Czym jest metoda Self Reg i samoregulacja? Wywiad z dr Jagodą Sikorą

Czym jest metoda Self Reg i samoregulacja? Wywiad z dr Jagodą Sikorą

sylwetka rozmówcy wywiadu w tekście

 

Dr Jagoda Sikora jest ekspertką w Parentflixie, czyli moim klubie online dla rodziców. 

 

Jagoda o sobie

Jestem psychologiem dziecięcym w trakcie specjalizacji z psychologii klinicznej dzieci i młodzieży, doktorem psychologii i facylitatorem metody Self-Reg. Moje naukowe zainteresowania koncentrują się w około macierzyństwa i psychologii rozwojowej. Uwielbiam swoją pracę i z chęcią wspieram dzieci i rodziców w radzeniu sobie z wyzwaniami, które stają na ich drodze. Szczególnie bliski jest mi temat regulacji emocji. Posiadam doświadczenie w pracy klinicznej, które zdobywałam i ciągle zdobywam pracując z dziećmi i młodzieżą między innymi w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka na licznych oddziałach somatycznych oraz w innych placówkach wsparcia ambulatoryjnego  i dziennego. Pracuje również na Uniwersytecie Śląskim w Instytucie Psychologii na stanowisku adiunkta oraz prowadzę szkolenia dla specjalistów i rodziców. Przeprowadziłam ponad 1000 godzin szkoleń i zajęć dydaktycznych.

Ukończyłam dwa poziomy szkolenia certyfikacyjnego z podejścia Self-Reg (metody samoregulacji), studium terapii dzieci i młodzieży oraz kurs podstawowy podejścia skoncentrowanego na rozwiązaniach TSR. Odbyłam liczne szkolenia z zakresie pracy interwencyjnej i diagnostycznej z dziećmi i młodzieżą.  W 2020 redagowałam merytorycznie książkę Agnieszki Stążki-Gawrysiak „Self-regulation. Szkolne wyzwania” wydaną przez Znak oraz rozpoczęłam działalność psychoedukacyjną w przestrzeni internetu. Prywatnie jestem żoną jednego męża i mamą trójki chłopców, którzy stale motywują mnie do rozwoju.

Magdalena Komsta: Czym w ogóle jest Self-reg i co tak naprawdę znaczy ten termin? 

Jagoda Sikora: Jest to metoda samoregulacji, bo Self-reg to jest po prostu skrót od Self-regulation, czyli z angielskiego: termin oznaczający „samoregulację”. Spodziewam się, że zaraz możesz mi zadać pytanie – co to jest samoregulacja. Samoregulacja jest taką umiejętnością, dzięki której rozpoznajemy nasze sygnały stresu, rozpoznajemy rzeczy, które nas stresują, podnoszą nam napięcie i staramy się działać adekwatnie. Możemy mówić o pewnej świadomej samoregulacji, czyli właśnie pochylaniu się nad naszymi sygnałami stresu i stresorami, ale możemy też mówić o pewnych mechanizmach mniej świadomych, które również stosujemy. 

MK: Zawsze przychodzi mi do głowy takie pytanie: jak się ma samoregulacja do samokontroli? Bo te terminy wydają się być podobne.

JS: Stuart Shanker, czyli twórca metody Self-reg, zebrał te wszystkie definicje samoregulacji i starał się popatrzeć na nie z różnych perspektyw i okazało się, że jest bodajże 440 definicji samoregulacji, które są w różny sposób opisywane. Tak jak powiedziałaś, samoregulacja i samokontrola to nie są te same mechanizmy. Jeżeli miałabym wytłumaczyć, czym się różni samoregulacja od samokontroli (a nawet w podręcznikach z psychologii rozwojowej często mamy te terminy stosowane zamiennie, co tak naprawdę jest błędem), to samokontrola jest takim mechanizmem hamowania. Ja tę metaforę hamowania bardzo lubię, bo ona przypomina nam też, jak funkcjonujemy w ramach emocji, i jeżeli miałabym porównać właśnie emocje do na przykład jazdy autostradą, to powiedziałabym, że często potrafimy rozwinąć bardzo, bardzo dużą prędkość, a samokontrola będzie takim ostrym hamowaniem. Nic się z naszym samochodem nie stanie, jeżeli będziemy ostro hamować raz na jakiś czas, bo na przykład nagle coś nam wyskoczy i musimy zareagować. Ale jeżeli hamujemy w ten sposób bardzo często, rozpędzamy się do 180 km/h i co trzy, cztery kilometry hamujemy do zera, no to nie dojedziemy do domu, a zetrzemy już pewnie klocki hamulcowe (i jeszcze inne rzeczy, o których nie mam pojęcia, a które są w naszym samochodzie). Podobnie jest z emocjami. Jeżeli ciągle hamujemy nasze reakcje emocjonalne, cały czas podejmujemy właśnie takie próby ich stłumienia, nie zastanawiamy się nad tym, co czujemy, to dochodzimy czasami do takiego kresu i wtedy nam się „ulewa” emocjonalnie i na przykład krzyczymy, jest nam bardzo trudno, wpadamy do czarnej dziury napięcia.

Jeśli do jazdy samochodem porównalibyśmy również samoregulację, to będzie to taka umiejętność, która polega na spoglądaniu na kontrolki, które są w samochodzie, taka uważność na to, co się dzieje dookoła. Czyli – nie będziemy tylko jechać te 180 km/h, nie patrząc na to, co się w ogóle dzieje, tylko będziemy na bieżąco reagować na sytuacje na drodze, na sytuacje, które dzieją się w nas, gdy coś jest dla nas trudne i nie będziemy tym samym często dopuszczać do takiego gwałtownego hamowania. 

MK: Te dwa terminy – samokontrola i samoregulacja emocjonalna – mogą się teraz bardzo fajnie łączyć w kontekście postanowień noworocznych, bo mam poczucie, że my często, gdy  myślimy na przykład „nie będę jadła tyle słodyczy” albo „nie będę krzyczeć na moje dzieci”, myślimy właśnie o samokontroli – powstrzymam się od jedzenia wieczorem tych słodyczy, powstrzymam się od krzyczenia na moje dzieci. Dlaczego zatem warto się uczyć samoregulacji, a niej samokontroli, tego powstrzymywania się od słodyczy czy krzyczenia „siłą woli”? 

JS: Metafora diety, o której powiedziałaś w kontekście samokontroli, jest bardzo trafna, bo jeżeli założę, że odchudzam się od pierwszego stycznia i chcę się na koniec miesiąca zobaczyć w sukience w rozmiarze 38 (co w mojej sytuacji jest troszkę abstrakcyjne), kupię sobie wtedy nową sukienkę, a teraz będę się odchudzała, to wybieram jakąś ekstra dietę, na przykład „kawa i kapusta”. Pierwszego dnia wcinam kapustę, zapijam kawą, trzymam się mojej wizji, że będę mieć sukienkę w rozmiarze 38. Drugiego dnia też mam ciągle wizję tej sukienki. Trzeciego dnia nie jest mi łatwo, ale ciągle się trzymam. Czwartego dnia przechodzę koło piekarni, gdzie pachnie mi świeżutki chlebek. Najprawdopodobniej wezmę na miejscu bochenek. I to się stanie dlatego, że w sytuacji wysokiego napięcia, kiedy ciągle hamujemy i hamujemy, tracimy niejako pełen dostęp do naszej kory nowej, a w niej są przecież wszystkie zaawansowane funkcje, takie jak myślenie abstrakcyjne czy myślenie logiczne. No i ja w końcu będę w takim napięciu, w kontekście tego głodu, który będę odczuwała, że nie będę już myślała abstrakcyjnie o tej sukience 38, tylko wejdę w klimat „muszę zjeść, bo moje podstawowe potrzeby nie są zaspokojone”. I to samo stanie się właśnie, jeżeli porównamy to do naszych emocji. Dlatego myślę, że trzymanie się samokontroli tutaj może nas troszkę zwieść na manowce. I dlatego warto się uczyć samoregulacji, bo to samo można uzyskać, nawet tę dietę, regulując się – uważnie przyglądając się moim potrzebom, patrząc na moje zapotrzebowanie na białka, tłuszcze, węglowodany, rozbijając posiłki na 4 czy 5 w ciągu dnia. Czyli ja mogę ten sam efekt uzyskać, regulując pewne moje potrzeby, a nie działając tylko na zasadzie hamulca i powstrzymywania się przed zrobieniem czegoś. Podobnie jest też z emocjami (ze złością na przykład) – ciągłe powstrzymywanie się i hamowanie nie wpływają na nas dobrze. 

MK: Na czym konkretnie polega metoda Self-reg? 

JS: Metoda Self-reg to jest pięć kroków. Pięć kroków, które mają nas prowadzić właśnie do pogłębienia wiedzy o sobie, o innych. 

