Ciągle oceniamy i jesteśmy poddawani ocenie, ale chyba nigdy tak często i zajadle jak w roli rodziców. Czujemy się uprawnieni komentować wybory innych matek, zwłaszcza jeśli dużo o nich wiemy. Wydaje nam się, że sytuację sprawiedliwie można podsumować jednym przymiotnikiem „wygodnicka”, „nadopiekuńcza”, „leniwa”, „egoistyczna” lub po prostu „zła matka”.

Tymczasem nigdy nie znamy całej historii.

Pozwól, że przedstawię Ci trzy krótkie opowieści – wszystkie są autentyczne.

Historia pierwsza: ciężarna umawia się w prywatnym szpitalu na cesarskie cięcie. „Tak na zimno? Bez żadnych wskazań? Nie chce jej się pomęczyć dla dobra dziecka? Poboli i przestanie”, komentuje otoczenie.

Gdy ludzie patrzą na jej starszego syna, rezolutnego czterolatka, nie widzą tego, co ona: traumatycznego porodu, podczas którego nikt się nią nie zajmował, wyciskania niedotlenionego dziecka, bo już za późno na cesarkę. Nie wiedzą, jaki to lęk, gdy dziecko rodzi się w zamartwicy, ma 3 punkty w skali Apgar, a personel zamiast gratulować pierworodnego, reanimuje go. Nerwy, co będzie dalej, czy będzie zdrowy, jak się będzie rozwijał. Nie chce powtórki, boi się, ale to nie jeśli lęk przed bólem. Poród przez cesarskie cięcie i prywatna opieka w szpitalu były dla niej warunkiem zajścia w kolejną ciążę.

Historia druga: kobieta rodzi dziecko. Chce je karmić naturalnie, ale coś idzie nie tak. Niemowlę dobrze ssie, piersi stworzone do karmienia, a mleka jak na lekarstwo. Odwiedza dwóch doradców laktacyjnych, kupuje słód i herbatki, pobudza piersi laktatorem. Po kilku tygodniach poddaje się, przechodzi na mieszankę. Można pomyśleć: „E tam, słabo się starała, może trzeba było pójść do trzeciego doradcy albo do psychologa, przecież laktacja rodzi się w głowie. Może podświadomie nie chciała karmić, może to przez smoczek, tylko się nie przyzna, może to czy tamto”.

Trzy miesiące później okazuje się, że ma białaczkę. Jej organizm prawdopodobnie z tego powodu nie uruchomił produkcji mleka tak, jak powinien, gdyby była zdrowa. Tej dziewczyny nie ma już wśród nas.

Historia trzecia:  „Co to za matka, która karmi swojego wcześniaka słoiczkami?”, krytykują na forum internetowym. „Przecież takie dzieci  powinny dostawać najlepsze, świeże jedzenie”.

Matka gotowała, a dziecko pluło. Przy trzeciej tego dnia zupce pomyślała, że to bez sensu. Traci czas, którego mają bardzo mało, bo ważniejsze jest, żeby synek trzy razy dziennie był rehabilitowany i masowany, żeby wychodził na spacer, żeby się rozwijał emocjonalnie i językowo bawiąc z matką niż jadł pięć łyżeczek domowej papki.

 

Jako osoba, która zaliczyła w swoim życiu 150-godzinny kurs logiki na studiach, nie znoszę używania słów „wszyscy”, „każdy”, „nikt”. I choć jak ognia unikam wielkich kwantyfikatorów, to teraz użyję jednego z pełną odpowiedzialnością:

Żadna zdrowa psychicznie matka nie chce dla swojego dziecka źle

(a i mamy cierpiące na różne zaburzenia też w większości troszczą się o swoje dzieci).

