Wpis powstał we współpracy z marką WaterWipes

Zostałam zaproszona przez markę WaterWipes – producenta chusteczek dla niemowląt, które mają w składzie wyłącznie 99,9% czystej wody i dodatek ekstraktu z pestek grejpfruta – do włączenia się do kampanii #rodzicielstwobezfiltra, która skupia się na pokazaniu macierzyństwa i ojcostwa we wszystkich jego aspektach, także tych trudnych i rzadko omawianych. Pod tym linkiem można znaleźć inne publikacje i filmy powstające w ramach tej kampanii, które będą się ukazywały przez cały przyszły rok, a także informacje o bezpłatnych webinarach, organizowanych przez WaterWipes.
W przyszły wtorek, 29. grudnia poprowadzę live na instagramowym koncie WaterWipes – opowiem o tzw. czwartym trymestrze, czyli pierwszych trzech miesiącach życia z niemowlakiem.
Gdy usłyszałam o tym, że WaterWipes chce nie tylko mówić o tradycyjnym rodzicielstwie, ale chce oddać głos tym rodzinom, o których najczęściej zapomina się w publicznym przekazie, nie wahałam się ani chwili. Moi Czytelnicy wiedzą, że nie mam problemu z pisaniem nie tylko o blaskach, ale i o trudnościach rodzicielstwa i bardzo zależy mi na tym, żeby używać swoich zasięgów odpowiedzialnie. Dlatego propozycja, by dołączyć do budowania inkluzywnej przestrzeni, w której możemy opowiedzieć historie rzadziej słyszanych rodzin, spotkała się z moim entuzjazmem.

Pomyślałam o rozmowie z kobietą, której dotychczas nie poznałam osobiście, ale której działalność uważnie śledzę i uważam za jedną z najmądrzejszych osób, na które w życiu trafiłam. O rodzicielstwie zastępczym zgodziła się ze mną porozmawiać Anna Krawczak – mama czwórki dzieci, badaczka Interdyscyplinarnego Zespołu Badań nad Dzieciństwem, doktorantka Instytutu Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego.
To nie jest rozmowa krótka ani wesoła – ale wierzę, że bardzo potrzebna nam wszystkim.
Magdalena Komsta: Stałaś się w polskim Internecie głosem rodzin zastępczych. Jak do tego doszło?  

Anna Krawczak: Doszło do tego dzięki temu, że nie jestem już rodziną zastępczą. Adoptowałam moje dzieci, co ostatecznie je zabezpieczyło i uwolniło mój głos. Aktywne rodziny zastępcze nie są w dobrej pozycji, aby krytykować system, ponieważ od niego bezpośrednio zależą. To oznacza, że niesubordynacja może się spotkać z konsekwencjami, a najbardziej  bezwzględną z nich jest przeniesienie dzieci do innej rodziny zastępczej lub straszenie, że tak się zdarzy. Są też kary mniej dla dzieci dotkliwe, ale utrudniające życie rodzinom: odmawianie podpisywania umów przez powiaty, mnożenie trudności, nasyłanie uporczywych kontroli. Jedna ze znajomych rodzin zastępczych miała nieprzyjemności z tak błahego powodu, że… udostępniła jeden z moich krytycznych wpisów. Od razu odezwał się do niej koordynator rodzinnej pieczy zastępczej z sugestią, że jeśli nie podoba jej się system to może zrezygnować, a dzieci pójdą do domu dziecka. „Bo ta praca to poświęcenie” – pouczył ją – „jeśli nie umie się pani poświęcać to najwyraźniej minęła się pani z powołaniem. Ja się poświęcam jako koordynator od lat i nie narzekam”. Wpis, o którym mówię, był niezwykle obrazoburczy… Dotyczył tego, że rodziny niezawodowe nie mają prawa do urlopu. Bo nie mają. A mimo to oburzył koordynatora, który uznał, że rodzina zastępcza nie ma prawa czuć się zmęczona, więc najlepszym pomysłem będzie ją zastraszyć. Na pewno dzięki temu się zrelaksuje, to jak ekwiwalent urlopu nad morzem.

