To już kolejny, czwarty wywiad z serii rozmów z ekspertami Parentflixa –  klubu online dla rodziców. A tym razem miałam przyjemność porozmawiać z Mają Lech-Fitowską na temat trudności, które mogą się pojawić przy rozszerzaniu diety dzieci.

Maja wraz z Marzeną Szpak i Darią Matyją prowadzi projekt Mamada. Dziewczyny są naszymi ekspertkami Parentflixa z zakresu dietetyki dziecięcej oraz odżywiania się kobiet w ciąży i mam karmiących piersią. Co miesiąc przeprowadzają w nim szkolenie i 2 sesje Q&A na żywo.

Kolejny nabór do Parentflixa, i możliwość regularnego czerpania wiedzy od „Mamadek”, rusza już w czerwcu 2021. Zapisz się na listę zainteresowanych, aby jako pierwsza_y dowiedzieć się o planowanym starcie oraz otrzymać informacje o ekspertach, szkoleniach, zniżkach i bonusach!

ZAPISUJĘ SIĘ NA LISTĘ ZAINTERESOWANYCH

 

Maja Lech-Fitowska jest dyplomowaną dietetyczką. Ukończyła studia magisterskie na kierunku Żywienie Człowieka i Dietetyka we Wrocławiu. W Mamada pracuje przede wszystkim w sposób niedyrektywny, opierając się na Rodzicielstwie Bliskości, skupiając na dokładnym zrozumieniu potrzeb i oczekiwań zarówno rodziców, jak i dzieci.

Zdradzę Wam również, że miałam przyjemność wraz z dietetyczkami z Mamada napisać wspólnie książkę na temat rozszerzania diety niemowląt. Ukaże się ona najprawdopodobniej w kwietniu, o czym z pewnością Was poinformuję.

A skoro już o rozszerzaniu diety mowa, zapraszam Was do rozmowy z Mają, bo właśnie od tego tematu ją rozpoczęłyśmy.

Magdalena Komsta: Czego najczęściej obawiają się rodzice podczas rozszerzania diety? Jakie są najczęstsze obawy i trudności?

Maja Lech-Fitowska: Obaw i wątpliwości jest bardzo dużo i pojawiają się one nie tylko w trakcie rozszerzania diety, ale już przed nim. Dotyczą np. takich podstaw merytorycznych: kiedy rozszerzać dietę?, jak dokładnie przez to przejść?, jak rozszerzyć dietę?, co podawać, a czego nie wolno podawać?, w jakiej formie przygotowywać posiłki?. Dużo wątpliwości budzi również sfera emocjonalna dziecka i rodzica, czyli właśnie psychika, która tak naprawdę ma ogromne znaczenie.

Sfera emocjonalna odgrywa kluczową rolę w tworzeniu się nawyków żywieniowych, ale także w tworzeniu prawidłowych relacji z jedzeniem. A często właśnie ta sfera jest trochę zaniedbana i pomijana. Generalnie rodzice skupiają się głównie na merytorycznej stronie i przygotowują się do tego, jak rozszerzać dietę właśnie pod tym kątem, mają całe zaplecze, znają wszystkie zalecenia, są na bieżąco, mają plan, co będą gotować, jak będą gotować, jakie metody zastosują, jakie zasady wprowadzą przy stole i w momencie, kiedy te wyobrażenia i oczekiwania wobec rozszerzania diety zaczynają mijać się z rzeczywistością, zderzają się realiami i tym, jak faktycznie rozszerzanie diety zaczyna przebiegać, to pojawia się bardzo wiele emocji, na które rodzice nie są do końca przygotowani. Pojawia się frustracja, złość, zniecierpliwienie, a także dużo lęku o dziecko. Rodzice zaczynają odczuwać bardzo dużą presję i w tym momencie pojawiają się trudności lub trudności się nawarstwiają. Ten moment, kiedy dziecko nie spełnia tych oczekiwań i rozszerzanie diety nie przebiega według nich, odgrywa bardzo ważną rolę i często nie wiadomo do końca, jak sobie z tymi emocjami radzić.

MK: Kiedy mówisz o oczekiwaniach, myślę sobie o presji, którą wywierają na nas producenci jedzenia w słoiczkach. Spotykam się czasem z takim przekonaniem rodziców, że jeżeli słoik ma określoną wielkość, to to oznacza, że to jest tyle, ile dziecko w tym wieku powinno zjeść, czyli np. słoiczek od czwartego miesiąca życia, że dziecko powinno właśnie tyle w czwartym miesiącu życia zjeść. A to przecież przeczy podstawowej zasadzie podziału odpowiedzialności (powiemy o niej za chwilę). Skąd jeszcze może płynąć presja taka nieuświadomiona, a związana z tym, jak i ile dziecko powinno jest?

