#MeToo – doświadczenie przemocy seksualnej a karmienie piersią

#MeToo – doświadczenie przemocy seksualnej a karmienie piersią

Nie zapomnę chyba nigdy historii, którą opowiedziała mi kiedyś znajoma. Jej koleżanka urodziła dziecko w upalnym czerwcu, w środku truskawkowego sezonu. Zapytana jakiś czas później o karmienie piersią powiedziała, że odstawiła dziecko, bo miała ogromną ochotę jeść te truskawki, ale bała się, że zaszkodzi dziecku. Może faktycznie te truskawki symbolizowały jakąś potrzebę, może z jakichś powodów naprawdę trudno było jej bez nich żyć, może zabrakło jej informacji, że można jeść truskawki, karmiąc piersią…

A może chodziło o coś zupełnie innego, o coś, o czym nie mówi się często nawet najbliższym…

W mediach społecznościowych w ostatnich dniach jednym z najczęściej replikowanych hashtagów jest, niestety, #MeToo. W swoich statusach na Facebooku pozostawiają go osoby, które doświadczyły przemocy seksualnej.

Skala tej przemocy jest niewyobrażalnie duża. Szacuje się, że w Stanach Zjednoczonych co najmniej 20% kobiet było ofiarą molestowania seksualnego przed ukończeniem 18 roku życia [1]. Jedna na sześć Amerykanek doświadczyło przynajmniej raz w życiu gwałtu lub próby zgwałcenia [2]. Według Penny Simkin, autorki książek i artykułów dotyczących przeżywania macierzyństwa przez ofiary przemocy seksualnej, między 25 a 40% kobiet było jako dziecko molestowanych [3]. (więcej…)

Rodzeństwo dla hajnida

Rodzeństwo dla hajnida

Pamiętam warsztaty w Józefowie, podczas których rodzice dwóch dziewczynek podzielili się szczerym wyznaniem: „Gdyby ta druga urodziła się jako pierwsza, to pozostalibyśmy rodzicami jedynaczki”. Młodsza latorośl była bowiem dorodnym przykładem High Need Baby i zupełnym przeciwieństwem swojej starszej siostry, bezproblemowego aniołka.

Urodzenie wymagającego dziecka wielu rodzicom miesza w planach dotyczących wymiaru rodziny. Niektórzy odkładają decyzję o kolejnym dziecku na terminy definiowane hasłami: „jak zacznie przesypiać noc” lub „moooooże kiedyś” (z naciskiem na może), inni absolutnie nie wyobrażają sobie kolejnego malucha, a jeszcze inni postanawiają wejść w pieluchy raz a dobrze, minimalizując odstęp między rodzeństwem.

Czy jest jakiś idealny moment o staranie się o rodzeństwo dla hajnida?

To zbyt indywidualne, aby móc dać na to pytanie gotową, uniwersalną dla każdej rodziny odpowiedź. Podrzucę kilka kwestii, które mogą pomóc podjąć Wam najlepszą dla Was decyzję.

Po pierwsze: kwestia zdrowia mamy i dziecka. WHO rekomenduje, żeby zacząć się starać o kolejne dziecko, gdy starsze ma co najmniej 2 lata [1]. Krótszy odstęp między ciążami wiąże się z większym ryzykiem porodu przedwczesnego, urodzeniem dziecka o niskiej masie lub z problemami zdrowotnymi. Nie oznacza to oczywiście, że jeśli zdecydujecie się na ciążę szybciej niż po 2 latach od porodu, na pewno napotkacie problemy! Zdecydowana większość ciąż i dzieci będzie zdrowa. Zainteresowanych medyczno-położniczą kwestią planowania rodziny odsyłam do rewelacyjnego artykułu Danki na Matai.

Po drugie: czas na – nazwijmy to fachowo – ogarnięcie się. Według badań sześciotygodniowy połóg to stanowczo za mało. Naukowcy stwierdzili, że przeciętnej kobiecie potrzeba około roku na dojście do siebie po porodzie [2]. A nieprzeciętnej Matce Polce Hajnidowej odnalezienie się w macierzyńskiej rzeczywistości może zabrać duuuużo dłużej. Warto dać sobie czas na przemyślenie, czy to TEN moment, nawet jeśli nasze plany sprzed pierwszego dziecka były nieco inne.

