„Moje dziecko nie chce spać”. Czy to problem zdrowotny? Darmowy webinar

DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM ZA UCZESTNICTWO W WEBINARZE – kolejny już wkrótce!

Marzy mi się, żeby każdy rodzic, który niepokoi się snem swojego dziecka, miał dostęp do miejsca, w którym otrzyma wsparcie. Wierzę, że są rzesze specjalistów, którzy wykonują dobrą robotę, tylko te negatywne opinie docierają do mnie po prostu częściej niż pozytywne. (więcej…)

A na co mi ta doula?

A na co mi ta doula?

Międzynarodowy Tydzień Douli – pomyślałam, że to dobra okazja, by przyjrzeć się tej profesji i odpowiedzieć na dwa zadawane przez ciężarne pytania: Kim jest doula? i A na co mi ona?

Sama od niedawna jestem doulą i zanim zdecydowałam się na odbycie szkolenia, szukałam informacji o tym, na czym polega ta praca i jakie korzyści z mojej obecności może odnieść kobieta. Jeśli czytasz bloga od jakiegoś czasu, to wiesz, że nie zadowalam się dowodami anegdotycznymi (jak to córki sąsiada szwagra koleżanka miała doulę i ona…) ani przyprawionymi kadzidełkami opowieściami o holistycznym duchu porodu, ale w swoich decyzjach rodzicielskich i życiowych opieram się na rzetelnej wiedzy i twardych faktach. Poszukałam więc danych naukowych o doulowaniu i zapewniam, że wiele z Was będzie zaskoczonych – to naprawdę nie żadne czary-mary.

Chwilunię, ale kim w ogóle jest ta doula?


Przyjaciółki za pieniądze, new-age’owe szamanki, niespełnione położne wchodzące w kompetencje personelu medycznego… Takie opinie krążą po Internecie od osób, które chyba nigdy nie miały kontaktu z profesjonalną doulą.

Według Stowarzyszenia Doula w Polsce:

Doula to wykształcona i doświadczona również w swoim macierzyństwie kobieta, zapewniająca ciągłe niemedyczne, fizyczne, emocjonalne i informacyjne wsparcie dla matki i rodziny na czas ciąży, porodu i po porodzie [1].

DONA (międzynarodowa organizacja szkoląca i zrzeszająca doule) dodaje w swojej definicji:

Doula pomaga matce osiągnąć najbardziej satysfakcjonujące doświadczenie okołoporodowe, jakie tylko jest możliwe [2].

Bycie doulą ma niewiele wspólnego z byciem przyjaciółką, bo choć faktycznie obie kobiety przed porodem tworzą ze sobą więź, to w przeciwieństwie do przyjaźni ta relacja nie jest symetryczna. Doulą wykonuje pewną usługę według określonych standardów, ale nie zwierza się klientce ze swoich doświadczeń, nie żali na męża i nie doradza, jaką maść do sutków wybrać (choć jeśli ciężarna zwraca się z prośbą o pomoc w kompletowaniu wyprawki, doula wskaże jej miejsca, w których można zasięgnąć rzetelnej informacji). Ba, w przeciwieństwie do niejednej koleżanki, rodząca może być niemiła, a doula nie wyjdzie z sali porodowej z fochem i nie wypomni jej tego w przyszłości 😉

Wbrew obiegowej opinii doula nie ingeruje w medyczny przebieg porodu i nie wypowiada się w imieniu swojej klientki. Zadaniem douli jest bezwarunkowa akceptacja decyzji rodzącej i wspieranie w danej sytuacji, bez względu na to jakie są jej prywatne poglądy na temat znieczulenia, cięcia na życzenie, karmienia piersią itd. To trochę tak, jak psycholog, który nie powinien w pracy z drugim człowiekiem kierować się własnymi  doświadczeniami i przekonaniami. Doula potrzyma za rękę, pomasuje specjalnym szalem rebozo, będzie podawać napoje, okłady, pomoże zmienić pozycję, przytrzyma Cię, żeby było Ci wygodniej, a jeśli odpowiednio spakujesz torbę i wyrazisz taką prośbę, możr Ci w trakcie porodu czytać „Pana Tadeusza”.