Pierwszy z nich to jest rozpoznawanie sygnałów stresu, sygnałów rosnącego napięcia. Czyli patrząc na te ciastka, o których wspomniałaś wcześniej, będę szukała w ciągu dnia sygnałów, które informują mnie o tym, że na przykład jestem głodna, że jakieś moje podstawowe potrzeby nie są zaspokojone – będę szukała sygnałów, które informują mnie o tym, że rośnie mi napięcie. To będzie taki pierwszy element: rozpoznawanie sygnałów stresu. Ten pierwszy krok jest według mnie również bardzo przydatny w kontekście dzieci. Patrzymy na zachowanie dziecka przez pryzmat stresu i tego, że zachowanie jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, a pod spodem jest cała góra różnych sytuacji trudnych i różnych stresorów. 

MK: Powiedziałaś o tym pierwszym kroku z pięciu, a co jest po tym, jak przyjrzymy się już tym sygnałom stresu, zachowaniom – czyli jaki jest krok drugi? 

JS: Mamy zachowanie, które jest wierzchołkiem góry lodowej i potem nurkujemy i szukamy stresorów, czyli szukamy różnych takich sytuacji, różnych takich elementów, które generują to napięcie. A szukamy w pięciu obszarach. Na przykład stresorem biologicznym jest głód. 

MK: Myślę sobie też o pragnieniu, bo mam poczucie, że często dzieci nie mówią, że chce im się pić, a potem się okazuje, że jednak chciało im się pić i dlatego nietypowo się zachowywały. 

JS: Tak, dokładnie. Wśród tych stresorów biologicznych jest również sen. Nie tylko za mała jego ilość, ale też na przykład sen zły jakościowo. Tych stresorów biologicznych jest całkiem sporo. 

Dalej mamy obszar emocji, czyli różne sytuacje, które dla dziecka są na przykład nowe, trudne. Pojawia się jakaś zazdrość, jakaś rywalizacja, coś nowego i to też mogą być stresory dla dziecka. 

Potem mamy obszar poznawczy. Tych stresorów tu jest również bardzo dużo, bo to są te stresory związane z edukacją, z uczeniem się, z samooceną. Czyli te wszystkie stresory związane z myśleniem, to są wszystkie stresory, które mogą podnosić napięcie dziecku, czyli na przykład jakaś nowość – „jest mi trudno się do jakiejś sytuacji przystosować; ja nie rozumiem”. 

Gdy wsiadłam pierwszy raz do samochodu z automatyczną skrzynią biegów, to dla mnie to był właśnie stresor poznawczy, bo moja ręka szła w prawo, noga w lewo i kompletnie nie wiedziałam, jak mam tym jechać. Mimo że wszyscy mnie zapewniali, że to jest takie proste i od razu się przestawię. 

Potem mamy jeszcze obszar społeczny, czyli obszar relacji. Istnieje wiele stresorów, które nas w relacjach z innymi ludźmi potrafią mocno wyprowadzić z równowagi. Dla wielu dzieci są one jednak czasami takie nieoczywiste. Mam wrażenie, że dla dorosłych one są bardziej dostępne, ale dla dzieci pewne relacje mogą być bardzo trudne.

I ostatni obszar, w którym szukamy tych stresorów, to obszar prospołeczny, czyli obszar takich stresorów, które nie w bezpośredni sposób dotyczą dziecka, ale jednak podnoszą mu poziom napięcia. Na przykład dziecko pięcioletnie obejrzy Wiadomości czy Fakty w TVN-nie, gdzie będzie ukazany obraz wojny. Ono to zobaczy i chociaż ta wojna nie będzie dotyczyła jego bezpośrednio, to obraz, który widziało, bardzo mocno je dotknie i będzie ono odczuwało napięcie z tytułu tego niezrozumienia i tej trudnej sytuacji, którą obserwowało. 

 

 

MK: Czyli najpierw się przyglądamy tym sygnałom stresu, które się pojawiły, czasami trochę retrospektywnie, patrząc, co się działo przed tym, jak pojawił się wybuch. Później zastanawiamy się nad tymi stresorami w pięciu różnych obszarach. Jaki jest krok trzeci Self-Regu? 

JS: Krok trzeci to tak naprawdę redukcja napięcia. Najpierw mamy sygnał, potem nurkujemy, szukamy stresorów i jak już wiemy, co jest dla nas tym stresorem, to szukamy strategii, które pomogą nam ten stres zredukować. Część z tych strategii może polegać na profilaktyce, czyli tak jak mówiłyśmy już o głodzie, o pragnieniu. Często jest tak, że nawet gdy zaspokoimy daną potrzebę, to jednak trochę trwa, zanim nam napięcie odpuści. Ja mam postanowienie numer jeden – nigdy nie wracać głodna do domu, do dzieci, na przykład z pracy, bo wiem, że jestem wtedy w dużym napięciu i nawet jak coś na szybko zjem, to trochę czasu upłynie, zanim się ureguluję. Moim elementem redukcji napięcia, które generuje głód, jest zjedzenie nawet małego posiłku, zanim wrócę do domu i wejdę w okno tego całego szaleństwa. 

Tych sposobów na redukcję jest bardzo wiele, bo tak naprawdę bardzo różne są stresory. Będziemy więc starać się znaleźć indywidualne stresory danego dziecka, danej osoby i wymyślić strategie, które pomogą zredukować napięcie, które dane stresory generują. Myślę, że to szumnie brzmi – strategia redukcji napięcia – ale czasem to są zupełnie drobne rzeczy, które możemy zrealizować w ciągu dosłownie kilku minut. Jak na przykład ustawienie przypomnienia w telefonie, żeby pić więcej wody, albo zastanowienie nad tym, czy jestem głodna. Czasami mam tak (w takim pędzie jak coś robię), że nawet nie pamiętam, ile herbat wypiłam, czy coś zjadłam, i orientuję się, dopiero gdy widzę, że kubek jest pusty.

I tu chodzi właśnie o to zatrzymywanie się i sprawdzenie czasami, czy ja zjadłam, czy wypiłam. Często to nie muszą być bardzo wielkie strategie, typu – muszę na 40 minut gdzieś wyjść, żeby się zredukować, chociaż nie ukrywam, że to by mi pomogło. Czasem to są drobne rzeczy. Na przykład zamknięcie się w ciemnej łazience – taka mała kabina sensoryczna, w której odcinamy się od bodźców i odpoczywam przez dwie minuty. Czasem to jest bardzo wiele małych reduktorów napięcia, dzięki którym staram się właśnie obniżyć moje napięcie.

MK: Znam osoby, które – by zredukować napięcie – śpiewają sobie pieśni religijne. Wielu ludziom pomaga ruch, taniec, nawet z dzieckiem. Myślę też, że wielu z nas jest niestety skażonych takim zniekształceniem myślenia, które nazywa się „wszystko albo nic”. Czyli – ja to się odstresuję tylko wtedy, gdy pojadę do SPA na trzy dni bez dzieci. A ponieważ to się zdarzy najwcześniej za rok czy nawet kilka lat, to właściwie ja nic teraz nie mogę zrobić. A tak nie jest. Wiem, że dla wielu osób sposobem na redukcję stresora biologicznego, jakim jest hałas, jest noszenie stoperów. Przy stoperach czy słuchawkach wygłuszających nadal słychać dzieci i to nie jest tak, że jesteśmy zupełnie odcięci od bodźców. Ale hałasy słyszymy co najmniej kilkanaście decybeli ciszej i to robi ogromną różnicę niektórym mózgom.

JS: Myślę, że te strategie – tak jak powiedziałaś – to właśnie te krótkie, wyrywane różne chwile. Ale też korzystanie z automatyzacji. To jest bardzo fajne, że możemy korzystać z aplikacji, z przypomnień, zegarów, z różnych takich rzeczy, które zdejmują z naszego mózgu konieczność pamiętania na przykład o tym piciu wody. Jest teraz mnóstwo aplikacji na telefon, które same będą przypominać, żeby się napić, i warto zdjąć z siebie obowiązek pamiętania o swoich potrzebach jako kolejne zadanie z listy do wypełnienia i właśnie posłużyć się tą automatyzacją. 

MK: Mamy redukcję. To był krok numer trzy. Co dzieje się potem

JS: Krok czwarty, czyli kształtowanie samoświadomości. To jest taki krok, który tak naprawdę to zaczęliśmy robić już w kroku pierwszym. Kiedy pochylamy się nad sygnałami stresu, to to już pogłębia naszą samoświadomość, bo skanujemy ciało, zastanawiamy się nad tym, gdzie czujemy napięcie, albo patrzymy na nasze dziecko przez te self-regowe okulary i szukamy. Krok czwarty jest zatem takim krokiem, w którym na przykład możemy zastanowić tak na spokojnie nad tym, co się wydarzyło – jaki był ten wierzchołek góry lodowej, jakie stresory się pojawiły i jakie strategie redukcji napięcia zadziałały.

To jest też taki bardzo, bardzo silny zwrot w kierunku uważności. Twórca Self-regu Stuart Schenker zachęca do tego, żeby praktykować uważność i ćwiczyć ją w codziennym życiu. Właściwie to jest coś, o czym zaczęłyśmy już mówić przy redukcji napięcia, bo to monitorowanie (czy ja piłam, czy jadłam) to już jest taki zwrot w tamtą stronę. Gdyby chcieć tak bardzo uprościć (a nie jestem ekspertem od uważności), to Self-reg zaczerpnął z uważności właśnie to, żeby robić krótkie ćwiczenia. I tutaj to jedzenie, o którym mówiłyśmy, jest dla mnie na to bardzo dobrym przykładem. 

