Czy wszystko jest kwestią organizacji?

Czy wszystko jest kwestią organizacji?

Fragment mojej nowej książki „Czwarty trymestr”:

Jedną z najbardziej nieprawdziwych i jednocześnie najbardziej niebezpiecznych opinii, które słyszą świeżo upieczone matki, jest stwierdzenie, że życie po urodzeniu dziecka może wyglądać tak samo jak przed porodem i że wszystkie życiowe role da się ze sobą pogodzić, „tylko trzeba się zorganizować”.

Jeśli miałabyś zapamiętać z tej książki tylko jedno zdanie, to właśnie to: TO NIE JEST PRAWDA.

 

Każda z nas ma inną sytuację zdrowotną, rodzinną i finansową. Temperamenty nasze i naszych dzieci się różnią. Mieszkamy w różnych miejscach, dysponujemy różnym wsparciem emocjonalnym i organizacyjnym. Borykamy się z różnymi doświadczeniami z własnego dzieciństwa i dorosłości.

Niektóre kobiety już krótko po porodzie czują się dobrze psychicznie i fizycznie, a ich dzieci mają względnie łatwy temperament i w pierwszych miesiącach życia tylko jedzą i śpią. Inne mamy przeżyły trudny poród, ale otrzymują bardzo duże wsparcie w opiece nad dzieckiem ze strony bliskich i szybciej mogą się zregenerować. Znam takie, które nie mieszkają na co dzień z partnerem_ką, ale mogą sobie finansowo pozwolić na zatrudnienie gospodyni oraz niani na kilka godzin dziennie już od połogu. Jest jednak także ogromna grupa kobiet, które w pierwszych tygodniach po porodzie przez większą część doby są w domu zupełnie same z wymagającym dzieckiem, a ono nie znosi spacerów wózkiem, śpi krótko, czujnie i tylko w bezpośrednim kontakcie fizycznym z dorosłym. Ojcowie tych dzieci pracują zawodowo poza domem, rodzina pochodzenia mieszka na drugim końcu Polski, a w budżecie domowym nie ma wystarczającej sumy na zatrudnienie osoby do sprzątania czy opiekunki do dziecka. Ogromną niesprawiedliwością jest mówienie tym kobietom, że „wystarczy się lepiej zorganizować”.

Jeżeli ktoś ma dziecko, nad którym opieka jest łatwiejsza, bo pogodnie obserwuje sobie zabawki na macie, ma długie samotne drzemki i przesypia noc bez wybudzania opiekunów, a poza tym przez kilkadziesiąt godzin w tygodniu zajmuje się nim ktoś inny, to jasne jest, że taka osoba dysponuje innymi zasobami energetycznymi i czasowymi niż samodzielna mama wymagającego niemowlaka. Gdy rozwijałam swoją firmę, jednocześnie opiekując się dzieckiem na cały etat w domu, bardzo krzywdzące byłoby oczekiwanie, że pracując trzy godziny późnymi wieczorami, rozwinę działalność w takim samym tempie jak kobieta, której dziecko przez osiem godzin dziennie przebywa w żłobku. To czysta arytmetyka.

Ogromną część energii w macierzyństwie pochłania walka z piętrzącymi się frustracjami wynikającymi z porównywania się do innych. Ani porównywanie swojego dziecka do innych dzieci, ani siebie do innych matek – nie jest wspierające. Oczywistość, którą lubię powtarzać, brzmi: dzieci są różne. Jeden z błędów poznawczych, którymi jest skażony ludzki umysł, to zbyt duża skłonność do przypisywania sobie zasług za to, na co obiektywnie rzecz biorąc, nie mieliśmy wpływu. Nadal powszechne jest przeświadczenie, że to, jak zachowuje się dziecko („dobrze”), wynika wyłącznie z naszej ciężkiej pracy (albo rodzicielskich błędów, jeśli zachowuje się „źle”). Owszem, jakiś tam wpływ na nasze dzieci mamy, ale stanowczo nie docenia się roli genów i czynników wrodzonych w kształtowaniu się na przykład temperamentu.

Dlatego warto w początkach macierzyństwa spotykać się z większymi grupami początkujących matek (żeby zobaczyć, jak bardzo maluchy w podobnym wieku się od siebie różnią) i raz na jakiś czas porozmawiać z ludźmi, którzy mają więcej niż dwoje potomków. Wielodzietni rodzice zwykle już wyrobili w sobie dużo pokory i nie przeceniają własnego wpływu na zachowanie dzieci. Bardzo możliwe, że usłyszysz od nich (to autentyczny cytat z prowadzonego przeze mnie spotkania dla mam): „Ja z moją całą trójką robiłam dokładnie to samo: wszyscy mieli taki sam rytm dnia, ten sam rytuał wieczorny, o tej samej porze byli kładzeni do łóżka. I jedno przesypiało od urodzenia całe noce, drugie do czwartych urodzin budziło się co najmniej trzy razy, a trzecie śpi z nami w łóżku małżeńskim i pierwsze trzy miesiące nie zeszło ze mnie ani w czasie drzemki, ani w nocy”.

Nigdy nie znasz całej historii matek, do których się porównujesz. Nie wiesz, czy i jakie mają wsparcie. Nie wiesz, jaką cenę płacą za swoje wybory. Jakie koszty – głównie psychiczne – ponoszą także te pozornie idealnie zorganizowane. I czy faktycznie takie są. Bardzo cennym doświadczeniem było dla mnie jeżdżenie na wizyty domowe i przyglądanie się, jak naprawdę – poza mediami społecznościowymi – wygląda radzenie sobie z rzeczywistością przez młodych rodziców (co warto dodać: rodziców, którzy spodziewali się mojej wizyty).

Życie po urodzeniu dziecka już nigdy nie będzie wyglądało tak, jak przed porodem. Z czasem zrobi się łatwiej, a może po prostu inaczej, ale już nie tak, jak kiedyś. Czekanie aż „życie wróci do normy” – to marnowanie czasu. To jest Twoja nowa norma. To, co robisz, nie zależy już tylko od Ciebie i choćbyś była przed porodem najbardziej zorganizowaną kobietą na świecie, teraz pojawił się nowy, całkowicie zależny od Ciebie człowiek i będziesz brała go pod uwagę przy tworzeniu swoich planów. Im będzie starszy, tym łatwiej będzie Ci wracać do dawnych aktywności, jeśli będziesz miała na nie ochotę.

Doba dla nas wszystkich ma dwadzieścia cztery godziny i jeśli chcesz w niej zmieścić opiekę nad dzieckiem, zwykle coś innego będzie musiało wypaść. W pewnym okresie życia, kiedy dzieci są maleńkie, to opieka nad nimi jest zwykle priorytetem. Niemowlęta nie mogą zaspokoić swoich potrzeb samodzielnie i nie potrafią zbyt długo czekać na reakcję dorosłych. To będzie się jednak powoli zmieniać.

