dbanie o to, żeby jak najmniej mieć kontaktu z osobami potencjalnie zakażonymi. Pewnie ktoś, kto pracuje zdalnie i nie wychodzi z domu od dwóch tygodni, nie ma się gdzie zakazić. Jeżeli ktoś jednak dochodzi codziennie do biura, po pracy idzie do sklepu, a potem na siłownię, czy na basen, taka osoba potencjalnie może być zakażona, więc jeżeli jest to możliwe, to trzeba ograniczyć z nią kontakt.

Można mówić jeszcze o tym, czy jest jakaś farmakologia, jakieś leki, tabletki, które mogą wzmocnić naszą odporność przeciwko zakażeniom. Czy są jakieś tabletki, które mogą zmniejszyć ryzyko? No nie, nie ma tabletki na odporność, ale to, co warto robić, co wydaje się, że nie szkodzi, a powinno pomagać, to chociażby witamina D3. Pamiętamy, żeby podawać witaminę D w kropelkach, gdy dziecko jest niemowlęciem, ale później już tego nie robimy. A warto, zwłaszcza w sezonie zimowym. Suplementować witaminę D powinni również dorośli. To może zmniejszyć ryzyko zakażenia. Poza tym suplementy diety nie powinny być raczej stosowane u dzieci. 

MK: A czy szczepienia, o których się teraz mówi, obejmą dzieci?

KT: Przede wszystkim nie ma w tym momencie opublikowanych danych na temat bezpieczeństwa i skuteczności szczepień u dzieci poniżej 16. roku życia. Po drugie, nie ma pewności, czy dzieci w rzeczywistości skorzystają z takiego szczepienia, skoro połowa z nich jest bezobjawowa lub skąpoobjawowa, reszta ma katar, a jedynie pojedyncze przypadki trafiają do szpitala. Więc chyba w tym momencie wydaje się, że prawdopodobnie dzieci nie będą szczepione, przynajmniej w najbliższym czasie. 

MK: A czy karmienie piersią może być czynnikiem chroniącym dzieci przed zakażeniem?

KT: W jakimś stopniu może tak, nie ma takich badań jasno przedstawionych na papierze. Można wyobrazić sobie taki mechanizm – przeciwciała produkowane przez matkę, które się przedostają do mleka, będą obecne w błonie śluzowej dziecka i w jakiś sposób zablokują ewentualne zakażenie tego dziecka. Ale czy to jest ochrona, która będzie spektakularna? Nie. Jakichś wielkich nadziei bym w tym nie pokładał.

MK: Czy na otwartej przestrzeni ryzyko zarażenia jest duże, czy można wychodzić na place zabaw??

KT: Na otwartej przestrzeni ryzyko jest mniejsze. Otwarta przestrzeń – nawet jeżeli dziecko czy rodzic są zakaźni, wydalają te wirusy z powietrzem, to stężenie wirusów na placu zabaw w powietrzu jest mniejsze niż w bawialni w zamkniętym pomieszczeniu.  Dobrze byłoby zwrócić uwagę na to, żeby dziecko nie dotykało rękoma do twarzy, żeby nie jadło w trakcie zabawy i żeby po zabawie na podwórku po prostu umyło ręce. Trzeba wychodzić z domu. Jeżeli boicie się z kimkolwiek spotkać, a na Waszym placu zabaw jest dużo dzieci, to zawsze można wyjechać do lasu na spacer i tam się pobawić.

MK: A kwestie maseczek? Czy zakładać dwulatkowi maseczkę np. podczas podróży tramwajem? Czy może to przynieść więcej szkody niż pożytku?

KT: Nie ma obowiązku, aby dzieci do 4. roku życia nosiły maseczki, co nie wynika z tego, że maseczka jest nieskuteczna. Maseczka nie jest szkodliwa, chociaż dziecko dwuletnie może nie chcieć nosić maseczki. Jeżeli dziecko lubi mieć założoną maseczkę, a niektóre dzieci lubią, to też nie ma przeciwwskazań, bo przecież się nie udusi.

MK: Poczułam trochę dreszcz, gdy mówiłeś o tym wszystkim, ale dobrze, że jest jednak dużo rzeczy, które możemy zrobić, aby zmniejszyć to ryzyko. Mam nadzieje, że już niedługo będziemy mogli zajmować się optymistycznymi tematami, a pandemię będziemy jedynie wspominać.

KT: Musimy też wyciągnąć poważne lekcje. Choroby zakaźne były, są i będą. Mimo że mamy XXI wiek, może niedługo polecimy na Marsa, to na Ziemi mamy wciąż dużo różnych wirusów i nasz ekosystem jest tak złożony, tak skomplikowany, że nawet jeżeli obecna pandemia się skończy kiedyś, to nie znaczy, że się nigdy coś takiego nie powtórzy. Trzeba więc wyciągnąć lekcję z tego na przyszłość i następnym razem, oby jak najpóźniej, jak się coś takiego zdarzy, to być po prostu lepiej nastawionym i lepiej przygotowanym.

MK: I nie jeść nietoperzy w Chinach! Słyszałam niedawno, że są one rezerwuarem wielu wirusów,  którymi nas chętnie zarażą, czyli tak naprawdę od nietoperzy z daleka!

KT: Absolutnie 🙂

 

 

Parentletter – newsletter dla świadomych rodziców. Zapisz się na listę i otrzymuj pełne wsparcia treści.

Czym jest metoda Self Reg i samoregulacja? Wywiad z dr Jagodą Sikorą

Czym jest metoda Self Reg i samoregulacja? Wywiad z dr Jagodą Sikorą

sylwetka rozmówcy wywiadu w tekście

 

Dr Jagoda Sikora jest ekspertką w Parentflixie, czyli moim klubie online dla rodziców. 

 

Jagoda o sobie

Jestem psychologiem dziecięcym w trakcie specjalizacji z psychologii klinicznej dzieci i młodzieży, doktorem psychologii i facylitatorem metody Self-Reg. Moje naukowe zainteresowania koncentrują się w około macierzyństwa i psychologii rozwojowej. Uwielbiam swoją pracę i z chęcią wspieram dzieci i rodziców w radzeniu sobie z wyzwaniami, które stają na ich drodze. Szczególnie bliski jest mi temat regulacji emocji. Posiadam doświadczenie w pracy klinicznej, które zdobywałam i ciągle zdobywam pracując z dziećmi i młodzieżą między innymi w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka na licznych oddziałach somatycznych oraz w innych placówkach wsparcia ambulatoryjnego  i dziennego. Pracuje również na Uniwersytecie Śląskim w Instytucie Psychologii na stanowisku adiunkta oraz prowadzę szkolenia dla specjalistów i rodziców. Przeprowadziłam ponad 1000 godzin szkoleń i zajęć dydaktycznych.