Jemy bardzo szybko i czasami nawet nie wiemy, ile zjedliśmy, czy było dobre, czy było ciepłe, czy zimne. Czasami robimy jedynie „wsad jedzeniowy”. Byleby zaspokoić poziom cukru. A w ramach ćwiczenia uważności możemy na przykład zjeść posiłek i zastanowić się nad tym, czy nam to smakowało, jaka była tego konsystencja, jaki był zapach; możemy wypić kawę i pomyśleć o tym, czy nam się jej zapach jakoś kojarzy.

W tym kroku chodzi o to, żeby się zatrzymać nawet trzy razy w ciągu dnia, chociaż na minutę, ale się zatrzymać na jakiejś jednej czynności, którą robimy. To, co już też powiedziałyśmy – my bardzo dużo rzeczy robimy, nasz mózg jest bardzo mocno przeciążony ilością czynności, tym obciążeniem mentalnym, a w ramach kroku czwartego zatrzymujemy się na chwilę i zastanawiamy się: „Jak ja się teraz czuję? Co ja teraz robię?”. Czyli – myjąc naczynia, nie myślę o tym, jaką mam jeszcze listę zadań do wykonania, ale koncentruję się teraz na tym, jaka ciepła woda spływa mi na ręce. To się może wydawać trochę odjechane, ale jeżeli zaczniemy to praktykować, to nagle możemy odkryć całkiem ciekawe rzeczy, które w nas się dzieją. Myślę, że to jest fajne i warto poszukać informacji, filmów na temat uważności – mindefullnes.

MK: A co jest numerem pięć?

JS: Numer pięć to jest akcja regeneracja. I o ile przy kroku trzecim mówiłyśmy o tym, żeby zredukować napięcie (czyli strzelamy w konkretne stresory, staramy się obniżyć napięcie), to w regeneracji staramy się bardziej naładować nasze baterie, niekoniecznie uderzając w konkretny stresor. Niektóre rzeczy zatem, które będziemy robić w kroku trzecim i które mają na celu zredukowanie napięcia, będą spójne z tymi z kroku piątego. Ale będą też takie czynności, takie aktywności, które niekoniecznie będą wymierzone w konkretne stresory, ale będą miały za zadanie doładować nam baterie. Na przykład, gdy mówimy o hałasie, to tutaj strategią redukcji będzie, powiedzmy, włożenie zatyczek, a strategią regeneracji może być puszczenie sobie jakiejś przyjemnej muzyki, żeby jeszcze bardziej doładować się pod takim względem sensorycznym.

MK: Zastanawiam się nad tym, jakie Ty jako ekspertka Self-Regu masz akcje regeneracje. Co robisz, żeby się zregenerować?

JS: Ja przede wszystkim staram się dużo spać. To nie jest do końca właściwie moja strategia redukcji napięcia, ale właśnie zadbanie o doładowanie moich baterii. Staram się sobie układać plan dnia i trzymać się go – na przykład wypić kawę w ulubionym kubku, bo wiem, że te 5 minut z tą kawą, kiedy nawet przez szybę nam nie świeci słońce, od razu sprawiają, że czuję się po prostu lepiej. Czasem nie mam możliwości uderzyć w konkretny stresor, bo mam trójkę dzieci i nie jestem w stanie tego ogarnąć. Ale czasami są takie sytuacje, kiedy staram się podnieść sobie poziom energii, doładować moje baterie i na przykład wyjść z tym kubkiem kawy, puścić sobie ulubioną piosenkę na YouTubie, zrobić cokolwiek, nawet małego, żeby nie dopuścić do rozładowania całkowitego baterii.

Warto sobie zrobić listę regeneracji, czyli tego, co mnie regeneruje. Bo tak jak mówiłaś, czasami sięgamy i mówimy: „Ach, mogę jechać na Bahamy. Tam na pewno się zregeneruje”. Ale jest bardzo dużo małych sposobów na to, żeby doładować własne akumulatory, tylko trzeba trochę poszukać, bo każdy z nas ma różne sposoby na regenerację. 

Zastanawiam się, w kontekście tego, co powiedziałeś, na ile taki stały kontakt z Internetem i mediami społecznościowymi może nam pomóc lub zaszkodzić. Czy czytanie tych informacji zdrowotnych o pandemii nie jest czynnikiem, który nam szybciej rozładowuje baterię?

MK: Często, gdy myślimy o regeneracji, to myślimy o strategiach związanych z umysłem i nauką, czytaniem, oglądaniem. Czasem chyba za mało jednak robimy dla ciała, dla rozładowania napięcia, które gromadzi się w mięśniach. Czy te pięć kroków wykonuje się zawsze w tej samej kolejności?

JS: Generalnie one są ułożone w taki sposób, żeby właśnie pochylić się nad sygnałami stresu, potem poszukać stresorów i je zredukować. Ale często jest tak, że żeby dostrzec, że dziecko nie robi mi na złość, potrzebuję się najpierw zregenerować i trochę odpocząć, żeby w ogóle móc o tym myśleć w ten sposób.

Najlepiej zacząć od samoregulacji rodzica, dlatego że ona mocno wpływa na to, jak funkcjonują dzieci, czyli – jak ja jestem zestresowana i napięta, nawet gdy przykleję na moją buzię piękny uśmiech i powiem: „Jestem taka zregenerowana”, to moje dzieci od razu będą wyczuwały moje napięcie, będzie działał rezonans limbiczny, czyli ten mechanizm, poprzez który dzieci właśnie w taki nieświadomy sposób wyczuwają napięcie, zwłaszcza w relacjach z bliskimi.

MK: A gdybyś miała tak na zakończenie naszej rozmowy powiedzieć o tym, jakie jest najważniejsze przesłanie nauki samoregulacji, to co by to było?

JS: Byłoby to chyba to, że bardzo ważne jest, żeby ubrać self-regowe okulary łagodności i popatrzeć na siebie i na dziecko właśnie przez pryzmat tego, że bardzo wiele zachowań wynika z tego, że towarzyszy nam wysokie napięcie, że jest nam trudno. 

Jeszcze jeden element, o którym bardzo chciałam powiedzieć, to to, że w samoregulacji nie ma gotowców. To może wydawać się trudne, że mamy różne sygnały, różne stresory, ale to jest dla mnie ogromna wartość. Nie ma jasnych protokołów, gdzie możemy odhaczyć, że tak i tak zrobimy i to zadziała. I to jest z jednej strony trudne, ale to jest ogromna wartość, że właśnie nie ma gotowców. Warto pochylić się nad samym sobą, nad konkretnym dzieckiem i poszukać, pozastanawiać się nad tym, co zabiera nam energię, a co podnosi napięcie, co stresuje, a co ładuje nasze baterie.

MK: I właśnie w tej fascynującej drodze przez naukę samoregulacji będziesz towarzyszyć nam w Klubie online dla rodziców!

 

Parentletter – newsletter dla świadomych rodziców. Zapisz się na listę i otrzymuj pełne wsparcia treści.

Uratowaliśmy małego człowieka. Rozmowa o rodzicielstwie zastępczym

Uratowaliśmy małego człowieka. Rozmowa o rodzicielstwie zastępczym

Wpis powstał we współpracy z marką WaterWipes

Zostałam zaproszona przez markę WaterWipes – producenta chusteczek dla niemowląt, które mają w składzie wyłącznie 99,9% czystej wody i dodatek ekstraktu z pestek grejpfruta – do włączenia się do kampanii #rodzicielstwobezfiltra, która skupia się na pokazaniu macierzyństwa i ojcostwa we wszystkich jego aspektach, także tych trudnych i rzadko omawianych. Pod tym linkiem można znaleźć inne publikacje i filmy powstające w ramach tej kampanii, które będą się ukazywały przez cały przyszły rok, a także informacje o bezpłatnych webinarach, organizowanych przez WaterWipes.
 
W przyszły wtorek, 29. grudnia poprowadzę live na instagramowym koncie WaterWipes – opowiem o tzw. czwartym trymestrze, czyli pierwszych trzech miesiącach życia z niemowlakiem.
 
 
Gdy usłyszałam o tym, że WaterWipes chce nie tylko mówić o tradycyjnym rodzicielstwie, ale chce oddać głos tym rodzinom, o których najczęściej zapomina się w publicznym przekazie, nie wahałam się ani chwili. Moi Czytelnicy wiedzą, że nie mam problemu z pisaniem nie tylko o blaskach, ale i o trudnościach rodzicielstwa i bardzo zależy mi na tym, żeby używać swoich zasięgów odpowiedzialnie. Dlatego propozycja, by dołączyć do budowania inkluzywnej przestrzeni, w której możemy opowiedzieć historie rzadziej słyszanych rodzin, spotkała się z moim entuzjazmem.
 
 
 

Pomyślałam o rozmowie z kobietą, której dotychczas nie poznałam osobiście, ale której działalność uważnie śledzę i uważam za jedną z najmądrzejszych osób, na które w życiu trafiłam. O rodzicielstwie zastępczym zgodziła się ze mną porozmawiać Anna Krawczak – mama czwórki dzieci, badaczka Interdyscyplinarnego Zespołu Badań nad Dzieciństwem, doktorantka Instytutu Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego.
To nie jest rozmowa krótka ani wesoła – ale wierzę, że bardzo potrzebna nam wszystkim.
 