Warto każdego dnia zastanawiać się, ile z czynności, którym teraz poświęcasz czas, wykonujesz dlatego, że są dla CIEBIE ważne, a ile dlatego, że „wypada”, że „powinno się”, że „teściowa krzywo patrzy”. Masz prawo realizować swoje priorytety i masz prawo prosić o pomoc. Ja chciałabym, żeby w połogu ktoś wsparł mnie w odkurzaniu mieszkania. Ty lubisz zamiatać, ale za to poprosisz, żeby goście wzięli Twojego niemowlaka na spacer. Ja prasowałam niemowlęce ubranka tylko raz w życiu, przed porodem, ale znam kobiety, które sama czynność prasowania relaksuje – i dobrze, że świadomie to wykorzystują. Nie oznacza to, że są ode mnie lepsze ani gorsze, po prostu pięknie się różnimy. Zapytaj siebie: co dziś jest dla mnie ważne? Z czego nie chciałabym rezygnować? Czy warto to robić kosztem własnego snu? Czy to na pewno moja decyzja?

Zdecydowana większość z nas zbyt mało sobie odpuszcza i za mocno biczuje się za różne niedociągnięcia.

Zachęcam Cię z jednej strony do łagodności względem samej siebie i obdarzenia siebie empatią. Z drugiej zaś – do świadomego projektowania swojej codzienności i nieotaczania się nierealistycznie wysokimi standardami. Jeśli na przykład spotykanie się z niektórymi znajomymi czy obserwowanie perfekcyjnych obrazków zorganizowanych matek z mediów społecznościowych notorycznie obniża Twój nastrój, wprowadza Cię w poczucie winy albo wywołuje inne trudne emocje, zastanów się, czy warto to kontynuować.

Powyższy tekst jest fragmentem drugiego rozdziału mojej książki pt. „Czwarty trymestr”. Jej przedsprzedaż ruszyła 8 listopada 2021 roku. Jeśli jesteś w ciąży, właśnie urodziłaś lub masz w swoim otoczeniu świeżo upieczoną mamę – sięgnij po nią. Książka jest sprzedawana także w fantastycznych zestawach ze wspierającymi przyPINkami, bodziakiem i poduszką Karmiuszką (w różnych konfiguracjach). Koniecznie kliknij baner i wybierz zestaw idealny.

 

Szukasz wsparcia i wiedzy, które zapewnią Ci spokojny start w macierzyństwo? Zamów "Czwarty trymestr"!

Połóg w różnych kulturach

Połóg w różnych kulturach

Połóg połogowi nierówny. Jedne z nas otrzymują więcej wsparcia ze strony partnera_ki, męża, mamy, teściowej, inne muszą radzić sobie same. Uwaga wszystkich jest w naszej kulturze skupiona na dziecku i właściwie często można odnieść wrażenie, że od młodych mam wymaga się natychmiastowej dyspozycyjności po porodzie. Jakby sama opieka nad maleńkim, skrajnie niesamodzielnym człowiekiem nie była już heroicznym wysiłkiem!

Czy tak jest wszędzie? Zapraszam Cię w podróż dookoła świata. Wspólnie przyjrzyjmy się, jak wygląda połóg i opieka nad noworodkiem we Włoszech, w Brazylii, w Chinach i w Turcji. Ruszajmy!

 

Włochy

Kto zetknął się z mieszkańcami Włoch, ten wie, że w ich narracji często występują dwie Italie. Albo jesteś z Północy, albo z Południa. Alessandra, o której połogu chcę Ci opowiedzieć, jest z Południa. 

Jak większość koleżanek i podobnie jak jej własna mama, Alessandra mieszka blisko swoich rodziców i teściów. 5 minut drogi to taki maksymalny dystans. Ma co prawda jedną znajomą, która mieszka na Północy, ale ponieważ za 2 miesiące ma termin porodu, już zjechała do rodziców. 

Przyjęcie w domu Alessandry

Idąc do szpitala na poród, Alessandra wzięła ze sobą specjalną koszulę nocną i szlafrok. W domu nigdy ich nie nosi. To taki zestaw okołoporodowy. Jej mama rodziła w tej samej koszuli, jej siostra pożyczyła ją na swój pobyt w szpitalu. Nie wie, czy w innych rodzinach też tak jest, ale jedno jest pewne: w szpitalu trzeba dobrze wyglądać, żeby nie było wstydu. Dlatego też w czasie cesarki miała idealny makijaż. Zabrała także przynoszące szczęście kamizelki dla noworodka. W międzyczasie drzwi jej domu zostały udekorowane, aby zawiadomić sąsiadów o narodzinach dziecka. Mama Alessandry wzięła do siebie jej starszą córkę. Teściowa zaś przygotowała powitalne przyjęcie dla malucha. Nie mogło zabraknąć tortu z chłopięcą dekoracją i błękitnych draży. Na przyjazd do domu Alessandra i jej syn byli pięknie ubrani.

Skoro wszyscy mieszkają blisko siebie, babcia noworodka codziennie przychodziła pomóc młodej mamie, która zajmowała się maluchem. Tatusiowie powoli zaczynają się angażować w opiekę nad dzieckiem, co jeszcze w poprzednim pokoleniu było nie do pomyślenia. Tata Alessandry nigdy w życiu nie zmienił pieluchy. Ostatnio urlop ojcowski został wydłużony do 7 dni. 

Początkowo malucha odwiedza tylko najbliższa rodzina. Z czasem krąg poszerza się do licznych ciotek i wujków, z których każdy przynosi noworodkowi obowiązkowy prezent. 

Nie ma wizyt patronażowych położnej, a o konsultantkach laktacyjnych raczej nikt nie mówi. Za to słychać porady starszego pokolenia, że kobiety karmiące piersią powinny pić dużo bulionów, bo podobno mleko tworzy się dzięki spożywanym płynom. No i lepiej unikać zbyt ostrych smaków…

 

Brazylia

W Brazylii kto może, rodzi w prywatnej klinice. I kto może – przez cesarskie cięcie, bo ubezpieczyciele niechętnie zwracają koszty porodu naturalnego. To drogi interes, ale za to można mieć przy sobie osobę towarzyszącą, która również otrzymuje szpitalne posiłki i może np. skorzystać ze szpitalnego prysznica. Po porodzie pomocą służą pielęgniarki, doradczynie laktacyjne i lekarz pediatra. 

W szpitalu drzwi sali dekoruje się imieniem dziecka, a odwiedzający otrzymują prezenciki. Na wyjście ze szpitala maluch jest elegancko ubrany i przykryty kocykiem pod kolor ubranka. Musi się dobrze prezentować na licznych zdjęciach.

Wizyty patronażowe nie są standardem, ale można je sobie załatwić w niektórych placówkach. Standardem są za to wizyty u pediatry. Mama z noworodkiem musi się udać do przychodni 3, 5, 15, a czasami również 30 dni po porodzie. 