Ukończyłam dwa poziomy szkolenia certyfikacyjnego z podejścia Self-Reg (metody samoregulacji), studium terapii dzieci i młodzieży oraz kurs podstawowy podejścia skoncentrowanego na rozwiązaniach TSR. Odbyłam liczne szkolenia z zakresie pracy interwencyjnej i diagnostycznej z dziećmi i młodzieżą.  W 2020 redagowałam merytorycznie książkę Agnieszki Stążki-Gawrysiak „Self-regulation. Szkolne wyzwania” wydaną przez Znak oraz rozpoczęłam działalność psychoedukacyjną w przestrzeni internetu. Prywatnie jestem żoną jednego męża i mamą trójki chłopców, którzy stale motywują mnie do rozwoju.

Magdalena Komsta: Czym w ogóle jest Self-reg i co tak naprawdę znaczy ten termin? 

Jagoda Sikora: Jest to metoda samoregulacji, bo Self-reg to jest po prostu skrót od Self-regulation, czyli z angielskiego: termin oznaczający „samoregulację”. Spodziewam się, że zaraz możesz mi zadać pytanie – co to jest samoregulacja. Samoregulacja jest taką umiejętnością, dzięki której rozpoznajemy nasze sygnały stresu, rozpoznajemy rzeczy, które nas stresują, podnoszą nam napięcie i staramy się działać adekwatnie. Możemy mówić o pewnej świadomej samoregulacji, czyli właśnie pochylaniu się nad naszymi sygnałami stresu i stresorami, ale możemy też mówić o pewnych mechanizmach mniej świadomych, które również stosujemy. 

MK: Zawsze przychodzi mi do głowy takie pytanie: jak się ma samoregulacja do samokontroli? Bo te terminy wydają się być podobne.

JS: Stuart Shanker, czyli twórca metody Self-reg, zebrał te wszystkie definicje samoregulacji i starał się popatrzeć na nie z różnych perspektyw i okazało się, że jest bodajże 440 definicji samoregulacji, które są w różny sposób opisywane. Tak jak powiedziałaś, samoregulacja i samokontrola to nie są te same mechanizmy. Jeżeli miałabym wytłumaczyć, czym się różni samoregulacja od samokontroli (a nawet w podręcznikach z psychologii rozwojowej często mamy te terminy stosowane zamiennie, co tak naprawdę jest błędem), to samokontrola jest takim mechanizmem hamowania. Ja tę metaforę hamowania bardzo lubię, bo ona przypomina nam też, jak funkcjonujemy w ramach emocji, i jeżeli miałabym porównać właśnie emocje do na przykład jazdy autostradą, to powiedziałabym, że często potrafimy rozwinąć bardzo, bardzo dużą prędkość, a samokontrola będzie takim ostrym hamowaniem. Nic się z naszym samochodem nie stanie, jeżeli będziemy ostro hamować raz na jakiś czas, bo na przykład nagle coś nam wyskoczy i musimy zareagować. Ale jeżeli hamujemy w ten sposób bardzo często, rozpędzamy się do 180 km/h i co trzy, cztery kilometry hamujemy do zera, no to nie dojedziemy do domu, a zetrzemy już pewnie klocki hamulcowe (i jeszcze inne rzeczy, o których nie mam pojęcia, a które są w naszym samochodzie). Podobnie jest z emocjami. Jeżeli ciągle hamujemy nasze reakcje emocjonalne, cały czas podejmujemy właśnie takie próby ich stłumienia, nie zastanawiamy się nad tym, co czujemy, to dochodzimy czasami do takiego kresu i wtedy nam się „ulewa” emocjonalnie i na przykład krzyczymy, jest nam bardzo trudno, wpadamy do czarnej dziury napięcia.

Jeśli do jazdy samochodem porównalibyśmy również samoregulację, to będzie to taka umiejętność, która polega na spoglądaniu na kontrolki, które są w samochodzie, taka uważność na to, co się dzieje dookoła. Czyli – nie będziemy tylko jechać te 180 km/h, nie patrząc na to, co się w ogóle dzieje, tylko będziemy na bieżąco reagować na sytuacje na drodze, na sytuacje, które dzieją się w nas, gdy coś jest dla nas trudne i nie będziemy tym samym często dopuszczać do takiego gwałtownego hamowania. 

MK: Te dwa terminy – samokontrola i samoregulacja emocjonalna – mogą się teraz bardzo fajnie łączyć w kontekście postanowień noworocznych, bo mam poczucie, że my często, gdy  myślimy na przykład „nie będę jadła tyle słodyczy” albo „nie będę krzyczeć na moje dzieci”, myślimy właśnie o samokontroli – powstrzymam się od jedzenia wieczorem tych słodyczy, powstrzymam się od krzyczenia na moje dzieci. Dlaczego zatem warto się uczyć samoregulacji, a niej samokontroli, tego powstrzymywania się od słodyczy czy krzyczenia „siłą woli”? 

JS: Metafora diety, o której powiedziałaś w kontekście samokontroli, jest bardzo trafna, bo jeżeli założę, że odchudzam się od pierwszego stycznia i chcę się na koniec miesiąca zobaczyć w sukience w rozmiarze 38 (co w mojej sytuacji jest troszkę abstrakcyjne), kupię sobie wtedy nową sukienkę, a teraz będę się odchudzała, to wybieram jakąś ekstra dietę, na przykład „kawa i kapusta”. Pierwszego dnia wcinam kapustę, zapijam kawą, trzymam się mojej wizji, że będę mieć sukienkę w rozmiarze 38. Drugiego dnia też mam ciągle wizję tej sukienki. Trzeciego dnia nie jest mi łatwo, ale ciągle się trzymam. Czwartego dnia przechodzę koło piekarni, gdzie pachnie mi świeżutki chlebek. Najprawdopodobniej wezmę na miejscu bochenek. I to się stanie dlatego, że w sytuacji wysokiego napięcia, kiedy ciągle hamujemy i hamujemy, tracimy niejako pełen dostęp do naszej kory nowej, a w niej są przecież wszystkie zaawansowane funkcje, takie jak myślenie abstrakcyjne czy myślenie logiczne. No i ja w końcu będę w takim napięciu, w kontekście tego głodu, który będę odczuwała, że nie będę już myślała abstrakcyjnie o tej sukience 38, tylko wejdę w klimat „muszę zjeść, bo moje podstawowe potrzeby nie są zaspokojone”. I to samo stanie się właśnie, jeżeli porównamy to do naszych emocji. Dlatego myślę, że trzymanie się samokontroli tutaj może nas troszkę zwieść na manowce. I dlatego warto się uczyć samoregulacji, bo to samo można uzyskać, nawet tę dietę, regulując się – uważnie przyglądając się moim potrzebom, patrząc na moje zapotrzebowanie na białka, tłuszcze, węglowodany, rozbijając posiłki na 4 czy 5 w ciągu dnia. Czyli ja mogę ten sam efekt uzyskać, regulując pewne moje potrzeby, a nie działając tylko na zasadzie hamulca i powstrzymywania się przed zrobieniem czegoś. Podobnie jest też z emocjami (ze złością na przykład) – ciągłe powstrzymywanie się i hamowanie nie wpływają na nas dobrze. 