MLF: Na pewno z reklam. Taka wizja uśmiechniętego, radosnego dziecka siedzącego przy stole, które spożywa taki słoiczek, otwiera buźkę i domaga się więcej. Rodzice generalnie mają takie wyobrażenie, że to rozszerzanie diety, to jest taka cudowna, wesoła przygoda (oczywiście tak to też może wyglądać), w większości momentów jest radosna, przede wszystkim dla dziecka, i wiąże się właśnie z taką przyjemnością. Wyobrażasz sobie to dziecko, które siedzi z nami przy stole uśmiechnięte i chętnie próbuje nowych produktów, sięga po warzywa, owoce, zjada wszystko, co tam mama przygotowuje, zjada konkretne porcje posiłków i w ogóle to już najchętniej nie jadłoby mleka, bo już przecież ma posiłki ciekawsze. I taka wizja gdzieś tam rodzicom się pojawia w głowie.

A okazuje się, że na początku rozszerzania diety dziecko np. może nie być gotowe na to rozszerzanie, może wcale nie chcieć tak chętnie siedzieć przy tym stole, może woleć siedzieć np. u rodziców na kolanach albo w ogóle nie być specjalnie zainteresowane posiłkami, albo z kolei jest bardzo zainteresowane, ale w tym sensie, że np. po prostu chce się bawić jedzeniem. Na przekór wszelkim normom społecznym dziecko zaczyna rozrzucać jedzenie, bawić się nim, wcierać w różne miejsca, a to jest przeciwne wyobrażeniom i oczekiwaniom rodzica. No i nagle pojawiają się pytania, że w takim razie coś jest nie tak. Że rodzice coś robią nie tak, jak trzeba.

MK: Czasami myślę sobie o tym, że niektórym z nas może być trudno, kiedy dziecko się tak bawi jedzeniem. Pojawia się taka myśl, że to niekulturalne i że nigdy z tego nie wyrośnie, jak będzie miało 5 lat, to też będzie tak sobie wcierało pierogi ruskie we włosy i rzucało brokułami, gdy pójdziemy z nim do restauracji. A warto wiedzieć, że to jest taki etap, który mija. Z drugiej strony jesteśmy kulturowo nauczeni niemarnowania jedzenia i tego, żeby dziecko się jedzeniem nie bawiło, bo je marnuje. A co mogłabyś poradzić takim rodzicom, którzy nie czują się z tym dobrze?

MLF: Generalnie te ilości początkowe, które dajemy dziecku, są tak naprawdę bardzo niewielkie, więc jeżeli dziecko bawi się kawałkiem batata czy kawałkiem dyni, to raczej tutaj trudno mówić o takim faktycznie marnowanym jedzeniu.

MK: Słyszałam kiedyś o tym, że niektórzy kładą matę albo folię malarską pod krzesełko, żeby to, co spadnie, było czyste. Często jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że nakładamy sobie od razu duże porcje, żeby już nie wstawać i nie dokładać, ale dzieciom warto dawać na początku mało i dopiero, jak zjedzą, to dokładać, duża porcja też bardziej kusi do zabawy.

MLF: Rodzice zaczynają też odczuwać presję i ten stres przez to, że otoczenie też na nich naciska.

Jeżeli otoczenie zaczyna pytać: „No, ale czemu twoje dziecko nie je? Ale czemu zjada tak mało? Przecież w tym wieku powinno zjadać całą zupę. Dlaczego domaga się piersi czy butelki?”, to rodzice zaczynają odczuwać bardzo dużo wątpliwości i przestają ufać swojemu osądowi i zaczynają odczuwać presję, nacisk na to, że coś jest nie tak. Te pytania bardzo często dotyczą nie tyle 2–3 latków, ile nawet 7–8-miesięcznych dzieci, które dopiero się uczą jedzenia i które w różnym momencie mogą się jego. Jedno dziecko będzie zjadało więcej, mając osiem miesięcy, inne – mając dziesięć, a inne jeszcze dopiero po roku gdzieś zacznie faktycznie najadać posiłkami.

To pokazuje jaka ta presja jest ogromna. Ten brak przyzwolenia na zabawę jedzeniem, przekonanie, że jedzenie to nie jest zabawa, dziecko ma siedzieć przy stole i co to za odchodzenie od stołu, co to za wychodzenie z krzesełka, że tak to nie powinno wyglądać. Tych wątpliwości jest po prostu bardzo dużo. Rodzice są bombardowani z każdej strony trochę innymi radami. Do tego jeszcze dochodzi gdzieś tam lęk niedobory, o to, czy dziecko się rozwija prawidłowo i jest takie po prostu combo, które spada na głowę rodzica. A rodzice po prostu nie mogą się w tym wszystkim odnaleźć.

MK: Opowiedz o tym, co jest normalne? Powiedziałaś o bałaganie, o bawieniu się, o wstawaniu z krzesełka, odchodzeniu od stołu. Czy to już jest trudność? I w jakim wieku uznajemy, że to jest jeszcze normalne?

MLF: Na początku powiem, jakie trudności w ogóle mogą wystąpić w czasie rozszerzania diety, a które z nich mogą być spowodowane faktycznie problemami zdrowotnymi.