Z personelem medycznym jest pewien problem – jego zalecenia są… dość zaskakujące. Lekarze często doradzają mamom wypłakiwanie dzieci w stylu Tracy Hogg (o tym, jak bardzo nie zgadzam się z tym podejściem, przeczytasz tutaj i tutaj) i zupełnie nie rozumieją, dlaczego młoda mama miałaby nie spać w nocy. Konsultantki laktacyjne natomiast każą karmić z minutnikiem w ręku. Ogólnie rzecz biorąc – cała opieka nad dzieckiem kręci się wokół zegarka. Prawdopodobnie jest to związane z faktem, że Brazylijki wracają do pracy 120 dni po porodzie i za wszelką cenę chcą, aby dziecko jak najszybciej było samodzielne. 

Jednocześnie młode mamy otrzymują po porodzie ogromne wsparcie ze strony bliskich. Ciocia, babcia czy teściowa wprowadza się do domu świeżo upieczonej mamy i pomaga we wszystkim: sprzątaniu, gotowaniu i opiece nad dzieckiem. Bardziej zamożne rodziny opłacają sobie nianie. 

Brazylijczycy chętnie sobie pomagają. W biedniejszych, wielopokoleniowych rodzinach, wszyscy mieszkają razem i maluchem zajmuje się cały klan. 

Istnieje natomiast presja wokół powrotu do formy. W szpitalu poleca się obwiązywanie brzucha specjalnymi pasami lub bandażami. Ma szybko wrócić „na swoje miejsce”. 

 

Chiny

„Przesiadywanie miesiąca”, po chińsku zuo yuezi dotyczy raczej matki niż noworodka, który leży szczelnie otulony obok niej. Jest elementem kobiecej inicjacji, nieodzownym przedłużeniem porodu. Choć jego niewątpliwym plusem jest społecznie wymuszony wypoczynek, wiele kobiet z tradycyjnych społeczności postrzega ten okres jako (konieczny do przejścia) ciężar. Dlaczego?

W czasie yuezi kobieta powinna przede wszystkim chronić się przed wszelkimi przejawami chłodu, a zatem: leżeć w łóżku w długich ubraniach, nie kąpać się (czy nawet w ogóle nie myć), nie jeść surowych i zimnych potraw. Lekkostrawna dieta (mająca zapewnić dobry start laktacji) opiera się głównie na jaglanej zupie. Wszystko serwowane jest przez teściową i służy, do pewnego stopnia, budowaniu tej (niezwykle ważnej w tradycyjnej chińskiej kulturze) relacji. [1]

Niehigienicznie, niezdrowo (przegrzanie, niedojedzenie, kompletna izolacja społeczna), niezgodnie z logiką? Obecnie do „przesiadywanie miesiąca” podchodzi się coraz mniej ortodoksyjnie. Internetowe zalecenia są przesiąknięte zachodnią wiedzą medyczną (co nie oznacza, że wszystkie mają medyczne uzasadnienie) i często podkreśla się w nich konieczność mycia zębów czy brania prysznica (byle nie zbyt długiego!). Coraz więcej mówi się też o łagodnych formach aktywności fizycznej.

Strach przed przewianiem jednak trzyma się mocno. Łatwo też trafić na rozmaite zalecenia dietetyczne: mniej tłuszczu, mniej soli, mniej jajek… Za to zupa na wieprzowych nóżkach będzie idealna na start laktacji – warto spróbować, chociaż większość Chinek i tak szybko zaczyna wierzyć w zbyt chude mleko i sięga po mieszankę mlekozastępczą (najlepiej importowaną, która – po skandalu wokół toksycznego mleka sprzedawanego w Chinach kontynentalnych – jest uznawane za bezpieczniejszą).   

Z jednej strony odchodzi się od tradycyjnych zasad rządzących połogiem, z drugiej – są one głęboko zakorzenione w zbiorowej świadomości. Można wciąż usłyszeć z ust skruszonej matki, że jej 3-letnie dziecko ma problemy z – dajmy na to – oczami, bo nie przesiedziała odpowiednio swojego yuezi

Źródło: http://www.ymhlove.com/

Kobiety z dużych miast są zachęcane do korzystania z centrów yuezi. Ma to być idealny sposób na połączenie tradycji (rehabilitacja przy zastosowaniu chińskiej medycyny, wypoczynek, dbanie o ciepło) z nowoczesnością (wsparcie medyczne dla matki i dziecka, kąpiele, klimatyzacja). Wszystko – opakowane w luksus. Miesięczny pobyt w centum yuezi to wydatek rzędu 50 tysięcy złotych. Swoim stylem dobrze wpisują się w konsumpcjonistyczne nastroje, ale też odzwierciedlają zmiany społeczne w obszarze rodziny (teściowe nie mają już przy sobie synowych, młodzi kupują własne mieszkania) i ról płciowych. Jednocześnie krytykuje się je za stawianie kobietom kolejnych wymagań poprzez reklamy w stylu „tylko z nami wrócisz do idealnego ciała!” [2]

 

Turcja

W tej części głos oddaję Ani, której mąż pochodzi z Turcji. Ania, w pełni świadoma tureckich zwyczajów połogowych, zdecydowała się… tam nie rodzić. Ciekawe, czy zrobiłabyś tak samo. 

Turecka opieka okołoporodowa jest świetna: prywatna sala i łazienka, przemiły, uczynny personel, poród w atmosferze intymności, z ogromnym poszanowaniem kobiety. 

Połóg trwa w kulturze tureckiej dokładnie 40 dni. Nie więcej, nie mniej. Wynika to, podobnie jak większość zaleceń w tym okresie, z zasad Koranu, które naturalnie przeniknęły turecką kulturę i nawet nieświadomie, stosują się do nich mniej lub w ogóle niewierzące Turczynki. 

Tureckie kobiety praktycznie od razu po porodzie witają połóg z niezłym przytupem. Nierzadkim widokiem jest wizyta fryzjera czy makijażystki na sali poporodowej, której zadaniem jest szybkie przygotowanie tureckiej mamy na przyjęcie gości. Pisząc „gości” nie mam na myśli tylko męża, który zazwyczaj nie towarzyszy żonie przy porodzie (robią to raczej bliskie rodzącej kobiety: mama, siostra, teściowa, szwagierka, przyjaciółka). Poród i połóg uznaje się w Turcji za sprawy kobiet, w które mężczyźni po prostu nie ingerują. Świeżo upieczona mama przebiera się w specjalny zestaw poporodowy – błyszczące koszule nocne, przesłodkie opaski, kokardki, kapciuszki. Wszędzie pomponiki, przepych, często w parze z ubiorem noworodka w podobnym stylu. Makijaż gotowy, fryzura okazała, uśmiech na twarzy. 