MK: Na czym konkretnie polega metoda Self-reg? 

JS: Metoda Self-reg to jest pięć kroków. Pięć kroków, które mają nas prowadzić właśnie do pogłębienia wiedzy o sobie, o innych. 

Pierwszy z nich to jest rozpoznawanie sygnałów stresu, sygnałów rosnącego napięcia. Czyli patrząc na te ciastka, o których wspomniałaś wcześniej, będę szukała w ciągu dnia sygnałów, które informują mnie o tym, że na przykład jestem głodna, że jakieś moje podstawowe potrzeby nie są zaspokojone – będę szukała sygnałów, które informują mnie o tym, że rośnie mi napięcie. To będzie taki pierwszy element: rozpoznawanie sygnałów stresu. Ten pierwszy krok jest według mnie również bardzo przydatny w kontekście dzieci. Patrzymy na zachowanie dziecka przez pryzmat stresu i tego, że zachowanie jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, a pod spodem jest cała góra różnych sytuacji trudnych i różnych stresorów. 

MK: Powiedziałaś o tym pierwszym kroku z pięciu, a co jest po tym, jak przyjrzymy się już tym sygnałom stresu, zachowaniom – czyli jaki jest krok drugi? 

JS: Mamy zachowanie, które jest wierzchołkiem góry lodowej i potem nurkujemy i szukamy stresorów, czyli szukamy różnych takich sytuacji, różnych takich elementów, które generują to napięcie. A szukamy w pięciu obszarach. Na przykład stresorem biologicznym jest głód. 

MK: Myślę sobie też o pragnieniu, bo mam poczucie, że często dzieci nie mówią, że chce im się pić, a potem się okazuje, że jednak chciało im się pić i dlatego nietypowo się zachowywały. 

JS: Tak, dokładnie. Wśród tych stresorów biologicznych jest również sen. Nie tylko za mała jego ilość, ale też na przykład sen zły jakościowo. Tych stresorów biologicznych jest całkiem sporo. 

Dalej mamy obszar emocji, czyli różne sytuacje, które dla dziecka są na przykład nowe, trudne. Pojawia się jakaś zazdrość, jakaś rywalizacja, coś nowego i to też mogą być stresory dla dziecka. 

Potem mamy obszar poznawczy. Tych stresorów tu jest również bardzo dużo, bo to są te stresory związane z edukacją, z uczeniem się, z samooceną. Czyli te wszystkie stresory związane z myśleniem, to są wszystkie stresory, które mogą podnosić napięcie dziecku, czyli na przykład jakaś nowość – „jest mi trudno się do jakiejś sytuacji przystosować; ja nie rozumiem”. 

Gdy wsiadłam pierwszy raz do samochodu z automatyczną skrzynią biegów, to dla mnie to był właśnie stresor poznawczy, bo moja ręka szła w prawo, noga w lewo i kompletnie nie wiedziałam, jak mam tym jechać. Mimo że wszyscy mnie zapewniali, że to jest takie proste i od razu się przestawię. 

Potem mamy jeszcze obszar społeczny, czyli obszar relacji. Istnieje wiele stresorów, które nas w relacjach z innymi ludźmi potrafią mocno wyprowadzić z równowagi. Dla wielu dzieci są one jednak czasami takie nieoczywiste. Mam wrażenie, że dla dorosłych one są bardziej dostępne, ale dla dzieci pewne relacje mogą być bardzo trudne.

I ostatni obszar, w którym szukamy tych stresorów, to obszar prospołeczny, czyli obszar takich stresorów, które nie w bezpośredni sposób dotyczą dziecka, ale jednak podnoszą mu poziom napięcia. Na przykład dziecko pięcioletnie obejrzy Wiadomości czy Fakty w TVN-nie, gdzie będzie ukazany obraz wojny. Ono to zobaczy i chociaż ta wojna nie będzie dotyczyła jego bezpośrednio, to obraz, który widziało, bardzo mocno je dotknie i będzie ono odczuwało napięcie z tytułu tego niezrozumienia i tej trudnej sytuacji, którą obserwowało. 

 

 

MK: Czyli najpierw się przyglądamy tym sygnałom stresu, które się pojawiły, czasami trochę retrospektywnie, patrząc, co się działo przed tym, jak pojawił się wybuch. Później zastanawiamy się nad tymi stresorami w pięciu różnych obszarach. Jaki jest krok trzeci Self-Regu? 

JS: Krok trzeci to tak naprawdę redukcja napięcia. Najpierw mamy sygnał, potem nurkujemy, szukamy stresorów i jak już wiemy, co jest dla nas tym stresorem, to szukamy strategii, które pomogą nam ten stres zredukować. Część z tych strategii może polegać na profilaktyce, czyli tak jak mówiłyśmy już o głodzie, o pragnieniu. Często jest tak, że nawet gdy zaspokoimy daną potrzebę, to jednak trochę trwa, zanim nam napięcie odpuści. Ja mam postanowienie numer jeden – nigdy nie wracać głodna do domu, do dzieci, na przykład z pracy, bo wiem, że jestem wtedy w dużym napięciu i nawet jak coś na szybko zjem, to trochę czasu upłynie, zanim się ureguluję. Moim elementem redukcji napięcia, które generuje głód, jest zjedzenie nawet małego posiłku, zanim wrócę do domu i wejdę w okno tego całego szaleństwa. 