Po trzecie: traktowanie powrotu płodności jako istotnego wskaźnika. Jeśli dziecko nie akceptuje smoczka-uspokajacza ani butelki i jest często karmione piersią, to mimo upływu roku, dwóch, a nawet więcej po porodzie mama może mieć trudności z zajściem w ciążę. Skoro dziecko nadal potrzebuje wielu karmień, zwłaszcza w nocy, oznaczać to może, że nie jest jeszcze gotowe na rodzeństwo, a raczej, że opieka nad dwójką byłaby obciążająca, by pozwolić sobie na kolejną ciążę. W społeczeństwach, w których małe dzieci mają nielimitowany dostęp do piersi odstęp między kolejnymi dziećmi jest rzadko mniejszy niż 3-4 lata [3]. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy może czekać na samoodstawienie się dziecka od piersi czy choćby ograniczenie przez nie samo nocnych karmień. Sama wspierałam mamy, które ze względu na wiek, choroby czy specyficzne uwarunkowania rodzinno-zawodowe, decydowały się na eliminację niektórych lub wszystkich karmień, aby przyspieszyć powrót płodności. Ale warto rozumieć ten mechanizm i, jeśli nie goni nas czas, wziąć go pod uwagę w swoich rozważaniach rodzicielskich.

Po czwarte: czynniki społeczne i Twoje oczekiwania. Zastanów się przed podjęciem decyzji, czy płynie ona z wewnątrz Ciebie, czy odczuwasz jakąś presję? Jak wygląda obecnie Twój związek? W jakich rolach, tożsamościach funkcjonujesz i jakie masz w związku z nimi plany? Jak wyobrażasz sobie codzienność z dwójką lub większą liczbą dzieci? Na czyje wsparcie i w jakim zakresie możesz liczyć? (o tym, że jedna dorosła osoba na dziecko/dzieci to stanowczo za mało, pisałam tutaj). Porozmawiaj szczerze z ludźmi, którzy mają dzieci w różnych odstępach czasowych – proponuję wypytywać najbliższych przyjaciół lub totalnie obce osoby; dalsi znajomi często utwierdzając się w niej, przedstawiają swoją decyzję wyłącznie w dobrym świetle, akcentując zalety niewielkiej różnicy wiekowej między rodzeństwem. Tymczasem nie jest ona idealnym wyborem dla wszystkich.

Po piąte: jaki wpływ będzie miało na hajnida pojawienie się rodzeństwa? W krótkiej perspektywie raczej na pewno będzie wszystkim trudniej. Wiele dzieci, także tych o łatwym temperamencie, po narodzinach młodszego rodzeństwa wymaga więcej opieki i bliskości niż do tej pory, przynajmniej przez jakiś czas. Niekoniecznie braciszek czy siostra muszą stać się workiem treningowym dla starszaka; wiele hajnidów reaguje z dużą wrażliwością i empatią na potrzeby malucha. Nie można się jednak łudzić, że wymagający maluch nagle wydorośleje, usamodzielni się i z wyrozumiałością podejdzie do rodzicielskiego obłędu w oczach.

I na koniec kwestia, która dla wielu może być znacząca: jaką mamy szansę, że kolejne dziecko również będzie wymagające?

Czynniki genetyczne wyjaśniają około 40-60% wariancji cech osobowości. Oznacza to, że chociaż na temperament naszego dziecka duży wpływ mają odziedziczone przez nie geny, to oddziałują na niego także inne czynniki.

Poza tym, nawet jeśli kolejne dziecko ma dokładnie tych samych rodziców, to otrzymuje inny koktajl genetyczny niż jego starszy brat lub siostra.  Dość wspomnieć, że autorzy sformułowania High Need Baby, czyli państwo Searsowie, ukuli ten termin przy czwartym maluchu, które – mimo ich rodzicielskiego doświadczenia – dało im kość. Troje starszych dzieci miało łatwy temperament.

Jeśli więc Twój Pierworodny lub Pierworodna ma wymagający temperament, szansa na powtórkę z rozrywki jest wyższa niż u rodziców generalnie spokojnych dzieci, ale (1) daleko jej do 100%, (2) rodzice przesypiających od urodzenia noce i uśmiechniętych maluchów też mogą być zaskoczeni kolejnym potomkiem 😉

I tym optymistyczno-złośliwym akcentem kończę. A jeśli masz jakieś refleksje dotyczące planowania rodziny po hajnidzie, chętnie poczytam o nich w komentarzu!