Magdalena Komsta: Stałaś się w polskim Internecie głosem rodzin zastępczych. Jak do tego doszło?  

Anna Krawczak: Doszło do tego dzięki temu, że nie jestem już rodziną zastępczą. Adoptowałam moje dzieci, co ostatecznie je zabezpieczyło i uwolniło mój głos. Aktywne rodziny zastępcze nie są w dobrej pozycji, aby krytykować system, ponieważ od niego bezpośrednio zależą. To oznacza, że niesubordynacja może się spotkać z konsekwencjami, a najbardziej  bezwzględną z nich jest przeniesienie dzieci do innej rodziny zastępczej lub straszenie, że tak się zdarzy. Są też kary mniej dla dzieci dotkliwe, ale utrudniające życie rodzinom: odmawianie podpisywania umów przez powiaty, mnożenie trudności, nasyłanie uporczywych kontroli. Jedna ze znajomych rodzin zastępczych miała nieprzyjemności z tak błahego powodu, że… udostępniła jeden z moich krytycznych wpisów. Od razu odezwał się do niej koordynator rodzinnej pieczy zastępczej z sugestią, że jeśli nie podoba jej się system to może zrezygnować, a dzieci pójdą do domu dziecka. „Bo ta praca to poświęcenie” – pouczył ją – „jeśli nie umie się pani poświęcać to najwyraźniej minęła się pani z powołaniem. Ja się poświęcam jako koordynator od lat i nie narzekam”. Wpis, o którym mówię, był niezwykle obrazoburczy… Dotyczył tego, że rodziny niezawodowe nie mają prawa do urlopu. Bo nie mają. A mimo to oburzył koordynatora, który uznał, że rodzina zastępcza nie ma prawa czuć się zmęczona, więc najlepszym pomysłem będzie ją zastraszyć. Na pewno dzięki temu się zrelaksuje, to jak ekwiwalent urlopu nad morzem.

MK: Słyszę złość. Dzięki tej złości na system zrobiło się o Tobie w mediach. Ostatnio, gdy – za jej zgodą – opowiedziałaś publicznie o Kasi, matce zastępczej piętnaściorga dzieci, która nie otrzymuje za swoją pracę ani złotówki. 

AK: Kasia jest osobą jedną na miliard. W jej historii fascynuje mnie między innymi to, jak bardzo to, co robi, nie obchodzi systemu. Oto jest młoda kobieta, która pierwsze dzieci przyjęła do rodziny zastępczej jako… dwudziestolatka. Obecnie szkoli inne rodziny zastępcze, wyciąga dzieci z niewyobrażalnych deficytów, daje im drugie życie, miłość, dom i rodzinę. Jest im całkowicie oddana. Efekty widzą wszyscy: szkoła, biegli sądowi, terapeuci, eksperci od traumy wczesnodziecięcej, koordynator i sędziowie. Jej segregatory pękają w szwach od zaświadczeń wydawanych przez specjalistów zachwyconych jakością rezultatów jej pracy terapeutycznej, entuzjastycznych opinii, świstków potwierdzających, że robi fantastyczną robotę. Dostała nawet prezydencki krzyż zasługi za to, co i w jaki sposób robi.  Ale jednocześnie od 11 lat nie może się doprosić od powiatu podpisania z nią tzw. umowy o zawodowstwo: jest rodziną niezawodową, co oznacza, że pomimo wychowywania dwanaściorga dzieci (trójka jest już w procesie usamodzielnienia) nie otrzymuje za to pensji. Ani ubezpieczenia. Żadnej osłony socjalnej. Jest wolontariuszką. Jednocześnie każdego roku powiat dzięki jej pracy oszczędza na czysto 42 000 zł na każdym dziecku umieszczonym w jej rodzinie. Przypomnę, ze dzieci jest piętnaścioro – jedne są członkami rodziny Kasi od 11 lat, inne od sześciu, ośmiu, od roku. Razem zbierają się z tego milionowe oszczędności dla powiatu.

MK: Milionowe?

AK: Miesięczne utrzymanie dziecka w rodzinie zastępczej kosztuje powiat 1141 zł. Umieszczenie tego samego dziecka w placówce, zwanej popularnie ‘domem dziecka’ kosztuje powiat prawie pięciokrotnie więcej: 5044 złotych. Miesięcznie. A rocznie ponad 60 tysięcy złotych.

Tymczasem Kasia samodzielnie rozwozi swoją dwunastkę po szkołach, przedszkolach, terapiach i poradniach samochodem osobowym na trzy tury. Bowiem ułatwienie w postaci zakupu dla jej rodziny busa nie przyszło urzędnikom głowy, nie ma na to przepisu. Podobnie jak na adaptację budynku gospodarczego na jej posesji, który Kasia musi przekształcić w budynek mieszkalny, bo jej rodzina zwyczajnie się nie mieści w starym domu, jest ich za dużo. Więc Kasia planuje wziąć kredyt. Jedenaście lat życia jako rodzina zastępcza nauczyło ją podstawowej zasady znanej wszystkim rodzinom zastępczym: jesteś sama i musisz sobie poradzić.

MK: Czy po tym, gdy opisałaś tę historię – znam personalia Kasi, więc sama sprawdziłam, że jest prawdziwa – coś się zmieniło?

AK: To, że opisałam tę historię, spowodowało pielgrzymki mediów i polityków do powiatu Kasi, wywołało lawinę oburzenia i interwencji, ale fakt jest taki, że powiat tej umowy i tak wciąż nie podpisał. I myślę, że starosta i rada powiatu czują się nieprawdopodobnie sprytni i zachwyceni sobą, bo koniec końców okazało się, że może interweniować sama Kancelaria Prezydenta RP, ministerstwa i politycy z prawej do lewej, a powiat po prostu uśmiecha się i mówi „tak, jesteśmy zachwyceni pracą pani Kasi i nie mamy żadnych zastrzeżeń, ale nie mam pańskiego płaszcza, i co nam pan zrobisz?”. To nieprawdopodobne, a jednak się dzieje. 

MK: Przerażające. Kasia zaczęła jako bezdzietna dwudziestolatka. Twoja historia jest inna. Jak w ogóle można w Polsce zostać rodziną zastępczą?

AK: Cóż, zasadniczo trzeba się skontaktować z organizatorem rodzinnej pieczy zastępczej na swoim terenie. Z reguły będzie to powiatowe centrum pomocy rodzinie, czasem ośrodek pomocy społecznej. No i trzeba spełnić wymagania formalne: niekaralność, prawidłowa motywacja, kompetencje wychowawcze sprawdzane testami i rozmową z psychologiem. Zatrudnienie lub stałe źródło dochodu. Dobry stan zdrowia. Warunki lokalowe. Potem szkolenie na rodzinę zastępczą, praktyki i wreszcie – kwalifikacja, jeśli trenerzy potwierdzili, że rodzina lub osoba „nadają się”.

Ważniejsze jest jednak, jakimi drogami dochodzi się do zostania rodziną zastępczą. Moim zdaniem wszystko zaczyna się w głowie i to jest pierwszy etap, do którego wiele osób nawet nie dociera. Pomyślenie o byciu rodziną zastępczą jest ważne. Poświęcenie tej myśli kilkunastu minut, rozważenie jej na serio. Co by się wtedy stało? Jak zmieniłoby się nasze życie? W jaki sposób moglibyśmy zmienić życie jakiegoś dziecka – trwale, prawdziwie, nie doraźnie? Warto sobie uprzytomnić, że statystycznie w każdej szkole czy przedszkolu znajduje się co najmniej jedno dziecko umieszczone w pieczy zastępczej. Te dzieci są wśród nas, to nie są ‘inne’ dzieci. To są takie same dzieci jak te nasze, natomiast dźwigają bagaż krzywd wyrządzonych im przez dorosłych. Przypalanie papierosami, molestowanie, głodzenie, zaniedbywanie emocjonalne, przywiązywanie do łóżeczka, aby rodzice mogli oddawać się życiu towarzyskiemu. Przemoc w każdym możliwym obszarze. Większość wrażliwych ludzi na całą tę niezawinioną nędzę dzieciństwa aplikuje grudniową zbiórkę pieniędzy lub prezentów gwiazdkowych w nadziei, że to podziała jak plaster. Ale to jak przyjmowanie ibuprofenu na nowotwór – oczywiście, że prezenty wywołają uśmiech na dziecięcych twarzach! Ale nikogo nie uleczą z faktycznej choroby, jaką jest brak bezpiecznego dorosłego, któremu  na nas zależy.  Który kocha, pójdzie w ogień, stanie się rzecznikiem, i który będzie przy nas każdego dnia, każdej nocy. Te dzieci potrzebują rodziny – bezpiecznej, prawidłowo modelującej i kochającej rodziny. Nie domu dziecka, nie placówki, nie wychowania zbiorowego z wychowawcami zmieniającymi się co dyżur. Potrzebują kochających, czułych i responsywnych opiekunów stałych: cioci, wujka, mamy lub taty.