Tych sposobów na redukcję jest bardzo wiele, bo tak naprawdę bardzo różne są stresory. Będziemy więc starać się znaleźć indywidualne stresory danego dziecka, danej osoby i wymyślić strategie, które pomogą zredukować napięcie, które dane stresory generują. Myślę, że to szumnie brzmi – strategia redukcji napięcia – ale czasem to są zupełnie drobne rzeczy, które możemy zrealizować w ciągu dosłownie kilku minut. Jak na przykład ustawienie przypomnienia w telefonie, żeby pić więcej wody, albo zastanowienie nad tym, czy jestem głodna. Czasami mam tak (w takim pędzie jak coś robię), że nawet nie pamiętam, ile herbat wypiłam, czy coś zjadłam, i orientuję się, dopiero gdy widzę, że kubek jest pusty.

I tu chodzi właśnie o to zatrzymywanie się i sprawdzenie czasami, czy ja zjadłam, czy wypiłam. Często to nie muszą być bardzo wielkie strategie, typu – muszę na 40 minut gdzieś wyjść, żeby się zredukować, chociaż nie ukrywam, że to by mi pomogło. Czasem to są drobne rzeczy. Na przykład zamknięcie się w ciemnej łazience – taka mała kabina sensoryczna, w której odcinamy się od bodźców i odpoczywam przez dwie minuty. Czasem to jest bardzo wiele małych reduktorów napięcia, dzięki którym staram się właśnie obniżyć moje napięcie.

MK: Znam osoby, które – by zredukować napięcie – śpiewają sobie pieśni religijne. Wielu ludziom pomaga ruch, taniec, nawet z dzieckiem. Myślę też, że wielu z nas jest niestety skażonych takim zniekształceniem myślenia, które nazywa się „wszystko albo nic”. Czyli – ja to się odstresuję tylko wtedy, gdy pojadę do SPA na trzy dni bez dzieci. A ponieważ to się zdarzy najwcześniej za rok czy nawet kilka lat, to właściwie ja nic teraz nie mogę zrobić. A tak nie jest. Wiem, że dla wielu osób sposobem na redukcję stresora biologicznego, jakim jest hałas, jest noszenie stoperów. Przy stoperach czy słuchawkach wygłuszających nadal słychać dzieci i to nie jest tak, że jesteśmy zupełnie odcięci od bodźców. Ale hałasy słyszymy co najmniej kilkanaście decybeli ciszej i to robi ogromną różnicę niektórym mózgom.

JS: Myślę, że te strategie – tak jak powiedziałaś – to właśnie te krótkie, wyrywane różne chwile. Ale też korzystanie z automatyzacji. To jest bardzo fajne, że możemy korzystać z aplikacji, z przypomnień, zegarów, z różnych takich rzeczy, które zdejmują z naszego mózgu konieczność pamiętania na przykład o tym piciu wody. Jest teraz mnóstwo aplikacji na telefon, które same będą przypominać, żeby się napić, i warto zdjąć z siebie obowiązek pamiętania o swoich potrzebach jako kolejne zadanie z listy do wypełnienia i właśnie posłużyć się tą automatyzacją. 

MK: Mamy redukcję. To był krok numer trzy. Co dzieje się potem

JS: Krok czwarty, czyli kształtowanie samoświadomości. To jest taki krok, który tak naprawdę to zaczęliśmy robić już w kroku pierwszym. Kiedy pochylamy się nad sygnałami stresu, to to już pogłębia naszą samoświadomość, bo skanujemy ciało, zastanawiamy się nad tym, gdzie czujemy napięcie, albo patrzymy na nasze dziecko przez te self-regowe okulary i szukamy. Krok czwarty jest zatem takim krokiem, w którym na przykład możemy zastanowić tak na spokojnie nad tym, co się wydarzyło – jaki był ten wierzchołek góry lodowej, jakie stresory się pojawiły i jakie strategie redukcji napięcia zadziałały.

To jest też taki bardzo, bardzo silny zwrot w kierunku uważności. Twórca Self-regu Stuart Schenker zachęca do tego, żeby praktykować uważność i ćwiczyć ją w codziennym życiu. Właściwie to jest coś, o czym zaczęłyśmy już mówić przy redukcji napięcia, bo to monitorowanie (czy ja piłam, czy jadłam) to już jest taki zwrot w tamtą stronę. Gdyby chcieć tak bardzo uprościć (a nie jestem ekspertem od uważności), to Self-reg zaczerpnął z uważności właśnie to, żeby robić krótkie ćwiczenia. I tutaj to jedzenie, o którym mówiłyśmy, jest dla mnie na to bardzo dobrym przykładem. 

Jemy bardzo szybko i czasami nawet nie wiemy, ile zjedliśmy, czy było dobre, czy było ciepłe, czy zimne. Czasami robimy jedynie „wsad jedzeniowy”. Byleby zaspokoić poziom cukru. A w ramach ćwiczenia uważności możemy na przykład zjeść posiłek i zastanowić się nad tym, czy nam to smakowało, jaka była tego konsystencja, jaki był zapach; możemy wypić kawę i pomyśleć o tym, czy nam się jej zapach jakoś kojarzy.

W tym kroku chodzi o to, żeby się zatrzymać nawet trzy razy w ciągu dnia, chociaż na minutę, ale się zatrzymać na jakiejś jednej czynności, którą robimy. To, co już też powiedziałyśmy – my bardzo dużo rzeczy robimy, nasz mózg jest bardzo mocno przeciążony ilością czynności, tym obciążeniem mentalnym, a w ramach kroku czwartego zatrzymujemy się na chwilę i zastanawiamy się: „Jak ja się teraz czuję? Co ja teraz robię?”. Czyli – myjąc naczynia, nie myślę o tym, jaką mam jeszcze listę zadań do wykonania, ale koncentruję się teraz na tym, jaka ciepła woda spływa mi na ręce. To się może wydawać trochę odjechane, ale jeżeli zaczniemy to praktykować, to nagle możemy odkryć całkiem ciekawe rzeczy, które w nas się dzieją. Myślę, że to jest fajne i warto poszukać informacji, filmów na temat uważności – mindefullnes.

MK: A co jest numerem pięć?

JS: Numer pięć to jest akcja regeneracja. I o ile przy kroku trzecim mówiłyśmy o tym, żeby zredukować napięcie (czyli strzelamy w konkretne stresory, staramy się obniżyć napięcie), to w regeneracji staramy się bardziej naładować nasze baterie, niekoniecznie uderzając w konkretny stresor. Niektóre rzeczy zatem, które będziemy robić w kroku trzecim i które mają na celu zredukowanie napięcia, będą spójne z tymi z kroku piątego. Ale będą też takie czynności, takie aktywności, które niekoniecznie będą wymierzone w konkretne stresory, ale będą miały za zadanie doładować nam baterie. Na przykład, gdy mówimy o hałasie, to tutaj strategią redukcji będzie, powiedzmy, włożenie zatyczek, a strategią regeneracji może być puszczenie sobie jakiejś przyjemnej muzyki, żeby jeszcze bardziej doładować się pod takim względem sensorycznym.