A na co mi ta doula?

We współczesnych salach porodowych często jest dość tłumnie. Tam i z powrotem kręcą się lekarze, położne, pielęgniarki, studenci, salowe i Bóg wie kto jeszcze (niestety nadal nie jest standardem przedstawianie się pacjentom przez wchodzący personel). Jeśli poród trwa długo, to czasem przed oczami (a raczej kroczem) rodzącej przewija się kilkadziesiąt różnych osób. Towarzystwo jednej, znanej sobie kobiety przez cały ten czas jest kotwicą dającą poczucie bezpieczeństwa i stałości.

Uwaga personelu medycznego w czasie porodu jest skierowana na życie i zdrowie dziecka oraz kobiety- ale nie jest to zdrowie w rozumieniu WHO, czyli: „dobre samopoczucie na poziomie fizycznym, psychicznym i społecznym”. Oczywiście generalizuję, bo jest masa przeempatycznych lekarzy czy położnych, ale każdy z nich mając do wyboru dbanie o komfort rodzącej i koncentrację swoich zasobów na sferze medycznej, wybierze to drugie.

Tymczasem doula jest całkowicie skupiona na kobiecie i jej potrzebach. Nie podejmuje żadnych decyzji medycznych, nie musi ulegać naciskom przełożonych ani presji czasu. Nie odbiera telefonów, nie plotkuje na korytarzu – jest w całości tu i teraz dla matki. Strzeże jej opowieści porodowej – dbając o to, by kobieta mogła podjąć najlepsze dla siebie decyzje i przeżyć poród jako doświadczenie wzmacniające ją na całe życie.

Zabrzmiało pompatycznie, a Ty nadal czekasz na konkrety? Popatrzmy więc na analizę 22 badań przeprowadzonych w 15 krajach  stworzoną przez Cochrane (największą światową niezależną organizację prowadzącą bazę rzetelnych metaanaliz medycznych opartych na dowodach naukowych).

W porównaniu z rodzącymi bez stałego wsparcia jednej osoby, rodzące z doulą [3]:
  • częściej rodziły dziecko drogami natury;
  • rzadziej przy ich porodach używano próżnociągu położniczego lub kleszczy;
  • rzadziej miały wykonywane cesarskie cięcie –  Amerykańskie Towarzystwo Położników i Ginekologów oraz Stowarzyszenie Medycyny Matczyno-Płodowej w swoim stanowisku podkreśla obecność douli przy porodzie jako „zbyt rzadko wykorzystywany”  czynnik zmniejszający ryzyko cesarskiego cięcia [4];
  • rzadziej korzystały z jakichkolwiek środków znieczulających mimo ich dostępności;
  • częściej rodziły dzieci w dobrym stanie (wg skali Apgar);
  • miały poród krótszy o nieco ponad pół godziny;
  • rzadziej oceniały własny poród jako negatywne doświadczenie.

Jakieś ryzyko? Wbrew uprzedzeniom niektórych pracowników szpitali (wiecie, że dodatkowe bakterie, mityczne przekraczanie swoich kompetencji lub zachęcanie rodzącej do stawiania pytań na temat proponowanych procedur), w metaanalizie nie stwierdzono żadnych  negatywnych skutków towarzyszenia doul w porodzie.

Zapytacie, czy wsparcie partnera, przyjaciółki lub mamy na sali porodowej nie wiąże się z takimi samymi korzyściami?