Towarzysząca przy porodzie kobieta bądź personel przystraja salę. Mile widziane są balony, kokardy, napisy „Witaj na świecie”, wcześniej przygotowane gadżety z nadrukiem imienia. No i wchodzą wcześniej wspomniani goście. Rodzice, teściowie, bracia, siostry, ciotki, wujkowie, babcie, dziadkowie i dzieci z rodziny. Wszyscy biorą noworodka na ręce, dotykają, całują, robią zdjęcia, zachwytom nie ma końca, w powietrzu dźwięczy głośne „Maşallah” wypowiadane wielokrotnie przez gości, aby uchronić mamę i dziecko przed „złym okiem” – nieszczęściem, które może dotknąć tych, którzy są w danym momencie obiektem zachwytów i komplementów. Nikt natomiast nie myśli umyciu rąk czy dezynfekcji…

W szpitalu kobieta nigdy nie zostaje sama. Do końca jej pobytu towarzyszy jej jedna osoba, zazwyczaj ta sama kobieta, która była obecna podczas porodu. Turcy wierzą, że podczas 40-dniowego połogu kobieta jest wyjątkowo narażona na działanie, najprościej mówiąc, złych mocy. To takie religijne wydanie ryzyka wystąpienia depresji poporodowej. Po 1 czy 2 dobach, jeśli wszystko jest w normie, mama i maluch wracają do domu, którego drzwi wejściowe ociekają błękitem bądź różem – z wiadomych względów. 

Podczas 40 dni połogu kobieta nie powinna opuszczać domu, ze względu na wcześniej wspomniane ryzyko nieszczęścia, mogącego ją spotkać w kontakcie z osobą, która w jakiś sposób przychylnie spojrzy na młodą mamę lub dziecko bez chroniącego „Maşallah” na ustach. Połóg w Turcji pełen jest paradoksów, z jednej strony tłumy gości, przez cały ten czas do domu przychodzą sąsiedzi, zjeżdża się dalsza rodzina czy znajomi. Jednocześnie mama i dziecko z domu nie wychodzą ze względu na ryzyko w tym wrażliwym dla nich czasie. 

Przez całe 40 dni kobiecie powinna towarzyszyć inna, najczęściej bardziej doświadczona kobieta (nie, mąż nie wystarczy) i pomagać jej przy dziecku czy edukować w kwestiach związanych z przeżywaniem połogu. Przez edukację mam na myśli pilnowanie, aby świeżo upieczona mama nie spożywała całej listy zabronionych podczas karmienia pokarmów i napojów. 

Dla Turków typowe jest też przegrzewanie noworodków i samej mamy, ciepłe koce, szczelnie zamknięte okna, czapeczki, kamizelki, noworodki śpiące pod kilkoma warstwami, o ryzyku śmierci łóżeczkowej (która w Turcji jest niestety dość częsta) nikt nie mówi. Unikanie zimnych napojów niezależnie do pory roku i wciskanie w kobietę po porodzie słodyczy „żeby mleko było słodsze” i oczywiście znane też u nas jedzenie za dwoje.  

O emocje kobiet w połogu raczej się nie dba, wszelkie stany obniżonego nastroju itp. przypisuje się owym złym mocom, które silnie w tym czasie działają na osłabioną porodem kobietę. Noce w połogu kobieta i dziecko spędza przy świetle. Turcy wierzą, że pod osłoną nocy i w ciemności demony działają skuteczniej. Ma to oczywiście swoje konsekwencje dla jakości snu mamy i dziecka. 

Kultura turecka zakłada też karmienie piersią. Musisz mieć naprawdę potężną wymówkę, żeby od razu złapać w Turcji za butelkę i nie spotkać się ze zdziwieniem, namawianiem i silną dezaprobatą. 

Czy jest w takim razie cokolwiek, co oczami obcokrajowca można ocenić pozytywnie? Oczywiście, Turcy są bardzo pomocni, życzliwi, niejednokrotnie byłam świadkiem wizyty sąsiadów, którzy świeżo upieczonej mamie przynieśli ciepły posiłek dla niej i rodziny. Takich dobrych gestów jest bardzo wiele. Pomoc w połogu od starszej od siebie, doświadczonej kobiety również może okazać się nieoceniona. Co kto lubi. 😉 Pamiętajmy, że obca kultura rządzi się swoimi prawami, podobnie jak nasza, choć często nie zdajemy sobie z tego sprawy i oceniać powinniśmy z przymrużeniem oka, jednocześnie szanując to, czego nie potrafimy czasem zrozumieć 🙂

Jeśli tematy połogowe są Ci bliskie, z pewnością zainteresuje Cię książka „Czwarty trymestr” – przewodnik po pierwszych 12 tygodniach z niemowlęciem. Kliknij, aby zamówić swój egzemplarz w zestawie z fantastycznymi pinami, które wpierają młode mamy (a może także z bliskościowym body lub wyjątkową poduszką do karmienia).

 

Chcesz wiedzieć, czego możesz się spodziewać w pierwszych dniach i tygodniach po porodzie oraz jak zadbać o siebie w czasie połogu? Sprawdź szkolenie „Przygotuj się na połóg”.

Podcięcie wędzidełka – jak się je robi?

Podcięcie wędzidełka – jak się je robi?

 

Jak wygląda podcięcie wędzidełka języka? Czy lepiej wykonać je metodą laserową czy tradycyjną? Co ze znieczuleniem? Czy do zabiegu trzeba się przygotować? 

Odpowiedzi na te pytania udzielił mi człowiek, który na temacie zna się jak mało kto: mgr Mateusz Borys – neurologopeda i terapeuta miofunkcyjny, ekspert Parentflixa. Poniższy tekst jest podsumowaniem fragmentu wywiadu, którego mi udzielił przy okazji drugiego otwarcia klubu. 

 

Przed zabiegiem – jak się przygotować?

Zanim wędzidełko zostanie podcięte, od 1–3 tygodni przed zabiegiem, warto udać się do neurologopedy, logopedy wczesnej interwencji lub do mioterapeuty, który poinstruuje, w jaki sposób należy stymulować język dziecka. W praktyce są to identyczne ćwiczenia jak te, które zaleca się wykonywać po zabiegu, choć warunki w jamie ustnej dziecka będą oczywiście inne. Dlaczego warto zacząć wcześniej? Dziecko nauczy się nowych ruchów, zapisując je w pamięci motorycznej. Dzięki temu po zabiegu będzie mniej zaskoczone i łatwiej podda się stymulacji. Jednocześnie rodzic będzie już przeszkolony – praca po przecięciu wędzidełka będzie mniej stresująca. 

 

Laser czy nielaser – oto jest pytanie! 

Na rodzicielskich grupach trwa zaciekła dyskusja. Jedni twardo bronią tradycyjnych metod, przeklinając wszelkie nowinki, inni ufają wyłącznie technikom laserowym. A co o tym myślą logopedzi? No cóż, ich zdania także są podzielone, choć opinie są znacznie mniej radykalne. 