MK: Zastanawiam się nad tym, jakie Ty jako ekspertka Self-Regu masz akcje regeneracje. Co robisz, żeby się zregenerować?

JS: Ja przede wszystkim staram się dużo spać. To nie jest do końca właściwie moja strategia redukcji napięcia, ale właśnie zadbanie o doładowanie moich baterii. Staram się sobie układać plan dnia i trzymać się go – na przykład wypić kawę w ulubionym kubku, bo wiem, że te 5 minut z tą kawą, kiedy nawet przez szybę nam nie świeci słońce, od razu sprawiają, że czuję się po prostu lepiej. Czasem nie mam możliwości uderzyć w konkretny stresor, bo mam trójkę dzieci i nie jestem w stanie tego ogarnąć. Ale czasami są takie sytuacje, kiedy staram się podnieść sobie poziom energii, doładować moje baterie i na przykład wyjść z tym kubkiem kawy, puścić sobie ulubioną piosenkę na YouTubie, zrobić cokolwiek, nawet małego, żeby nie dopuścić do rozładowania całkowitego baterii.

Warto sobie zrobić listę regeneracji, czyli tego, co mnie regeneruje. Bo tak jak mówiłaś, czasami sięgamy i mówimy: „Ach, mogę jechać na Bahamy. Tam na pewno się zregeneruje”. Ale jest bardzo dużo małych sposobów na to, żeby doładować własne akumulatory, tylko trzeba trochę poszukać, bo każdy z nas ma różne sposoby na regenerację. 

Zastanawiam się, w kontekście tego, co powiedziałeś, na ile taki stały kontakt z Internetem i mediami społecznościowymi może nam pomóc lub zaszkodzić. Czy czytanie tych informacji zdrowotnych o pandemii nie jest czynnikiem, który nam szybciej rozładowuje baterię?

MK: Często, gdy myślimy o regeneracji, to myślimy o strategiach związanych z umysłem i nauką, czytaniem, oglądaniem. Czasem chyba za mało jednak robimy dla ciała, dla rozładowania napięcia, które gromadzi się w mięśniach. Czy te pięć kroków wykonuje się zawsze w tej samej kolejności?

JS: Generalnie one są ułożone w taki sposób, żeby właśnie pochylić się nad sygnałami stresu, potem poszukać stresorów i je zredukować. Ale często jest tak, że żeby dostrzec, że dziecko nie robi mi na złość, potrzebuję się najpierw zregenerować i trochę odpocząć, żeby w ogóle móc o tym myśleć w ten sposób.

Najlepiej zacząć od samoregulacji rodzica, dlatego że ona mocno wpływa na to, jak funkcjonują dzieci, czyli – jak ja jestem zestresowana i napięta, nawet gdy przykleję na moją buzię piękny uśmiech i powiem: „Jestem taka zregenerowana”, to moje dzieci od razu będą wyczuwały moje napięcie, będzie działał rezonans limbiczny, czyli ten mechanizm, poprzez który dzieci właśnie w taki nieświadomy sposób wyczuwają napięcie, zwłaszcza w relacjach z bliskimi.

MK: A gdybyś miała tak na zakończenie naszej rozmowy powiedzieć o tym, jakie jest najważniejsze przesłanie nauki samoregulacji, to co by to było?

JS: Byłoby to chyba to, że bardzo ważne jest, żeby ubrać self-regowe okulary łagodności i popatrzeć na siebie i na dziecko właśnie przez pryzmat tego, że bardzo wiele zachowań wynika z tego, że towarzyszy nam wysokie napięcie, że jest nam trudno. 

Jeszcze jeden element, o którym bardzo chciałam powiedzieć, to to, że w samoregulacji nie ma gotowców. To może wydawać się trudne, że mamy różne sygnały, różne stresory, ale to jest dla mnie ogromna wartość. Nie ma jasnych protokołów, gdzie możemy odhaczyć, że tak i tak zrobimy i to zadziała. I to jest z jednej strony trudne, ale to jest ogromna wartość, że właśnie nie ma gotowców. Warto pochylić się nad samym sobą, nad konkretnym dzieckiem i poszukać, pozastanawiać się nad tym, co zabiera nam energię, a co podnosi napięcie, co stresuje, a co ładuje nasze baterie.

MK: I właśnie w tej fascynującej drodze przez naukę samoregulacji będziesz towarzyszyć nam w Klubie online dla rodziców!

 

Parentletter – newsletter dla świadomych rodziców. Zapisz się na listę i otrzymuj pełne wsparcia treści.

Zobacz 2 wideolekcje z nowego kursu online!

Zobacz 2 wideolekcje z nowego kursu online!

Latem tego roku, gdy premierę miało szkolenie dla specjalistów w tej tematyce, otrzymałam od Was ogrom wiadomości z prośbą o stworzenie takiego szkolenia również dla rodziców. Nieliczne alternatywy obecne na rynku – szkolenia czy książka – mają, niestety, tragiczną jakość. Utrwalają mity, wpędzają rodziców w poczucie winy i oceniają. Wiedząc, jak wiele sprzecznych i, niestety, często krzywdzących dziecko rad można znaleźć w Internecie, postanowiłam wraz z Karlą Orban stworzyć kurs dla rodziców – oparty o praktykę psychologiczną, wiedzę naukową i Rodzicielstwo Bliskości. Chcemy wspierać rodziców i dać im wiedzę oraz narzędzia do przebrnięcia przez problem zaparć nawykowych czy moczenia  u ich dzieci.

Dla kogo jest ten kurs online?

Kurs dedykowany jest rodzicom i opiekunom dzieci, które zmagają się z:

  • problemem zaparć nawykowych,
  • trudnościami w odpieluchowaniu,
  • moczeniem dziennym oraz/lub nocnym.

Przygotowałyśmy dla Was 23 wideolekcje i ich wersje audio. Co ważne, nie musicie być na żywo – wszystkie lekcje są już nagrane.

Czego dowiesz się z kursu?