Statystycznie: niestety nie. Analiza badań potwierdza, że najskuteczniejszym wsparciem podczas porodu jest przeszkolona osoba niespokrewniona z kobietą, spoza jej kręgu najbliższych i niebędąca pracownikiem szpitala, której jedynym zadaniem jest udzielanie nieprzerwanego wsparcia rodzącej (= doula). Oczywiście, towarzystwo partnera, rodziny lub przyjaciela jest lepsze niż brak jakiegokolwiek wsparcia, ale bliscy przy porodzie mieli związek wyłącznie z przeżywaniem porodu jako bardziej pozytywnego, natomiast ich obecność nie obniżała ryzyka zastosowania interwencji medycznych, jak kleszcze położnicze czy cesarskie cięcie. Autorzy analizy zauważają, że bliskie osoby jak partner czy krewni są zwykle mało doświadczeni w towarzyszeniu przy porodzie i sami potrzebują wsparcia w tej niecodziennej przecież sytuacji. Na szczęście w coraz większej liczbie szpitali nie trzeba już wybierać i można rodzić zarówno z bliską osobą, jak i doulą jednocześnie.

Co ciekawe, stała obecność jednej osoby, będącej pracownikiem szpitala, np. pielęgniarki, nie tylko nie obniża ryzyka cięcia cesarskiego, nie ma związku ze stosowaniem znieczulenia ani z późniejszym zadowoleniem z porodu, ale zwiększa ryzyko stosowania sztucznej oksytocyny… I tu zamilknę, oddając głos autorom analizy, którzy podsumowali te wyniki następująco: pracownicy szpitala albo mają inne obowiązki, albo np. z powodów proceduralnych nie wspierają tak, jak osoba z zewnątrz.

Wnioski? Jeśli zastanawiasz się nad towarzystwem podczas porodu, to poza prywatną położną, partnerem, siostrą czy mamą, weź pod uwagę także doulę. Jej wsparcie może okazać się naprawdę istotne, zwłaszcza jeśli Twoim priorytetem jest poród niezmedykalizowany i bliski naturze (choć warto wiedzieć, że doule towarzyszą także kobietom rodzącym przez zaplanowane cesarskie cięcie).

Bardzo jestem ciekawa, czy wiedziałaś o realnych korzyściach współpracy z doulą – daj mi znać, co o tym myślisz w komentarzu!

 

Szukasz wsparcia i wiedzy, które zapewnią Ci spokojny start w macierzyństwo? Zamów "Czwarty trymestr"!

Przestań straszyć kobiety karmieniem piersią!

Przestań straszyć kobiety karmieniem piersią!

Nie ukrywam, że do napisania tego artykułu zainspirowały mnie inne blogerki. Najpierw Joanna Jaskółka z bloga Matka Tylko Jedna słusznie zauważyła, jak powszechnie straszy się ciężarne okropnym porodem. Chwilę później na mojej Facebookowej tablicy wyskoczyły wpisy innych blogerek o trudach karmienia piersią. I może przeszłabym nad tym do porządku dziennego, gdyby czary goryczy nie przelało pytanie zadane na jednej z grup poświęconej macierzyństwu.  Można je streścić tak:

 

„Czy to karmienie naprawdę jest takie straszne, tak bardzo boli i tak wielu reguł należy przestrzegać?”

(więcej…)

Wyrzucenie tej jednej rzeczy z sypialni sprawiło, że lepiej się wysypiam

Wyrzucenie tej jednej rzeczy z sypialni sprawiło, że lepiej się wysypiam

…i nie chodzi tu o łóżeczko z dzieckiem w środku 😉

Czy wiesz, co najbardziej przyczynia się do poczucia niewyspania rano? Wbrew pozorom nie jest to liczba pobudek. Niemowlęta karmione naturalnie rzeczywiście budzą się częściej niż rówieśnicy karmieni butelką. Według niektórych badań mimo częstszych pobudek matki karmiące piersią śpią dłużej, czują się bardziej wyspane i mają lepszy nastrój niż matki podające mieszankę [1, 2, 3].

Dlaczego tak się dzieje? (więcej…)

Czy zalecenia tworzą eksperci, którzy nie mają dzieci?

Czy zalecenia tworzą eksperci, którzy nie mają dzieci?

