Za chwilę Święta. Czas, w którym spotykamy się z rodziną. Dla wielu sielanka, relaks, przyjemność, bliskość. A dla innych źródło napięcia, złości, lęku: Jak skomentują to, że ona - taka duża - nadal jest karmiona piersią? Co, jeśli przez cały dzień będzie chciał być tylko na moich rękach? Jak odwrócić uwagę ludzi przy stole od tego, że ona je tylko suchy makaron i rosół? Co zrobić, jeśli w nowym miejscu nie będzie chciał usnąć? Co odpowiedzieć na zarzuty, że to ja go przyzwyczaiłam do bujania, że wymusza, manipuluje?

Kiedy rozmawiam z rodzicami wymagających dzieci wielu z nich mówi, że to nie brak snu jest najgorszy. Że już się przyzwyczaili do picia zimnej kawy, krojenia chleba z dzieckiem na ręku, przymusowego leżenia obok podczas drzemek.

Dla wielu najtrudniejszy jest brak zrozumienia i wsparcia ze strony najbliższych.

Myślę, że to nie tylko doświadczenie rodziców High Need Babies. Wydaje mi się, że matki i ojcowie dzieci innych niż przeciętne (pod różnym kątem innych) oraz ci, którzy wychowują inaczej niż statystycznie mogliby pokiwać głową ze zrozumieniem. Tak, jakby wybór innej, nie-mainstreamowej drogi sprawiał, że nie mamy prawa mówić o swoich trudnościach.

Mama, która powie o tym, że bywa już zmęczona tymi nocnymi karmieniami dwulatki usłyszy "To odstaw". Ojciec trzyletniego chłopca jedzącego siedem potraw na krzyż zostanie zasypany pomysłami na zmianę tej sytuacji. Może kolorowe kanapki? Może proponuj kilkanaście razy? A może jak zgłodnieje to wreszcie zje?

Tymczasem ludzie naprawdę rzadko potrzebują naszych rad - wiem, śmiesznie to brzmi z ust osoby, która pisze wypełnionego różnej maści poradami bloga. Zwykle, jeśli faktycznie potrzebują nowej strategii na rozwiązanie jakiegoś problemu lub zaspokojenie potrzeby, mówią o tym wprost: jak odsmoczkowałaś dziecko? Znasz jakieś sposoby, by zmniejszyć liczbę karmień? Jak wprowadza się warzywa do diety niemowlaków? Jak wyprowadziliście Antka z Waszej sypialni przed roczkiem?

Jeśli ktoś ma trzyletnie dziecko z dużymi problemami z jedzeniem, to, uwierz mi, wypróbował już prawdopodobnie 1001 sposobów na zmianę tego stanu rzeczy. Mówiąc o tym,  że wkurza go niemożność normalnego zjedzenia obiadu na mieście i noszenie ze sobą rosołu i suchej bułki krojonej w kwadraty nie oczekuje od Ciebie rad.

On potrzebuje empatii. Bycia wysłuchanym i zrozumianym. Potrzebuje uznania własnych uczuć bez ich lekceważenia.

Jeśli ktoś ma roczniaka spędzającego całą rodzinną uroczystość  na rękach rodziców, to otwierając usta nie liczy na dogłębną analizę swoich błędów wychowawczych, drobiazgowe roztrząsanie, kto kim manipuluje i kto dał sobie wejść na głowę ani porad odnośnie rozwojowego wpływu płaczu na jakość płuc małoletnich.

On potrzebuje empatii i prostego komunikatu: " Słyszę, że jest Ci trudno".

Dawanie rad daje nam złudne poczucie bycia ważnym i potrzebnym. Przyjemnie łechce nasze ego, stawiając nas w pozycji ekspertów, tych, którzy wiedzą, którzy potrafią, którzy zrobiliby inaczej, lepiej. Odgradza nas od bliskich, utrudnia prawdziwy kontakt, z którego moglibyśmy czerpać siłę.