Bardzo często mogą się pojawić niedobory żelaza, za krótkie wędzidełko, również trudności sensoryczne, a także po prostu pewne problemy mogą wynikać z nieprawidłowego rozwoju dziecka. Faktycznie pewne zachowania mogą świadczyć o jakichś problemach. Na przykład: bardzo duża niechęć do jedzenia czy unikanie jedzenia, niechęć do siedzenia w krzesełku, do bycia przy stole, brak zainteresowania jedzeniem (ale nie tylko swoim jedzeniem na talerzu, tylko też ogólnie produktami stałymi, jedzeniem rodziców, tym, co oni mają na talerzach). Także niepokojące może być, jeżeli widzimy, że dziecko nie robi żadnych postępów w tym rozszerzaniu diety. Jeżeli widzimy, że cały czas ma ten sam problem z krztuszeniem się i to się nie poprawia albo cały czas w ten sam sposób chwyta czy dalej ma taki sam problem z przeżuwaniem, przełykaniem, gryzieniem. Jeżeli nie widzimy tutaj żadnych postępów, to faktycznie, to też może być niepokojące. Te wszystkie zachowania oczywiście mogą świadczyć o problemie, ale też nie muszą. To też może być jakiś etap, to może być kwestia wrażliwości dziecka i jego temperamentu.

Więc oczywiście te zachowania też mogą być właśnie takim etapem, który minie i będzie wszystko w porządku. Ale myślę, że warto jednak, jeżeli zauważamy jakieś takie zachowania, nawet dla spokoju czy potwierdzenia, że wszystko jest w porządku, skonsultować z innymi specjalistami, możemy to skonsultować z terapeutą SI czy neurologiem, neurologopedą, psychologiem dziecięcym, dietetykiem dziecięcym czy po prostu zaufanym pediatrą, który też pokieruje dalej w razie potrzeby na badania.

MK: Okej, jeśli wiemy, że to są przejściowe trudności, wiemy, że po prostu dzieci tak mają, że na początku uczą się tego jedzenia, że się bawią, lubią się brudzić, że czasem im coś smakuje, a czasem nie albo weźmiemy pod uwagę też taki fakt (którego mimo wszystko wiele osób nie zna), że czasami niektóre smaki są akceptowane dopiero po kilkunastu próbach podania, to co z naszych, czyli rodziców zachowań, będzie wspierało dobrą atmosferę przy stole, będzie sprawiało, że nie pojawią się jakieś kiepskie relacje dziecka z jedzeniem? Czyli, co robić albo też czego nie robić, aby ta atmosfera przy jedzeniu była w porządku?

 MLF: Warto na początku zaznaczyć i o tym pamiętać, że naszym celem w rozszerzaniu diety nie jest to , żeby dziecko zjadało daną ilość produktu czy daną ilość posiłku w danym momencie. Naszym celem jest to, żeby dziecko się nauczyło jeść, żeby lubiło jeść, żeby w przyszłości miało zdrowe nawyki żywieniowe i relacje z jedzeniem, żeby nie miało lęków z tym związanych, żeby nie kojarzyło jedzenia z negatywnymi emocjami. To jest nasz cel, do tego dążymy i tak naprawdę to, czy dziecko w wieku ośmiu miesięcy zjada miskę zupy czy dopiero w wieku 14 miesięcy nie ma znaczenia w dalszej perspektywie. O tym musimy pamiętać i przede wszystkim warto pamiętać o podstawowej zasadzie: zaufać dziecku. Po prostu. Zaufać i w tym kontekście podzielić się tą odpowiedzialnością z dzieckiem – rodzic jest odpowiedzialny za to, co poda dziecku i kiedy, ale to dziecko jest odpowiedzialne za to, ile zje i czy w ogóle zje, czy w ogóle będzie tym zainteresowane. Właśnie to zaufanie jest najważniejsze, że nasze dziecko jest na tyle kompetentne, że faktycznie jest w stanie wziąć na siebie odpowiedzialność i że jest w stanie to skontrolować i po prostu zdecydować o sobie i o tym przebiegu rozszerzania diety.

Oczywiście to zaufanie w tym kontekście, żeby pamiętać, że to tak naprawdę dziecko wie najlepiej, jak się ze sobą w danym momencie czuje i z jakiego powodu rezygnuje np. z posiłku. Czy nie czuje się wygodnie, czy czuje się źle, czy boli je brzuch, czy jest np. czymś rozproszone, czy potrzebuje się przytulić, czy jest za dużo bodźców wokół niego itd. To wszystko może stać np. za odmawianiem posiłku. Nasza rola jest taka, żeby zastanowić się, dlaczego tak może być, jak możemy dziecku pomóc, jak wyeliminować np. jakiś stresor, który mu w tym przeszkadza, a niekoniecznie osądzać dziecko, stresować czy zmuszać. Nie możemy oceniać, że to jest niejadek albo mówić, że znowu marudzić. To jest taka najprostsza droga, po prostu nazwać dziecko, że jest niejadkiem bez zastanowienia się, zamiast po prostu przyjrzeć się sytuacji i zaufać, że dziecko wysyła nam jakieś sygnały. Myślę, że też tutaj ważna jest obserwacja dziecka, to też jest powiązane z tym, żeby gdzieś tam cały czas obserwować postępy dziecka, żeby nie tyle się wtrącać i komentować, nie oceniać tego, jak dziecko je, tylko po prostu się przyglądać temu, jak wygląda rozszerzanie diety, jak dziecku idzie, co mu sprawia przyjemność, a co sprawia trudność, zastanowić się, jak można pomóc. To jest towarzyszenie dziecku.

