Nie jest prawdą, że bliskościowy rodzic musi „siedzieć w domu” co najmniej do jego trzecich urodzin, aby nie narazić dziecka na traumę i nie zaburzyć jego rozwoju! Niektóre rodziny w pewnym momencie proszą o pomoc babcię, inne zatrudniają nianię, a dla jeszcze innych najlepszym rozwiązaniem sytuacji jest dobra opieka instytucjonalna. O to, jak wygląda żłobek prowadzony w duchu Rodzicielstwa Bliskości zapytałam Kamilę Kurkowską – miłośniczkę kotów, gór i wschodnich sztuk walki, która będąc w ciąży szukała pomysłu na pozostanie z dzieckiem, ile będzie chciała, zapewnienie sobie pracy, kiedy będzie chciała i zapewnienie wtedy małemu Pio najlepszych możliwych: opieki, radości i rozwoju. Zmieniła branżę – założyła w Krakowie własny żłobek Ogródek Krasnoludków (FB).

Magdalena Komsta: Zacznijmy od kadry: niegdyś w żłobkach mogły pracować wyłącznie pielęgniarki. Jak to wygląda dziś? Jakie wykształcenie musi mieć opiekunka w placówce?

Kamila Kurkowska: Opiekunki muszą mieć kwalifikacje: pielęgniarki, położnej, opiekunki dziecięcej,  nauczyciela wychowania przedszkolnego, edukacji wczesnoszkolnej lub pedagoga opiekuńczo-wychowawczego, albo mieć co najmniej wykształcenie średnie i minimum 2 lata doświadczenia z pracy z dziećmi do lat 3. Ten ostatni wariant otwiera drogę zatrudnienia w żłobku np. doświadczonej niani, o ile może ona udokumentować to doświadczenie umowami.

MK: Jeśli jesteśmy rodzicami wychowującymi w duchu Rodzicielstwa Bliskości, czy możemy liczyć na to, że kadra będzie opiekować dziećmi w podobny sposób jak my?

KK: To zależy czego dokładnie oczekujemy, jak duże są grupy dzieci i czy jednorodne wiekowo, czy mieszane. Na pewno trzeba mieć świadomość, że to jednak jest żłobek, więc tych dzieci zawsze jest więcej niż to zwykle bywa w domu, choć z drugiej strony mały żłobek z mieszanymi wiekowo grupami może z dziećmi zbudować relacje zbliżone do tych w wielodzietnych rodzinach. Może być bardzo blisko i troskliwie, ale nie ma fizycznej możliwości reagowania dorosłego zawsze na każde zakwilenie w ciągu 15 sekund. Ale też dzieci, nawet te bez rodzeństwa w domu, bardzo szybko uczą się rozumieć komunikaty w stylu „pomogę Ci to zrobić za chwilę, jak tylko skończę ubierać  X” i współpracować z dorosłymi i ze sobą nawzajem w ramach swoich możliwości.

W samorządowym żłobku sądzę, że nie ma co liczyć na jakiekolwiek wsparcie emocjonalne dziecka, bo przy (zazwyczaj, choć bywają wyjątki) trzydziestoosobowych grupach i kilku paniach zwyczajnie nie mają one czasu prawie na nic poza przewijaniem, karmieniem i przebieraniem. Zdarzają się oczywiście cudowne serdeczne i wyjątkowe opiekunki, ale nadal muszą one w pierwszym rzędzie dbać o zdrowie i bezpieczeństwo maluchów, więc na przytulanie i fajne rozmowy zostają jakieś okruchy czasu. Poza tym tak duża grupa jest już bardzo trudnym środowiskiem dla dzieci, bo hałas kumuluje się, nawet jeśli panie opiekunki staną na rzęsach, żeby płaczącym maluszkom pomóc. A też nie zawsze najlepszą drogą jest dążenie do maksymalnego skrócenia płaczu za każdą cenę.

W prywatnych żłobkach bywa bardzo różnie – tu oczywiście większość zależy od właściciela. Jeśli grupy są ok. 12-15-osobowe lub mniejsze i opiekunek jest więcej niż ustawowe minimum, to możemy zacząć oczekiwać indywidualnego podejścia. Wtedy da się siedzieć z maluchami, przeglądając książeczki i jednocześnie przytulając je, jest szansa na rozmowę ze szkrabami sprzeczającymi się o zabawkę czy zapytanie popłakującego smutno chłopca czy mu smutno, bo tęskni za mamą.

Takie newralgiczne momenty, o które prawie każdy rodzic pyta, to oczywiście karmienie i usypianie. I znów – co żłobek, to inne podejście, trzeba się zawsze zorientować, jak to jest w tym konkretnym, który rozważamy. Jeśli jest to żłobek bliskościowy, to na pewno daje możliwość adaptacji dziecka razem z rodzicem, więc będzie też możliwość zweryfikowania faktycznej atmosfery i podejścia do dzieci, a nie tylko tej deklarowanej.