Zacznijmy od tego, że nożyk i nożyczki chirurgiczne wciąż cieszą się większą popularnością wśród specjalistów przecinających wędzidełka języka. Część środowiska logopedycznego obdarza doświadczonych chirurgów laserowych zaufaniem. Sceptycy zwracają uwagę na fakt, że w przypadku nieudanego zabiegu, rana – pod wpływem ciepła generowanego przez laser – goi się zbyt szybko. To z kolei, przy braku stymulacji, może prowadzić do powstania zrostu.

 

Uwaga na zrosty!

Jeśli pojawi się zrost, zwykle trzeba powtórzyć zabieg. Kiedy? Chirurdzy zalecają odczekać od miesiąca do dwóch, aby dać tkankom czas na pełne zagojenie. Z kolei logopedzi ponaglają: ruchomość języka może stać się jeszcze bardziej ograniczona niż przed zabiegiem, a tym samym karmienie może okazać się jeszcze trudniejsze. Cóź… najlepiej jeśli decyzję o terminie podejmie cały zespół specjalistów. 

Niezwykle ważne jest informowanie rodziców o istotności stymulacji po zabiegu. To przede wszystkim ona chroni przed zrostami. Ryzyko pojawienia się zrostów jest szczególnie wysokie u dzieci z obniżonym napięciem mięśniowym, mniej manipulujących językiem niż ich rówieśnicy. 

 

Znieczulenie miejscowe czy ogólne?

Krążą różne opowieści. Słyszałam już o wędzidełkach przecinanych bez jakiegokolwiek znieczulenia, zabiegach w znieczuleniu ogólnym (gdy dziecko jest „uśpione”) i miejscowym. Jaka jest standardowa procedura i czy są od niej wyjątki?

W większości przypadków, bez względu na wiek pacjenta, stosuje się znieczulenie miejscowe. Znieczulenie ogólne będzie zarezerwowane dla szczególnie trudnych przypadków, u dzieci z większymi problemami, np. z poważnymi urazami okołoporodowymi. Może się jednak zdarzyć, że jeśli dziecko ma umówiony inny zabieg, wymagający znieczulenia ogólnego (np. wycięcie migdałka lub większa interwencja stomatologiczne), lekarz zasugeruje podcięcie wędzidełka „przy okazji”. 

 

Czy moje dziecko się najada?

Czy moje dziecko się najada?

 

Dzisiejszym postem przedstawiam Wam Magdalenę Wilk, czyli nową ekspertkę mojego klubu dla rodziców Parentflix. Lek. Magdalena Wilk – zawodowo pracuje z noworodkami i wcześniakami. Jest lekarką w trakcie rezydentury z neonatologii, a także absolwentką kursu „Problemy w laktacji”. Zajmuje się doradztwem laktacyjnym. Z miłości do maluchów, na 6. roku studiów ukończyła kurs na doradcę chustonoszenia i w ten sposób wspierała rodziców w tych trudnych początkach. Aby ułatwić mamom start z maluchem, współtworzyła również e-booka „Początek mlecznej drogi. Poradnik karmienia piersią”. Prywatnie jest mamą dwóch maluchów, dlatego nie obce są jej rodzicielskie rozterki i brak pewności co do swoich „mamowych” kompetencji. 

MAGDALENA JEST JEDNĄ Z EKSPERTEK MOJEGO KLUBU ONLINE DLA RODZICÓW PARENTFLIX.

Czym Magdalena zajmuje się w klubie? W Parentflixie przeprowadza przez trudne początki rodzicielstwa i rozwiewa wątpliwości co do prawidłowego rozwoju noworodka. Wspiera, jeśli zdecydowałaś się karmić piersią i rozprawia się z wciąż krążącymi w tym temacie mitami.

* * *

Wskaźniki skutecznego karmienia – czy moje dziecko się najada?

Wśród mam, które zdecydowały się na karmienie dziecka piersią, bardzo często występuje obawa, czy ich dziecko jest najedzone i czy zjada odpowiednią ilość mleka (tutaj – w przeciwieństwie do butelki – nie mamy możliwości kontroli, jaką porcję dziecko pobiera). Niestety mity, wciąż często krążące wokół karmienia piersią, oraz brak wsparcia otoczenia nie ułatwiają tego procesu. Dlatego też warto uzbroić się w wiedzę, która pozwoli chociaż wstępnie ocenić, czy maluch się najada. 

 
Liczba karmień

To, co mama jest w stanie sama zweryfikować, to na pewno liczba karmień. Dlatego na początku warto je liczyć i sprawdzać, ile czasu – mniej więcej – trwają (warto tu skorzystać z pomocnych aplikacji). Średnio noworodek powinien być karmiony 8–12 w ciągu doby, ale trzeba też pamiętać, że nie są to zupełnie sztywne ramy. Są dzieci, które jedzą 7 i takie, które jedzą 14 razy w ciągu doby – i jedne, i drugie mogą tak samo dobrze się rozwijać i przybierać na wadze. Co najmniej 1-2 z tych karmień powinny odbywać się w nocy. Starszy maluch, który prawidłowo zwiększa masę ciała, może przesypiać całą noc. 

 
Jak długo trwa i jak wygląda prawidłowe ssanie?

U noworodka karmienie może trwać nawet 30–40 minut, ale raczej nie powinno być krótsze niż 10 minut. Starsze niemowlęta są w stanie pobrać znacznie większą ilość pokarmu niż noworodek, nawet w kilka minut. Dodatkowo, im młodsze dziecko, tym więcej czasu spędza przy piersi na ssaniu nieodżywczym, przez co świeżo upieczone mamy mogą spędzać z dzieckiem przy piersi całe dnie.  Zazwyczaj przez pierwsze 1, 2 minuty możemy obserwować szybkie ruchy ssące, po których pojawia się wypływ mleka. Wtedy rytm ssania się zmienia, widzimy 1–3 zassań i słyszymy charakterystyczne „k-k-k…” świadczące o przełykaniu. Maluch swoimi ustami powinien szczelnie obejmować brodawkę z większą częścią otoczki. Pokarm nie powinien wypływać kącikiem ust i nie powinniśmy słyszeć cmokania, które może świadczyć o rozszczelnieniu chwytu. Usta powinny być szeroko otwarte, wargi wywinięte. Powinno być widać pracę całej żuchwy.  Początkowo, kiedy mama i maluch dopiero uczą się, jak prawidłowo i efektywnie się karmić, brodawki mogą być bolesne. Mówimy wtedy o fizjologicznej bolesności brodawek, która może dotyczyć nawet 90% karmiących. Największe nasilenie bólu przypada zazwyczaj między 3. a 7. dobą po porodzie. Ból ten jest dość charakterystyczny – największy na początku karmienia i stopniowo zmniejszający się w jego trakcie. Niestety u niektórych kobiet może trwać nawet do 6 tygodni, jednak docelowo karmienie powinno być bezbolesne.