Tak samo cierpliwość jest bardzo ważna. I o tym warto pamiętać, bo właśnie każdemu dziecku ten okres nauki jedzenia zajmie inną ilość czasu. Jedno dziecko chętniej zacznie próbować nowych produktów w ciągu dwóch tygodni, inne dziecko będzie potrzebowało trzech miesięcy, więc też jest bardzo ważne to, żeby pamiętać o tym czasie i wyzbyć się takiego poczucia zniecierpliwienia czy wyczekiwania, kiedy to dziecko w końcu zje dany posiłek. Często rodzice mają takie poczucie zmarnowanego czasu, bo siedzą przy dziecku, które już kolejny tydzień z rzędu nie zjada tego posiłku. A przecież oni wcale tego czasu nie zmarnowali, bo każdy posiłek przybliża dziecko do jedzenia i to nie jest stracony czas.

MK: Ja też zawsze mówię rodzicom o tym, że dziecko musi mieć szansę, czyli musi mieć podawane posiłki, żeby się w końcu przełamało. Wiem, jakie to jest frustrujące, kiedy człowiek się „narobił”, a kolejny dzień nic się specjalnie nie dzieje i znowu mleko i mleko. Natomiast nie warto się poddawać dlatego że to dziecko jest jeszcze za małe, żeby poszło do lodówki i wzięło sobie samo. To od nas w stu procentach zależy to, że posiłek podamy. Natomiast, jeśli chodzi o akceptację nowych smaków u niektórych dzieci potrzeba nawet kilkunastu prób zanim zechcą wziąć coś do buzi. Inna sprawa jest też taka, że są dzieci z trudnościami sensorycznymi, które się np. brzydzą, boją wziąć jedzenie do buzi czy nawet do rączki. I one też muszą się przyzwyczaić do tego nowego bodźca. Często wspominam o tym, co zawarłyśmy też w książce, że z tego powodu nie jestem fanką gotowania specjalnie oddzielnie dla dziecka. Wyobraźmy taką sytuację, że ktoś specjalnie dla dziecka gotował osobny obiad, osobną zupę, osobną kolację i któryś dzień z rzędu to dziecko nic nie zjadło. No to faktycznie możemy mieć poczucie, że to zmarnowany czas. Dlatego my w swojej książce bardzo mocno podkreślałyśmy to, że poza pewnymi wyjątkami dziecko może jeść od samego początku prawie to samo, co osoba dorosła. Dostosowujemy konsystencję, dostosowujemy pewne składniki, nie dajemy małemu dziecku np. grzybów leśnych czy soli, czy miodu, ale to nie oznacza, że my musimy gotować specjalne przepisy. Jest nam trochę łatwiej, jeżeli ugotowałyśmy zupę pod siebie i dziecko nie zje, to ja sobie to doprawię solą, pieprzem i zostało więcej dla mnie.

Natomiast faktycznie, jeśli gotujemy specjalnie dla dziecka, mamy jeszcze te wszystkie blendery, miksery, które trzeba pozmywać itd., to warto pamiętać o tym, że sami sobie dodatkowo narzucamy tę presję, że ma być coś specjalnie pod dziecko i później trudniej nam z tą frustracją, kiedy dziecko to odrzuci. Ale jest jeszcze taka droga, aby jednak wprowadzać dziecko do rodzinnego stołu, do tej rodzinnej kuchni, a nie dostosowywać swoją kuchnię pod dziecko.

MLF: Często rodzice widzą, że dziecko nie je i dają np. mleko. I w pewnym momencie rezygnują po prostu z zaproponowania tych posiłków: „no bo moje dziecko i tak nie je, więc je butelką albo po prostu dostaje pierś”. No i jakby poddają się. Więc to też jest bardzo ważne, żeby proponować i włączać dziecko właśnie do tych posiłków wspólnych.

MK: Mówiłyśmy o presji, o atmosferze wokół jedzenia. Chciałabym, żebyśmy porozmawiały trochę o zabawianiu i odwracaniu uwagi dziecka w trakcie posiłku. Widuje się dzieci, które jedzą przy bajce, przy książeczce, przy samochodzikach. Jak się do tego odnosisz jako dietetyczka dziecięca?

MLF: Myślę, że generalnie zamysł rodziców jest taki: po prostu po iluś tam próbach faktycznie gdzieś ta presja narasta i rodzice zaczynają szukać jakiś sposobów, żeby to dziecko jednak zjadło. Rodzice są zestresowani i nie chcą, żeby dziecko miało np. jakieś niedobory. Boją się o zdrowie dziecka, więc zaczynają szukać sposobów, żeby zjadło jednak chociaż parę łyżek. Więc włączają bajeczkę czy czytają dziecku, odwracają jego uwagę, żeby gdzieś tam po kryjomu „samolot z zupą wleciał do buzi”. Generalnie to nie ma nic wspólnego z nauką jedzenia i to nie przybliża dziecka do tego, żeby ono samodzielnie, świadomie i chętniej jadło i spożywało posiłki.