To, że matki i ojcowie podejmują decyzje inne niż Ty, nie przestrzegają zaleceń ekspertów, podają dzieciom niewłaściwe dla ich wieku jedzenie, stosują wobec nich przemoc nie wynika z tego, że nie kochają swoich dzieci. Oni najprawdopodobniej kochają je najmocniej na świecie. Robią to z troski, z miłości, którą tak właśnie rozumieją. Czasem podejmują trudne decyzje, by chronić siebie.

Rodzice popełniają błędy, bo brakuje im wiedzy, umiejętności, wsparcia, bo realia współczesnego świata są tak oddalone od natury, że macierzyństwo i ojcostwo jest wymagające jak nigdy dotąd.

Tak, mamy jednorazowe pampersy, nie trzeba gotować tetry w wielkim kotle, przecierać ręcznie owoców na sok, stać w długich kolejkach po szary papier toaletowy. Ale ilość dostępnych opcji, wyborów, jakich musimy dokonać, zanim nasze dziecko wyprowadzi się z domu, jest porażająca. A każda z dostępnych opcji ma swoje plusy, swoich orędowników-ekspertów, nie rzadko dowody naukowe przemawiające na jej korzyść.

Rodzić czterokilogramowe dziecko naturalnie czy przez cesarskie cięcie? Spać z noworodkiem czy odkładać do łóżeczka? Dawać smoczka, czy lepiej nie, bo tyle mówią o tym, że może zaburzyć laktację? Karmić dziecko piersią czy przejść na mieszankę dla alergików?  Podawać gotowe słoiczki czy własnoręcznie przecierane zupki z warzyw z bazarku? Świeżo ugotowane to wiadomo, lepsze, ale może jednak te słoiczkowe zdrowsze, bo ekologiczne, przebadane? BLW brzmi świetnie, ale czy nie dostanie anemii? Pieluchy wielorazowe czy pampersy? Może jednorazówki, bo wygodniejsze, przecież nie chodzi o to, żeby być męczennicą… ale z drugiej strony wielorazowe są zdrowsze i nie generują tyle śmieci. A może jednak generują dodatkowe zużycie wody i detergentów? Czy dla przyrody nie wychodzi na to samo?

Idźmy dalej: wrócić do pracy, którą się uwielbiało i oddać dziecko do żłobka czy pod opiekę niani? Która opcja zapewni mu lepszy rozwój i bezpieczeństwo? A może w ogóle zacisnąć zęby i przez trzy lata przełączyć się na tryb „matka-Polka”, przecież się jeszcze napracuję w życiu? Edukacja domowa, szkoła brytyjska czy osiedlowa podstawówka? Gimnazjum sportowe z internatem czy może zwykłe treningi popołudniami, pewnie i tak nie zostanie drugim Lewandowskim?

Włączać bajki edukacyjne czy odizolować od wszelkiej elektroniki? Uczyć wcześnie czytać czy niech poczeka do zerówki? Chwalić czy nie chwalić? Krzyknąć czy się rozpłakać ze złości, z którą nie umiem sobie radzić, bo nikt mnie tego nie nauczył? Kazać sprzątać rozbity wazon, odbierać możliwość zjedzenia lodów, kiedy bije brata czy tylko rozmawiać? Kiedy rozmawiać, gdy jest się po dziesięć godzin w pracy, bo kredyt mieszkaniowy nie spłaci się sam?

I tak dalej, i tak dalej.

Która opcja jest lepsza, nie ogólnie, ale dla mojej rodziny?

W tym względzie nasze matki, ciotki, babki miały chyba lepiej.

Jeden  powszechnie obowiązujący styl wychowania. Mniej wzorców, mniej konfliktów, zero Internetu podsuwającego kolejne wątpliwości (czy badania USG nie szkodzą jednak płodom?, czy kąpanie się z dziećmi nie seksualizuje ich?, czy długie karmienie piersią nie wpłynie na wady wymowy?, czy jak będziemy z mężem niejednomyślni, to nie zdezorientujemy naszego syna?). Praca od 7 do 15, mniej pośpiechu, więcej pomocy rodzinnej i sąsiedzkiej, mniej presji ze strony mediów (masz być szczupła, gdy tylko skończy się połóg).