 
Prawidłowy mechanizm ssania i pobierania pokarmu jest kluczowy dla przebiegu laktacji.

Jeśli występuje u Ciebie jakakolwiek trudność z karmieniem piersią (np. dziecko wypuszcza brodawkę, kąsa, denerwuje się, brodawki są poranione/spłaszczone, nie słychać aktywnego/rytmicznego przełykania), warto udać się do specjalisty, który oceni budowę i funkcję jamy ustnej, odruchy i efektywność ssania, a także napięcie mięśniowe. Takim specjalistą jest doradca laktacyjny, który ewentualnie pokieruje Cię dalej – jeśli sytuacja będzie tego wymagała.

 
Zawartość pieluszki

Kolejną rzeczą, którą oceniamy i liczymy, jest liczba mokrych pieluszek, których – w zależności od doby życia – powinno być:

  • 3–5 między 3. a 5. dobą,
  • 4–6 między 3. a 7. dobą,
  • 6–8 od 8. doby do 6. tygodnia życia,
  • 5–6 od 6. tygodnia życia.

Czasem u noworodków pojawia się problem z oceną ilości oddawanego moczu, ponieważ początkowo są one niewielkie i trudno dostrzegalne. U 5% noworodków w pierwszych 2 dobach możemy mieć do czynienia z fizjologiczną anurią (bezmoczem), dlatego wskaźnik ten najlepiej sprawdzać od 3. doby.  Znacznie łatwiej, z oczywistych powodów, jest z oceną stolca. Do 6. tygodnia powinno być ich co najmniej 3–4 dziennie, choć często jest ich znacznie więcej i pojawiają się nawet po każdym karmieniu. Po tym okresie może być wciąż kilka brudnych pieluch dziennie, ale może też pojawiać się 1 co kilka dni. Dopóki nie obserwujemy u dziecka wzmożonego niepokoju, dyskomfortu z tego powodu, uznajemy to za wariant normy.

 
Siatki centylowe

Bardzo ważne jest też to, jak nasz maluch przybiera i zachowuje się na siatkach centylowych autorstwa WHO (można się wspomóc choćby siatkami na tej stronie lub w aplikacji Child Growth, które są łatwiejsze dla rodzica w interpretacji, gdyż podają, w którym centylu znajduje się dziecko, a nie odchylenia standardowe, które znajdziemy w książeczkach zdrowia).  Dzieci po porodach siłami natury zazwyczaj notują ok. 6-procentowy spadek masy ciała w 3. dobie, a urodzone przez cięcie cesarskie często trochę większy – sięgający 7%. Wyższy ubytek masy ciała powinien być wskazaniem do kontroli aktu karmienia i oceny mamy oraz noworodka. Średnio w 7. dobie następuje powrót do masy urodzeniowej, ale dajemy dziecku czas do jej odzyskania do 14. doby.  Przyrosty masy ciała kształtują się u dzieci różnie w zależności od masy urodzeniowej (większe dzieci zazwyczaj przybierają szybciej niż te z niższą masą urodzeniową), płci (chłopcy raczej szybciej niż dziewczynki). 

  • W pierwszych 3 miesiącach życia średnio mówimy o przyrostach rzędu 30 g na dobę, a największy przyrost obserwujemy między 14. a 28. dobą – mogą to być wartości 40–50 g dziennie. 
  • Między 3. a 6. miesiącem życia dążymy do przyrostów ok. 18 g na dobę. 
  • Między 6. a 9. miesiącem będzie to ok.13 g na dobę. 
  • Między 9. a 12. miesiącem dzieci przybierają ok. 9 g na dobę. 

Średnio niemowlęta podwajają swoją wagę między 3. a 4. miesiącem życia, a na roczek ważą trzykrotnie więcej niż po urodzeniu. Noworodek, w ciągu kilku dni od wyjścia ze szpitala, powinien być obejrzany przez położną i pediatrę. Jego waga powinna być skontrolowana i naniesioną na siatki centylowe tak, żeby rodzice i lekarze mogli się nimi wspomagać, oceniając rozwój malucha.

Inne oznaki efektywnego karmienia

Pomocny w ocenie, przynajmniej w pierwszych tygodniach, może być też stan piersi mamy, które są pełne, „ciężkie” przed karmieniem, a luźniejsze – po. Także spokojny, zrelaksowany po karmieniu maluch może podpowiadać, że jego brzuszek jest już pełny.  Jeśli mama ma jakieś wątpliwości, co do prawidłowego przystawiania, warto skonsultować się jak najwcześniej ze specjalistą, gdyż początkiem karmienia „programujemy” laktację na dalszy okres karmienia i zwiększamy szansę na powodzenie mlecznej drogi.  

 

Musy w tubkach – tak czy nie?

Musy w tubkach – tak czy nie?

 

Musy w tubkach stały się bardzo popularną formą przekąski. Po części jest to zrozumiałe – mają przecież parę niekwestionowanych zalet. Przede wszystkim są praktyczne: w podróży, na placu zabaw (gdy rączki nie są zbyt czyste) i wszędzie tam, gdzie zależy nam na szybkiej, niebrudzącej przekąsce, którą nasz maluch chętnie zje.

Problem w tym, że do tej wygody łatwo się przyzwyczaić – i dziecku, i rodzicowi. Z czasem okazuje się, że stopniowo tubki całkowicie zastąpiły owoce w diecie dziecka. To z kolei jest bardzo niekorzystne dla rozwoju aparatu artykulacyjnego. 

Także poza środowiskiem logopedycznym musy nie mają dobrej sławy. Stomatolodzy ostrzegają, że mogą przyczyniać się one do powstawania próchnicy (zwłaszcza, gdy zastępują mleko w czasie karmień nocnych). Dietetycy zwracają uwagę na ilość cukrów prostych zawartych w musach, a osoby dbające o środowisko – na to, jak nieekologiczne są same tubki.

AUTORKA TEGO ARTYKUŁU, MGR URSZULA PETRYCKA JEST EKSPERTKĄ W MOIM KLUBIE ONLINE DLA RODZICÓW PARENTFLIX.

***

Dlaczego logopeda nie poleca musów?

Zjadanie nieprzetworzonych owoców, często zastępowanych przez musy, to pod wieloma względami świetne ćwiczenie logopedyczne: 

  • odgryzanie, gryzienie, żucie i połykanie warunkują prawidłowy rozwój aparatu artykulacyjnego;
  • zjadanie pokarmów o trudnej konsystencji zapobiega powstawaniu wad zgryzu;
  • samodzielne spożywanie produktów stałych jest świetnym treningiem koordynacji ręka-oko i małej motoryki.