MK: Słyszę złość. Dzięki tej złości na system zrobiło się o Tobie w mediach. Ostatnio, gdy – za jej zgodą – opowiedziałaś publicznie o Kasi, matce zastępczej piętnaściorga dzieci, która nie otrzymuje za swoją pracę ani złotówki. 

AK: Kasia jest osobą jedną na miliard. W jej historii fascynuje mnie między innymi to, jak bardzo to, co robi, nie obchodzi systemu. Oto jest młoda kobieta, która pierwsze dzieci przyjęła do rodziny zastępczej jako… dwudziestolatka. Obecnie szkoli inne rodziny zastępcze, wyciąga dzieci z niewyobrażalnych deficytów, daje im drugie życie, miłość, dom i rodzinę. Jest im całkowicie oddana. Efekty widzą wszyscy: szkoła, biegli sądowi, terapeuci, eksperci od traumy wczesnodziecięcej, koordynator i sędziowie. Jej segregatory pękają w szwach od zaświadczeń wydawanych przez specjalistów zachwyconych jakością rezultatów jej pracy terapeutycznej, entuzjastycznych opinii, świstków potwierdzających, że robi fantastyczną robotę. Dostała nawet prezydencki krzyż zasługi za to, co i w jaki sposób robi.  Ale jednocześnie od 11 lat nie może się doprosić od powiatu podpisania z nią tzw. umowy o zawodowstwo: jest rodziną niezawodową, co oznacza, że pomimo wychowywania dwanaściorga dzieci (trójka jest już w procesie usamodzielnienia) nie otrzymuje za to pensji. Ani ubezpieczenia. Żadnej osłony socjalnej. Jest wolontariuszką. Jednocześnie każdego roku powiat dzięki jej pracy oszczędza na czysto 42 000 zł na każdym dziecku umieszczonym w jej rodzinie. Przypomnę, ze dzieci jest piętnaścioro – jedne są członkami rodziny Kasi od 11 lat, inne od sześciu, ośmiu, od roku. Razem zbierają się z tego milionowe oszczędności dla powiatu.

MK: Milionowe?

AK: Miesięczne utrzymanie dziecka w rodzinie zastępczej kosztuje powiat 1141 zł. Umieszczenie tego samego dziecka w placówce, zwanej popularnie ‘domem dziecka’ kosztuje powiat prawie pięciokrotnie więcej: 5044 złotych. Miesięcznie. A rocznie ponad 60 tysięcy złotych.

Tymczasem Kasia samodzielnie rozwozi swoją dwunastkę po szkołach, przedszkolach, terapiach i poradniach samochodem osobowym na trzy tury. Bowiem ułatwienie w postaci zakupu dla jej rodziny busa nie przyszło urzędnikom głowy, nie ma na to przepisu. Podobnie jak na adaptację budynku gospodarczego na jej posesji, który Kasia musi przekształcić w budynek mieszkalny, bo jej rodzina zwyczajnie się nie mieści w starym domu, jest ich za dużo. Więc Kasia planuje wziąć kredyt. Jedenaście lat życia jako rodzina zastępcza nauczyło ją podstawowej zasady znanej wszystkim rodzinom zastępczym: jesteś sama i musisz sobie poradzić.

MK: Czy po tym, gdy opisałaś tę historię – znam personalia Kasi, więc sama sprawdziłam, że jest prawdziwa – coś się zmieniło?

AK: To, że opisałam tę historię, spowodowało pielgrzymki mediów i polityków do powiatu Kasi, wywołało lawinę oburzenia i interwencji, ale fakt jest taki, że powiat tej umowy i tak wciąż nie podpisał. I myślę, że starosta i rada powiatu czują się nieprawdopodobnie sprytni i zachwyceni sobą, bo koniec końców okazało się, że może interweniować sama Kancelaria Prezydenta RP, ministerstwa i politycy z prawej do lewej, a powiat po prostu uśmiecha się i mówi „tak, jesteśmy zachwyceni pracą pani Kasi i nie mamy żadnych zastrzeżeń, ale nie mam pańskiego płaszcza, i co nam pan zrobisz?”. To nieprawdopodobne, a jednak się dzieje. 