Ono jest zagadywane, ono do końca nieświadomie uczestniczy w tym posiłku, ono nie wie, co zjadło, ile zjadło, kiedy zjadło, tak naprawdę tego nie rejestruje, jeżeli jest zafascynowane bajką, to nawet nie wie, że otwiera buzię i coś tam przełyka, to jest zupełnie nieświadome. To tak naprawdę jest tylko takie zaspokojenie naszego sumienia, że dziecko ma pełny brzuch i nasze zadanie zostało wykonane. A dziecku w żaden sposób to nie pomaga. I te trudności będą i tak w przyszłości wychodziły, bo dziecko się nie nauczyło jeść i te trudności będą się nawarstwiać, nie dadzą o sobie zapomnieć. To, że dziecko po prostu zjadało gdzieś tam ukradkiem, przy okazji, nieświadomie.

I tak samo jest z tym namawianiem do jedzenia czy straszeniem dziecka: „Jak nie zjesz, nie odejdziesz od stołu”, „Jak nie zjesz, to babci będzie smutno” czy „Jak nie zjesz, to czegoś tam nie dostaniesz”. Tak samo jest z nagrodami: „Jak zjesz, to pójdziemy na lody, to dostaniesz deser”. To wszystko powoduje, że te emocje związane z jedzeniem nie są do końca prawidłowe i te relacje z nim nie kształtują się w odpowiedni sposób. Dziecko wiąże wówczas z tym jedzeniem bardzo wiele emocji, widzi też, ile tych emocji to kosztuje rodziców, więc też zaczyna przypisywać temu jedzeniu dużo większą wagę niż powinno. To może też przyczyniać się do przejadania się w przyszłości. Dzieci też mogą stracić zaufanie do swojej oceny i swoich kompetencji. Jeżeli dziecko czuje, że jest najedzone, ale słyszy, że powinno jeszcze zjeść więcej „jeszcze łyżkę”, „łyżeczkę za babcię, łyżeczkę za dziadka”, „ale jeszcze więcej, jeszcze trochę”, „jeszcze gryza”, to w tym momencie przestaje ufać sobie. Skoro rodzic każe mu zjeść więcej, to widocznie musi zjeść więcej. Widocznie jego odczucia nie są na tyle ważne czy wartościowe, czy odpowiednie, żeby zaufać sobie. To odczuwanie sytości i głodu jest zaburzone. I to dziecku ma później skłonność do otyłości i zaburzeń odżywiania.

MK: Właśnie chciałam o tym powiedzieć, że z tego sobie wiele osób nie zdaje sprawy (a są już badania na ten temat), że bardzo często „niejadki” wyrastają na dorosłych z nadwagą i otyłością. Właśnie dlatego, że mają zaburzony mechanizm regulacji głodu i sytości i nie wiedzą, czy już zjadły tyle, że starczy, czy są głodne itp. To wszystko na bardzo wczesnym etapie zostało zaburzone i później jako osoby dorosłe mają często skłonność do przejadania się lub też podejście do jedzenia emocjonalne, czyli do kojarzenie emocji z jedzeniem. Gdy prowadzi się taką interwencję czy terapię osób z nadwagą lub z otyłością, to jedną z pierwszych technik jest nauka świadomego jedzenia, właśnie zwracanie uwagi na sygnały głodu, sygnały sytości, na każdy kęs, na to, jak smakuje, jak pachnie, czy jest ciepły czy jest zimny itd., bo właśnie wiele osób, które mają trudności z nadmierną masą ciała, to są osoby, które nawet nie wiedzą, ile jedzą, kiedy jedzą. Każdy z nas ma pewnie takie doświadczenie, że wziął popcorn, zaczął oglądać film i nawet nie zauważył, kiedy miska zrobiła się pusta.

Tak podsumowując – warto myśleć długofalowo i długoterminowo. Po pierwsze, o tym, jakie emocje z jedzeniem dziecko będzie łączyć, a po drugie, jak bardzo odrywamy koncentrację dziecka na jedzeniu czy świadomość jedzenia, uciekając się do różnych sztuczek związanych z karmieniem dziecka. Myślę, że wielu z nas ma w rodzinie lub wśród znajomych osoby, które kiedyś w dzieciństwie były uznane za niejadki. To jest bardzo pouczające porozmawiać z takimi osobami i posłuchać ich historii albo przypomnieć sobie własną. Jeśli byliście nazywani niejadkami, przyjrzyjcie się temu, jakie tam są emocje. Często wiele z tych osób do tej pory, do dorosłości włącznie, pamięta, co tam się działo i jak różnymi dziwnymi sposobami były namawiane i zmuszane do jedzenia, czasem straszone. Wiele z tych osób ma nadal nieprawidłową relację z jedzeniem.