Te wszystkie zalety przepadają w momencie sięgnięcia po półpłynny, łatwy do połknięcia i niewymagający żucia mus. W pewnym sensie jest on bardziej napojem niż przekąską. Czy zatem spożywanie musu z tubki uczy „dorosłego” picia? Niekoniecznie. Wiele dzieci układa sobie rurkę tubki na języku, co utrwala model ssania znany im od urodzenia: maluchy ssą tubkę jak smoczek butelki. Skoro język jest przyciśnięty rurką, nie może się podnieść do podniebienia – dziecko nie wykształca również dojrzałego wzorca połykania. Ponadto, część dzieci w czasie spożywania musu wysuwa język z jamy ustnej. Utrwalenie takiego nawyku może skutkować przeniesieniem go na pole artykulacji i, w rezultacie, zaistnienie zjawiska seplenienia międzyzębowego. 

Wreszcie nadmiar przekąsek w formie musu bywa wstępem do nieprawidłowych nawyków żywieniowych. Najedzone dziecko nie ma ochoty na przygotowany posiłek, rodzice zaczynają się tym martwić, sięgają po „pewniaki” i powstaje błędne koło. 

Wątpliwości rodziców

Zebrałam pytania, które rodzice często stawiają w kontekście musów z tubki. Poniżej znajdziecie moje odpowiedzi. 

 

Skoro owocami łatwo się zakrztusić, czy nie byłoby bezpieczniej podać dziecku mus z tubki?

Zakrztuszenia to bez wątpienia nieprzyjemny element wprowadzania pokarmów stałych do diety dziecka. Niestety nie da się go wyeliminować, a dojść do wprawy można jedynie dzięki praktyce. Nauka prawidłowego gryzienia i połykania jest inwestycją na lata. 

Nie znaczy to, że nie należy starać się zapobiegać zakrztuszeniom i zadławieniom. Wiele zależy od sposobu podania owocu. Na przykład, paradoksalnie, podanie dziecku całego obranego jabłka do rączek mocno minimalizuje ryzyko wypadku. Dziecko zeskrobie ząbkami malutkie cząstki i je zje. 

 

Co z tubkami z owsianką – czy one są OK?

Bywa, że dziecko po pociągnięciu łyka z takiej tubki, przez chwile żuje jej zawartość i dopiero wtedy przełyka – to rzeczywiście lepsze niż wysysanie samego musu owocowego. Najlepiej będzie jednak nałożyć owsiankę do miseczki, z której dziecko zje ją – z pomocą rodzica lub bez – łyżeczką. W wieku osiemnastu miesięcy dziecko powinno już być w stanie zrobić to samodzielnie, ćwicząc przy okazji choćby pracę warg (aktywnych w kontakcie z łyżeczką). Inwestycja energii w naukę szybko się zwraca. 

 

Czy mogę zatem podać mus owocowy łyżeczką?

To rozwiązanie jest o tyle lepsze, że w odczuciu dziecka mus będzie pokarmem, a nie napojem. Wciąż jednak nie zobaczy owocu w całości. Często nie rozpozna nawet, z jakich owoców przecier jest zrobiony. Wybierając musy – w jakimkolwiek opakowaniu – pozbawiamy dziecko wrażeń sensorycznych, związanych z jedzeniem. Maluch nie może dotknąć owocu, zbadać jego kształtu, sprawdzić czy jest ciężki, śliski, lepki, zimny… Nawet wąchanie może okazać się utrudnione. 

 

Co zrobić, jeśli dziecko nie chce jeść niczego innego niż papki?

Należy powoli i stopniowo zmieniać konsystencje podawanych pokarmów, np. przez dodanie do purée paru ziaren amarantusa ekspandowanego. Jeśli po kilku tygodniach rozszerzania diety nie uda się przejść na inne konsystencje, warto zgłosić się do neurologopedy.

 

Wnioski

Czy zatem musy są szkodliwe i powinny być zabronione w diecie dziecka? Nie musimy być aż tak radykalni. Warto natomiast uzmysłowić sobie, że bliżej im do słodyczy niż do owoców i, w związku z tym, powinny być podawane sporadycznie. 

Skoro musu nie trzeba odgryzać, gryźć ani żuć – nie może on zastąpić owoców, dających dziecku okazję do kształtowania aparatu artykulacyjnego. 

Jeżeli zależy Ci na „czystych” przekąskach, możesz zaproponować dziecku pokrojonego w słupki ogórka lub paprykę, kromkę pełnoziarnistego chleba, ugotowany makaron czy nawet – chrupki kukurydziane. Zaletą spożywania tych produktów – w kontekście logopedycznym – będzie ćwiczenie obróbki kęsów pokarmowych, która jest bazą dla prawidłowej artykulacji głosek.

Dzieci, które nie mają problemów z napięciem mięśniowym, artykulacją i samodzielnym jedzeniem pokarmów o różnych konsystencjach, mogą oczywiście od czasu do czasu zjeść mus z tubki. Nie dajmy się zwariować. Tak jak we wszystkim – trzeba zachować umiar i zdrowy rozsądek. 🙂 

 

Pułapki żywności ekologicznej

Pułapki żywności ekologicznej

 

Czym jest żywność ekologiczna i jak ją rozpoznawać?

Wbrew pozorom do żywności ekologicznej nie można zaliczyć pomidorów i sałaty z domowego ogródka oraz kury z kurnika babci. Dlaczego? Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie warto zastanowić się, czym jest żywność ekologiczna. 

Żywnością ekologiczną nazywamy produkty nadające się do spożycia przez ludzi, wytwarzane z zachowaniem metod produkcji ekologicznej, która spełnia określone w prawie zasady na wszystkich etapach (produkcji, dystrybucji i przygotowania). 

O szeregu zasad, które musi spełniać produkcja ekologiczna, możecie poczytać w regulacjach prawnych, np. w Rozporządzeniu Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2018/848. Tę lekturę dedykuję osobom, które chcą dokładnie zagłębić się w tematykę. W skrócie natomiast są to zasady dotyczące produkcji żywności z dbałością o środowisko naturalne i dobrostan zwierząt.

Konsument będąc na zakupach może w łatwy sposób ocenić, czy produkt jest ekologiczny – szukając na jego etykiecie certyfikatu w postaci listka utworzonego z gwiazdek, znajdującego się na zielonym tle:

Nie znajdziemy go na każdym produkcie, prawda? A już na pewno nie na surowcach zerwanych prosto z przydomowego ogródka. 

Produkty zawierające tę etykietę, zanim trafią na półki sklepu spożywczego, muszą zostać przebadane i przejść przez określone, regulowane prawnie procesy. Wydają się więc idealnym i bezpiecznym wyborem dla niemowląt, po który warto sięgać. Czy rzeczywiście tak jest?