Na hasło „zalecenia ekspertów” część matek staje na baczność, ściśle trzymając się wszystkich rekomendacji. Inne kierują się doświadczeniami własnymi („A moja mama to dawała mi rosół, gdy skończyłam miesiąc i żyję!!!„), wzorcami z otoczenia czy opiniami innych matek z facebookowych grup, całkowicie lekceważąc oficjalne dokumenty. I trudno się dziwić, skoro duża część zaleceń po nawet pobieżnej analizie jest co najmniej kontrowersyjna. Dość wspomnieć istotne różnice między opiniami polskich [1] i amerykańskich ekspertów [2] odnośnie pobierania krwi pępowinowej czy zmieniające się trzykrotnie w ciągu roku rekomendacje dotyczące suplementacji witaminy K (więcej na ten temat w Kwartalniku Laktacyjnym). Zdecydowana większość rodziców jest gdzieś po środku, filtrując sugestie specjalistów przez potrzeby własnej rodziny i zdrowy rozsądek.

Jestem ostatnią osobą, która rozpisywałaby się na temat teorii spiskowych. Powiązania finansowe ekspertów, wydających rozmaite zalecenia, z producentami żywności, leków czy innymi firmami działającymi w branży medycznej są niestety faktem (póki co nie jest standardem w polskich czasopismach umieszczanie takich informacji, ale poszperałam trochę i ciekawych odsyłam na przykład na pierwszą stronę tego artykułu, malutką czcionką, pod hasłem „konflikt interesu”). Czy i jaki wpływ na podejmowanie decyzji mogą mieć takie współprace, pisałam już tutaj.

To, co dziś chciałabym podkreślić brzmi jak totalny truizm, ale… eksperci to też ludzie, i jak wszyscy ludzie mają swoje prywatne poglądy i uprzedzenia. Wyrastali w pewnej kulturze, byli w jakiś sposób wychowywani i sami wychowywali swoje dzieci kierując się określonymi wartościami. Obracając się w swoim kręgu rodzinno-towarzyskim, są otoczeni pewnymi wzorcami, które torują ich sposób myślenia i interpretowania faktów.

Co więcej, na rekomendacje mają wpływ nie tylko wiedza i opinie naukowców, ale także aktualna sytuacja społeczna, polityczna czy gospodarcza kraju – co dobrze widać w przypadku zaleceń amerykańskich (o czym za chwilę).

W sytuacji idealnej liczba osób tworzących medyczne rekomendacje powinna być duża, a sami członkowie zespołu musieliby dowieść swojej niezależności od podmiotów komercyjnych. Pochodziliby z różnych środowisk, reprezentowaliby obie płcie, różne rasy, kultury i systemy wartości, aby móc wypracować stanowisko uwzględniające możliwie szeroki zakres społeczeństwa. Tak się jednak zwykle nie dzieje.

Przejdźmy zatem do przykładów:

Amerykańska Akademia Pediatrii i zalecenia dotyczące zapobiegania śmierci łóżeczkowej [3]

W listopadzie 2016 roku pojawiła się aktualizacja rekomendacji AAP dotyczących bezpiecznego snu niemowląt. Większość zaleceń jest silnie ugruntowana w wynikach badań i nie budzi kontrowersji w środowisku naukowym, jak np. ochronna rola karmienia piersią czy zakaz układania niemowląt na brzuchu w porze snu.

Największe dyskusje budzi natomiast zakaz spania z dzieckiem w jednym łóżku. Metaanaliza, która stanowiła podstawę stworzenia zalecenia AAP o unikaniu współspania z niemowlakiem [4], została przez niektórych ekspertów z dziedziny snu poddana merytorycznej krytyce [5]. AAP zignorowała jednocześnie wyniki badań dowodzących, że przy zachowaniu podstawowych zasad bezpieczeństwa spanie z niemowlakiem w jednym łóżku nie tylko nie zwiększa ryzyka śmierci łóżeczkowej [6, grafika podsumowująca wyniki analizy TUTAJ], ale powyżej 3 miesiąca życia nawet zmniejsza to ryzyko [7].

Współspanie jest przez wielu uważane za biologiczną normę – badający od lat zjawisko cosleepingu profesor James McKenna pisze nawet: „Nie ma czegoś takiego jak niemowlęcy sen, nie ma czegoś takiego jak karmienie piersią; jest tylko PIERSIOSPANIE (breastsleeping)” [8].