    • jak działa pęcherz moczowy i co to znaczy „gotowość do odpieluchowania”;
    • z jakiego powodu dzieci popuszczają lub nie trzymają moczu i kiedy należy skonsultować to ze specjalistą;
    • dlaczego niektóre dzieci moczą się w nocy;
    • dlaczego niektóre dzieci odpieluchowują się później niż inne;
    • jak reagować na moczenie się;
    • jak zaopiekować się własnymi emocjami;
    • kiedy i do jakiego specjalisty się udać;
    • jak współpracować z przedszkolem czy szkołą.
    • kiedy zaparcia stają się „nawykowe” i co to znaczy;
    • czy dzieci odpieluchowują się od razu „na siku” i „na kupę”;
    • jak reagować na zaparcia;
    • jak pomóc dziecku, które brzydzi się kupy;
    • dlaczego dzieci czasem brudzą bieliznę;
    • jak poradzić sobie z zaleceniami zmiany diety dziecka;
    • kiedy udać się do specjalisty;
    • jak zaopiekować swoje obawy o powodzenie odpieluchowania;
    • czy kary i nagrody pomagają w poradzeniu sobie z zaparciami.

Kurs ma formę nagrań wideo z napisami umieszczonych na specjalnej platformie. Ale uwaga, sprzedaż II edycji ruszy wiosną 2021 roku.

Wiem, jak ogromną wartość ma ten kurs. Nie chciałabym jednak abyś czuł_a, że kupujesz „kota w worku” dlatego chciałabym pokazać Ci 2 z 23 lekcji kursu:

(jeśli nie widzisz wideo, odśwież stronę!)

ZAPARCIA NAWYKOWE – Lekcja 3:

(jeśli nie widzisz wideo, odśwież stronę!)

MOCZENIE – Lekcja 9:

Kim jest autorka kursu?

MGR KARLA ORBAN – Psycholog, od ponad dekady pracuje z dziećmi i rodzinami. Pracuje i kształci się w podejściu systemowym, ze szczególnym uwzględnieniem teorii więzi oraz Porozumienia Bez Przemocy.

Dzięki odbyciu szeregu szkoleń zarówno z zakresu terapii poznawczo-behawioralnej, jak i NVC na rozwój dziecka patrzy wieloaspektowo. Udziela wsparcia w ramach własnej praktyki psychologicznej, superwizuje przedszkola i szkoły oraz prowadzi warsztaty dla rodziców i nauczycieli.

Jej główny obszar zainteresowań to regulacja procesów fizjologicznych u dzieci (jedzenia, wydalania, snu) oraz wspieranie dzieci w chorobach somatycznych. Prywatnie mężatka i mama trójki trójjęzycznych dzieci.

 

Dołącz do kursu autorstwa Karli Orban Zaparcia nawykowe i trudności w odpieluchowaniu!

Zaparcia u dzieci okiem mam

Zaparcia u dzieci okiem mam

 

Dziś oddaję głos dwóm Mamom, których dzieci doświadczyły zaparć nawykowych. Jeśli trudności z wypróżnianiem dotyczą i Twojej rodziny, zerknij koniecznie na to, jakie emocje i zachowania towarzyszyły obu paniom. To normalne, że czujesz bezradność, złość, smutek, napięcie. Na końcu zerknij na bezpłatny webinar związany z tą tematyką, który przygotowałyśmy dla Ciebie. Seria wpisów dotyczących zaparć oraz moczenia jest częścią kursu online „Zaparcia nawykowe i trudności w odpieluchowaniu”, którego 2 edycja rusza wiosną 2021 roku (więcej o kursie TUTAJ).

Gosia, mama niemal 4-letniej Ani:

Ania od urodzenia była dzieckiem totalnie rozregulowanym jeśli chodzi o wypróżnianie. Robiła kupę co 7-10 dni. Odbywało się to bez bólu, a że była karmiona piersią, to lekarka nie widziała w tym problemu. Czas mijał, rozpoczęło się rozszerzanie diety, częstotliwość wypróżniania zwiększyła się do 3-5 dni, nadal bez bólu. Pierwsze problemy z zaparciami pojawiły się w okolicach drugich urodzin. Początkowo, kompletnie nieświadomi, przypominaliśmy jej o zrobieniu kupy. Z perspektywy czasu uważam to za błąd. Nie pomagało również to, że Ania robiła kupę jedynie na stojąco, bo miałam wrażenie, że to pomagało jej wstrzymywać. Po drugich urodzinach trafiliśmy do pediatry i jedyne zalecenie, które otrzymaliśmy, to zmiana diety. Nie uważałam, że to dieta jest problemem. Ania nadal była karmiona piersią, a do picia dostawała jedynie wodę. W domu gotowałam sama, zwracając uwagę na dodawanie warzyw do posiłków. Rady osób z otoczenia również nie pomagały… Szczerze mówiąc, psychicznie jeszcze bardziej mnie dobijały. Kiedy kolejny raz słyszałam, żeby podać Ani jakiś specyfik/produkt/owoc, “bo mi pomaga”, miałam ochotę się rozpłakać z bezsilności. Czułam, że problem nie leży po stronie dietetycznej, a jest w jej głowie. Po kilku dniach bez kupy widziałam, że Ania jest nieswoja. Była płaczliwa, szybciej denerwowała się na wszystko, co nie szło zgodnie z jej planem. Kolejna wizyta u pediatry. Dostaliśmy lek. Pojawił się jednak inny kłopot. Po tygodniu wstrzymywania Anię tak bolało, że nie chciała w ogóle pójść do toalety. Wtedy w aptece farmaceutka poleciła mi użycie wlewki doodbytniczej. Długo zastanawiałam się, czy to dobre rozwiązanie, ponieważ wiedziałam, że takie ingerencje na dłuższą metę nie będą dobre. Wreszcie z bezradności i chęci ulżenia jej w bólu zdecydowaliśmy się ją użyć. Źle wspominam to wydarzenie… Pomogło, ale niestety później Ania przeraźliwie bała się jakichkolwiek zabiegów higienicznych w okolicach pupy.  Po kilku miesiącach podawania leku sytuacja poprawiła się na tyle, że odstawiliśmy go. Ania znów wypróżniała się co 2-3 dni. Przed trzecimi urodzinami odpieluchowała się na siku. Kupę nadal robiła na stojąco, do pampersa. Mimo uwag rodziny, nie próbowałam odpieluchować jej również na kupę. Widziałam, że kucanie czy siadanie do zrobienia kupy kompletnie nie wchodziło u niej w grę. Odpuściłam i uznałam, że poczekamy na właściwy moment, tak by nie wywierać na niej presji i by nie wróciła do wstrzymywania. Niestety, w okolicach trzecich urodzin zaparcia wróciły. Tygodniowe przerwy od robienia kupy, robienie z bólem, płaczem. Wróciliśmy do leku i jednocześnie umówiłam się na wizytę do gastrologa. Nie zdążyliśmy jednak na wizytę – zaczął się lockdown. Ania przestała chodzić do przedszkola i – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – zaczęła robić kupę codziennie! Nigdy nie reagowała źle na przedszkole, więc wydaje mi się, że wstrzymywała tam nie tyle z powodu samego bycia w placówce, co z tego, że nie prosiła cioci o założenie pieluchy. Gdy wróciła do przedszkola przez pewien czas było w porządku, jednak po kilku tygodniach znów zaczęły się zaparcia. Mi było z tym bardzo trudno. Widziałam jej cierpienie i zmęczenie, i nie mogłam jej pomóc tu i teraz. Z bezsilności pojawiały się prośby, namowy, częste przypominanie o kupie, aż wreszcie (z czego nie jestem dumna) zdania typu “Jak zrobisz kupę, będziemy mogły iść na lody”. Bardzo brakowało mi informacji co zrobić, aby pomóc jej wypróżnić się właśnie teraz, ale bez stosowania wlewki i innych ingerencji typu mydełko czy termometr, o których słyszałam.