 

Masz więcej niż jedno dziecko lub spodziewasz się rodzeństwa dla swojego malucha?
Kliknij w obrazek i zapisz się na listę zainteresowanych kursem:

A na co mi ta doula?

A na co mi ta doula?

Międzynarodowy Tydzień Douli – pomyślałam, że to dobra okazja, by przyjrzeć się tej profesji i odpowiedzieć na dwa zadawane przez ciężarne pytania: Kim jest doula? i A na co mi ona?

Sama od niedawna jestem doulą i zanim zdecydowałam się na odbycie szkolenia, szukałam informacji o tym, na czym polega ta praca i jakie korzyści z mojej obecności może odnieść kobieta. Jeśli czytasz bloga od jakiegoś czasu, to wiesz, że nie zadowalam się dowodami anegdotycznymi (jak to córki sąsiada szwagra koleżanka miała doulę i ona…) ani przyprawionymi kadzidełkami opowieściami o holistycznym duchu porodu, ale w swoich decyzjach rodzicielskich i życiowych opieram się na rzetelnej wiedzy i twardych faktach. Poszukałam więc danych naukowych o doulowaniu i zapewniam, że wiele z Was będzie zaskoczonych – to naprawdę nie żadne czary-mary.

Chwilunię, ale kim w ogóle jest ta doula?


Przyjaciółki za pieniądze, new-age’owe szamanki, niespełnione położne wchodzące w kompetencje personelu medycznego… Takie opinie krążą po Internecie od osób, które chyba nigdy nie miały kontaktu z profesjonalną doulą.

Według Stowarzyszenia Doula w Polsce:

Doula to wykształcona i doświadczona również w swoim macierzyństwie kobieta, zapewniająca ciągłe niemedyczne, fizyczne, emocjonalne i informacyjne wsparcie dla matki i rodziny na czas ciąży, porodu i po porodzie [1].

DONA (międzynarodowa organizacja szkoląca i zrzeszająca doule) dodaje w swojej definicji:

Doula pomaga matce osiągnąć najbardziej satysfakcjonujące doświadczenie okołoporodowe, jakie tylko jest możliwe [2].

Bycie doulą ma niewiele wspólnego z byciem przyjaciółką, bo choć faktycznie obie kobiety przed porodem tworzą ze sobą więź, to w przeciwieństwie do przyjaźni ta relacja nie jest symetryczna. Doulą wykonuje pewną usługę według określonych standardów, ale nie zwierza się klientce ze swoich doświadczeń, nie żali na męża i nie doradza, jaką maść do sutków wybrać (choć jeśli ciężarna zwraca się z prośbą o pomoc w kompletowaniu wyprawki, doula wskaże jej miejsca, w których można zasięgnąć rzetelnej informacji). Ba, w przeciwieństwie do niejednej koleżanki, rodząca może być niemiła, a doula nie wyjdzie z sali porodowej z fochem i nie wypomni jej tego w przyszłości 😉

Wbrew obiegowej opinii doula nie ingeruje w medyczny przebieg porodu i nie wypowiada się w imieniu swojej klientki. Zadaniem douli jest bezwarunkowa akceptacja decyzji rodzącej i wspieranie w danej sytuacji, bez względu na to jakie są jej prywatne poglądy na temat znieczulenia, cięcia na życzenie, karmienia piersią itd. To trochę tak, jak psycholog, który nie powinien w pracy z drugim człowiekiem kierować się własnymi  doświadczeniami i przekonaniami. Doula potrzyma za rękę, pomasuje specjalnym szalem rebozo, będzie podawać napoje, okłady, pomoże zmienić pozycję, przytrzyma Cię, żeby było Ci wygodniej, a jeśli odpowiednio spakujesz torbę i wyrazisz taką prośbę, możr Ci w trakcie porodu czytać „Pana Tadeusza”.

A na co mi ta doula?

We współczesnych salach porodowych często jest dość tłumnie. Tam i z powrotem kręcą się lekarze, położne, pielęgniarki, studenci, salowe i Bóg wie kto jeszcze (niestety nadal nie jest standardem przedstawianie się pacjentom przez wchodzący personel). Jeśli poród trwa długo, to czasem przed oczami (a raczej kroczem) rodzącej przewija się kilkadziesiąt różnych osób. Towarzystwo jednej, znanej sobie kobiety przez cały ten czas jest kotwicą dającą poczucie bezpieczeństwa i stałości.