Nie kładźcie się spać z niemowlakiem w jednym łóżku, pisze AAP. A co jeśli przyśniemy przy trzecim karmieniu? Amerykańscy eksperci mają dla nas proste rozwiązanie, voila:

Jeśli rodzic zaśnie podczas karmienia dziecka w swoim łóżku, to, gdy tylko się obudzi, powinien odłożyć niemowlę do jego własnego łóżeczka.

Powodzenia.

Rozumiem ideę, ale czy osoby, które to pisały naprawdę mają dzieci? Serio, sprawdzałam, czy autorzy zaleceń AAP to przypadkiem nie samotni mężczyźni (nie, większość to kobiety, ale nie wiem czy matki). Może jakimś zbiegiem okoliczności trafiły im się niemowlaki, które można w środku nocy przekładać dowolną liczbę razy między łóżkami bez wybudzania ze snu, ale to chyba wyjątki. Im młodsze niemowlę, tym więcej czasu spędza w fazie snu aktywnego, a więc tym łatwiej je obudzić, nawet głośniejszym przełknięciem śliny, a co dopiero odkładaniem od piersi do wychłodzonego łóżeczka. Umówmy się – matki nie marzą o niczym innym niż ponowne usypianie rozpłakanego bobasa, gdy własnymi manewrami obudziły go dziesiąty raz tej nocy.

Podobnie ma się rzecz z zakazem spania w chuście i nosidełku – ręka do góry czyje dziecko w ogóle by nie drzemało, gdyby nie chusta?

StockSnap_NF4XIY33QX

Tymczasem eksperci z UNICEF UK [9] chyba mieli kontakt z normalnymi niemowlakami, bo w opublikowanych przez nich materiałach dla pracowników ochrony zdrowia piszą wprost:

mówienie rodzicom, aby nigdy nie spali w łóżku z dzieckiem (…) niestety nie jest bezpiecznym podejściem. Może ono być bardziej ryzykowne dla dzieci

UNICEF UK zaleca edukowanie rodziców w zakresie bezpiecznego współspania zamiast kategorycznych zakazów i straszenia. Można? Można!

Inne podejście ekspertów można zapewne tłumaczyć różnicami kulturowymi.  Amerykanie są najbardziej otyłym społeczeństwem na świecie [10], a ekstremalna otyłość jest przeciwwskazaniem do spania na jednym materacu z niemowlęciem [11]. Stany Zjednoczone są jednym z czterech państw na świecie (a jedynym rozwiniętym), w których  państwo nie oferuje ani jednego dnia płatnego urlopu macierzyńskiego [12]. Jeśli więc matki z przyczyn ekonomicznych zaraz po połogu wracają choćby na część etatu, to siłą rzeczy poziom ich zmęczenia jest nieporównywalny ze zmęczeniem matek pozostających w domu. Pytanie tylko, czy nie lepiej zapobiegać przemęczeniu poprzez edukowanie rodziców, jak proponuje UNICEF, zamiast narażać dzieci, z którymi matki usypiają podczas karmień w niebezpiecznych miejscach jak fotel lub są wbrew fizjologii „trenowane” do przesypiania nocy.

Swoją drogą wyobrażasz sobie, jakie zalecenia odnośnie bezpiecznego snu napisaliby eksperci ze społeczeństw tradycyjnych? Usiadłoby kilkanaścioro doświadczonych matek i ojców: tacy, którzy mieli jedno dziecko, tacy którzy mieli bliźnięta i tacy, którzy mieli tych dzieci na przykład pięcioro. Z dużą i małą różnicą wieku. Zdrowych i niepełnosprawnych. Wymagających i o łatwym temperamencie. Do tego jakiś miejscowy szaman, zielarka, akuszerka, kilka babć i dziadków. I powstałby taki dokument:

Zabraniamy odkładania dziecka do snu w osobnym pomieszczeniu, żeby uniknąć pożarcia przez drapieżniki oraz obudzenia połowy wioski płaczem w środku nocy. Zalecamy noszenie w chuście, żeby nie utrudniać życia grupie szukającej pożywienia, „bo dziecku chce się spać i trzeba je odłożyć na plecki”. Temu, kto bez potrzeby obudzi matkę śpiącą z niemowlakiem, grozi klątwa…

Pofantazjowałam, ale czas już wracać na nasze poletko.