MK: Przerażające. Kasia zaczęła jako bezdzietna dwudziestolatka. Twoja historia jest inna. Jak w ogóle można w Polsce zostać rodziną zastępczą?

AK: Cóż, zasadniczo trzeba się skontaktować z organizatorem rodzinnej pieczy zastępczej na swoim terenie. Z reguły będzie to powiatowe centrum pomocy rodzinie, czasem ośrodek pomocy społecznej. No i trzeba spełnić wymagania formalne: niekaralność, prawidłowa motywacja, kompetencje wychowawcze sprawdzane testami i rozmową z psychologiem. Zatrudnienie lub stałe źródło dochodu. Dobry stan zdrowia. Warunki lokalowe. Potem szkolenie na rodzinę zastępczą, praktyki i wreszcie – kwalifikacja, jeśli trenerzy potwierdzili, że rodzina lub osoba „nadają się”.

Ważniejsze jest jednak, jakimi drogami dochodzi się do zostania rodziną zastępczą. Moim zdaniem wszystko zaczyna się w głowie i to jest pierwszy etap, do którego wiele osób nawet nie dociera. Pomyślenie o byciu rodziną zastępczą jest ważne. Poświęcenie tej myśli kilkunastu minut, rozważenie jej na serio. Co by się wtedy stało? Jak zmieniłoby się nasze życie? W jaki sposób moglibyśmy zmienić życie jakiegoś dziecka – trwale, prawdziwie, nie doraźnie? Warto sobie uprzytomnić, że statystycznie w każdej szkole czy przedszkolu znajduje się co najmniej jedno dziecko umieszczone w pieczy zastępczej. Te dzieci są wśród nas, to nie są ‘inne’ dzieci. To są takie same dzieci jak te nasze, natomiast dźwigają bagaż krzywd wyrządzonych im przez dorosłych. Przypalanie papierosami, molestowanie, głodzenie, zaniedbywanie emocjonalne, przywiązywanie do łóżeczka, aby rodzice mogli oddawać się życiu towarzyskiemu. Przemoc w każdym możliwym obszarze. Większość wrażliwych ludzi na całą tę niezawinioną nędzę dzieciństwa aplikuje grudniową zbiórkę pieniędzy lub prezentów gwiazdkowych w nadziei, że to podziała jak plaster. Ale to jak przyjmowanie ibuprofenu na nowotwór – oczywiście, że prezenty wywołają uśmiech na dziecięcych twarzach! Ale nikogo nie uleczą z faktycznej choroby, jaką jest brak bezpiecznego dorosłego, któremu  na nas zależy.  Który kocha, pójdzie w ogień, stanie się rzecznikiem, i który będzie przy nas każdego dnia, każdej nocy. Te dzieci potrzebują rodziny – bezpiecznej, prawidłowo modelującej i kochającej rodziny. Nie domu dziecka, nie placówki, nie wychowania zbiorowego z wychowawcami zmieniającymi się co dyżur. Potrzebują kochających, czułych i responsywnych opiekunów stałych: cioci, wujka, mamy lub taty.

Oczywiście nie każdy z nas ma w sobie zasoby, siłę i czas, aby się tego podjąć. Czasem więc nasza odpowiedź będzie negatywna: to nie dla nas. I ok. Ale namawiam wszystkich, aby przynajmniej się nad tym uczciwie zastanowili. Tak naprawdę. By przejrzeli stronę rodzinajestdladzieci.pl, uruchomili wyobraźnię, spróbowali zwizualizować swoje życie jako rodzica zastępczego. Znam bardzo wiele rodzin zastępczych i to są zwyczajni ludzie. Czasem piecza zdarzała się w ich życiu zupełnym przypadkiem. Czasem doszli do niej w trakcie wychowywania własnego dziecka z niepełnosprawnością i to otworzyło w nich okno. Czasem mieli już odchowane dzieci biologiczne i refleksję, że choć są spełnieni jako rodzice to nadal mają zasoby i potrzeby opiekuńcze. A czasem cierpieli latami z powodu niepłodności, kolejka adopcyjna się dłużyła i pewnego dnia wpadli na pomysł, że skoro i tak są na wieloletnim „przestojowym” to nic nie stoi na przeszkodzie, aby ten czas wypełnić pomocą dzieciom w potrzebie. I na ogół potem wsiąkali w rodzinną pieczę zastępczą.