MLF: Podejrzewam, że w ogóle dużo z nas, osób, które są teraz dorosłe, ma takie doświadczenia, że gdzieś tam te techniki były stosowane w domach. Właśnie to zmuszanie, nagradzanie, bicie brawa za każdego kęsa, ocenianie takie: „grzecznie jesz”, „ładnie jesz” etc. To wszystko budzi bardzo dużo emocji u dziecka. Te emocje się gromadzą i właśnie w różny sposób w przyszłości będą po prostu wychodzić. U jednego dziecka będzie to właśnie skłonność do otyłości, u innego pojawi się jakieś inne zaburzenia odżywiania, jakiś brak pewności siebie, brak zaufania do swojego osądu, to może się bardzo nawarstwić. Myślę, że to ma bardzo duże konsekwencje i takie niepozorne ocenianie przychodzi często automatycznie, bo mamy zakodowane z własnych doświadczeń, żeby oceniać dziecko, czy ładnie zjadło zupę, czy nie zjadło, takie porównywanie do innych dzieci, że w tym wieku czyjeś dziecko zjadało już tyle, a moje dziecko zjada cały czas mało. Pamiętajmy, że nawet jeżeli dziecko zacznie zjadać więcej w wieku 16 miesięcy, ale będzie cały czas w tej dobrej atmosferze i będzie cieszyć się z bliskości, zrozumienia, wsparcia, to ono ostatecznie więcej wyniesie z tego korzyści niż dziecko, które zostało przymuszone do jedzenia i już np. w wieku 9 miesięcy zjadało dużo. Ostatecznie lepiej wyjdzie na tym ten starszy, który później zaczął jeść.

MK: Rodzice zdają sobie z tego wszystkiego sprawę i nie chcą zmuszać, nie chcą szantażować, krytykować, oceniać, ale co zrobić, jeśli na przykład pojawiają się dziadkowie, którzy mają inne podejście do jedzenia, do karmienia dzieci? Jak zadbać o granice swoje i o granice dziecka, kiedy oni wychodzą ze swoimi pomysłami, ze swymi komentarzami na temat tego, jak dziecko je? Myślę, że wiele z nas ma doświadczenia z komentarzami na temat żywienia naszego dziecka. Jak sobie z tym radzić?

MLF: Myślę, że właśnie najważniejsze jest to, żeby pamiętać, że tylko my możemy zadbać w tym momencie o granice dziecka. My jesteśmy rodzicami, więc w tym momencie bezpieczeństwo psychiczne naszego dziecka jest w naszych rękach. Ono jeszcze nie powie babci, żeby dała mu spokój, jeszcze nic nie odpowie, więc ono wchłonie trochę jak gąbka różne komentarze i wyczuje tę presję i emocje wokół siebie i wokół tego jedzenia. Dlatego warto za nie zadbać o to. I na pewno ważne jest to, żeby przedstawić jasne granice i jasne zasady, jakie panują w naszym domu. Że nie stosujemy kar i nagród w kontekście jedzenia, że nie oceniamy dziecka, które je, nie namawiamy, nie zagadujemy, nie zabawiamy, że nie czytamy książeczek podczas posiłku i trzeba bardzo wyraźnie zaznaczyć granice, te zasady z prośbą o to, żeby każdy je uszanował i żeby dostosował się do tego. A jeżeli ktoś tego nie rozumie, nie chce i nie zgadza się z tym, to może po prostu nie uczestniczyć w tym posiłku, może nie przebywać z dzieckiem w czasie, kiedy ono je albo może siedzieć na końcu stołu np. podczas wigilii, jak najdalej od dziecka. Ale generalnie po prostu zaznaczyć to, jak u nas jest i nie zapominać o tych naszych zasadach, mimo że jesteśmy gdzieś u kogoś w gościach. Zasady są nasze i nasze jest dziecko i to my jesteśmy odpowiedzialni za psychikę naszego dziecka. To jest bardzo ważne. Warto skupić się na dziecku, dać mu takie poczucie, że nawet jeżeli babcia coś tam sobie mówi, ocenia czy komentuje, to ono nie musi się martwić, bo mama jest z nim, jest bezpieczne, może sobie zjeść, ile chce i te komentarze nie powodują, że nagle np. mama też zmienia zdanie. Albo nagle mama, nie zwracając uwagi, pozwala gdzieś tam na komentarze, dziecko musi czuć, że ta mama jest i pilnuje (mama czy inna bliska osoba).

MK: Warto też mówić na głos: „Nie, to nieprawda dostaniesz deser tak czy inaczej”, nie przejmować się, jak ktoś dorosły się obrazi czy zawstydzi, może się wstydzić za swoje podejście i swoje komentarze. Tak, jak mówisz. Dzieci są od nas zależne i to my do pewnego wieku tak naprawdę raz, że chronimy ich granice, a dwa – pokazujemy im jednocześnie, w jaki sposób to robić. Myślę sobie tylko, że znów wracamy do takiego kawałka, że to często my mamy nieprzepracowane jedzenie.

Warto przemyśleć swoje relacje z rodziną w trakcie jedzenia, przy tym stole ze swoimi rodzicami, teściami. Oni też nas tak przy tym stole czasem traktują nadal jakbyśmy byli dziećmi i trudno nam stanąć w obronie naszego dziecka, bo chcielibyśmy, żeby to za nami ktoś się wstawił. Generalnie rodzicielstwo w dużym stopniu wydaje mi się pracą nad swoją asertywnością i wyznaczeniem swoich granic, przy jedzeniu zwłaszcza wiemy, jakie są te konsekwencje negatywne i one nie są wydumane, one są już zbadane, opisane, znamy mechanizmy związane z tą niefajną atmosferą przy stole i jak później to wpływa na dorosłe życie. 

Jakie są i czy są w ogóle jakieś dobre sposoby na to, żeby zachęcać dziecko do jedzenia, żeby spróbowało jednak ten brokuł, ale bez wywierania presji?