Oczywiście nie każdy z nas ma w sobie zasoby, siłę i czas, aby się tego podjąć. Czasem więc nasza odpowiedź będzie negatywna: to nie dla nas. I ok. Ale namawiam wszystkich, aby przynajmniej się nad tym uczciwie zastanowili. Tak naprawdę. By przejrzeli stronę rodzinajestdladzieci.pl, uruchomili wyobraźnię, spróbowali zwizualizować swoje życie jako rodzica zastępczego. Znam bardzo wiele rodzin zastępczych i to są zwyczajni ludzie. Czasem piecza zdarzała się w ich życiu zupełnym przypadkiem. Czasem doszli do niej w trakcie wychowywania własnego dziecka z niepełnosprawnością i to otworzyło w nich okno. Czasem mieli już odchowane dzieci biologiczne i refleksję, że choć są spełnieni jako rodzice to nadal mają zasoby i potrzeby opiekuńcze. A czasem cierpieli latami z powodu niepłodności, kolejka adopcyjna się dłużyła i pewnego dnia wpadli na pomysł, że skoro i tak są na wieloletnim „przestojowym” to nic nie stoi na przeszkodzie, aby ten czas wypełnić pomocą dzieciom w potrzebie. I na ogół potem wsiąkali w rodzinną pieczę zastępczą.

Bo rodzinna piecza zastępcza uzależnia. Mimo wszystkich problemów z systemem, mimo kłód rzucanych pod nogi jest to jedno z najpiękniejszych zadań, jakich można się podjąć w życiu. Dające trwałą satysfakcję, dające spełnienie, dające przywilej obserwowania, jak skrzywdzone dziecko rozkwita pod czułą opieką. Dające głęboki sens egzystencjalny i poczucie, że mimo różnych błędów udała nam się w życiu jedna porządna i ważna rzecz: uratowaliśmy małego człowieka.

MK: Czym się różni piecza zastępcza od adopcji? 

AK: Adopcja jest rodzajem naturalizowanego rodzicielstwa. Dziecko otrzymuje nasze nazwisko i jest rozpoznawane przez państwo jako ‘nasze’. Po adopcji rodzina nie dostaje już żadnego wsparcia ani pomocy od państwa. Ale jest sobie również sama sterem, okrętem i żeglarzem; system przestaje się wtrącać. Rodzina zastępcza jest postrzegana przez system jako przystanek w podróży. Mówi się, że jest okresowa, tymczasowa. Podlega kontroli systemowej, odwiedza ją koordynator, ma obowiązek szkoleń, dzieci nie są ‘jej’ w tym sensie, że rodzice biologiczni nadal mają władzę rodzicielską – ograniczoną, czasem zawieszoną, ale mają. Jest też grupa dzieci, których rodzice stracili władzę rodzicielską, a które z różnych powodów nie mogły/nie chciały być adoptowane, więc do dorosłości mieszkają w rodzinie zastępczej. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że adopcja kończy roszczenia państwa i rodziny biologicznej, zaś rodzina zastępcza jest wciąż w zależności – od systemu i od rodziców biologicznych, jeśli ci nie utracili władzy. Równocześnie dziecko wychowywane przez rodzinę zastępczą – jeśli rodzice biologiczni utracą władzę – może być przez rodzinę zastępczą adoptowane i wtedy rodzina zastępcza ma prawne pierwszeństwo w adopcji. To powoduje, że wśród kandydatów na rodziców zastępczych jest pewna grupa, która podchodzi do rodzicielstwa zastępczego z nadzieją na późniejszą adopcję. Czasem tak się faktycznie staje, ale czasem nie, ponieważ polskie prawo mówi, że pierwszym celem umieszczenia dziecka w rodzinie zastępczej jest praca nad powrotem tego dziecka do rodziny biologicznej.

Od zawsze mnie dziwi, dlaczego tym celem nie jest po prostu bezpieczeństwo dziecka, ale to temat na zupełnie inną dyskusję. Mogę jedynie powiedzieć, że w Polsce dzieci przebywają w rodzinach zastępczych średnio 3 lata i 7 miesięcy, a więc bardzo długo. Sprawy o pozbawienie władzy trwają, sądy się nie spieszą, a dzieci czekają. Warto dodać, że rodzina zastępcza czasem – wcale nie tak rzadko – staje się jedyną i ostateczną rodziną dziecka, i w takich przypadkach różnica między taką rodziną zastępczą i adopcyjną bardzo się rozmywa. W praktyce ta różnica polega na tym, że rodzina zastępcza ma dostęp do świadczeń na dziecko (ok. 1000 zł miesięcznie) i systemu wsparcia (szkolenia, warsztaty, koordynator), które nie przysługuje rodzinom adopcyjnym. 

MK: Większość Czytelniczek_ów mojego bloga to rodzice lub osoby spodziewające się dziecka. Jak z Twojego doświadczenia wygląda podejmowanie decyzji o rodzicielstwie zastępczym, gdy w rodzinie są już dzieci biologiczne?

AK: To zależy. Zostawałam rodziną zastępczą, gdy moi synowie mieli odpowiednio 15 i 7 lat. Dużo rozmawialiśmy, wyrazili zgodę. Czas pokazał, że wejście do rzeki rodzicielstwa zastępczego jest tak naprawdę przejażdżką na rollercoasterze. Tu nic nie jest pewne. Ustawa mówi, że dzieci trafiają do rodziny zastępczej maksymalnie na 18 miesięcy i w tym czasie ich sytuacja prawna musi ulec rozwiązaniu – albo powrót do rodziców biologicznych, albo adopcja, albo decyzja o innym docelowym miejscu pobytu. To zupełnie nie działa, te terminy są tylko na papierze. Moi synowie, szczególnie najstarszy, wiele razy mieli pretensję, że obiecywaliśmy im „czasową pieczę zastępczą”, a tymczasem mijał już trzeci rok pobytu dzieci z nami. Pamiętam rozmowę z najstarszym synem, który wypomniał mi, że gdybym od początku mówiła, że zakładamy rodzinny dom dziecka i nastawiamy się na całe życie z dziećmi, inaczej poukładałby to sobie w głowie: na przykład pozwoliłby sobie od początku na głębokie więzi z dziećmi. Ale ja nie mogłam mu tego powiedzieć, bo sama nie miałam wtedy pojęcia, jak działa ten system. I naprawdę wierzyłam, że to co w ustawie jest święte. 

Co więc bym powiedziała osobom rozważającym założenie rodziny zastępczej i jednocześnie mającym swoje dzieci domowe? Po pierwsze – te nowe dzieci tylko na początku są nowe i obce, jest więc naturalne, że myśląc o rodzicielstwie zastępczym w pierwszym rzędzie troszczycie się o ‘domowe dzieci”. I to jest w porządku. Ale z czasem będziecie mieć jedynie swoje dzieci, bo wszystkie będą wasze. I dla każdego z nich trzeba być rzecznikiem oraz tarczą, bo wasze domowe dzieci mają całą sieć więzi z krewnymi i przyjaciółmi, a dla tych dzieci przyjętych często będziecie pierwszym bezpiecznym dorosłym, którego spotkały w swoim życiu. Nie wolno wam zawieść dziecięcego zaufania.

Po drugie: każde dziecko potrzebuje indywidualnej relacji z dorosłym. To oznacza, że dla każdego dziecka warto i trzeba wygospodarować czas ‘jeden do jednego’. Dla domowych dzieci jest to ważne, bo pomaga im przechodzić przez proces całkowitej rewolucji rodzinnej i daje poczucie, że nie wszystko się zmieniło – mama i tata wciąż są tylko dla nich, nawet jeśli rzadziej niż dotychczas. Ale są. I ten święty czas sam na sam też nadal jest. A dla dzieci przyjętych jest to ważne, bo nigdy nie mogą poczuć się jak obcy element, ktoś na doczepkę i doświadczający rodziny przez szybę.

Po trzecie: warto dbać o naturalność zmian. To oznacza, że dzieci przychodzące do rodziny powinny być młodsze od najmłodszego dziecka ‘domowego’, tak jak ma to miejsce w sytuacji ciąży – najnowszy członek rodziny jest zawsze najmłodszy. Trzymanie się tej zasady (choć znam też wyjątki od niej, i to pozytywne) pozwala z dużym prawdopodobieństwem złagodzić konflikty między dziećmi dotyczące ‘pozycji w stadzie’.

MK: Będę adwokatem diabła. Co jakiś czas słyszymy historie o rodzinach zastępczych, które źle traktowały powierzone im dzieci, traktując je jako źródło zarobku. Po co nam więc w ogóle rodzicielstwo zastępcze, skoro istnieją nowoczesne domy dziecka i ośrodki preadopcyjne pełne chętnych do opieki nad niemowlakami wolontariuszy? Są przecież bezpieczniejsze, mają doskonale wykształconą kadrę, można sprawować nad nimi nadzór.