Podarowanie empatii wymaga schowania swojego "ja", otwarcia na drugiego człowieka, powstrzymania się od ocen, krytyki, pouczania. Tego, czego na co dzień mamy jako rodzice aż zanadto. Nie jest proste.

Jest jeszcze trzecia droga: zaoferowanie pomocy. Dla wielu łatwiejsza niż wejście w empatyczny kontakt, a dla napotykających różne trudności rodziców znacznie bardziej wartościowa niż rady, nawet te dawane w dobrych intencjach.

A Ty czego potrzebujesz teraz najbardziej: rad czy empatii? A może realnej pomocy? Życzę Ci, byś w ten świąteczny czas otrzymała właśnie to, na czym najbardziej Ci zależy i dała innym to, czego oni naprawdę potrzebują.

  • Herne

    Och, trafiłaś celnie z tym postem. Już z miesiąc z okładem drżę na myśl o świętach spędzanych z rodziną – właśnie z powodu owych nieproszonych, a nagminnie udzielanych eksperckimi (jakżeby inaczej!) tonami rad.
    A w sumie to chyba jeszcze bardziej obawiam się czegoś innego – olewania moich próśb o to, jak traktować/nie traktować mojej latorośli i obrażania się(!), że w ogóle śmię, ja, która mam zaledwie pierwsze przecież dziecko, zwracać im uwagę. Bo naczytałam się w internecie, a wiadomo, że internet to śmietnik i same bzdury w nim piszą, które nijak się mają do ich świętej wiedzy PRAKTYCZNEJ, wyniesionej z wychowania dwójki/trójki własnych dzieci. Ech, musiałam się wyżalić…

  • Pingback: Self-reg, część 1: Świąteczny stres w pięciu obszarach()

  • e-milka

    Fakt, presja jest. Lepiej jak sa ze dwie mamy, wtedy uwaga nieco sie rozklada – a to jedno jest urwis, a to drugie niejadek. 😉 Kiedys moja corka byla jedynym dzieckiem przy stole i wszystkie spojrzenia byly skierowane na jej talerz, koszmar. Mam kolezanke z blizniakami – jedno bylo HNB, “wisialo” na niej, a drugie nie. To chyba powinno zamknac usta tym, ktorzy wierza, ze “przyzwyczailas i masz”. Ogolnie czasem mam wrazenie, ze za duzo uwagi poswieca sie dzieciom. Nie mam na mysli rodzicow, bo tu jak najbardziej, ale wlasnie dalszej rodziny. Przeciez trzylatek niejadek nie robi tego specjalnie, by obrazic gospodarza. Gdyby zostawic w spokoju dziecko “wiszace” na namie, byc moze samo zdecydowalo by sie na “odczepienie” od niej. Niestety, w rodzinach czesto pokutuja dawne przekonania, ze dziecko trzeba “zlamac”, by chodzilo jak w zegarku. Swieta te roznice pogladow czesto ujawniaja.

  • Ana

    Wszystko to 100% racji. Moja mała jest cudownie pogodnym uśmiechniętym niemowlakiem na zdjęciach….rzeczywistość jest z gola inna i na to wchodzą dwie mamusie ( teściowa i mama) ….co ona z tobą robi, wejdzie Ci na głowę, niech popłacze zmęczy się to zaśnie …… Takich rad i jeszcze tysiąca innych cała masa. Ech a ja chce tylko żeby zdrowo się odżywiała , żeby uczyła się to co dzień ze sobą niesie, nie koniecznie chce słuchać jak to kiedyś było i wszyscy żyjemy i jesteśmy zdrowi ale na głowę wchodzić sobie nie pozwoliliśmy. Herne moich próśb zwłaszcza na temat karmienia żadna z mam nie traktuje poważnie. Obrażają się i mówią ze w głowie poprzestawiało mi się i ze nie powinnam czytać internetu tylko prawdziwym życiem się zając.