Bo rodzinna piecza zastępcza uzależnia. Mimo wszystkich problemów z systemem, mimo kłód rzucanych pod nogi jest to jedno z najpiękniejszych zadań, jakich można się podjąć w życiu. Dające trwałą satysfakcję, dające spełnienie, dające przywilej obserwowania, jak skrzywdzone dziecko rozkwita pod czułą opieką. Dające głęboki sens egzystencjalny i poczucie, że mimo różnych błędów udała nam się w życiu jedna porządna i ważna rzecz: uratowaliśmy małego człowieka.

MK: Czym się różni piecza zastępcza od adopcji? 

AK: Adopcja jest rodzajem naturalizowanego rodzicielstwa. Dziecko otrzymuje nasze nazwisko i jest rozpoznawane przez państwo jako ‘nasze’. Po adopcji rodzina nie dostaje już żadnego wsparcia ani pomocy od państwa. Ale jest sobie również sama sterem, okrętem i żeglarzem; system przestaje się wtrącać. Rodzina zastępcza jest postrzegana przez system jako przystanek w podróży. Mówi się, że jest okresowa, tymczasowa. Podlega kontroli systemowej, odwiedza ją koordynator, ma obowiązek szkoleń, dzieci nie są ‘jej’ w tym sensie, że rodzice biologiczni nadal mają władzę rodzicielską – ograniczoną, czasem zawieszoną, ale mają. Jest też grupa dzieci, których rodzice stracili władzę rodzicielską, a które z różnych powodów nie mogły/nie chciały być adoptowane, więc do dorosłości mieszkają w rodzinie zastępczej. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że adopcja kończy roszczenia państwa i rodziny biologicznej, zaś rodzina zastępcza jest wciąż w zależności – od systemu i od rodziców biologicznych, jeśli ci nie utracili władzy. Równocześnie dziecko wychowywane przez rodzinę zastępczą – jeśli rodzice biologiczni utracą władzę – może być przez rodzinę zastępczą adoptowane i wtedy rodzina zastępcza ma prawne pierwszeństwo w adopcji. To powoduje, że wśród kandydatów na rodziców zastępczych jest pewna grupa, która podchodzi do rodzicielstwa zastępczego z nadzieją na późniejszą adopcję. Czasem tak się faktycznie staje, ale czasem nie, ponieważ polskie prawo mówi, że pierwszym celem umieszczenia dziecka w rodzinie zastępczej jest praca nad powrotem tego dziecka do rodziny biologicznej.

Od zawsze mnie dziwi, dlaczego tym celem nie jest po prostu bezpieczeństwo dziecka, ale to temat na zupełnie inną dyskusję. Mogę jedynie powiedzieć, że w Polsce dzieci przebywają w rodzinach zastępczych średnio 3 lata i 7 miesięcy, a więc bardzo długo. Sprawy o pozbawienie władzy trwają, sądy się nie spieszą, a dzieci czekają. Warto dodać, że rodzina zastępcza czasem – wcale nie tak rzadko – staje się jedyną i ostateczną rodziną dziecka, i w takich przypadkach różnica między taką rodziną zastępczą i adopcyjną bardzo się rozmywa. W praktyce ta różnica polega na tym, że rodzina zastępcza ma dostęp do świadczeń na dziecko (ok. 1000 zł miesięcznie) i systemu wsparcia (szkolenia, warsztaty, koordynator), które nie przysługuje rodzinom adopcyjnym. 

MK: Większość Czytelniczek_ów mojego bloga to rodzice lub osoby spodziewające się dziecka. Jak z Twojego doświadczenia wygląda podejmowanie decyzji o rodzicielstwie zastępczym, gdy w rodzinie są już dzieci biologiczne?

