Pierwszy raz spotkałam się z książką „Język niemowląt” autorstwa Tracy Hogg u bratowej. Byłam wtedy niedzieciatą licealistką, nie wnikałam w zawartość, ale utkwiło mi w głowie, że to jakiś nieprawdopodobny hit wydawniczy. Od lat w wielu krajach jest bestsellerem, a młode mamy polecają sobie jego lekturę już w ciąży. Przed urodzeniem Małej nie przebrnęłam przez tę pozycję, zrobiłam to teraz – ze złośliwą dokładnością. Swoje refleksje przedstawiam w czterech częściach – pierwsza dotyczy filozofii wychowania przyświecającej pani Hogg, druga konfrontuje jej zalecenia z wiedzą o laktacji, trzecia dotyczy Łatwego Planu, a czwarta zajmuje się snem. Zapraszam!

Tracy zaczyna od dobrego PRu. Wyjaśnia, że jest z zawodu położną i pielęgniarką, specjalizującą się w opiece nad dziećmi niepełnosprawnymi. Pracuje także jako doradca laktacyjny (Boże, chroń nas przed takimi doradcami!) i od zawsze magicznie usypia dzieci krewnych i znajomych. To wrodzony talent przekazywany w jej rodzinie z pokolenia na pokolenie.

Książka jest napisana po mistrzowsku, jeśli chodzi o perswazję. Pierwsze rozdziały to niekończąca się symfonia zachwytów nad niezwykłością rozwoju niemowlaka, nieustające wyzwanie do szacunku wobec noworodków, do poznania ich cudownego języka, którymi wyrażają swoje potrzeby. Same ochy i achy.

Tylko zobacz – otwierasz książkę i od początku napotykasz takie stwierdzenia:

  • należy noworodka oprowadzić po jego nowym domu, pokazując mu kolejne pomieszczenia i opowiadając o nich;
  • każdorazowo trzeba uprzedzać maleństwo, co będziemy z nim robić i kiedy dotykać, to kwestia szacunku i kultury osobistej;
  • są różne typy temperamentu (kretyńsko ponazywane – np. Żywczyki – ale może to kwestia tłumaczenia);
  • każde niemowlę jest inne, niepowtarzalne i cudowne.

Co myślisz po tych pierwszych rozdziałach? Zapewne: „Hej! Ale z tej Tracy równa babka! Jak ona szanuje te maluchy! To wzbudza moje zaufanie. Ciekawe, co dalej zaproponuje”.

Pewnie też bym tak myślała, gdybym była mniej podejrzliwa. Ale czytam sobie uważnie, zdanie po zdaniu, i: bingo! Autorce tu i ówdzie wypsnęła się jej prawdziwa filozofia wychowawcza. Będę cytować, żebyś nie pomyślała, że zmyślam, dopowiadam, przekręcam jej słowa.

Ludzie, na miłość boską, przecież to niemowlę, które jeszcze nie wie, co jest dla niego dobre i korzystne!

I na tym zdaniu właściwie można by zakończyć ten wpis, bo nasze podejścia do rozwoju dziecka diametralnie się różnią. Ja wierzę (ba, nie tylko wierzę, ja to wiem i mogę to udowodnić!), że niemowlę doskonale wie, czego potrzebuje i w jakich ilościach. I mówi o tym dorosłym, jeśli chcą się nauczyć słuchać i podążać za nim.

Jest wielka różnica między odnoszeniem się do dziecka z szacunkiem a przyzwoleniem, aby nami rządziło

Jesteś ciekawa, na czym polegają te rządy niemowlęcia?

Jeśli pozwolicie niemowlęciu rządzić i wyznaczać każdorazowo pory karmienia i snu to w waszym domu zapanuje kompletny chaos

Aha, czyli decydowanie, kiedy chce mi się spać, a kiedy jeść to jest rządzenie dorosłymi. Osobliwa definicja. To by było nawet śmieszne, gdyby nie to, że: a) jest pisane na serio i b) wprowadza do domu terminologię wojenną i ustawia rodziców noworodka na pozycji: bez względu na cenę złam go i przeforsuj swoje plany albo przegrasz z tym siedmiodniowym ledwo odrośniętym od ziemi terrorystą. Takie podejście niszczy niezwykłą więź i wykazaną w badaniach naukowych fizjologiczną harmonię między matką a dzieckiem.

Rodzic ma stworzyć rytm, do którego niemowlę ma się przystosować

I żeby to było jasne – nie jestem przeciwnikiem rytmów, planów dnia, wręcz przeciwnie, bardzo się one przydają dzieciom, zwłaszcza wymagającym. Plan dnia ma być jednak dostosowany do dziecka, a nie do widzimisię rodzica. Nie do tabelki z rozpisanymi czasami. Mama i tata powinni podążać za wskazówkami, które sygnalizuje mu dziecko i być elastyczni. Stosowanie w pierwszych tygodniach życia dziecka treningów usypiania i sztywnych schematów karmienie-zabawa-sen nie tylko jest na dłuższą metę nieskuteczne, ale także trzykrotnie zwiększa ryzyko problemów behawioralnych w szóstym miesiącu życia [1].

Czy człowiek prehistoryczny miał zegarek i kładł latorośle do snu po przepisowych 3 godzinach zabawy? Nie. Czy zasłaniał rolety i umieszczał niewykazujące zmęczenia niemowlę w osobnym łóżeczku na drzemkę? Nie. Czy to zaszkodziło rodzajowi ludzkiemu? Nie, jak widać nie wyginęliśmy i mamy się nieźle.

Szkoda, że Tracy nie pisze, kiedy możemy oddać stery dziecku i pozwolić mu pokierować trochę swoim życiem, ba, chociaż swoją fizjologią. Może dopiero po maturze? Albo wcale – może zawsze wiemy lepiej, czego i w jakich ilościach potrzebuje dziecko? Trochę jak w tym dowcipie, gdy Jaś, wołany przez mamę, żeby wrócił do domu, pyta: „Mamo, a chce mi się teraz jeść czy spać?”.

Obserwujemy niemowlę, uważnie wsłuchując się w jego mowę, szanujemy jego potrzeby, jednocześnie pomagamy mu przystosować się do życia rodzinnego

Czyli mamy taką sytuację: Jest dwutygodniowy maluch, co to ledwo wyszedł z macicy i wszystko jest dla niego nowe i przerażające, nie ma żadnych zasobów i nie potrafi przeżyć kilku godzin bez opiekującej się nim matki. I mamy dwoje dorosłych ludzi, posiadających ogromną liczbę potencjalnych strategii, przy pomocy których mogą zaspokajać swoje potrzeby. Mogą prosić o pomoc: siebie nawzajem, członków rodziny, sąsiadów, znajomych, mogą zapłacić komuś za wykonanie jakichś usług, mogą odpuścić wiele obowiązków, przełożyć je, odmówić różnym zobowiązaniom, mogą w przypływie nerwów wyjść na godzinę ochłonąć albo popłakać przyjacielowi do słuchawki. Kto jest w gorszej sytuacji? Kto powinien się do kogo dostosować?

Jeśli nadal nie czujesz się przekonana, żeby odłożyć książkę pani Hogg na zakurzoną półkę, zapraszam na część drugą, gdzie rozkładam na części pierwsze porady Hogg dotyczące karmienia. Do zobaczenia!