Gdy miała ponad 3,5 roku po kolejnych 7 dniach przerwy zaproponowałam, żeby spróbowała usiąść na sedes. Niestety, moje emocje nie pomagały. Mimo że starałam się być spokojna, to Ania od zawsze idealnie wyczuwała mój nastrój. Dopiero kiedy miałam już tak dość, że wyszłam na spacer, żeby odetchnąć i złapać dystans, Ania pierwszy raz zrobiła kupę na toalecie. I tu duże brawa dla mojego męża, który zadbał o atmosferę w domu i był ogromnym wsparciem. Jego spokój był wtedy bardzo potrzebny. Gdy mnie i mojego napięcia nie było w pobliżu Ania się zrelaksowała i udało się 🙂  Dla niej to był przełomowy moment, bo przekonała się, że siedząc na toalecie jest znacznie lepiej niż stojąc z pampersem. Teraz, po kilku miesiącach od ostatnich zaparć, mam wrażenie, że w przypadku Ani znaczną rolę w tym problemie odgrywało jej robienie kupy na stojąco i współodczuwanie moich emocji. Większość okresów, w których zaparcia nawracały, nakładało się z momentami, w których byłam zestresowana lub generalnie w gorszej kondycji psychicznej.  

 

Kasia, mama trzyletniego Piotrusia

U mojego syna zaparcia nawykowe zaczęły się, gdy miał około dwóch lat. Początki nie do końca są dla mnie jasne, ponieważ byłam już wtedy w zaawansowanej ciąży. Pierwsze zaparcie pojawiło się, gdy Piotruś był w odwiedzinach u dziadków. Wtedy było to jeszcze spowodowane błędami żywieniowymi – mleko i czekolada jako podstawa diety wnuczka. Później urodził się mój drugi syn. Po porodzie zachorował, więc przez dwa tygodnie byłam z nim w szpitalu. Starszak ciężko to przeżył, ponieważ byliśmy bardzo zżyci. Po kilku tygodniach starszy syn znowu pojechał w odwiedziny do dziadków i został tam na dwa tygodnie – znów z powodu chorób i hospitalizacji młodszego. Po tym okresie mogę śmiało powiedzieć, że Piotruś zaczął robić wszystko, żeby nie zrobić kupy. Na początku objawy były subtelne: nerwowość, płaczliwość, kiepski sen, chodzenie na palcach. Zaczął coraz rzadziej robić kupę. Co drugi dzień, co trzeci. Zaczęła się też pandemia, więc konsultacja z lekarzem była krótka i dla mnie niewystarczająca. Dowiedziałam się, że mam podawać lek. Bywało tak, że Piotruś nie robił kupy przez 8 dni, mimo że dostawał naprawdę duże ilości syropu. To było straszne… Widziałam, jak się męczy. Prawie chodził po ścianach, a my razem z nim. Najgorsze było to napięcie, które towarzyszyło nam przez cały ten czas… i nadal towarzyszy. Kiedy to jest wywieranie presji, a kiedy nie? Czy mówić coś o kupie, czy lepiej się w ogóle nie odzywać? Czy podejmować próby odpieluchowania, czy lepiej poczekać? Byliśmy na jednej konsultacji u psychologa, ale nie uzyskaliśmy zbyt dużej pomocy. Cały czas błądzimy po omacku i próbujemy, czy jakiś sposób będzie dobry. Dostajemy sprzeczne komunikaty – czytaj książeczki o kupie, nie czytaj książeczek o kupie. Rady na forach też nie pomagają. Trudno się w tym wszystkim połapać. Doszło do tego, że ja – przeciwniczka kar i nagród – próbowałam przekupić swoje dziecko. Tylko raz, bo jednak syn szybko wyprowadził mnie z błędu, pokazując, że tym sposobem nic mu nie pomogę. Nie chcę nawet wspominać, jakie wywoływało w nas napięcie to, że Piotruś nie robi kupy. Teraz i tak jest już w miarę ok… Kiedyś powodowało to kłótnie między mną a partnerem, mną a babcią (zaangażowaną w opiekę nad dziećmi), partnerem a babcią… A świadkiem tego wszystkiego był ten mały człowiek. To strasznie frustrujące, kiedy tak bardzo chcesz pomóc swojemu dziecku, ale nie możesz. Chciałabym napisać, że już nie mamy takiego wyzwania w swoim życiu, jakim są zaparcia nawykowe, ale to jeszcze nie ten etap, że całkowicie się uwolniłam od myślenia o tym, dlatego nie mogę się doczekać szkolenia. Chociaż już jest zdecydowanie lepiej z naszymi emocjami wokół zaparć, synowi nadal czasami zdarza się wstrzymywać kupę. Mam nadzieje, że damy radę i już niedługo stanie się to tylko historią.

 

Dołącz do kursu autorstwa Karli Orban Zaparcia nawykowe i trudności w odpieluchowaniu!

Zaparcia u dzieci – wywiad z psychologiem

Zaparcia u dzieci – wywiad z psychologiem

Otrzymuję od Was dużo pytań o zaparcia nawykowe u Waszych dzieci. Aby móc przekazać Wam profesjonalną i rzetelną wiedzę na ten temat, postanowiłam porozmawiać z ekspertką, która każdego tygodnia pomaga kilku rodzinom z takimi trudnościami Karlą Orban.