Parentletter – newsletter dla świadomych rodziców. Zapisz się na listę i otrzymuj pełne wsparcia treści.

Polskie zasady żywienia zdrowych niemowląt [13] oraz dzieci w wieku 13-36 miesięcy [14]

Nie będę szerzej omawiać skandalicznego schematu (tabelki) rozszerzania diety, sugerującego, że w 5 m.ż. wszystkie niemowlęta powinny otrzymywać posiłki stałe. Wprowadza on w błąd osoby, które nie przeczytały uważnie tekstu zaleceń, gdzie czarno na białym napisano: „Celem, do którego należy dążyć w żywieniu niemowląt, jest wyłączne karmienie piersią przez pierwszych 6 miesięcy życia„.

Skupię się wyłącznie na liczbie karmień umieszczonej w tabelce, która świadczy o tym, że autorzy rekomendacji albo są mentalnie jeszcze w PRLu, albo nigdy nie spędzili dłużej niż trzy godziny w towarzystwie niemowlaka, albo… właśnie nie wiem, jak można inaczej wyjaśnić poniższy zapis:

Liczba posiłków (mleka matki lub mieszanki):

  • w 1 miesiącu życia – 7 posiłków na dobę;
  • między 2 a 4 miesiącem życia – 6 posiłków;
  • a w 5-6 miesiącu życia –  5 posiłków na dobę.

Ludzie kochani! Widział ktoś zdrowego noworodka karmionego piersią 7 razy na dobę? MINIMALNA liczba karmień w pierwszych tygodniach życia to osiem [15], a realnie zdarza się ich nawet ze dwa razy tyle, zwłaszcza jeśli dziecko nie dostało smoczka i realizuje potrzebę ssania na piersiach mamy. Obecnie specjaliści skłaniają się ku temu, żeby także niemowlęta karmione butelką (z mlekiem mamy czy mieszanką) były karmione na żądanie [16, 17] i nie znam żadnego, które w wieku 2 miesięcy jadłoby tylko 6 razy na dobę, było zdrowe, dobrze przybierało i świetnie się rozwijało (może i takie istnieją, ale to raczej znikomy procent).

W styczniu 2016 w stanowisku dotyczącym karmienia piersią [18] autorstwa czworga ekspertów, którzy współtworzyli powyższe „Zasady żywienia…”, pod schematem znalazło się „sprostowanie” –  gwiazdka z informacją:

Orientacyjna liczba posiłków u niemowląt karmionych sztucznie; u niemowląt karmionych naturalnie dopuszczalna jest większa liczba posiłków wynikająca z przystawiania dziecka do piersi.

O tym, że i niemowlęta karmione mieszanką powinny jeść mleko częściej niż 5 razy na dobę w 5 miesiącu życia już napisałam. Ale dlaczego w schemacie to żywienie sztuczne jest punktem odniesienia? Karmienie piersią jest najlepszym sposobem żywienia niemowląt i, jeśli chcemy tworzyć wspólny schemat dla dzieci karmionych mlekiem mamy i mieszanką, to właśnie karmienie piersią powinno stanowić punkt odniesienia i być wzorcem umieszczanym w tabelach, nie na odwrót!

Zakaz podawania w pierwszym roku życia miodu czy grzybów leśnych nie budzi wątpliwości. Ciekawostką jest natomiast sprawa np. podrobów – polscy eksperci, bez żadnych wyjaśnień, zabraniają ich podawania do 3 r.ż. Tymczasem w Wielkiej Brytanii wątróbkę, nie częściej niż raz w tygodniu, można serwować niemowlakom już po 6 m.ż. [19]. Szerzej o tym, że o kolejności wprowadzania produktów uzupełniających decyduje bardziej tradycja niż dane naukowe, opowiadała mi dietetyk Zuzanna Wędołowska w wywiadzie na temat metody Bobas Lubi Wybór.