Uwaga personelu medycznego w czasie porodu jest skierowana na życie i zdrowie dziecka oraz kobiety- ale nie jest to zdrowie w rozumieniu WHO, czyli: „dobre samopoczucie na poziomie fizycznym, psychicznym i społecznym”. Oczywiście generalizuję, bo jest masa przeempatycznych lekarzy czy położnych, ale każdy z nich mając do wyboru dbanie o komfort rodzącej i koncentrację swoich zasobów na sferze medycznej, wybierze to drugie.

Tymczasem doula jest całkowicie skupiona na kobiecie i jej potrzebach. Nie podejmuje żadnych decyzji medycznych, nie musi ulegać naciskom przełożonych ani presji czasu. Nie odbiera telefonów, nie plotkuje na korytarzu – jest w całości tu i teraz dla matki. Strzeże jej opowieści porodowej – dbając o to, by kobieta mogła podjąć najlepsze dla siebie decyzje i przeżyć poród jako doświadczenie wzmacniające ją na całe życie.

Zabrzmiało pompatycznie, a Ty nadal czekasz na konkrety? Popatrzmy więc na analizę 22 badań przeprowadzonych w 15 krajach  stworzoną przez Cochrane (największą światową niezależną organizację prowadzącą bazę rzetelnych metaanaliz medycznych opartych na dowodach naukowych).

W porównaniu z rodzącymi bez stałego wsparcia jednej osoby, rodzące z doulą [3]:
  • częściej rodziły dziecko drogami natury;
  • rzadziej przy ich porodach używano próżnociągu położniczego lub kleszczy;
  • rzadziej miały wykonywane cesarskie cięcie –  Amerykańskie Towarzystwo Położników i Ginekologów oraz Stowarzyszenie Medycyny Matczyno-Płodowej w swoim stanowisku podkreśla obecność douli przy porodzie jako „zbyt rzadko wykorzystywany”  czynnik zmniejszający ryzyko cesarskiego cięcia [4];
  • rzadziej korzystały z jakichkolwiek środków znieczulających mimo ich dostępności;
  • częściej rodziły dzieci w dobrym stanie (wg skali Apgar);
  • miały poród krótszy o nieco ponad pół godziny;
  • rzadziej oceniały własny poród jako negatywne doświadczenie.

Jakieś ryzyko? Wbrew uprzedzeniom niektórych pracowników szpitali (wiecie, że dodatkowe bakterie, mityczne przekraczanie swoich kompetencji lub zachęcanie rodzącej do stawiania pytań na temat proponowanych procedur), w metaanalizie nie stwierdzono żadnych  negatywnych skutków towarzyszenia doul w porodzie.

Zapytacie, czy wsparcie partnera, przyjaciółki lub mamy na sali porodowej nie wiąże się z takimi samymi korzyściami?

Statystycznie: niestety nie. Analiza badań potwierdza, że najskuteczniejszym wsparciem podczas porodu jest przeszkolona osoba niespokrewniona z kobietą, spoza jej kręgu najbliższych i niebędąca pracownikiem szpitala, której jedynym zadaniem jest udzielanie nieprzerwanego wsparcia rodzącej (= doula). Oczywiście, towarzystwo partnera, rodziny lub przyjaciela jest lepsze niż brak jakiegokolwiek wsparcia, ale bliscy przy porodzie mieli związek wyłącznie z przeżywaniem porodu jako bardziej pozytywnego, natomiast ich obecność nie obniżała ryzyka zastosowania interwencji medycznych, jak kleszcze położnicze czy cesarskie cięcie. Autorzy analizy zauważają, że bliskie osoby jak partner czy krewni są zwykle mało doświadczeni w towarzyszeniu przy porodzie i sami potrzebują wsparcia w tej niecodziennej przecież sytuacji. Na szczęście w coraz większej liczbie szpitali nie trzeba już wybierać i można rodzić zarówno z bliską osobą, jak i doulą jednocześnie.

Co ciekawe, stała obecność jednej osoby, będącej pracownikiem szpitala, np. pielęgniarki, nie tylko nie obniża ryzyka cięcia cesarskiego, nie ma związku ze stosowaniem znieczulenia ani z późniejszym zadowoleniem z porodu, ale zwiększa ryzyko stosowania sztucznej oksytocyny… I tu zamilknę, oddając głos autorom analizy, którzy podsumowali te wyniki następująco: pracownicy szpitala albo mają inne obowiązki, albo np. z powodów proceduralnych nie wspierają tak, jak osoba z zewnątrz.