AK: To zależy. Zostawałam rodziną zastępczą, gdy moi synowie mieli odpowiednio 15 i 7 lat. Dużo rozmawialiśmy, wyrazili zgodę. Czas pokazał, że wejście do rzeki rodzicielstwa zastępczego jest tak naprawdę przejażdżką na rollercoasterze. Tu nic nie jest pewne. Ustawa mówi, że dzieci trafiają do rodziny zastępczej maksymalnie na 18 miesięcy i w tym czasie ich sytuacja prawna musi ulec rozwiązaniu – albo powrót do rodziców biologicznych, albo adopcja, albo decyzja o innym docelowym miejscu pobytu. To zupełnie nie działa, te terminy są tylko na papierze. Moi synowie, szczególnie najstarszy, wiele razy mieli pretensję, że obiecywaliśmy im „czasową pieczę zastępczą”, a tymczasem mijał już trzeci rok pobytu dzieci z nami. Pamiętam rozmowę z najstarszym synem, który wypomniał mi, że gdybym od początku mówiła, że zakładamy rodzinny dom dziecka i nastawiamy się na całe życie z dziećmi, inaczej poukładałby to sobie w głowie: na przykład pozwoliłby sobie od początku na głębokie więzi z dziećmi. Ale ja nie mogłam mu tego powiedzieć, bo sama nie miałam wtedy pojęcia, jak działa ten system. I naprawdę wierzyłam, że to co w ustawie jest święte. 

Co więc bym powiedziała osobom rozważającym założenie rodziny zastępczej i jednocześnie mającym swoje dzieci domowe? Po pierwsze – te nowe dzieci tylko na początku są nowe i obce, jest więc naturalne, że myśląc o rodzicielstwie zastępczym w pierwszym rzędzie troszczycie się o ‘domowe dzieci”. I to jest w porządku. Ale z czasem będziecie mieć jedynie swoje dzieci, bo wszystkie będą wasze. I dla każdego z nich trzeba być rzecznikiem oraz tarczą, bo wasze domowe dzieci mają całą sieć więzi z krewnymi i przyjaciółmi, a dla tych dzieci przyjętych często będziecie pierwszym bezpiecznym dorosłym, którego spotkały w swoim życiu. Nie wolno wam zawieść dziecięcego zaufania.

Po drugie: każde dziecko potrzebuje indywidualnej relacji z dorosłym. To oznacza, że dla każdego dziecka warto i trzeba wygospodarować czas ‘jeden do jednego’. Dla domowych dzieci jest to ważne, bo pomaga im przechodzić przez proces całkowitej rewolucji rodzinnej i daje poczucie, że nie wszystko się zmieniło – mama i tata wciąż są tylko dla nich, nawet jeśli rzadziej niż dotychczas. Ale są. I ten święty czas sam na sam też nadal jest. A dla dzieci przyjętych jest to ważne, bo nigdy nie mogą poczuć się jak obcy element, ktoś na doczepkę i doświadczający rodziny przez szybę.

Po trzecie: warto dbać o naturalność zmian. To oznacza, że dzieci przychodzące do rodziny powinny być młodsze od najmłodszego dziecka ‘domowego’, tak jak ma to miejsce w sytuacji ciąży – najnowszy członek rodziny jest zawsze najmłodszy. Trzymanie się tej zasady (choć znam też wyjątki od niej, i to pozytywne) pozwala z dużym prawdopodobieństwem złagodzić konflikty między dziećmi dotyczące ‘pozycji w stadzie’.

MK: Będę adwokatem diabła. Co jakiś czas słyszymy historie o rodzinach zastępczych, które źle traktowały powierzone im dzieci, traktując je jako źródło zarobku. Po co nam więc w ogóle rodzicielstwo zastępcze, skoro istnieją nowoczesne domy dziecka i ośrodki preadopcyjne pełne chętnych do opieki nad niemowlakami wolontariuszy? Są przecież bezpieczniejsze, mają doskonale wykształconą kadrę, można sprawować nad nimi nadzór.