Żeby pokazać na przykładzie – w moim żłobku dzieciaczki nie mają żadnych powinności  – nie ma obowiązkowego siedzenia przy stole, jeśli nie chcą jeść ani przymusowego leżenia o określonej porze. Wychodzę z założenia, że to są czynności, których dzieci potrzebują nauczyć się samodzielnie regulować, więc dostają oczywiście możliwości, są pory, kiedy zapraszamy wszystkich do jedzenia czy spania i zachęcamy ich do tego, ale zawsze jest opcja pozostania jednak przy zabawie i poproszenia o posiłek 50 minut później.

Dzieci świetnie się w tym orientują, już 13-14-miesięczne bobasy wiedzą, gdzie w dowolnym momencie mogą podejść i co pokazać, żeby opiekunka podała im dostępny posiłek czy napój. A nawet jak się zagubią i po prostu zaczną z głodu płakać lub marudzić, to też jest to dla nas jasny sygnał, bo wiemy, że dane dziecko nie jadło jeszcze albo zjadło odrobinę i pobiegło bujać się na koniku. Ze spaniem podobnie: jeśli któreś wstało z łóżeczka kolejny raz (celowo mamy tylko leżaczki, żeby dzieci nie były uwięzione za szczebelkami) i ewidentnie chce się bawić, to wraca do sali zabaw. Jak znów zacznie ziewać, pokładać się i na inne sposoby pokazywać zmęczenie, to proponujemy przytulanie, bujanie na miękkiej kołysko-huśtawce albo wprost pytamy, czy chce iść spać w swoim łóżeczku.
MK: Ile dzieci przypada na jednego dorosłego w żłobku?

KK: Znów, to zależy od żłobka. W publicznych najczęściej są to grupy ok. 30 dzieci na 4 dorosłe osoby.  W prywatnych placówkach ustawa określa wielkości minimalne jako 1 opiekun na 8 dzieci w wieku ponad 12 miesięcy, a jeśli choć jedno dziecko ma mniej niż rok, to jego opiekun może w sumie mieć maksymalnie 5 dzieci pod opieką. Ale to są minima. I nas na 12-stkę dzieci mamy 3 osoby od rana do południa (śniadanie, spacerki, zabawy senso-plastyczne, karmienie zupą i usypianie to ta część dnia, kiedy przydaje się dużo bardziej indywidualny kontakt z maluszkami), a po drzemce dzieci powoli zaczynają się już rozchodzić i wtedy zostają 2 opiekunki.

MK: Jak wygląda proces adaptacji do żłobka? Ile może trwać, czego jako rodzice powinniśmy oczekiwać?

KK: Na pewno dobra adaptacja trwa dłużej niż 2-3 dni, choć spotkałam jedno dziecko, które pierwszego dnia po wejściu na salę odwróciło się do mamy, zrobiło „papa” i pobiegło. Ale to była wyjątkowa sytuacja. Jako rodzice przede wszystkim powinniśmy zarezerwować sobie i dziecku czas na adaptację – więcej niż 2-3 dni czy tydzień, bo dla niego to jest przebudowa ogromnej części dotychczasowych przyzwyczajeń, a jeszcze jak w międzyczasie nadarzy się infekcja albo ząbkowanie, to czas zdecydowanie się wydłuży.

U nas jest tak, że najchętniej podążamy za dzieckiem. Gdy skontaktowała się ze mną w lipcu mama dziewięciomiesięcznej dziewczynki, mówiąc, że potrzebuje opieki od początku listopada, to zaczęła z nią na 2-3 godziny odwiedzać nas co kilka dni jeszcze w lipcu. Mała w swoim tempie odkleiła się od mamy, bez presji i pośpiechu, miała czas poznać miejsce i opiekunki – teraz czuje się u nas zupełnie jak u siebie i zostaje sama bez żadnego problemu.

Jeśli czasu do powrotu do pracy mamy mniej, to zwykle proponuję na początek codzienny pobyt dziecka z rodzicem na 3-4 godziny albo krócej, jeśli maluszek będzie zmęczony czy zestresowany. Obserwujemy wtedy, co się dzieje z dzieckiem, bez żadnego ponaglania. Czasem dzieci dopiero po dwóch dniach schodzą mamie lub tacie z kolan, a czasem już pierwszego dnia biegną do drugiej sali albo do ogródka, sprawdzając tylko co chwilę, czy rodzic siedzi na swoim miejscu. A my widzimy reakcję dziecka, jak np. mama wstała i poszła po szklankę wody (a kuchnia jest obok drzwi wyjściowych). Albo tata (całkiem sporo tatusiów przychodzi do nas na adaptację) idzie do łazienki na chwilę. Gdy maluch już nie rozpacza w takich momentach, tylko spokojnie się bawi, następnego dnia rodzic wychodzi na 10 minut albo na pół godziny do parku, cały czas mając telefon pod ręką, a potem, gdy wróci, to zostają jeszcze na chwilę, żeby dziecko miało się czas spokojnie wyciszyć ponownie w obecności bliskiej osoby.