Wnioski? Jeśli zastanawiasz się nad towarzystwem podczas porodu, to poza prywatną położną, partnerem, siostrą czy mamą, weź pod uwagę także doulę. Jej wsparcie może okazać się naprawdę istotne, zwłaszcza jeśli Twoim priorytetem jest poród niezmedykalizowany i bliski naturze (choć warto wiedzieć, że doule towarzyszą także kobietom rodzącym przez zaplanowane cesarskie cięcie).

Bardzo jestem ciekawa, czy wiedziałaś o realnych korzyściach współpracy z doulą – daj mi znać, co o tym myślisz w komentarzu!

 

Szukasz wsparcia i wiedzy, które zapewnią Ci spokojny start w macierzyństwo? Zamów "Czwarty trymestr"!

Przestań straszyć kobiety karmieniem piersią!

Przestań straszyć kobiety karmieniem piersią!

Nie ukrywam, że do napisania tego artykułu zainspirowały mnie inne blogerki. Najpierw Joanna Jaskółka z bloga Matka Tylko Jedna słusznie zauważyła, jak powszechnie straszy się ciężarne okropnym porodem. Chwilę później na mojej Facebookowej tablicy wyskoczyły wpisy innych blogerek o trudach karmienia piersią. I może przeszłabym nad tym do porządku dziennego, gdyby czary goryczy nie przelało pytanie zadane na jednej z grup poświęconej macierzyństwu.  Można je streścić tak:

 

„Czy to karmienie naprawdę jest takie straszne, tak bardzo boli i tak wielu reguł należy przestrzegać?”

(więcej…)

Nie przychodź do mnie z opryszczką!

Nie przychodź do mnie z opryszczką!

foto: OkiemAdy

Wyjdę na przewrażliwioną panikarę albo na tę, która znów straszy rodziców, ale jeśli choć jednej rodzinie uświadomię wagę sprawy – to biorę niepochlebne komentarze na klatę. Przyznam, że jestem akurat bardzo wyczulona na ten problem – nieporuszany w wielu ciążowych poradnikach ani na szkołach rodzenia.

Opryszczka w naszym społeczeństwie jest uznawana za niegroźny defekt urody. Ot, sprawa kosmetyczna, drobiazg. I właściwie tak jest w znacznej większości przypadków. Gdy zdrowa, dorosła osoba zakazi się wirusem opryszczki, przez kilka dni odczuwa pewien dyskomfort, delikatny ból i swędzenie. Umówmy się – wygląda mało reprezentacyjnie, ale zwykle nie powstrzymuje jej to przed normalnym korzystaniem z życia. Chyba nikt z powodu wykwitów na ustach nie odwiedza lekarza ani nie bierze urlopu. Zresztą, może znasz to z własnego doświadczenia: wirus opryszczki wargowej (HSV-1) nosi w sobie co najmniej połowa populacji [1, choć są społeczeństwa, w których aż 98% ludzi to nosiciele wirusa 2], od momentu zakażenia – już na całe życie (wirus w utajonej formie przebywa w zwojach nerwowych, u niektórych zaznaczając swoją obecność co jakiś czas w postaci widocznego na błonach śluzowych i skórze „zimna”).

Sprawa ma się inaczej, gdy myślimy o noworodkach. Dla nich zakażenie wirusem opryszczki wargowej może być śmiertelnym zagrożeniem [3].

Personel medyczny w pełni zdaje sobie sprawę z powagi występowania opryszczki genitalnej u ciężarnej. Aktywne zmiany występujące na narządach płciowych w terminie porodu są wskazaniem do wykonania cięcia cesarskiego, aby uchronić noworodka przed zakażeniem [4].