AK: Żaden człowiek nie powinien mieszkać w instytucji – po prostu. Tak jak nikt z nas nie mieszka w gmachu ZUSu, bibliotece uniwersyteckiej ani na komendzie głównej policji, tak samo nadanie instytucji szyldu „dom” nie sprawi, że stanie się ona domem. Tym, co konstytuuje dom jest więź emocjonalna pomiędzy jego mieszkańcami. Na ogół nazywamy tę sytuację „rodziną”. Może być heteronormatywna, może być nieheteronormatywna, złożona z dziadków, samotnej matki lub samotnego ojca, może być wielodzietna albo 2 + 1. Ba, może nawet nie być spokrewniona. Jeśli jednak jest tam wzajemna troska, miłość, a w przypadku najmłodszych jej członków – stała bliskość tego samego dorosłego, stabilność, bezpieczna więź i czułość, będzie to bez wątpienia rodzina. Niezależnie od przymiotnika, którego użyjemy: biologiczna, adopcyjna, zastępcza, patchworkowa. Placówka nie jest i nigdy nie będzie środowiskiem rodzinnym. Nie ma znaczenia, jak doskonale wykształcona jest kadra i jak wiele ma w sobie oddania. Żadna kadra nie jest w stanie obejść tego, co stanowi o instytucjonalizacji: zmiany opiekunów. Ataku zmieniających się dźwięków, bodźców i zapachów, które dla układu nerwowego najmłodszych dzieci czyli niemowlaków, są po prostu zabójcze. W latach 50-tych XX wieku Joyce i John Robertsonowie, badacze, psychoanalitycy i pracownicy socjalni, zrobili serię filmów dla potrzeb badań. Filmowali w nich małe dzieci, które z różnych powodów musiały zostać rozłączone z rodzicami i były umieszczane w szpitalach lub domach dziecka. Interesowały ich reakcje emocjonalne dzieci na umieszczenie w instytucji, w której nie miały nikogo bliskiego ani stałego. To były małe dzieci, roczne, dwuletnie. Robertsonowie dzięki tej dokumentacji opisali triadę: Protest, Rozpacz, Utrata Nadziei. O ile na początku umieszczenia w placówce małe dzieci miały jeszcze siłę walczyć i domagać się powrotu rodziców, po kilku dniach wchodziły w fazę całkowitej rozpaczy, a po niej nadchodziła faza poddania się – wyłączenia emocjonalnego, dystansu, utraty nadziei. Nie chodziło jedynie o rozłąkę z rodzicami, ale też o to – co te nagrania obrazują w sposób wstrząsający – że opuszczone dzieci próbowały się zwracać do bezpiecznych i responsywnych opiekunek. I faktycznie dostawały od nich ukojenie. Tylko że po kilku godzinach te opiekunki wychodziły z pracy, a na ich miejsce przychodziła nowa zmiana. Dzieci były kompletnie pozbawione możliwości związania z bezpiecznym dorosłym. I to jest to, co dzieje się również dziś, w roku 2020 w Polsce, gdzie wciąż mamy domy małego dziecka i ośrodki preadopcyjne. Mają piękne meble, tapety i miękką pościel. Ale personel zmienia się tam tak samo, jak kiedyś się zmieniał w bidulu-molochu, bo cechą instytucji jest to, że się w nich pracuje, a nie prowadzi życie rodzinne. Dlatego osobiście przechodzą mnie ciarki, kiedy słyszę o kangurujących wolontariuszach. Tak, wiem że chcą dobrze. Że są świetnymi ludźmi. Ale z perspektywy dzieci i rozwoju dziecięcego mózgu, każdy taki wolontariusz dodatkowo zaburza dziecko pojawiając się w jego życiu i znikając, zupełnie jak opiekunki nagrywane przez Robertsonów 70 lat temu. Bo one też były miłe i troskliwe. Tylko było ich kilkanaście, zamiast jednej przez całą dobę i siedem dni w tygodniu. I dlatego znaczna część dzieci ‘poplacówkowych’ ma zespół zaburzonych więzi, z którym zmaga się przez resztę życia.