Po części tak. Dobrym wyborem może być np. zakup ekologicznego mięsa czy ryb, ponieważ mamy wówczas pewność, że produkt został przebadany oraz hodowla i ubój przebiegały w sposób humanitarny.

Ale czy tylko i wyłącznie żywność ekologiczna będzie bezpieczna dla dziecka?

Zacznę od tego, że każdy produkt, zanim trafi do sprzedaży, powinien zostać odpowiednio przebadany i spełniać określone warunki. Zgodnie z prawem nie można sprzedawać żywności, która mogłaby w jakiś sposób stanowić zagrożenie dla człowieka. Zatem wniosek z tego taki, że produkty nieekologiczne też będą dla dzieci odpowiednie. Oczywiście nie wszystkie, tak samo jak nie wszystkie produkty ekologiczne będą dobrym wyborem dla niemowląt.

 

Pamiętajcie, że:

ŻYWNOŚĆ EKOLOGICZNA ≠ ZDROWA ŻYWNOŚĆ

 

Na rynku istnieją certyfikowane produkty spożywcze, które w składzie także mogą uwzględniać cukier i sól, są produktami przetworzonymi i niewskazanymi w diecie niemowlaka. 

Innym powodem, dla którego rodzice mogą chcieć proponować dzieciom wyłącznie żywność ekologiczną jest jej wartość odżywcza. Rodzi się tu kolejne pytanie:

Czy rzeczywiście żywność konwencjonalna ma dużo mniejszą wartość odżywczą niż ekologiczna?

Można mieć takie przekonanie, ponieważ istnieje kilka badań, które stwierdzają, że żywność ekologiczna zawiera więcej niektórych składników odżywczych (np. kwasów tłuszczowych omega 3, polifenoli, witamin i składników mineralnych) niż żywność standardowa. Śledząc dokładnie te badania można zauważyć, że różnice nie są na tyle duże, żeby miały znaczący wpływ na zdrowie. Ponadto badania te odznaczają się niską rzetelnością i można doszukiwać się w nich konfliktu interesów. Warto też wspomnieć, że raport analizujący te publikacje dostarczył wniosku, że brakuje konkretnych dowodów na to, że żywność ekologiczna jest bardziej pożywna od konwencjonalnej

 

Pokuszę się więc o stwierdzenie, że prawidłowo zbilansowana i urozmaicona dieta, oparta wyłącznie na żywności standardowej, dostarczy odpowiedniej ilości składników odżywczych. Żywność ekologiczna może być jej wzbogaceniem, ale nie ma żadnych zaleceń ani światowych rekomendacji mówiących o konieczności opierania diety dziecka na produktach ekologicznych. Ponadto trzeba przyznać, że bazowanie tylko na certyfikowanych produktach byłoby nie lada utrudnieniem, chociażby dlatego, że żywność ekologiczna dostępna na polskim rynku jest zwyczajnie droga. 

 

Dlaczego ceny żywności ekologicznej są tak wysokie?

  1. Rynek żywności ekologicznej w Polsce jest dopiero na etapie rozwoju.
  2. W naszym państwie istnieją braki surowców do produkcji, co wiąże się z koniecznością ich importu z innych państw.
  3. Import musi spełniać określone warunki, co wiąże się z wysokimi kosztami transportu.

 

Kolejnym problemem w bilansowaniu diety dziecka wyłącznie produktami ekologicznymi jest fakt, że asortyment tych produktów na polskim rynku jest ubogi. Dobrze wiemy, jak ogromnie istotne jest, aby dieta dziecka (jak i każdego innego człowieka) uwzględniała rozmaite produkty spożywcze. Maluch w okresie rozszerzania diety powinien mieć okazję do poznawania jedzenia, dlatego warto opierać dietę całej rodziny na różnorodnej żywności, nie zważając na to czy konkretne warzywo lub owoc pochodzi z uprawy ekologicznej. Wyobrażacie sobie jak nudne musi być jedzenie wyłącznie marchewki i pomidorów, ponieważ przykładowo tylko takie warzywa w pobliskim sklepie posiadają certyfikat? Totalnie nie ma to sensu. Nie tylko ograniczamy wtedy dziecku dostęp do składników odżywczych z innych surowców, ale też zabieramy mu okazję do oswojenia się i zapoznania z innymi produktami, o różnych smakach. Bazowanie na produktach wyłącznie z zielonym listkiem może ograniczać różnorodność diety i opóźniać moment uwzględnienia dziecka we wspólnych, rodzinnych posiłkach. 

Na sam koniec pozostawiłam kwestię pestycydów. To one głównie budzą postrach i w obawie przed nimi rodzice decydują się proponować dzieciom tylko produkty ekologiczne. Zacznę od tego, że pestycydy to środki ochrony roślin, wykorzystywane do zwalczania podczas uprawy niepożądanych chorób, szkodników oraz chwastów. Dzięki nim otrzymujemy bezpieczną dla konsumentów żywność, ale wiadome jest też, że ich nadmiar jest niekorzystny dla zdrowia. Jednak:

  1. Pestycydy mogą być też stosowane w rolnictwie ekologicznym
  2. I co najważniejsze – każda żywność (nieważne czy eko, czy nie) musi przejść test bezpieczeństwa, w tym musi zostać przebadana pod kątem pozostałości pestycydów.

Jednym zdaniem – żadne warzywa i owoce zawierające ilości pestycydów przekraczające normy nie mogą zostać dopuszczone do sprzedaży.

Podsumowując, z jakimi pułapkami żywności ekologicznej możemy się spotkać?

  1. Traktowanie wszystkich produktów z certyfikatem jako odpowiednich dla dzieci.
  2. Wysoka cena.
  3. Przekonanie, że produkty konwencjonalne mogą być niebezpieczne dla dzieci.
  4. Przekonanie, że tylko produkty ekologiczne są w stanie dostarczyć odpowiednich ilości składników odżywczych dziecku.
  5. Mały asortyment produktów na polskim rynku, wiążący się z ograniczeniem diety dziecka, odebraniem mu okazji do poznawania nowych produktów i urozmaicenia tego co spożywa.

Autorką artykułu jest dietetyczka Daria Matyjak, współautorka książki: Rozszerzanie diety niemowląt.

Źródła:
1. https://repozytorium.uwb.edu.pl/jspui/handle/11320/4758
2. https://eur-lex.europa.eu/legal-content/PL/TXT/PDF/?uri=CELEX%3A32018R0848&from=PL&fbclid=IwAR3STBljsBoISh274K9zD_xKvZDeCA2eIDr5BFvJaPWlMM–b0Kt_RnoBDM
3. https://www.ncbi.nlm.nih.gov/books/NBK100554/
4. http://yadda.icm.edu.pl/baztech/element/bwmeta1.element.baztech-article-BAR9-0009-0002
5. https://www.totylkoteoria.pl/2019/11/rolnictwo-ekologiczne-zywnosc-ekologiczna-bio.html