Z równie dużą ostrożnością należy podchodzić do „zwykłej” opryszczki pojawiającej się na twarzy, ponieważ przeniesienie jej na nowonarodzone dziecko również może mieć tragiczne w skutkach konsekwencje. Niestety, choć mam nadzieję, że to odosobniony przypadek, na moim oddziale położniczym do pracy przychodziła salowa z ogromną opryszczką na ustach. „Jakie to ma znaczenie?”, zapytacie. „Przecież tylko sprzątała w sali, nie całowała Twojego dziecka”. Owszem, ale nie trzeba całować nikogo w usta, żeby przekazać mu wirus opryszczki. Transmisja HSV odbywa się także drogą kropelkową i są znane na świecie przypadki, w których to właśnie personel pracujący na oddziałach noworodkowych zakaził maluchy wirusem, w jednym najprawdopodobniej zostawiając go na niedostatecznie zdezynfekowanych ogrzewanych łóżeczkach [5, 6,7].  Jeśli więc podczas porodu lub po nim zauważysz, że ktoś z opiekujących się Tobą lub Twoim noworodkiem osób ma widoczną opryszczkę na twarzy lub dłoniach, poproś o zakrycie zmian i ostrożność. Lepiej dmuchać na zimne.

Co jakiś czas w mediach społecznościowych i portalach internetowych pojawiają się dramatyczne informacje: „Ojciec zaraził dziecko opryszczką. Zmarło. Czy zakażenie wirusem HSV zawsze kończy się tragicznie? Na szczęście nie, choć zależy to od obrazu klinicznego opryszczki:

  • zakażenie skóry, błon śluzowych i oczu – postać najłagodniejsza, choć może spowodować trwałe uszkodzenie wzroku i powikłania neurologiczne;
  • zakażenie układu nerwowego – duże ryzyko powikłań neurologicznych, a nawet śmierci;
  • postać rozsiana – wirus atakuje narządy wewnętrzne, rokowania są bardzo złe, nawet w przypadku wdrożenia terapii [8].

Czy zakażenie noworodka po porodzie, poprzez kontakt ze zmianami na twarzy lub rękach, jest częste? Nie, zdarza się rzadko, raz na 32 000 urodzeń [9]. Ale to nie powód by je lekceważyć, skoro tak łatwo można go uniknąć!

Warto wiedzieć, że jeśli tylko wykwity opryszczkowe nie są umiejscowione na piersi matki, zakażenie opryszczką nie stanowi przeciwwskazania do karmienia piersią [10]. Wirus nie przenosi się przez mleko kobiece, a przez kontakt ze zmianami skórnymi [11]. Pokarm matki może zawierać przeciwciała anty-HSV [12] oraz składniki chroniące dziecko przed infekcją [13]. Karmiąca mama  z opryszczką powinna pamiętać o niecałowaniu dziecka, dokładnym przykryciu zmian i częstym myciu rąk. Jeśli wykwity opryszczki znajdują się na piersi, należy utrzymać laktację poprzez odciąganie mleka, lecz jeśli mleko lub części laktatora mają kontakt ze zmianami skórnymi, pokarm należy wylać [14]. Zarówno ciężarne jak i kobiety karmiące piersią mogą bezpiecznie przyjmować lek przeciwwirusowy stosowany w terapii zakażenia wirusem opryszczki (tj. acyklowir 15, 16, 17).

Ojciec oraz starsze rodzeństwo noworodka również mogą pod okiem lekarza podjąć terapię lekami przeciwwirusowymi. Powinni zakryć zmiany opryszczkowe i dbać o higienę rąk. Całowanie – zakazane!

Jeśli natomiast jesteś babcią, ciocią, stryjkiem, kuzynem czy sąsiadką rodziny z noworodkiem, po prostu NIE PRZYCHODŹ w odwiedziny, dopóki masz na twarzy zmiany opryszczkowe. Tygodniowe niemowlaki są przecudne, ale przez tych kilka czy kilkanaście dni naprawdę można się ograniczyć do oglądania zdjęć przesyłanych mailem lub MMSem. Uszanuj, proszę, zdrowie dziecka i zdrowie (psychiczne) świeżoupieczonych rodziców, nie narażaj ich na dodatkowy stres. I tak mają go od groma.

Opryszczka dla niemowląt starszych niż kilkutygodniowe nie jest już tak niebezpieczna, choć akurat u mnie goście z „zimnem” nie są zbyt mile widziani. Podobnie jak z grypą, ospą czy infekcją jelitową. Jestem za tym, żeby małym dzieciom przynosić owoce zamiast wirusów 😉 Po prostu lubię mieć zdrowe dziecko – czego wszystkim moim Czytelnikom życzę 🙂

 

Szukasz wsparcia i wiedzy, które zapewnią Ci spokojny start w macierzyństwo? Zamów "Czwarty trymestr"!