MLF: Najważniejsze jest to, żeby dawać dobry przykład. Jeżeli my jemy dobrze, jeżeli mamy zdrowe nawyki, jeżeli jemy dużo warzyw, owoców, jeżeli te nasze posiłki są zbilansowane, zwracamy uwagę na to, to koniec końców nasze dziecko też będzie się uczyło. Jeżeli my będziemy jedli codziennie frytki i burgery, to nie możemy oczekiwać tego, żeby dziecko wybrało brokuł. Musimy być takim przykładem dla dziecka, żeby ono też po prostu widziało, co jest na tym stole, żeby miało styczność z tymi warzywami i owocami, z tym, co jest zdrowe. Dziecko już się uczy nawet od patrzenia, od obserwowania tego, co jedzą rodzice, i chętniej też wtedy próbuje, widząc, że ma to samo na talerzu. Ważne jest to, żeby dziecko włączać do tych wspólnych posiłków i żeby te posiłki były podobne. Jeżeli my jemy jakiś swój posiłek, np. kotlet z ziemniakami i surówką, a dziecku dajemy słoiczek, to może być tak, że po prostu ono nie będzie chciało tego zjeść, bo będzie bardziej ciekawe tym, co jest u rodzica. Tak to działa i warto zadbać o to, żeby na tych talerzach były po prostu zdrowe produkty. Super sposobem jest włączanie dziecka do wspólnego gotowania. To działa cuda i to jest po prostu super. Buduje się też więź. To jest bardzo fajne spędzanie czasu razem. Bardzo przełamuje też jakieś takie obawy i lęki dziecka związane właśnie z jedzeniem, daje dziecku poczucie takiej sprawczości. Jeżeli ono jest włączone na równych zasadach do przygotowywania posiłku (oczywiście będzie robić coś, co jest w stanie zrobić np. wrzuca coś do miski czy kroi sobie banana tępym nożem), to ono ma poczucie, że uczestniczy w tym życiu również jedzeniowym, a przy okazji chętnie np. spróbuje takiego banana czy skubnie płatków owsianych w czasie robienia koktajlu, spróbuje ogórka do położenia na kanapkę. To też zwiększa szanse, że po prostu dziecko się bardziej zainteresuje jedzeniem, że pokona jakieś swoje wątpliwości i odważy się do spróbowania czegoś.

No i najważniejsze: zaufanie dziecku, żeby dawać mu wybór, pozwalać mu na podjęcie decyzji. Oczywiście to my jesteśmy odpowiedzialni za to, w czym dziecko będzie wybierać. Jeżeli damy wybór między czekoladką a brokułem, to możemy liczyć się z tym, że wybierze czekoladę. Ale jeżeli my mu dajemy wybór między zdrowymi produktami, to to jest nasza odpowiedzialność, a dziecko już sobie z tego wybierze. Takie sposoby na pewno działają. Myślę, że bardzo ważne jest to, żeby pozwolić dziecku na to, żeby to ono decydowało, kiedy jest koniec jego posiłku, o tym, kiedy się najadło. Należy odejść od karmienia łyżeczką, namawiania, bo według nas dziecko za mało zjadło i pozwolić dziecku, żeby po prostu mogło samo samodzielnie podjąć decyzję, czy już odejdzie od stołu, czy jest najedzone itp.

MK: Myślę, że wielu rodziców jest zachwyconych tym, że dziecko jest chętne do spróbowania nowych smaków i zaciekawione, a repertuar rzeczy, które zjada jest dosyć szeroki. A później pojawia się taki moment, kiedy dziecko po kolei odrzuca kolejne produkty i zostaje przy jakichś pięciu podstawowych, bazowych. I bez żadnych owoców. Myślę, że też warto o tym pamiętać, że to nie jest niestety tak, że jak wprowadzimy świetne nawyki od samego początku, ta atmosfera będzie dobra, to to sprawi, że ominiemy pewien etap rozwojowy, który nazywa się neofobią żywieniową i przez który przechodzi kilkadziesiąt procent dzieci. Warto być spokojnym, to też jest normalny etap u wielu dzieci, że one odchodzą od większości produktów i zostają przy takiej bazie, przy której czują się bezpiecznie. To znowu nie sprawia, tak jak powiedziałam, że my możemy przestać próbować, proponować, czyli nawet, jak nasze dziecko kiedyś jadło brukselki i pełnoziarnisty, a teraz to tylko biała buła i makaron z sosem pomidorowym (ale osobno 🙂 ), to znaczy, że my coś źle zrobiliśmy i że to jest koniec. To tylko początek. Dziecko cały czas kształtuje nawyki żywieniowe. Tak naprawdę tylko właśnie poprzez pozytywną atmosferę i proponowanie możemy z tego etapu wyjść.