Karla jest psychologiem i pracuje z dziećmi oraz ich opiekunami od ponad dekady. Pracuje i kształci się w podejściu systemowym, łącząc je z teorią więzi, ale dzięki odbyciu szeregu szkoleń zarówno z zakresu terapii poznawczo-behawioralnej, jak i NVC na rozwój dziecka patrzy wieloaspektowo. Udziela wsparcia w ramach własnej praktyki psychologicznej, superwizuje przedszkola i szkoły oraz prowadzi warsztaty dla rodziców i nauczycieli. Jest jedną z ekspertek w moim klubie online dla rodziców Parentflix. Jej główny obszar zainteresowań to regulacja procesów fizjologicznych u dzieci (jedzenia, wydalania, snu) oraz wspieranie dzieci w chorobach somatycznych. Prywatnie jest mamą trójki dzieci.

Magdalena Komsta: Czym różnią się zaparcia od zaparć nawykowych? Czy może to jest ten sam termin?

Karla Orban: Obie nazwy są poprawne, natomiast nie każde zaparcia są nawykowe. Stawiając diagnozę, lekarz będzie sprawdzał, czy zaparcia nie mają przyczyny organicznej, czyli nie wynikają np.  z choroby układu pokarmowego. Gdy nie ma przyczyny organicznej o zaparciach mówi się, że są czynnościowe lub – potocznie – nawykowe.
Nie każde zaparcie będzie też spełniało kryteria diagnostyczne zaparć czynnościowych, na przykład dlatego, że trwa zbyt krótko.

MK: Kto stawia taką diagnozę? Do kogo należy się udać, kiedy nasze dziecko doświadcza zaparć?

KO:Zawsze zaczynamy od lekarza pediatry. Może być tak, że skieruje nas na dodatkowe badania lub do gastrologa dziecięcego. To jednak ważne, żeby spróbować ustalić przyczynę i wykluczyć choroby, nie prowadzić leczenia na własną rękę. 

MK: Czy to jest częsty problem?

KO: Tak. Zakłada się, że dotyczy nawet 8% dzieci, co czwarta wizyta u gastrologa dziecięcego to konsultacja zaparć. Mimo to zaparcia nie są łatwym tematem terapeutycznym. Terapia może trwać bardzo długo, nawet kilka miesięcy czy lat. Mówi się, że nawet u połowy dzieci zaparcia nawracają.
W Polsce współpraca między specjalistami to wciąż rzadkość. Bywa, że rodzice słyszą, że mają zmienić dietę dziecka, bo duża wybiórczość może być jedną z przyczyn zaparć, ale wciąż nie wiedzą, dlaczego ich dziecko nie je tak wielu rzeczy. Takie zalecenia trudno jest wtedy wprowadzić w życie.
Może być tak, że rodzina potrzebuje wsparcia psychologicznego, żeby w domu wszystko przestało się kręcić „wokół kupy”. Zamiast tego słyszy, żeby dawać dziecku nagrody za wypróżnienia. Nagrody nie tylko nie adresują przyczyny, którą nie jest w ogóle motywacja, ale też mogą pogorszyć sprawę.

 

MK: Czyli psycholog jest potrzebny?

KO: Nie zawsze. Jeśli leczenie medyczne działa, dziecko prawidłowo się rozwija, a rodzina jest w stanie prowadzić normalne życie – nie ma potrzeby takiej konsultacji. Jeżeli jednak napięcie w rodzinie jest bardzo duże, różne metody zachęcania do wypróżnień nie działają, leki nie likwidują objawów albo dziecko zaczyna mieć trudności z samooceną czy emocjami, to zdecydowanie warto się zgłosić do psychologa dziecięcego. Zalecenie konsultacji psychologicznej jest także częścią rekomendacji Europejskiego Towarzystwa Gastroenterologii, Hepatologii i Żywienia (EPSGHAN) w przypadku nieefektywności leczenia.

MK: Dlaczego zaparcia są tak dużym obciążeniem dla rodziny?

KO: Dziecko może nie robić kupy przez bardzo długi okres czasu – rekordziści nawet po kilkanaście dni. W tym czasie widać, że cierpi, więc rodzice próbują wszystkiego, żeby pomóc. Napięcie w rodzinie spada tylko wtedy, kiedy dziecko się załatwi, czyli rzadko. Samo napięcie może sprawić, że dziecko wstrzymuje wypróżnienia, żeby jak najdłużej nie mierzyć się z upominaniem, prośbami, groźbami czy bólem. Im dłużej jednak wstrzymuje, tym trudniej się załatwić i tym więcej napięcia pojawia się w domu – mamy błędne koło. W pewnym momencie zaparć pojawia się także brudzenie bielizny kupą, co z perspektywy rodzica może wydawać się wręcz objawem biegunki. Wtedy dochodzą nowe zmartwienia i obawy: o reakcję rówieśników, przyszłość dziecka, kwestia prania brudnych majtek.

MK: Czy zaparciom można w jakiś sposób zapobiec?

KO: Zdecydowanie warto próbować. W pierwszej kolejności, nie przyśpieszajmy odpieluchowania – u dziecka najpierw powinniśmy obserwować oznaki gotowości psychofizycznej (znajdziesz je tutaj, KLIK!), co prawie nigdy nie dzieje się przed 18 miesiącem życia. Wczesne odpieluchowanie jest jednym z czynników ryzyka. Niemniej ważne jest to, żeby odpieluchowaniu nie towarzyszyła presja, a fizjologia nie była tematem tabu. Z punktu widzenia mięśni dna miednicy, niekorzystne będzie przesiadywanie na nocniku (np. z książką, zabawką czy bajką), nacisk na załatwianie się na zapas (często towarzyszy mu parcie) i nieprawidłowa pozycja toaletowa. Kolana dziecka powinny być zawsze nieco wyżej niż miednica, bo w pozycji kucznej mięśnie mają optymalne warunki do pracy. Częścią prewencji jest też picie wody zgodnie z zapotrzebowaniem, ruch fizyczny i dieta bogata w błonnik.

MK: A jeśli to nie wystarczy?

KO: Czasami nie jesteśmy w stanie zapobiec zaparciom mimo naszych starań. Miałam u siebie małych pacjentów, u których zaparcia zaczęły się od zatwardzenia czy odwrotnie, piekącej pupy z powodu biegunki infekcyjnej, czyli czegoś, co może się zdarzyć każdemu dziecku. U niektórych, zwłaszcza z historią trudności fizjoterapeutycznych, rozwojowych czy gastrologicznych, łatwiej o utrwalenie wstrzymywania. W takim przypadku możemy też nastawić się na dłuższą terapię i potrzebę opieki holistycznej, przez więcej niż jednego specjalistę.

 

Dołącz do kursu autorstwa Karli Orban Zaparcia nawykowe i trudności w odpieluchowaniu!