AK: Żaden człowiek nie powinien mieszkać w instytucji – po prostu. Tak jak nikt z nas nie mieszka w gmachu ZUSu, bibliotece uniwersyteckiej ani na komendzie głównej policji, tak samo nadanie instytucji szyldu „dom” nie sprawi, że stanie się ona domem. Tym, co konstytuuje dom jest więź emocjonalna pomiędzy jego mieszkańcami. Na ogół nazywamy tę sytuację „rodziną”. Może być heteronormatywna, może być nieheteronormatywna, złożona z dziadków, samotnej matki lub samotnego ojca, może być wielodzietna albo 2 + 1. Ba, może nawet nie być spokrewniona. Jeśli jednak jest tam wzajemna troska, miłość, a w przypadku najmłodszych jej członków – stała bliskość tego samego dorosłego, stabilność, bezpieczna więź i czułość, będzie to bez wątpienia rodzina. Niezależnie od przymiotnika, którego użyjemy: biologiczna, adopcyjna, zastępcza, patchworkowa. Placówka nie jest i nigdy nie będzie środowiskiem rodzinnym. Nie ma znaczenia, jak doskonale wykształcona jest kadra i jak wiele ma w sobie oddania. Żadna kadra nie jest w stanie obejść tego, co stanowi o instytucjonalizacji: zmiany opiekunów. Ataku zmieniających się dźwięków, bodźców i zapachów, które dla układu nerwowego najmłodszych dzieci czyli niemowlaków, są po prostu zabójcze. W latach 50-tych XX wieku Joyce i John Robertsonowie, badacze, psychoanalitycy i pracownicy socjalni, zrobili serię filmów dla potrzeb badań. Filmowali w nich małe dzieci, które z różnych powodów musiały zostać rozłączone z rodzicami i były umieszczane w szpitalach lub domach dziecka. Interesowały ich reakcje emocjonalne dzieci na umieszczenie w instytucji, w której nie miały nikogo bliskiego ani stałego. To były małe dzieci, roczne, dwuletnie. Robertsonowie dzięki tej dokumentacji opisali triadę: Protest, Rozpacz, Utrata Nadziei. O ile na początku umieszczenia w placówce małe dzieci miały jeszcze siłę walczyć i domagać się powrotu rodziców, po kilku dniach wchodziły w fazę całkowitej rozpaczy, a po niej nadchodziła faza poddania się – wyłączenia emocjonalnego, dystansu, utraty nadziei. Nie chodziło jedynie o rozłąkę z rodzicami, ale też o to – co te nagrania obrazują w sposób wstrząsający – że opuszczone dzieci próbowały się zwracać do bezpiecznych i responsywnych opiekunek. I faktycznie dostawały od nich ukojenie. Tylko że po kilku godzinach te opiekunki wychodziły z pracy, a na ich miejsce przychodziła nowa zmiana. Dzieci były kompletnie pozbawione możliwości związania z bezpiecznym dorosłym. I to jest to, co dzieje się również dziś, w roku 2020 w Polsce, gdzie wciąż mamy domy małego dziecka i ośrodki preadopcyjne. Mają piękne meble, tapety i miękką pościel. Ale personel zmienia się tam tak samo, jak kiedyś się zmieniał w bidulu-molochu, bo cechą instytucji jest to, że się w nich pracuje, a nie prowadzi życie rodzinne. Dlatego osobiście przechodzą mnie ciarki, kiedy słyszę o kangurujących wolontariuszach. Tak, wiem że chcą dobrze. Że są świetnymi ludźmi. Ale z perspektywy dzieci i rozwoju dziecięcego mózgu, każdy taki wolontariusz dodatkowo zaburza dziecko pojawiając się w jego życiu i znikając, zupełnie jak opiekunki nagrywane przez Robertsonów 70 lat temu. Bo one też były miłe i troskliwe. Tylko było ich kilkanaście, zamiast jednej przez całą dobę i siedem dni w tygodniu. I dlatego znaczna część dzieci ‘poplacówkowych’ ma zespół zaburzonych więzi, z którym zmaga się przez resztę życia.

Co do nadużyć w rodzinach zastępczych – tak, zdarzają się. Przemoc się zdarza w rodzinach biologicznych, w placówkach i w rodzinach zastępczych też. Tylko to nie jest argument przeciwko rodzinom, a przeciwko przemocy. 

MK: Co jest najtrudniejsze w rodzicielstwie zastępczym? Czego sobie życzysz odnośnie rodzicielstwa zastępczego?

AK: Najtrudniejsza jest moim zdaniem odwaga i znalezienie w sobie siły do właściwego rozpoznania: dla kogo robimy rodzinną pieczę zastępczą? I podążenie za odpowiedzią.

Jak wyżej wspomniałam, wchodziliśmy z mężem w rodzicielstwo zastępcze nastawiając się na rodzinę krótkoterminową typu pogotowia rodzinnego. Stało się zupełnie inaczej: nasze dzieci, jak tysiące innych, zawisły w systemie. Czas oczekiwania na sprawę w sądzie rodzinnym wynosił rok, raz wyniósł półtora roku. Przyglądałam się temu widząc, jak ten czas wpływa na dzieci: moi synowie byli w coraz większym rozdarciu, bo wisiało nad nimi widmo rozstania z zastępczym rodzeństwem, zaś moje dzieci zastępcze coraz głośniej formułowały najważniejsze pytania: gdzie jest nasz dom? Do kogo należymy? Kim jesteśmy? Te pytania w końcu przekształciły się w żądania: „ciociu, powiedz panu sędziemu, że tu jest nasza rodzina i my nigdzie stąd nie pójdziemy”, „ciociu, jeśli ktoś mnie stąd zabierze to ja wrócę – ja wiem, jak wrócić. Trzeba wysiąść na przystanku, iść prosto, skręcić w prawo, minąć dwa stawy i potem jest nasza ulica”, „ciociu, ty mnie nigdy nie oddasz, prawda? Nie pozwolisz na to, prawda?”.

Po dwóch latach tej wesołej polki uznałam, że czas, żebym z kolei ja odpowiedziała sobie na najważniejsze pytanie: komu służę? Systemowi czy dzieciom? Odpowiedź była prosta, choć jej wyartykułowanie wymagało odwagi  do przeciwstawienia się systemowi– służę zawsze dzieciom, więc nie wolno mi ich zdradzić. I mimo iż do końca słyszałam, że moje dzieci pięknie by sobie poradziły w adopcji przez zupełnie obcą rodzinę – a mówiły to osoby z ośrodków adopcyjnych i pracujące w centrum pomocy rodzinie, które nigdy moich dzieci nie widziały na oczy, nie mówiąc już o rozmowie z nimi – doskonale wiedziałam, że to po pierwsze jest ściema, a po drugie, że moją rolą jako matki zastępczej jest być tarczą dla moich dzieci chroniącą je przez kolejną traumą. Więc nią zostałam.

Bardzo  martwią mnie opowieści niektórych rodzin zastępczych, które z zachwytem opowiadają, jak to utrzymują powierzone im dziecko w oczekiwaniu na ‘nową mamę i nowego tatę’, a to oczekiwanie trwa pięć lat. Bo tyle się reguluje sytuacja dziecka. Zadaję wtedy zawsze pytanie: zaraz, kochana, to gdzie to dziecko mieszka od pięciu lat? W rodzinie czy w dworcowej poczekalni? Uważam, że nie można robić małym ludziom takich rzeczy. Nie można ich zawieszać latami i udawać, że to nic dla nich nie znaczy. Znaczy. Znaczy to, że przez trzy lata w przedszkolu śpiewają piosenki z okazji Dnia Matki, nie mając komu zanieść laurki. Bo ta biologiczna poszła w siną dal, a ta zastępcza – w imię źle pojmowanej lojalności wobec systemu – nie zechciała wejść w rolę matki i ukoić potrzeby przynależności dziecka.  To nie jest moja piecza. Moja piecza to stać przy dziecku, nie przy urzędnikach. Takich rodzin zastępczych życzę sobie na najbliższy rok i na zawsze.

MK: Dziękuję za rozmowę.

Wykład „Gdy maluch urodzi się chory”

Wykład „Gdy maluch urodzi się chory”

W lipcu 2020 roku wysłałam swojej społeczności newsletter, informujący o tym, co nowego w Wymagajace.pl. Napisałam o tym, że zaczynam przygodę z wydawaniem szkoleń czy kursów online autorstwa innych ekspertów. Prosiłam odbiorców o podzielenie się swoimi refleksjami na ten temat.

Odpisała Lena:

Jeśli mogę zasugerować temat, który zainteresowałyby mnie z mojej aktualnej perspektywy, to jest to kwestia przygotowania psychicznego na powitanie dziecka, któremu w okresie prenatalnym postawiono diagnozę o wadach rozwojowych. W przypadku dziecka, którego się właśnie spodziewam jest to wada mózgu. Materiałów po polsku nie znalazłam zbyt wiele, a na pewno nie tyle, aby poczuć się wsparta, silniejsza czy jakkolwiek przygotowana.

Działo się na to długo przed wyrokiem TK czy Strajkiem Kobiet. Zaczęłam działać. 

Rocznie w Polsce rodzi się ponad 10 tysięcy dzieci z wadami wrodzonymi. Sama nie wiedziałam, gdzie mogłabym odesłać po wsparcie kogoś, kto szukałby sposobu na poradzenie sobie mentalnie z taką diagnozą otrzymaną jeszcze w ciąży.