MK: Kolejna trudna sprawa: jedzenie. Czy dzieci karmione piersią mogą pić w żłobku mleko przyniesione przez mamę?

KK: Jeśli żłobek ma lodówkę do przechowywania mleka, to jak najbardziej.

MK: Jakie podejście panuje w Pani placówce w stosunku do tzw. niejadków?

KK: Najprostsze z możliwych – to dziecko wie, kiedy jest głodne. Jeśli nie wie, to potrzebuje czasu i przestrzeni, żeby się tego o sobie nauczyć.

Oczywiście dzieci mają swoje nawyki wyniesione z domu. Rozmawiamy z rodzicami, wiemy, które maluchy w domu jedzą tylko przed TV z bajkami i tylko karmione przez opiekuna. Ale u nas takich metod nie stosujemy. W porach posiłków zapraszamy wszystkich do stołu. Jeśli ktoś nie ma ochoty jeść, to po prostu nie podchodzi, albo  po chwili nudzi się i biegnie do zabawy. I to jest ok. Gdy potem zaczyna marudzić, to pytamy, czy może jest głodny, proponujemy jedzenie. Nic na siłę. Jeśli nie chce obiadu, to może zje chociaż ryżowy wafel. Jeśli nie ma ochoty na całą zupę, ale wiem, że lubi ziemniaczki, to mu pokażę wyłowionego ziemniaka i zje te kilka łyżek zupy z ziemniaczkami. Gdy nie stosuje się przymusu, to dziecko nie obawia się, że ktoś je będzie zmuszał do czegoś i nie boi się podejść za jakiś czas na kolejne trzy łyżki zupy. W sytuacji, w której dziecko miesza widelcem w miseczce aż ¾ rozsypie po okolicy – dopóki siedzi i zajmuje się tym, to nie przeszkadzamy mu. Wiemy z doświadczenia, że często na koniec takiego mieszania jednak ze dwa kopiate widelce trafiają do buzi. A tydzień później może pięć. I tak kroczek po kroczku dziecko samo podejmuje decyzję o jedzeniu coraz więcej, bo też coraz lepiej zdaje sobie sprawę z tego, jakie to uczucie, że jest głodne i że na to uczucie pomaga, jak się coś zje. No i że inne dzieci lecą z radością do stołu jak tylko pojawia się posiłek J .

Dzieci nie rodzą się z taką wiedzą, to jest kolejna umiejętność do opanowania – jedno szybciej rysuje, inne szybciej uczy się chodzić, a trzecie biega i skacze, a dopiero później systematyzuje sobie dbanie o swój komfort związany z najedzeniem. Niebagatelny drogowskaz stanowi dla niego też zachowanie innych dzieci, które siedzą razem przy stole i pałaszują swoją porcję. Ale żeby to wszystko właściwie poskładać sobie w głowach, potrzebują czasu i przestrzeni bez przymusu.

MK: Czy rodzice powinni zwracać uwagę na ofertę edukacyjną żłobka? Przejrzałam kilka stron żłobków i jestem zaskoczona mnogością propozycji: rytmika, śpiewający angielski, odimienna nauka czytania, Sherborne, gordonki, taniec…

KK: Są żłobki, w których każde dodatkowe zajęcia są płatne, a prowadzi je specjalny nauczyciel przychodzący do placówki z zewnątrz. Wydaje mi się, że na etapie żłobka trudno jest to elastycznie wpleść w rozkład dnia maluchów, bo co jeśli drzemka się wydłuży? A co najważniejsze, dzieci w tym wieku najwięcej się uczą poprzez swobodną zabawę, jeśli udostępnimy im różnorodność zajęć. Dlatego u nas, poza angielskim, na który przyjeżdża lektor, wiele z tych zajęć prowadzimy sami – śpiewamy, tańczymy, rysujemy. Jeśli któreś dziecko zaczyna podrygiwać, to śpiewamy i tańczymy; gdy jest spokojniej, to na stole pojawiają się kartki papieru i kredki albo farby albo jeszcze coś innego. Książeczki są w ruchu codziennie i to bardzo często – pokazujemy sobie obrazki, nazywamy je, dzieci mówią, jakie co dźwięki wydaje i powtarzają po sobie nawzajem – ogrom rozwojowych zabaw można wpleść w każdy zwyczajny dzień.