Ze zgrozą wertujemy poradniki opieki nad dziećmi z lat siedemdziesiątych – poziom wiedzy o laktacji, o żywieniu, o dziecięcym śnie, o wychowaniu bawi i smuci jednocześnie. Ale czy nasze matki były złymi matkami? Czy były leniwe, skoro nie karmiły w nocy? Nieodpowiedzialne, bo wlewały w nas soczki od 5 tygodnia życia? Bo prowadzały ze rękę albo wkładały w chodziki? Nie, robiły tak, bo takie miały wówczas informacje, takie przekonania przekazywali im ówcześni eksperci.

„Dobrze, ale teraz jest Internet, wiedza jest powszechnie dostępna, każdy może z niej skorzystać, jeśli chce”, powiesz.

Nie każdy potrafi korzystać z Internetu, filtrować informacje, weryfikować ich poziom. Na każdy związany z wychowaniem temat znajdziesz tysiące artykułów wspierających różne tezy. Nawet, gdy uwiarygodnione są wypowiedziami autorytetów czy źródłami naukowymi, nie wszyscy potrafią ocenić ich rzetelność. Są eksperci, którzy w 2016 r. wbrew dostępnej od lat wiedzy twierdzą, że karmienie półrocznych dzieci w nocy to zły nawyk, a nie potrzeba. Są tacy, którzy poddają w wątpliwość niszczące działanie kortyzolu na mózg niemowlaka, który długo płacze w samotności. Gdy mają dobry PR, dużo pieniędzy na reklamę, skuteczny marketing i szybkie efekty, wykończeni młodzi rodzice ufają im bardziej niż bliskościowym psychologom. Tak samo jak ufają bardziej teściowej, która wychowała czwórkę, doświadczonemu pediatrze, opiekunce ze żłobka bardziej niż obcym kobietom na facebookowej grupie.

Jest też grupa osób, która ma wiedzę, zna plusy i minusy tego, co Ty byś uznała za „zły wybór”. Gdy będziesz drążyć, powie Ci to, co chciałabyś usłyszeć albo co już usłyszała na swój temat od innych. Że przeszła na butelkę, bo tak jest wygodniej albo chciała, by dziecko nawiązywało kontakt z ojcem. Nakrywa wózek polarowym kocem, bo zła teściowa gdera jej nad uchem.

Nawet jeśli to Twoja żona, siostra, bratowa, przyjaciółka, nigdy nie znasz całej jej historii. Są rzeczy, o których nie opowiada się nikomu. Może doznała kiedyś przemocy seksualnej i myśl o niemowlęciu dotykającym jej piersi obezwładnia ją. Może jej historia rodzinna w nieuświadomiony nawet dla niej samej sposób rezonuje w stylu, w jakim opiekuje się dzieckiem. Może traumę dwóch poronień w trzecim trymestrze i lęk o zdrowie dziecka Twoja sąsiadka wyraża grubą czapką lipcowym popołudniem, gdy Ty pukasz się w czoło.

Ja też taka byłam: oceniająca, upominająca, naciskająca, doradzająca bez opamiętania. Pewnie nadal bywam, choć bardzo staram się to zmienić. Pomagają mi w tym dwa zdania, które przywołuję sobie nieraz:

Wybierasz najlepsze, co w danej chwili, z daną wiedzą, umiejętnościami i wsparciem możesz wybrać.

Trzeba być fanem, a nie fanatykiem.

Tak jest z wieloma sprawami: rodzajem porodu, sposobem karmienia, opieką nad dzieckiem, decyzjami reprodukcyjnymi, edukacyjnymi, wychowawczymi.

Zanim następnym razem ocenisz, że ona jest leniwa/ głupia/ wygodna/ surowa/ nadopiekuńcza/ nieodpowiedzialna… – przypomnij sobie jeszcze te słowa:

Nigdy nie znasz całej historii.