Nie jestem ekspertką od interwencji kryzysowej, pracy z parą czy rodziną. Dlatego w roli wykładowczyń zaprosiłam dwie wspaniałe psycholożki z doświadczeniem klinicznym dr Jagodę Sikorę oraz mgr Karlę Orban.

mgr Karla Orban – psycholog, od ponad dekady pracuje z dziećmi i rodzinami. Pracuje i kształci się w podejściu systemowym, ze szczególnym uwzględnieniem teorii więzi oraz Porozumienia Bez Przemocy.

Dzięki odbyciu szeregu szkoleń zarówno z zakresu terapii poznawczo-behawioralnej, jak i NVC na rozwój dziecka patrzy wieloaspektowo. Udziela wsparcia w ramach własnej praktyki psychologicznej, superwizuje przedszkola i szkoły oraz prowadzi warsztaty dla rodziców i nauczycieli.

Jej główny obszar zainteresowań to regulacja procesów fizjologicznych u dzieci oraz wspieranie rodzin i dzieci w chorobach somatycznych.

Prywatnie mężatka i mama trójki trójjęzycznych dzieci.

dr Jagoda Sikora – psycholog dziecięcy w trakcie specjalizacji z psychologii klinicznej dzieci i młodzieży oraz doktor psychologii. Uwielbia swoją pracę i z chęcią wspiera dzieci i rodziców w radzeniu sobie z wyzwaniami, które stają na ich drodze. Posiada doświadczenie w pracy klinicznej, które zdobywała, pracując z dziećmi i młodzieżą między innymi w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka oraz licznych placówkach wsparcia ambulatoryjnego i dziennego. Pracuje na Uniwersytecie Śląskim w Instytucie Psychologii na stanowisku adiunkta.

Ukończyła dwa poziomy szkolenia certyfikacyjnego z podejścia Self-Reg (metody samoregulacji), studium terapii dzieci i młodzieży oraz kurs podstawowy podejścia skoncentrowanego na rozwiązaniach TSR. Odbyła liczne szkolenia z zakresie pracy interwencyjnej i diagnostycznej z dziećmi i młodzieżą. Prywatnie jest żoną jednego męża i mamą trójki chłopców, którzy stale motywują ją do rozwoju.

Jagoda i Karla nagrały dla mnie wykład „Gdy maluch urodzi się chory”, w którym dzielą się informacjami o tym:

  • jak przebiega adaptacja do trudnych i nowych informacji;
  • jak reagujemy na stres;
  • jak sobie radzić z emocjami  i myślami, które się pojawiają na różnych etapach;
  • jakie strategie redukcji napięcia mogą być pomocne;
  • jak budować sieć wsparcia i mówić innym, czego potrzebujesz;
  • jak poradzić sobie z chęcią wyszukiwania informacji o chorobie dziecka i niepewnością;
  • czym są zasoby i jak z nich korzystać;
  • jak partnerzy mogą różnić się w swoim przeżywaniu choroby malucha i jak się w tej różnorodności wspierać;
  • jak opiekować się pozostałymi dziećmi, ile im mówić, czego im potrzeba;
  • jak wspierać rodziców po diagnozie, jakie słowa koją, a jakie bolą i czym jest towarzyszenie.

Zobacz, co o wykładach mówią ich autorki:

Nie wyobrażam sobie jednak sprzedawać tego typu treści. Udostępniam więc wykład za darmo.

Moją misją jest to aby wiedza i wsparcie Autorek trafiły do jak największego grona osób. Aby rodzice wiedzieli, w jaki sposób mogą sobie pomóc oraz by ich najbliżsi posiadali wiedzę, jak być wsparciem. 


Mam ogromną prośbę – prześlij informację na ten temat osobom, którym to wideo może się przydać. Udostępnij link do tego wykładu na swoich mediach społecznościowych. Powiedz o nim swojemu ginekologowi, położnej czy innym osobom, które spotykają się z parami spodziewającymi się dziecka. Wszystko po to, by ten wykład dotarł do osób, które go najbardziej potrzebują oraz do ich bliskich, którzy będą je wspierać. 

 

Otrzymaj dostęp do bezpłatnego wykładu „Gdy maluch urodzi się chory”:

Rytuał czytania przed snem – o czym warto pamiętać?

Rytuał czytania przed snem – o czym warto pamiętać?

Wpis powstał we współpracy z Wydawnictwem Trefl

Gdybym miała – na bazie doświadczenia zawodowego – określić, co poza nocnymi pobudkami jest najtrudniejsze w okołonocnych zmaganiach, powiedziałabym, że wieczory. Kładzenie dzieci do łóżek, przypominające walkę z ośmiornicami. Maluchy z oczami na zapałkach, dzielnie walczące, żeby przypadkiem nie odpocząć. Prośby, groźby, przekupstwa, rezygnacja. Wielu młodych agentów biega do ostatniej chwili, gdy wyładują im się baterie. I wtedy zaczyna się życie…  no chyba, że sami po drodze padniemy, usypiając maluchy (znam takich, którzy potrafią zasnąć przed dzieckiem w jego łóżku ;)).

Ależ to irytujące! Przecież o 18 już słaniało się na nogach. Dlaczego toczy wojnę o 20, zamiast wreszcie się położyć, po co się złości, zamiast wyciszać?! To wydaje się pozbawione sensu, a w wieczornym zmęczeniu nie jest trudno pomyśleć po raz kolejny „on robi mi to na złość!”. Prawda leży jednak gdzieś indziej. Trywialne, ale dzieci są po prostu… dziećmi.

Fragmentem mózgu, który dojrzewa najwolniej, aż do wczesnej dorosłości (sic!), jest grzbietowo-boczna kora przedczołowa. Odpowiada ona za tworzenie planów, podejmowanie decyzji, orientację w czasie, elastyczność na zmiany oraz kontrolę impulsów i emocji. Jeśli kiedyś JAKIMŚ CUDEM spędziliście pół nocy na oglądaniu nowego sezonu serialu, choć dobrze zdawaliście sobie sprawę, że to nie jest dobry moment na bycie wrakiem kolejnego poranka – tak, to właśnie tamten fragment kory mózgowej sobie odpuścił. Łatwo o to po caaaałym dniu. Silna wola jest jak mięsień – męczy się w ciągu dnia. Dlatego rano szykujemy sobie zdrowe śniadanie, a wieczorem opychamy się chipsami, obiecując sobie, że ZACZNĘ OD JUTRA. I zaczynamy, dopóki silna wolna się nam nie wyczerpie (u mnie to często okolice 13.00).

Wracając do dzieci: nie powinno nas dziwić, że mimo chęci współpracy małoletniemu znacznie trudniej niż dorosłemu zarządzać swoim czasem, emocjami i zasobami energetycznymi. Nie możemy oczekiwać, że zaplanuje z uśmiechem na ustach rytuał wieczorny, z pieśnią na cześć matki na ustach, będąc niewzruszonym wobec pokus w stylu: „tata wrócił późno, pobawmy się”, „woda z wanny jest taka pyszna, będę ją pił aż braknie”, „te auta serio teraz mnie interesują najbardziej”, „nie zrobiłam jeszcze dziś 10 000 kroków, czuję przemożną potrzebę biegania nago po mieszkaniu o 21”.

Nie oznacza to, że czas zakopać się pod kołdrą, opłakując stracone kolejne kilkanaście lat życia. Kolejnym krokiem po uświadomieniu sobie, że dzieci mają niedojrzałe mózgi, jest pogodzenie się z tym, że to MY, dorośli jesteśmy ich zewnętrzną korą przedczołową. I powoli nauczymy je planowania, organizacji, orientacji w czasie i kontroli impulsów. Ba, możemy je nawet nauczyć, że posiadanie rytuału wieczornego jest jedną z najlepszych inwestycji w zapobieganie nie tylko zaburzeniom snu, ale i innym trudnościom w zakresie zdrowia psychicznego.

I teraz wchodzę JA, cała na biało i mówię: pouczmy Wasze dzieci razem. Z kolekcją książek, które współtworzyłam – Dobranoc, Trefliki na noc (Wydawnictwo Trefl).

Tak wchodzę, na bogato, z całą kolekcją!

O historii powstania tej kolekcji opowiadałam TUTAJ. W skrócie: kolekcja Dobranoc, Trefliki na noc została stworzona nie tylko, by pomóc Wam zamienić wieczór w czas dobrej zabawy ze szczęśliwym zakończeniem. Ma za zadanie wspierać Was w kształtowaniu zdrowych nawyków przedsennych oraz ułatwić tworzenie Waszym dzieciom pozytywnych skojarzeń z zasypianiem.

Kolekcję kupisz TUTAJ

Większość osób, która ma pierwszy kontakt z kolekcją, mówi „Rany, ileż ten rytuał ma części!”. Uspokajam: rytuał nie musi składać się z absolutnie wszystkich punktów. Można dowolnie żonglować liczbą i kolejnością czynności.