MK: Wielu rodziców chwali sobie możliwość podglądania dziecka w każdym momencie i czuje się przez to bezpieczniej. Jaki jest Pani stosunek do monitoringu w salach?

KK: My mamy monitoring, nie widzę w tym niczego złego, nie obawiam się też, że rodzic mógłby zobaczyć coś, co wolałabym ukryć. Na pewno, zwłaszcza na początku, rodzicowi jest łatwiej rozstać się maluszkiem na kilka godzin, jeśli może w międzyczasie zajrzeć i zobaczyć co się dzieje. Widzi, że nawet jeśli dziecko ma trudny dzień i tęskni, to jest przytulone i zaopiekowane. A przede wszystkim widzi na własne oczy, że dziecko, które rano chciało zostać z mamą w domu, chwilę po jej zniknięciu w szatni naprawdę się już radośnie bawi. Jak to mówią – jeden obraz zastępuje 1000 słów 🙂

A miałam też kilka humorystycznych sytuacji, np. jak mama mówiła, że przewija synka zawsze na stojąco, bo nie ma takiej możliwości, żeby się dał położyć, a potem mogła sobie obejrzeć, jak mały sam się kładł na przewijaku i z uśmiechem bawił się autem bez żadnych prób ucieczki w trakcie przewijania.

MK: Na co jeszcze rodzice powinni zwracać uwagę przy wyborze żłobka?

KK: Na jakość jedzenia i menu – wiele dzieci dostaje w żłobkach danonki, batoniki i w kółko naleśniki, pomidorówkę i chałkę, bo je lubią. Dzieci nie mogą polubić tego, czego nie miały okazji poznać. Różne rodzaje pieczywa pełnoziarnistego, jogurty naturalne i greckie, pełnoziarniste makarony, rozmaite kasze, zróżnicowane warzywa w zupach i w surówkach, pieczone potrawy zamiast smażonych, jak najmniej soli i cukru dodawanego do potraw i kompotów – to są bardzo ważne sprawy kształtujące nawyki żywieniowe dzieci na resztę życia, a jednocześnie wpływające na ich codzienne zachowanie, bo np. wysoki poziom cukru w diecie często bezpośrednio się łączy z podwyższoną aktywnością, większymi trudnościami dziecka z opanowywaniem emocji i co za tym idzie, większą konfliktowością i również z trudnościami z zasypianiem.

MK: Czy ma Pani jakieś rady dla rodziców, którzy odczuwają lęk przed posłaniem dziecka do placówki?

KK: Rodzice powinni najpierw podjąć tę decyzję sami pomiędzy sobą, bo czasami są różne rozważane opcje, każda ma plusy i minusy. Gdy będą już pewni, że żłobek jest dla nich najlepszym rozwiązaniem, pozostaje wybór placówki. Warto mieć na to dużo czasu – nie tylko podzwonić, ale odwiedzić kilka żłobków, każdy przez przynajmniej dwie godziny. Jeśli żłobek nie ma nic do ukrycia, to rodzic bez problemu może siedzieć na sali z dziećmi, a to daje najlepszą orientację w sposobie odnoszenia się opiekunek do dzieci, w ich reakcjach na konflikty pomiędzy dziećmi, w tym, czy czuje się ciepło i serdeczność w tych relacjach, czy też po prostu panie przychodzą do pracy od-do.

Potem warunki adaptacji. Tak wcześniej rozmawiałyśmy, adaptacja to nie jest tylko zgoda żłobka, żeby dziecko przez kilka dni przyszło najpierw na krócej, bo to rodzic decyduje jak długo którego dnia dziecko ma być obecne, a nie sztywny terminarz żłobka. Oczywiście godziny przyjścia warto ustalać wspólnie, żeby nie wchodzić w środku pory posiłku czy usypiania pozostałych dzieci, bo to szczególnie dla nowego dziecka będzie trudne, ale ostateczny wybór godzin odwiedzin powinien być dopasowany do komfortu rodzica i dziecka.  Adaptacja jest wtedy, gdy dziecko ma możliwość stopniowego zanurzenia się w nowej rzeczywistości w sposób odczuwany przez nie jako bezpieczny. Czyli z rodzicem, czy może babcią, różnie bywa. Gdy rodzic wyrobi sobie opinię o zachowaniu dziecka i jego relacji z opiekunkami w oparciu o własne obserwacje, to dużo spokojniej będzie podchodził do zostawienia swojego maluszka pod opieką osób, które zdążył już trochę poznać i poobserwować w ferworze działań. A rodzic bez lęku to też spokojniejsze dziecko, bo ono czuje, że rodzic zostawia je pod dobrą, zaufaną, serdeczną opieką.

Dziękuję Kamili za wywiad!