A co z zaleceniami żywieniowymi dla dzieci w wieku od roku do trzech lat? Na przykład, ile nabiału powinno jeść dwuletnie dziecko, które, jak WHO przykazało, jest nadal karmione piersią? Tyle samo, co dzieci, które już mleka mamy nie piją czy mniej?

Z samych zaleceń się tego nie dowiedziałam, ponieważ znajdują się tam tylko normy zapotrzebowania na konkretne składniki odżywcze, jak białko, wapń czy witamina D. Szukałam więc dalej. W „Poradniku żywienia dziecka w wieku od 1. do 3. roku życia” [20] stworzonym na bazie rekomendacji ekspertów, a firmowanym przez Instytut Matki i Dziecka oraz producenta mieszanki mlekozastępczej (sic!), przeczytałam, że:

  • owszem, po roku warto karmić dziecko piersią (s. 19), ale…
  • „Ważnym elementem diety dzieci do 3. roku życia jest nadal mleko modyfikowane typu Junior”(s. 26; bez komentarza).

O tym, czy i ile mleka krowiego, sera, twarogu podawać dziecku 13-, 16- czy 20-miesięcznemu, które ssie pierś na przykład trzy razy w dzień i cztery razy w nocy, twórcy poradnika już nie piszą. Jak mogliby pisać, skoro wśród „Najczęstszych błędów w żywieniu dzieci” umieszczają (s.67):

utrzymywanie karmień nocnych powyżej pierwszego roku życia

Co za szczęściarze! Wszyscy mieli dzieci, które albo grzecznie przestały się budzić po pierwszym roku życia, albo budziły się, ale wystarczała im woda w kubeczku. Uprzedzam komentarze, że nocne posiłki psują zęby – mleko kobiece ma niski potencjał próchnicotwórczy [21] i nie istnieją rutynowe przeciwwskazania do nocnych karmień [22].

Żebym tylko została dobrze zrozumiana – nie uważam, że wszystkie zalecenia należy wyrzucić do kosza i noworodkom dawać rosół, wkładać niemowlakom czapeczki do spania, a dwulatkom pozwalać jeść tyle słodyczy, ile tylko zapragną. Chcę tylko zwrócić Twoją uwagę na to, że eksperci czasem opierają się na własnych przekonaniach bardziej niż na solidnych podstawach naukowych, czasem dokonują nadmiernych uogólnień, a czasem, w dobrej wierze, po prostu odlatują ze swoimi nakazami i zakazami daleeeko, do świata idealnego, nie proponując żadnych sensownych alternatyw dla rodzin żyjących tu i teraz.

Jak więc się w tym wszystkim odnaleźć? Przychodzą mi na myśl cztery rzeczy:

    1. Zdać się na zdrowy rozsądek (ale co z wiedzą, która nie jest zdroworozsądkowa, na przykład możliwość zatrucia się przez niemowlę miodem skażonym botuliną?);
    2. Samodzielnie pytać, porównywać i szukać informacji (tylko kto by miał na to wszystko czas…);
    3. Czytać blogi, do których rzetelności jest się przekonanym (polecam się:);

ale przede wszystkim:

4. Znaleźć lekarza, któremu się ufa, który jest na bieżąco z najnowszymi zaleceniami (całym tekstem, nie ze streszczeniami lub – jak sama widzisz – mylącymi tabelkami) i który potrafi przedyskutować je z Tobą, uwzględniając potrzeby Twojej indywidualnej rodziny.

A jeśli masz dziecko jak z reklamy, tfu, jak z zaleceń ekspertów, czyli: od urodzenia przesypiające całe noce we własnym łóżeczku bez jedzenia i karmione za dnia nie częściej niż co 3 godziny, to błagam, podaj mi liczby na najbliższe losowanie totolotka. Z Twoim szczęściem będę mieć wreszcie szanse na miliony 😀

 

Szukasz wsparcia i wiedzy, które zapewnią Ci spokojny start w macierzyństwo? Zamów "Czwarty trymestr"!