MLF: Taka trudności może się pojawić i kiedy rodzice zaczną się tym stresować i naciskać na dziecko, to ta trudność się pogłębi, a nie pomożemy dziecku z tego wyjść, bo ten etap minie. I bardzo ważne jest to, żeby właśnie po prostu towarzyszyć dziecku, obserwować czy proponować. Proponujemy zdrowe posiłki i mamy zdrowe nawyki żywieniowe, ale to nie znaczy, że dziecko kiedyś nie będzie lubiło frytek czy parówek, a może właśnie wybierze sam suchy makaron. To nadal jest indywidualny człowiek, który ma swoje wybory, więc też musimy to uszanować i towarzyszyć dziecku, pomagać, proponować, uczyć tego jedzenia czy właśnie włączać we wspólne przygotowywanie posiłków. Ale bez tej presji, bez nacisku, bez zmuszania, porównywania, to jest bardzo ważne. Te nawyki żywieniowe i tak zaprocentują w przyszłości. I nawet jeżeli ten etap będzie trwał trochę dłużej, to i tak ostatecznie dziecko jako już dorosły człowiek będzie dużo zdrowsze psychicznie i na pewno będzie miało właśnie fajne nawyki żywieniowe i dobre relacje z jedzeniem. Więc do tego ostatecznie dążymy i to jest najważniejsze.

MK: Warto zdjąć z siebie taką presję, że to wszystko od nas zależy, bo jednak dziecko rodzi się jako konkretny człowiek, ma jakiś temperament, pulę genów itd. My możemy po prostu postarać się o to, żeby zrobić wszystko, jak najlepiej możemy, natomiast pewnych rzeczy się nie da przeskoczyć. Nawet jeśli dziecko nie ma żadnych trudności rozwojowych, to może np. być supersmakoszem, czyli może mieć więcej kubków smakowych niż przeciętna osoba, więc bardziej wyczuwa smak gorzki i przez to odrzuca pewne produkty.

Ja np., jeśli porozmawiałabym z kimś ze Wschodu, to on powiedziałby, że w poprzednim wcieleniu byłam psem myśliwskim, ponieważ mam bardzo dobry węch i w związku z tym u mnie część produktów odpada ze względu na zapach, chociaż w smaku mogłoby być całkiem niezłe, co też pewnie utrudnia i jakoś się zawęża moje wybory. Na szczęście akurat jestem z takiej rodziny, w której nigdy nie byłam do jedzenia zmuszana, namawiana na cokolwiek, więc wydaje mi się, że mam stosunkowo dobrą relację z jedzeniem, dla mnie jedzenie jest po prostu jedzeniem, nie przywiązuję do niego specjalnie dużo emocji ani pozytywnych, ani negatywnych.

To często wynika z takich uwarunkowań typowo biologicznych. Nie jest to związane ani z jakimiś propozycjami rozwojowymi czy jakimś zaburzeniem po prostu niektórzy tak mają. Myślę sobie, że warto dać taką bazę, by dać to, co możemy. A to, co możemy dać, to obniżenie presji, zbudowanie dobrej atmosfery, proponowanie i zaufanie, pamiętanie, że dziecko jest całością. To zaprocentuje.

MLF: Bardzo zależy nam na tym, np. żeby dziecko jadło warzywa, ale jeśli one nie pojawiają się przy posiłkach, nikt ich nie proponuje dziecku, tylko mówi, że ono i tak tego nie zje, to już z założenia wykluczamy możliwość spróbowania ich przez dziecko. Jeżeli ono nie dostanie tego na talerzu, to tylko się utwierdza w tym przekonaniu, że faktycznie ma tych warzyw nie jeść. Jednak jeżeli te warzywa są, przewijają się gdzieś tam w kuchni na talerzach, ma do nich dostęp, to dziecko ma zupełnie inne podejście do tych warzyw, są one obecne w jego życiu i nawet jeżeli na jakiś czas np. z nich zrezygnuje, to gdzieś tam będzie do nich wracać i będzie miało to przekonanie, że warzywa w jadłospisie powinny występować, że są nieodłącznym elementem.

Tu też znów wracamy do tego zaufania, że dziecko jest po prostu w pełni kompetentnym człowiekiem i jest w stanie podejmować swoje decyzje, dokonywać wyborów i tak naprawdę to jest właśnie bardzo ważne, by o tym pamiętać.

MK: A jak jest nam bardzo trudno to powinniśmy szukać wsparcia u dietetyków dziecięcych albo psychologów, neurologopedów, terapeutów wczesnej interwencji, terapeutów karmienia, terapeutów integracji sensorycznej, a nawet fizjoterapeutów, bo czasami problemy z wysiedzeniem w krzesełku przy stole mają dzieci, które mają jakieś trudności z napięciem mięśniowym, zawsze warto szukać, jeśli coś nas niepokoi, choćby po to, żeby się uspokoić.

Powinniśmy gotować pod siebie i ewentualnie wykluczać produkty, których dziecko jeść nie powinno. Warto również zająć się pracą nad własnymi przekonaniami dotyczącymi jedzenia, przyjrzeć się własnym doświadczeniom z dzieciństwa, presji wokół jedzenia – warto to przemyśleć, poukładać i dopiero potem wrócić do tematu żywienia własnego dziecka, już z taką głową pozbawioną tych przesądów własnych, trudnych doświadczeń i pogodzenia się z przeszłością.

 

Zainteresowana_y dołączeniem w kolejnej edycji do Parentflixa? Zapisz się na niezobowiązującą listę zainteresowanych, a nie pożałujesz!

ZAPISUJĘ SIĘ!