Co do nadużyć w rodzinach zastępczych – tak, zdarzają się. Przemoc się zdarza w rodzinach biologicznych, w placówkach i w rodzinach zastępczych też. Tylko to nie jest argument przeciwko rodzinom, a przeciwko przemocy. 

MK: Co jest najtrudniejsze w rodzicielstwie zastępczym? Czego sobie życzysz odnośnie rodzicielstwa zastępczego?

AK: Najtrudniejsza jest moim zdaniem odwaga i znalezienie w sobie siły do właściwego rozpoznania: dla kogo robimy rodzinną pieczę zastępczą? I podążenie za odpowiedzią.

Jak wyżej wspomniałam, wchodziliśmy z mężem w rodzicielstwo zastępcze nastawiając się na rodzinę krótkoterminową typu pogotowia rodzinnego. Stało się zupełnie inaczej: nasze dzieci, jak tysiące innych, zawisły w systemie. Czas oczekiwania na sprawę w sądzie rodzinnym wynosił rok, raz wyniósł półtora roku. Przyglądałam się temu widząc, jak ten czas wpływa na dzieci: moi synowie byli w coraz większym rozdarciu, bo wisiało nad nimi widmo rozstania z zastępczym rodzeństwem, zaś moje dzieci zastępcze coraz głośniej formułowały najważniejsze pytania: gdzie jest nasz dom? Do kogo należymy? Kim jesteśmy? Te pytania w końcu przekształciły się w żądania: „ciociu, powiedz panu sędziemu, że tu jest nasza rodzina i my nigdzie stąd nie pójdziemy”, „ciociu, jeśli ktoś mnie stąd zabierze to ja wrócę – ja wiem, jak wrócić. Trzeba wysiąść na przystanku, iść prosto, skręcić w prawo, minąć dwa stawy i potem jest nasza ulica”, „ciociu, ty mnie nigdy nie oddasz, prawda? Nie pozwolisz na to, prawda?”.

Po dwóch latach tej wesołej polki uznałam, że czas, żebym z kolei ja odpowiedziała sobie na najważniejsze pytanie: komu służę? Systemowi czy dzieciom? Odpowiedź była prosta, choć jej wyartykułowanie wymagało odwagi  do przeciwstawienia się systemowi– służę zawsze dzieciom, więc nie wolno mi ich zdradzić. I mimo iż do końca słyszałam, że moje dzieci pięknie by sobie poradziły w adopcji przez zupełnie obcą rodzinę – a mówiły to osoby z ośrodków adopcyjnych i pracujące w centrum pomocy rodzinie, które nigdy moich dzieci nie widziały na oczy, nie mówiąc już o rozmowie z nimi – doskonale wiedziałam, że to po pierwsze jest ściema, a po drugie, że moją rolą jako matki zastępczej jest być tarczą dla moich dzieci chroniącą je przez kolejną traumą. Więc nią zostałam.

Bardzo  martwią mnie opowieści niektórych rodzin zastępczych, które z zachwytem opowiadają, jak to utrzymują powierzone im dziecko w oczekiwaniu na ‘nową mamę i nowego tatę’, a to oczekiwanie trwa pięć lat. Bo tyle się reguluje sytuacja dziecka. Zadaję wtedy zawsze pytanie: zaraz, kochana, to gdzie to dziecko mieszka od pięciu lat? W rodzinie czy w dworcowej poczekalni? Uważam, że nie można robić małym ludziom takich rzeczy. Nie można ich zawieszać latami i udawać, że to nic dla nich nie znaczy. Znaczy. Znaczy to, że przez trzy lata w przedszkolu śpiewają piosenki z okazji Dnia Matki, nie mając komu zanieść laurki. Bo ta biologiczna poszła w siną dal, a ta zastępcza – w imię źle pojmowanej lojalności wobec systemu – nie zechciała wejść w rolę matki i ukoić potrzeby przynależności dziecka.  To nie jest moja piecza. Moja piecza to stać przy dziecku, nie przy urzędnikach. Takich rodzin zastępczych życzę sobie na najbliższy rok i na zawsze.

MK: Dziękuję za rozmowę.