  1. Oglądanie bajki
  2. Porządkowanie zabawek
  3. Przygotowanie pokoju do snu
  4. Kolacja
  5. Kąpiel
  6. Mycie zębów
  7. Zakładanie piżamy
  8. Wieczorne wygibasy
  9. Czytanie książeczki
  10. Rozmowa
  11. Przytulanie
  12. Kołysanka
  13. Gaszenie światła
  14. Sen

Zachęcam jednak, żeby już niemal od niemowlęctwa próbować wplatać w wieczory papierowe książki. Dlaczego tak upieram się przy książkach? Bo to jeden z tych elementów rytuału, który nie wymaga od nas kontaktu z ekranami. Jeden z tych, który rozwija mnóstwo kompetencji i umacnia więź. Jeden z tych, które możemy wykonywać przy punktowym świetle, niezaburzającym produkcji melatoniny. Rytuały, ich długość i zawartość zmienia się z wiekiem, ale czytanie lub słuchanie książek przed snem może z nami zostać aż do śmierci.

O czym warto pamiętać, wprowadzając czytanie / słuchanie książek do rytuału wieczornego dziecka?
  • Możesz zacząć już od noworodka, ba, nawet jeszcze w ciąży, czytając do brzucha. Maluch to słyszy i pozna głos rodzica po porodzie.
  • Tak, to przenudne, ale wiele dzieci uwielbia czytanie w kółko tej samej książki. Trochę jak w Rejsie, najbardziej lubimy to, co już znamy. Słuchanie znanych już historii daje nam poczucie bezpieczeństwa. Bezpieczeństwo umożliwia zaśnięcie. Win – win (poza spadkiem dopaminy w mózgu rodzica, który czyta daną pozycja po raz trzysta siedemdziesiąty drugi).

Książkę kupisz TUTAJ.

  • Trzylatek utrzymuje uwagę przeciętnie na max. 8 minut. Roczniak – o połowę krócej. Między – nomen omen – bajki należy włożyć te fantazje z czasów ciążowych, jak to dziecię lat półtora przytula się do nas, zastyga w ciszy, bezruchu i zachwycie, a my lecimy z 20-minutowym opisem przyrody z Nad Niemnem. Dlatego warto wybierać książki: a) krótkie; b) uwzględniające ruch (pokaż, dotknij, udawaj niedźwiedzia etc.). Niektórzy są w stanie skoncentrować się na słuchaniu, będąc w ruchu. Nie zniechęcajmy się! W kolekcji Dobranoc, Trefliki na noc wzięłyśmy to pod uwagę, i podrzuciłyśmy pomysły na zabawy uwzględniające ruch, stymulację zmysłu równowagi i czucia głębokiego.

Książkę kupisz TUTAJ.

  • Dzieci poniżej 18 miesięcy są najczęściej żywiej zainteresowane mamlaniem stron niż ich oglądaniem. I to nie znaczy, że nasza latorośl wyrośnie na analfabetę, niedoceniającego korzyści z czytelnictwa. Kontakt z książką, nawet krótki, nawet dosłownie organoleptyczny też tworzy podwalinę pod dobre nawyki. Pozwólcie dzieciom mamlać książki, a doczekacie chęci pooglądania, a potem poczytania ich.

Książkę kupisz TUTAJ.

  • Nie mam na ten temat badań, ale jestem przekonana, że dla wielu osób słuchanie historii w formie audiobooka jest znacznie bardziej wyciszającym zajęciem niż samodzielne czytanie dokładnie tej samej książki. Widzę tu jakieś podobieństwo do wmontowanej w nasze mózgi preferencji do słuchania opowieści wieczorami, przy ognisku, jeszcze z czasów sprzed druku.

Książkę z audiobookiem kupisz TUTAJ

  • Jeśli czytanie zupełnie Wam nie podchodzi, wybierzcie inne elementy rytuału – byle bez ekranów elektronicznych na minimum godzinę przed snem. A do książek wróćcie po kilku miesiącach. Czasem różnica w podejściu dziecka do wieczornej lektury jest przeogromna!

Gdybyście na Święta potrzebowali podpowiedzieć Mikołajowi, gdzie szukać mądrych, bliskościowych książek dla dzieci od 18 miesięcy do 7 lat, to dajcie mu namiar na Wydawnictwo Trefl i współtworzoną przeze mnie kolekcję Dobranoc, Trefliki na noc.

Nie mogę Wam obiecać, że już pierwszego wieczoru, przy pierwszym kontakcie z kolekcją Wasze dzieci zasną godzinę wcześniej niż zwykle. Inwestycja w rytuał wieczorny jest długoterminowa, ale o wysokiej stopie zwrotu. Żadna ze mnie doradczyni finansowa, ale na inwestowaniu w relacje, zdrowie i sen trochę się znam. Więc rekomenduję całym sercem.

Książki ze współtworzonej przeze mnie kolekcji Dobranoc, Trefliki na noc kupisz TUTAJ.

Wpis zawiera linki afiliacyjne – jeśli z nich skorzystasz, kupując produkty, nie zapłacisz więcej, a właściciel sklepu podzieli się ze mną drobną częścią swojego zysku. Będzie to dla mnie również znak, że ufasz moim rekomendacjom.

 

Zobacz 2 wideolekcje z nowego kursu online!

Zobacz 2 wideolekcje z nowego kursu online!

Latem tego roku, gdy premierę miało szkolenie dla specjalistów w tej tematyce, otrzymałam od Was ogrom wiadomości z prośbą o stworzenie takiego szkolenia również dla rodziców. Nieliczne alternatywy obecne na rynku – szkolenia czy książka – mają, niestety, tragiczną jakość. Utrwalają mity, wpędzają rodziców w poczucie winy i oceniają. Wiedząc, jak wiele sprzecznych i, niestety, często krzywdzących dziecko rad można znaleźć w Internecie, postanowiłam wraz z Karlą Orban stworzyć kurs dla rodziców – oparty o praktykę psychologiczną, wiedzę naukową i Rodzicielstwo Bliskości. Chcemy wspierać rodziców i dać im wiedzę oraz narzędzia do przebrnięcia przez problem zaparć nawykowych czy moczenia  u ich dzieci.

Dla kogo jest ten kurs online?

Kurs dedykowany jest rodzicom i opiekunom dzieci, które zmagają się z:

  • problemem zaparć nawykowych,
  • trudnościami w odpieluchowaniu,
  • moczeniem dziennym oraz/lub nocnym.

Przygotowałyśmy dla Was 23 wideolekcje i ich wersje audio. Co ważne, nie musicie być na żywo – wszystkie lekcje są już nagrane.

Czego dowiesz się z kursu?

    • jak działa pęcherz moczowy i co to znaczy „gotowość do odpieluchowania”;
    • z jakiego powodu dzieci popuszczają lub nie trzymają moczu i kiedy należy skonsultować to ze specjalistą;
    • dlaczego niektóre dzieci moczą się w nocy;
    • dlaczego niektóre dzieci odpieluchowują się później niż inne;
    • jak reagować na moczenie się;
    • jak zaopiekować się własnymi emocjami;
    • kiedy i do jakiego specjalisty się udać;
    • jak współpracować z przedszkolem czy szkołą.
    • kiedy zaparcia stają się „nawykowe” i co to znaczy;
    • czy dzieci odpieluchowują się od razu „na siku” i „na kupę”;
    • jak reagować na zaparcia;
    • jak pomóc dziecku, które brzydzi się kupy;
    • dlaczego dzieci czasem brudzą bieliznę;
    • jak poradzić sobie z zaleceniami zmiany diety dziecka;
    • kiedy udać się do specjalisty;
    • jak zaopiekować swoje obawy o powodzenie odpieluchowania;
    • czy kary i nagrody pomagają w poradzeniu sobie z zaparciami.

Kurs ma formę nagrań wideo z napisami umieszczonych na specjalnej platformie. Ale uwaga, sprzedaż II edycji ruszy wiosną 2021 roku.

Wiem, jak ogromną wartość ma ten kurs. Nie chciałabym jednak abyś czuł_a, że kupujesz „kota w worku” dlatego chciałabym pokazać Ci 2 z 23 lekcji kursu:

(jeśli nie widzisz wideo, odśwież stronę!)

ZAPARCIA NAWYKOWE – Lekcja 3:

(jeśli nie widzisz wideo, odśwież stronę!)

MOCZENIE – Lekcja 9:

Kim jest autorka kursu?

MGR KARLA ORBAN – Psycholog, od ponad dekady pracuje z dziećmi i rodzinami. Pracuje i kształci się w podejściu systemowym, ze szczególnym uwzględnieniem teorii więzi oraz Porozumienia Bez Przemocy.

Dzięki odbyciu szeregu szkoleń zarówno z zakresu terapii poznawczo-behawioralnej, jak i NVC na rozwój dziecka patrzy wieloaspektowo. Udziela wsparcia w ramach własnej praktyki psychologicznej, superwizuje przedszkola i szkoły oraz prowadzi warsztaty dla rodziców i nauczycieli.

Jej główny obszar zainteresowań to regulacja procesów fizjologicznych u dzieci (jedzenia, wydalania, snu) oraz wspieranie dzieci w chorobach somatycznych. Prywatnie mężatka i mama trójki trójjęzycznych dzieci.

 

Dołącz do kursu autorstwa Karli Orban Zaparcia nawykowe i trudności w odpieluchowaniu!